William L. Anderson


Ekonomia końca życia

Tłumaczenie: Jan Lewiński
Sprawa Terri Schiavo, poza specyfiką sporu rodzinnego tkwiącą u źródeł problemu, rodzi w nas podstawowe pytania ekonomiczne, których pominąć nie wolno. Państwo dobrobytu jest tu kluczowe dla naszych rozważań, ponieważ to właśnie ono opłacało w sporej części usługi na rzecz Terri.
Określiwszy w ten sposób sytuację, nie możemy omówić przypadku Terri Schiavo nie dostrzegając, że to właśnie rządowe programy zapewniły finansowanie niezbędne do tak długiego utrzymywania jej przy życiu, a wielu innym ludziom zapewniają nadal.
Pozwolę sobie na wstępie powiedzieć, że jestem przeciwnikiem eutanazji i aborcji, oraz trzymam się idei wrodzonej godności i wartości każdego ludzkiego życia. A jednak to nie powód, bym nie zadał pytań natury zarówno ekonomicznej, jak i politycznej.
· Utrzymywanie ludzi przy życiu dzięki terapii ustawicznej, którą medycyna umożliwiła w znacząco wielu przypadkach hospitalizacji, wymaga poświęcenia przez kogoś określonych środków.
· W sprawach wątpliwych najlepszą polityką wydaje się być ulokowanie całej mocy decyzyjnej w rękach tych, którzy są najbliżej, tam, gdzie współczucie i dobra wola mają największą szansę ukazać się w największym stopniu.
· Powyższe dwie zasady muszą iść ze sobą w parze: nieuniknione decyzje ekonomiczne powinno podejmować właśnie najbliższe otoczenie.
· Socjalizacja opieki medycznej wbiła klin pomiędzy najbardziej zainteresowanych a tych, którzy podejmują prawdziwe decyzje.
· To jest sedno dylematu, przed którym stoimy w ekonomice życia, a jego źródłem jest kolektywizacja płatności a zatem podejmowania decyzji.
Wielu powie: „Jak możesz wyceniać życie ludzkie?” Jednakże ekonomia nie musi koniecznie w takiej sytuacji określać jasnej, pieniężnej ceny, ale raczej zwraca naszą uwagę na to, że gdy istotne staje się Prawo Rzadkości, nie możemy go zignorować, podobnie, jak nie możemy zignorować Prawa Grawitacji, gdy kontemplujemy jakość naszego skoku z najwyższego budynku w mieście. Mówimy o usługach personelu, leczeniu medycznym, pokoju w hospicjum i wszystkich innych rzeczach związanych z opieką nad ludźmi w trwałym stanie wegetatywnym jako o dobrach, które ze swej natury są rzadkie, co oznacza, że trzeba za nie oddać inne rzadkie dobra.
Pamiętajmy, że nawet jeśli wszystkie dobra, w tym usługi medyczne, były ofiarami na rzecz hospicjum, nie neguje to wcale faktu ich rzadkości. To, że ktoś zrzeka się zapłaty, nie oznacza, że dobro w sensie ekonomicznym nie ma ceny.
Obecność państwa dobrobytu pozwoliło na poniesienie kosztów, które normalnie spadłyby na rodziny, zmuszone tym samym do samodzielnej zapłaty rachunku. Choć faktycznie można powiedzieć, że dzięki wydatkom strony trzeciej rodziny uniknęły płatności, którym nie mogłyby podołać, nie można stwierdzić, iż dzięki tym pieniądzom państwa dobrobytu w jakiś sposób zlikwidowano problem rzadkości. Tak, ograniczono kwestię rzadkości dla rodzin bezpośrednio zaangażowanych, lecz można było to uczynić dlatego, że koszty rozproszone zostały wśród większej ilości podatników, którzy niedobrowolnie składają się na swoją część rekompensaty za świadczenia ludzi wykonujących wymienione usługi medyczne.
