Murray N. Rothbard
Natura państwa
Tłumaczenie: Marcin M. Sołtysik

Przedstawiliśmy już w tej książce[1] teorię wolności i praw własności oraz naszkicowaliśmy kodeks praw niezbędny do ich obrony. A co z państwem, rządem? Jaka jest jego właściwa rola, jeśli w ogóle taka istnieje? Większość ludzi, łącznie z teoretykami polityki, wierzy, że skoro uzna się ważność czy nawet elementarną konieczność jakiejś szczególnej aktywności państwa – jak chociażby zapewnienie systemu prawnego – to ipso facto uznaje się samą konieczność istnienia państwa. Rzeczywiście, państwo spełnia wiele ważnych i niezbędnych funkcji: od dostarczenia systemu prawnego, przez zapewnienie istnienia policji czy straży pożarnej, budowę i utrzymanie dróg lub też świadczenie usług pocztowych. Ale to w żaden sposób nie dowodzi, że tylko państwo może spełniać te usługi lub, co więcej, że czyni to dość dobrze.
Na przykład, wyobraźmy sobie sytuację, że na terenie jakiejś dzielnicy istnieje wiele konkurujących ze sobą sklepów sprzedających owoce. Właściciel jednego z nich, Pan Kowalski, dokonuje aktów przemocy, by pozbyć się konkurentów. Stosuje przemoc, by ustanowić monopol i zostać jedynym sprzedawcą owoców na danym terenie. Czy znaczy to tyle, że przemoc, jaką stosuje Pan Kowalski dla ustanowienia i utrwalenia swojego monopolu jest czymś koniecznym, by dostarczyć do dzielnicy owoce? Oczywiście nie, skoro istnieli już tam dostawcy owoców. Kowalski zatem nie miał prawa grozić przemocą lub ją użyć. Co więcej, ekonomia dowodzi, że jakość usług świadczonych przez Kowalskiego, którego monopol opiera się na przemocy i przymusie, będzie coraz gorsza i coraz mniej efektywna. Zabezpieczony przed konkurencją siłą, Kowalski może pozwolić sobie na nie liczenie się z kosztami i nie dbać o jakość świadczonych usług, bowiem konsumenci i tak pozbawieni są jakiejkolwiek alternatywy[2]. Dlatego oparty na przemocy monopol Kowalskiego powinien zostać obalony; niewielu będzie protestować i mieć czelność oskarżać czyniących to „abolicjonistów” o to, że chcą pozbawić konsumentów tak pożądanych przez nich owoców.
Właśnie państwo jest takim hipotetycznym Kowalskim, choć na gigantyczną i wszechogarniającą skalę. Historia ludzkości pełna jest przykładów grup ludzi, którzy mówili o sobie „rząd” lub „państwo”, próbujących – zwykle z powodzeniem – zdobyć przymusowy monopol nad „strategicznymi pozycjami” gospodarki i społeczeństwa. Państwo, w szczególności, przypisało sobie przymusowy monopol nad policją i wojskiem, legislacją, władzą sądowniczą, możliwością tworzenia pieniądza, nieużywaną ziemią (tzw. „własność publiczna”), ulicami, drogami, rzekami, wodami nadbrzeżnymi oraz usługami pocztowymi. Kontrola nad ziemią i transportem od dawna stanowi sposób na zapewnienie absolutnej kontroli nad społeczeństwem; w wielu państwach drogi powstawały po to, by zapewnić rządowi możliwość dogodnego przemieszczania swoich wojsk na terenie całego kraju. Kontrola polityki monetarnej to sposób na zapewnienie sobie łatwego i szybkiego źródła dochodu i państwo upewni się zawsze, żeby żadna prywatna konkurencja wobec monopolu fałszowania pieniądza („bicia monety”) nie mogła mieć miejsca. Monopol urzędu pocztowego przez długi czas stanowił dogodne narzędzie pozwalające państwu mieć na oku ewentualną samowolną i wywrotową opozycję. Przez wieki, utrzymywało ono również ścisłą kontrolę nad religią, zazwyczaj zawierając wzajemny sojusz z Kościołami narodowymi: państwo obdarzyło kapłanów siłą i bogactwem, Kościół, w zamian, uczył obywateli wypełniania Boskiego obowiązku posłuszeństwa. Teraz, gdy religia straciła większość ze swej siły oddziaływania na społeczeństwo, państwo raczej zostawiło religię samej sobie, koncentrując na podobnym, choć mniej ścisłym sojuszu ze świeckimi intelektualistami. W tym wypadku państwo ucieka się do kontroli opiniotwórczych środków przekazu, by nakłonić ludzi do podporządkowania się, a nawet sławienia swoich władców.