Obecność państwa dobrobytu oznacza coś jeszcze: decyzje dotyczące opieki medycznej nad osobami znajdującymi się w stanie podobnym do Terri Schiavo podejmować będą ludzie nie znający nikogo naprawdę zaangażowanego, bez pełnej wiedzy o sprawie, ale w pełni kontrolujący dostęp do kiesy. Taka jest natura każdego zewnętrznego systemu sprawującego kontrolę nad wydatkami.
Tak zatem w ostatnich tygodniach życia Terri Schiavo widzieliśmy jak setki ludzi, w tym sędziowie, przedstawiciele legislatury i członkowie kongresu, prezydent George W. Bush i jego brat, gubernator Florydy, Jeb Bush, protestujące tłumy i Jesse Jackson, nagle głęboko zaangażowali się wszyscy w sprawę, każdy ze swoim programem dotyczącym pośrednio lub bezpośrednio Terri lub jej rodziny. Mówiąc inaczej, sprawa życia i śmierci Terri Schiavo stała się miejscem politycznego targu, lub, bardziej precyzyjnie, została przezeń kompletnie zawłaszczona.
Sprawa Terri Schiavo w końcu stała się problemem dostępności zasobów, czyli zarówno granic tego, co możliwe medycznie (nawet gdybyśmy mieli dostęp do nieograniczonych funduszy), jak i granic tego, co można wytworzyć. Choć jej rodzice twierdzili, że jej stan może się „poprawić,” gdy znajdzie się pod odpowiednią opieką, nikt – nawet oni sami – nie wierzył, że możliwy byłby powrót do „normalności”, tj. kondycji sprzed 1990 roku, gdy Terri doznała zapaści i urazu mózgu. Technologia medyczna mogła zapewnić jej życie, lecz nie była zdolna przywrócić pełni zdrowia.
Żadna ilość pieniędzy, przez kogokolwiek nie wydanej, nie mogłaby tego smutnego faktu zmienić. Żywa Terri nadal byłaby dalece niesprawną Terri – bez względu na wielkość zasobów na nią wydanych.
Nadal jednak kwestia, jakie środki powinny być wydane na jej opiekę pozostaje innym problemem. Ludzie o poglądach skrajnie utylitarystycznych uważają, że wtyczkę powinno się wyciągnąć wtedy, gdy tylko okazało się, że jej stan umysłowy się nie poprawi. Inni z kolei twierdzą, że jej życie powinno się było ratować bez względu na koszta.
Być może kluczowym słowem będzie tu „koszt,” bowiem mimo tego, jak niektórzy mogą sądzić, że użycie tego słowa w tych okolicznościach jest niemoralne, to ma ono jednak istotne znaczenie. Koszty opieki nad Terri sięgały blisko 100.000 dolarów rocznie, lub ponad miliona dolarów. To znaczące, gdyż jest mało prawdopodobne, by jej rodzina mogła zebrać takie sumy na własną rękę.
Zwolennik państwa dobrobytu może to uznać za dobry argument za tym, że podobne usługi są w naszym społeczeństwie „potrzebne.” Jednak pomnóżmy wspomniane liczby przez ilość ludzi znajdujących się w podobnej do Terri sytuacji, a nie będzie potrzebny ekonomista, by stwierdzić, że koszty dla podatników będą gigantyczne.
Co więcej, jeśli wyniki sondaży pokazujących negatywną reakcję na wysiłki braci Bushów, kongresu i legislatury stanu Floryda są dokładne, to wątpliwe, by można było znaleźć duże poparcie polityczne dla idei płacenia z publicznych pieniędzy za utrzymywanie tysięcy ludzi w stanach wegetatywnych dzięki urządzeniom karmiącym i podtrzymującym przy życiu.
Choć politycy zawsze mogą wypowiadać słowa o „przypinaniu metek z ceną ludzkiemu życiu,” jest oczywiste, że gdy klasa polityczna stanie przed utylitarystycznymi poglądami opinii społecznej, nie będzie miała żadnej chęci płacenia za utrzymywanie przy życiu ludzi śmiertelnie chorych lub mających urazy mózgu (o ile ci nie będą dobrze powiązani ze światem polityki).
Tak oto stajemy w obliczu głębszej kwestii, którą Ludwig von Mises nazwał „kalkulacją ekonomiczną.” W swojej doniosłej krytyce socjalizmu Mises mówił, iż taki system posiadałby defekt w postaci braku mechanizmu odpowiadającego za kalkulację ekonomiczną, co wnet doprowadziłoby do jego załamania. W sprawie Terri Schiavo i innych podobnych widzimy, że decyzje o utrzymywaniu ludzi przy życiu – obciążone odpowiednimi kosztami – podejmowane są przez administrację nie baczącą na prawdziwe koszty ponoszone przez jednostki, lecz na koszty zsocjalizowane, plus indywidualne korzyści osiągane przez ludzi stojących w politycznej kolejce.
Jane Orient, doktor nauk medycznych, która napisała wiele książek i artykułów o fundowanej przez państwo medycynie pisze:
Krajom, które obiecują „powszechny dostęp,” dosyć dobrze wychodzi zapewnianie badań internistycznych i szczepionek, czy wizyt doktora w wypadkach grypy. To są rzeczy, na które stać większość ludzi.
Prawdziwe kolejki czekają zaś na tych, którzy chcą dostać się do szpitali. Spece od globalnych budżetów „opanowywują koszty” – racjonując opiekę zdrowotną przez odmowę dostępu do tych konkretnie świadczeń, których spłacenie wymaga ubezpieczenia: operacji serca, radioterapii, wymiany stawów biodrowych itp. Drogą „współczucia” reformatorzy umożliwiają wybór innej drogi: na cmentarz. Czy to aby przypadek, że eutanazja i „powszechny dostęp” trafiają do programów politycznych równocześnie?[i]
W rezultacie to polityka jest tą siłą, która wpierw przedłużyła życie Terri Schiavo, a następnie przyniosła jej śmierć.
Pouczające może być spostrzeżenie, iż do podobnej debaty nigdy by nie doszło, gdyby Terri Schiavo żyła w Europie czy Kanadzie, mających „powszechny dostęp” do opieki zdrowotnej, o których nasze klasy polityczne mówią, że powinniśmy je naśladować. Władze odpowiedzialne za rozdawanie funduszy odmówiłyby jej świadczeń już wtedy, gdy okazało się, że Terri nie będzie w pełni, a nawet częściowo, zdolna wrócić do zdrowia. Mówiąc otwarcie – gdyby była Kanadyjką bądź Szwedką, dawno byłaby martwa.
Choć obrońcy państwa dobrobytu wmawiają nam co innego, rząd nie może zrobić nic z faktem rzadkości. Na dalszą metę pogarsza jedynie problem, i stąd oczekiwanie ludzi na najprostsze nawet usługi medyczne, nie wspominając o operacjach chirurgicznych i innych procedurach, które mogą być niezbędne dla ratowania ludzkiego życia, wydłuża się w nieskończoność w świeckich (i utylitarystycznych) krajach jak Szwecja i Kanada.
Nawet najbardziej zaawansowana nauka medyczna nie mogła przywrócić Terri Schiavo do „normalnej” egzystencji. Mogła jednak utrzymywać ją przy życiu, choć ostatecznie to właśnie na arenie polityki zapadła decyzja o zakończeniu jej życia. Utylitarystyczna natura rządu oznacza, że podobne decyzje są normalnością, dopóki rząd płaci rachunki. To kolejny przykład na to, że ten, kto płaci, pociąga za wszystkie sznurki.