Jednakże najważniejszym z monopoli jest państwowy monopol używania przemocy: policja i służby mundurowe oraz sądy – ośrodki podejmowania ostatecznych decyzji w wypadku sporów natury kryminalnej lub kontraktowej. Kontrolowanie policji i armii jest szczególnie ważne dla wprowadzania i zapewniania innych prerogatyw państwa, szczególnie tych, które są niezbędne dla siłowego zdobywania dochodów.
Istnieje bowiem jedna kluczowa cecha związana bezpośrednio z naturą państwa. Wszyscy inni ludzie czy grupy społeczeństwa (poza zatwardziałymi i notorycznymi kryminalistami jak złodzieje czy rabusie napadający na banki) nabywają swoje dochody bez użycia przemocy, przez dobrowolną wymianę: bądź sprzedając dobra lub usługi społeczeństwu, bądź przed czyjś dobrowolny dar (np. członkostwo w klubie lub stowarzyszeniu, dziedziczenie). Tylko państwo uzyskuje swoje dochody przemocą, grożąc surowymi karami w razie braku zapłaty. Ten przymus nazywany jest „opodatkowaniem”, chociaż w mniej zbiurokratyzowanych czasach nazywano je „daniną”. Opodatkowanie jest niczym innym jak złodziejstwem, chociaż złodziejstwem na wielką i kolosalną skalę, do którego nijak może się porównywać nawet zatwardziały kryminalista. Jest przymusowym przejęciem własności obywateli państwa.
Jakże pouczającym ćwiczeniem dla sceptycznego czytelnika byłaby próba sformułowania takiej definicji podatku, która by przy tym nie obejmowała kradzieży. Niczym bandyta z wycelowanym rewolwerem, państwo domaga się pieniędzy; jeśli podatnik odmówi zapłaty, jego majątek zostanie przejęty siłą, a jeśli będzie stawiał opór takiej grabieży, zostanie zaaresztowany bądź zastrzelony, jeśli nie zaprzestanie obstawania przy swoim. Według apologetów państwa opodatkowanie „tak naprawdę” jest dobrowolne; w prosty i pouczający sposób można obalić takie twierdzenie rozważywszy, co by się stało, gdyby rząd zniósł opodatkowanie i ograniczył się do zwykłej prośby o dobrowolne składki. Czy naprawdę ktokolwiek wierzy, że do państwowego skarbca będzie wpływać wtedy porównywalna do dzisiejszych gigantycznych środków suma pieniędzy? Zapewne wzdrygną się przed takim twierdzeniem nawet Ci teoretycy, dla których kara nigdy nie powstrzymuje działania. Wielki ekonomista Joseph Schumpeter miał rację, gdy z goryczą pisał, że „teoria, która buduje pojęcie podatków przez analogię do klubowych składek członkowskich lub do nabycia usług powiedzmy lekarza, dowodzi tylko, jak dalece ta część nauk społecznych odbiega od naukowych nawyków umysłu”[3].
Ekonomiści utrzymują ostatnio, że opodatkowanie jest „w rzeczywistości” dobrowolne, ponieważ stanowi sposób na to, by każdy mógł być pewien, że inni też zapłacą za pożądane przez wszystkich inwestycje. Na przykład, każdy na danym terenie chce, by rząd wybudował tamę, ale nawet jeśli A i B wpłacą dobrowolnie na projekt jakąś sumę, to przecież nie mogą być pewni, czy C i D nie będą próbować „wymigać” się od podobnych zobowiązań. Dlatego wszyscy, A, B, C, D itd., każdy, kto chce przyczynić się do budowy tamy, zgadza się, by wszyscy zostali zmuszeni do sfinansowania inwestycji opodatkowaniem. Dlatego, podatek nie jest tak naprawdę przymusem. Jednakże teoria ta ma wiele błędów.
Po pierwsze, istnieje wewnętrzna sprzeczność między dobrowolnością a przymusem; przymus „wszystkich przeciw wszystkim” nie czyni go ani trochę „dobrowolnym”. Po drugie, nawet jeśli założymy na moment, że każdy chciałby partycypować w budowie tamy, nie ma sposobu by zapewnić, że podatek ściągany ze wszystkich nie będzie większy niż kwota, jaką każdy dobrowolnie wyłożyłby wiedząc, ze wszyscy inni również wyłożyliby pieniądze. Rząd może obłożyć Jonesa podatkiem w wysokości 1000$, chociaż Jones zechciałby zapłacić nie więcej niż 500$. Problem polega na tym, że skoro opodatkowanie jest obowiązkowe, to nie ma sposobu, by zapewnić (jak to ma miejsce na wolnym rynku), że kwota opodatkowania będzie równa kwocie, jaką „rzeczywiście” wszystkie osoby zechciały zapłacić. W wolnym społeczeństwie konsument, który dobrowolnie kupuje telewizor za 200$ daje do zrozumienia podjętą dobrowolnie decyzją, że telewizor jest wart dla niego więcej niż 200$, z których rezygnuje; krótko mówiąc – 200$ jest dobrowolną zapłatą. Z kolei członek jakiegoś istniejącego w wolnym społeczeństwie stowarzyszenia, płacąc roczną składkę w wysokości 200$, pokazuje, że uczestnictwo w klubie warte jest dla niego przynajmniej 200$. Ale w wypadku opodatkowania okazanie przez obywatela zagrożonego przymusem jakichkolwiek preferencji w stosunku do domniemanych korzyści jakie otrzymuje jest niemożliwe.