Zauważmy, że – o ironio! – gdy obrońcy państwa dobrobytu (a w szczególności rządu jako „jedynego płatnika” opieki medycznej) opierają swe poparcie dlań na twierdzeniu, że rząd zapewni lepszą opiekę ludziom, których na nią nie stać, w rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Orient pisze:
W Kanadzie nie trzeba płacić za opiekę medyczną. Tak naprawdę nie wolno tobie za nią płacić. Gdy już sięgniemy dna budżetowego worka, to koniec. Przejścia nie ma. Nieważne, czy masz pieniądze, czy nie. Szpitalne łóżka zioną pustką z powodu braku pieniędzy dla pielęgniarek, sprzęt do tomografii komputerowej leży przez całą noc nieużywany, bo nikt nie zapłaci technikowi. Ale gdy pozwolić niektórym zapłacić, Kanadyjczyków oblatuje strach, że niektórzy ludzie otrzymają większą opiekę niż inni.[ii]
Gdyby rząd nie płacił za opiekę nad Terri Schiavo, być może zainteresowani ludzie chcieliby poświęcić na jej rzecz jakąś część swoich pieniędzy. Dopóki prywatne osoby byłyby gotowe do ofiary, sądowi dużo trudniej byłoby nakazać odłączenie aparatury karmiącej – nawet mimo protestów męża (o ile by nie płacił za wszystko sam). Lecz, ponieważ płacił rząd, ostateczne decyzje także zapadły na górze.
Co z sytuacją, w której rząd chce przeznaczyć środki na przedłużenie życia ciężko chorym, którzy inaczej by umarli (a być może i tak czekałaby ich śmierć wkrótce po leczeniu), przedłużając życie gdy nie powinien, tylko dlatego, że są na to środki? Na tak postawione pytanie nie ma prostej odpowiedzi, gdyż nie możemy prawidłowo zdefiniować, co znaczy „zbyt długie życie.”
Jeśli jednak człowieka utrzymuje się przy życiu jedynie po to, by państwo dobrobytu mogło dawać pieniądze lekarzom, ośrodkom medycznym i kompaniom farmaceutycznym, aż nazbyt widoczne staje się moralne ryzyko: czy każda wiekowa osoba ma paść ofiarą grabieży „końca życia” tych, którzy mają w tym swój własny interes? Już sama obecność w grze tak znacznych ilości rządowej gotówki sugeruje, że mamy do czynienia z kwestiami politycznymi.
Frederic Bastiat, pisząc o tym, „co widoczne, a co niewidoczne” podkreślał, że rządy często działają tak, by przedstawić wyraźny, pozytywny obraz władzy. Jednak, dzięki Prawu Rzadkości, spostrzeżenie, że wielkie ilości zasobów przeznaczane są na umierających lub ludzi w stanach wegetatywnych, mówi nam, że zasoby te uciekają od ludzi, którzy mogliby żyć o wiele dłużej, gdyby tylko mieli dostęp tak odebranych im usług.
Na przykład każdego roku tysiące ludzi w Stanach Zjednoczonych umiera w oczekiwaniu na przeszczep organów, a wiele kolejnych tysięcy musi na przykład, by przeżyć, przechodzić obowiązkowe dializy. Inni na tej stronie (www.mises.org) donosili już o tym, że sama polityka rządu wywołuje brak organów.
Gdy opieka medyczna podtrzymywana jest wyłącznie za pomocą opodatkowania, ludzie, którzy w innych warunkach nie mieliby nic do powiedzenia, nagle otrzymują prawo weta. Taka jest natura Lewiatana – a odkąd bestia istnieje, jej tryb życia zawsze był bardzo przewidywalny.
Jeśli klasy polityczne i inni naciskają, by opieka medyczna była kwestią prywatną, nie mogą żądać, by jednostki były na ten poczet opodatkowane – gdyby tak było, to zachować milczenie powinny i wtedy, gdy rząd próbuje robić rzeczy spotykające się z moralnym sprzeciwem. Jeśli ten kraj ma prowadzić działalność medyczną pod egidą państwa dobrobytu, wtedy musi się przygotować na to, że o wiele więcej spraw będzie rozstrzyganych w nieomal cyrkowej atmosferze.
Jeśli jednak chcemy, by osoby prywatne miały pełne prawo do decydowania o opiece, którą otrzymywać mają ich bliscy i oni sami, wtedy musimy zrozumieć, że taki stan rzeczy może mieć miejsce wyłącznie w obszarze prywatnej medycyny. To jest rzeczywisty wybór, którego musimy dokonać.
Artykuł pochodzi z artykułów codziennych umieszczanych na stronie www.mises.org.