Po trzecie, teoria „dobrowolnego” opodatkowania posuwa się o wiele za daleko. Przecież finansowanie każdej usługi, nie tylko budowy tam, może być finansowane środkami pochodzącymi z podatków. Załóżmy, na przykład, że Kościół Katolicki jest finansowany z podatków; Kościół Katolicki, bez wątpienia, byłby wówczas potężniejszy niż ten finansowany z dobrowolnych składek, ale czy z tego wynika, że takie finansowanie jest „rzeczywiście” dobrowolne, skoro każdy chce zmusić każdego, by płacił na rzecz Kościoła – by nie było takich, którzy wymigują od swojego „obowiązku”.
Po czwarte, teoria ta jest, po prostu, niedorzeczna. Jak ktokolwiek na mocy tego sofistycznego argumentu może wiedzieć, że tak „naprawdę” wszyscy płacą swoje podatki dobrowolne? A co z tymi, którzy – jak np. aktywiści-ekolodzy – sprzeciwiają się tamom per se? Czy ich „zapłata” jest faktycznie dobrowolna? Czy przymusowe opodatkowanie Kościoła Katolickiego przez Protestantów czy ateistów również jest „dobrowolne?” A co z rosnącymi w naszym społeczeństwie szeregami libertarian, którzy z zasady sprzeciwiają się jakimkolwiek działaniom rządu? W jaki sposób teoria, według której ich podatki płacone są „naprawdę dobrowolnie”, może odnosić się również do nich? W rzeczywistości, istnienie w kraju przynajmniej jednego libertarianina lub anarchisty samo z siebie wystarczy, by obalić teorię o „naprawdę dobrowolnym” opodatkowaniu.
Utrzymuje się również, że w wypadku rządów demokratycznych akt głosowania powoduje, że rząd i wszystkie jego kompetencje i działania są prawdziwie „dobrowolne”. Podobnie jak w wypadku wcześniejszej teorii i ta ma wiele błędów. Po pierwsze, nawet jeśli większość udzieli wyraźnego poparcia każdej z decyzji rządu to będziemy mieli raczej do czynienia w tyranią większości niż z dobrowolnym aktem poparcia oddanym przez każdego obywatela. Morderstwo jest morderstwem, złodziejstwo – złodziejstwem, niezależnie czy dokonuje je jeden człowiek, grupa, czy nawet większość ludzi zamieszkałych na danym terenie. To, że większość ludzi może wspierać lub dokonać kradzieży nie zmywa jego kryminalnej natury i jego poważnej niesprawiedliwości. W przeciwnym wypadku będziemy musieli przyznać, powiedzmy, że jakikolwiek Żyd zamordowany przez demokratycznie wybrany rząd III Rzeszy nie został zamordowany, tylko „dobrowolnie popełnił samobójstwo” – bez wątpienia to groteskowa, ale logiczna implikacja doktryny „demokracja jako dobrowolność”. Po drugie, w systemie republikańskim, w odróżnieniu od demokracji bezpośredniej, lud nie głosuje za konkretnymi sprawami, ale wybiera, na zasadzie umowy wiązanej, swoich „reprezentantów”; reprezentanci dają upust swej woli na określony okres czasu. Oczywiście, w żadnym formalnym sensie nie są prawdziwymi przedstawicielami, ponieważ, w wolnym społeczeństwie, zleceniodawca wynajmuje swojego pośrednika czy reprezentanta indywidualnie i może, jeśli taka jest jego wola, zwolnić go. Jak napisał Lysander Spooner – prawnik-konstytucjonalista i wielki teoretyk politycznego anarchizmu:

oni [wybrani oficjele rządowi/ministrowie] nie są ani naszymi sługami, pośrednikami, obrońcami ani reprezentantami (…) [ponieważ] nie odpowiadamy za ich poczynania. Jeśli ktoś jest moim sługą, pośrednikiem, czy obrońcą, to biorę na siebie odpowiedzialność za wszystkie jego działania, dokonane w granicach danych przeze mnie uprawnień. Jeśli powierzam mu, jako mojemu pośrednikowi, jakąkolwiek władzę (absolutną lub minimalną) nad innymi osobami bądź własnością innych ludzi, to tym samym, staję się odpowiedzialny przed nimi za wszelkie szkody uczynione przez mojego pośrednika w zakresie działań podejmowanych w granicach powierzonej przeze mnie władzy. Jednakże żadna osoba, która może zostać poszkodowana, lub której własność może ulec uszkodzeniu w skutek działania Kongresu, nie może wybrać się do konkretnego wyborcy i obarczyć go odpowiedzialnością za ich tzw. pośredników czy reprezentantów. Fakt ten dowodzi, że ci niby-reprezentanci narodu, reprezentanci wszystkich, tak naprawdę nie są niczyimi reprezentantami[4].