[i] Orient, Jane. „The Freeway to Serfdom.” The Freeman: Ideas on Liberty, listopad 1993.
[ii] Ibid.

Jedna odpowiedź na „Anderson: Ekonomia końca życia”

  • Problem śpiączki i przeszczepów ma jeszcze drugie dno — część lekarzy uważa, że tzw. „śmierć mózgowa” wcale nie jest śmiercią, tylko fikcją wymyśloną dla ułatwienia pracy transplantologom. W Polsce pisały o tym Fronda i OZON. Pouczający jest przykład dra rehabilitacji Talara z Bydgoszczy, który wyprowadzał ze śpiączki osoby nieraz spisane przez innych na pokrojenie (oczywiście: w państwowym szpitalu państwowego uniwersytetu), ale zamiast rozgłosu w mediach i dofinansowania dostał najpierw komisję etyczną na kark, a potem zesłanie na wydział nauki o zdrowiu do Elbląga…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • google
  • facebook
  • twitter
  • youtube
Zapisz się na newsletter:

Wybierz listę(y):

Cytat:
  • Zły ekonomista widzi tylko to, co bezpośrednio uderza wzrok; dobry ekonomista patrzy także dalej. Zły ekonomista widzi tylko bezpośrednie konsekwencje proponowanego kierunku polityki; dobry ekonomista spogląda także na konsekwencje dalsze i pośrednie. Zły ekonomista widzi tylko skutki, jakie dana polityka przyniosła lub przyniesie pewnej konkretnej grupie; dobry ekonomista bada także skutki, jakie polityka przyniesie wszystkim grupom. Henry Hazlitt
Mecenasi
Wspieraj Nas>>
W lipcu wsparli nas:
Pan Wojciech Bielecki
Pan Piotr Bigaj
Pan Rafał Boniecki
Pani Dominika Buczek
Pani Julia Bula
Pan Robert Ciborowski
Pan Leszek Ciesielski
Pan Jakub Czuchnowski
Pan Marcin Dabkus
Pan Wojciech Dąbek
Pan Michał Dębowski
Pan Paweł Drożniak
Pan Dariusz Dziadkowski
Pan Maciej Gorzelak
Pan Jarosław Grycz
Pan Adrian Grzemski
Pan Maciej Grzymkowski
Państwo Paulina i Przemysław Hys
Pan Miłosz Janas
Pan Łukasz Jasiński
Pan Dominik Jaskulski
Pan Paweł Jegor
Pan Tomasz Jetka
Pan Gustaw Jokiel
Pan Dominik Jureczko
Pan Paweł Jurewicz
Pan Jan Kłosiński
Pan Jan Kochman
Pan Wojciech Kukla
Pan Konrad Kukulski
Pan Witold Kwaśnicki
Pan Stanisław Kwiatkowski
Pan Tomasz Malinowski
Pan Miłosz Mazurkiewicz
Pani Magdalena Moroń
Pan Marcin Moroń
Pan Piotr Musielak
Pan Maksym Mydłowski
Pan Tomasz Netczuk
Pan Filip Nowicki
Pani Karolina Olszańska
Pan Zbigniew Ostrowski
Pan Rafał Parol
Pan Mikołaj Pisarski
Pani Agnieszka Płonka
Pan Dominik Pobereszko
Pan Bartłomiej Podolski
Pan Paweł Pokrywka
Pan Michał Puszkarczuk
Pan Jakub Sabała
Pan Adam Skrodzki
Pan Michał Sobczak
Pan Radosław Sobieś
Pan Piotr Sowiński
Pani Marzena Starnawska
Pan Mikołaj Stempel
Pan Łukasz Szostak
Pan Michał Szymanek
Pan Krzysztof Turowski
Pan Jan Tyszkiewicz
Pani Anna Wajs
Pan Adam Wasielewski
Pan Waldemar Wilczyński
Pan Jakub Wołoszyn
Pan Karol Zdybel
REWSOFT
Łącznie otrzymaliśmy 3 785,30 zł . Dziękujemy wszystkim Darczyńcom!
Znajdź się na liście>>
Lista mecenasów>>