Ponadto, nawet na własnych warunkach, głosowanie rzadko ustanawia zasadę „większości”, tym trudniej mówić o dobrowolnym poparciu dla rządu. W Stanach Zjednoczonych, dla przykładu, wybory obchodzą w ogóle mniej niż 40 procent posiadających prawo wyboru; spośród nich 21 procent może zagłosować na jednego kandydata, a 19 procent na drugiego. 21 procent w żaden sposób nie ustanawia zasady większości, a jeszcze trudniej uznać je za wyraz dobrowolnej zgody udzielonej przez wszystkich. (Pod jednym względem, abstrahując od demokracji i głosowania, „większość” zawsze wspiera istniejący rząd, o tym niżej.) I, w końcu, jak to jest, że podatki pobierane są od każdego, niezależnie od tego, czy głosował, czy nie, czy też, bardziej precyzyjnie, uczestnicząc w wyborach głosował na zwycięskiego kandydata? Jak zarówno nieoddanie głosu jak i zagłosowanie na kandydata, który przegrał wybory, może świadczyć o poparciu dla działań wybranego rządu?
Podobnie nie może być mowy o dobrowolnym poparciu rządu, nawet przez tych, którzy oddali swój głos na zwycięzców wyborów. Jak przenikliwie zauważył Spooner:

Tak naprawdę, w wypadku każdej osoby, jej faktyczny głos nie powinien być rozumiany jako dowód przyzwolenia dla rządu. (…) Wręcz przeciwnie, wydaje się raczej, że bez jej przyzwolenia, o które zresztą i tak by nikt nigdy nie poprosiła, zostaje ona otoczona przez rząd, któremu nie może stawić oporu; rząd, który przymusza do płacenia pieniędzy, świadczenia usług i zrzeczenia się naturalnych praw, a wszystko to pod groźbą ciężkich kar. Osoba ta dostrzeże, również, że ma do czynienia z usankcjonowaną głosowaniem tyranią. Zauważy, że jeśli sama odwoła się do głosowania, ma jakieś szanse złagodzenia owej tyranii innych, podporządkowując ich swojej własnej. Krótko mówiąc, widzi, nie wyraziwszy na to wcześniej zgody, że zostaje postawiona w takiej oto sytuacji – jeśli użyje procedury głosowania, może zostać Władcą, jeżeli nie – musi zostać niewolnikiem. Nie ma innego wyboru. W ramach samoobrony, decyduje się głosować. Wybór, z jakim staje mu się zmierzyć, jest analogiczny do sytuacji człowieka, który zostaje wrzucony w środek bitwy i staje przez wyborem – albo zabić albo zostać zabitym. Chcąc ocalić siebie decyduje się pozbawić życia innych, jednak nie należy wnioskować stąd, że uczestnictwo w krwawej jatce jest jego wyborem. Podobnie nie jego wyborem oddanie głosu – które nie jest niczym więcej jak odpowiednikiem oddania strzału[5] – skoro jest to jego jedyna szansa na przetrwanie, to nie należy wnosić, że uczestniczy w tych zawodach dobrowolnie; że dobrowolnie stawia na szali wszystkie swoje prawa naturalne przeciw prawom wszystkich innych, a o wygranej czy przegranej decyduje jedynie przewaga liczebna. (…)
Bez wątpienia, najbardziej nieszczęśliwi z ludzi, jeśli za pomocą głosowania, w tym najbardziej ciemiężczym z rządów, będą mieli szansę na poprawienie swej żałosnej pozycji, zrobią to. Nie należy jednak sądzić, że ich przyzwolenie jest tym samym uprawomocnieniem rządu; że rząd jest tym, co obywatele utworzyli dobrowolnie i na co wyrazili zgodę[6].

Tym samym, jeśli, opodatkowanie jest obowiązkowe i nieodróżnialne od złodziejstwa, wypływa stąd wniosek, że państwo – które utrzymuje się przy życiu dzięki podatkom – jest olbrzymią organizacją kryminalną, dalece bardziej skuteczną od jakiejkolwiek „prywatnej” mafii w historii. Ponadto, należy uznać je za organizację kryminalną nie według teorii przestępstw i teorii praw własności, jaka została zarysowana w tej książce, ale według powszechnego podejścia gatunku ludzkiego, który zawsze uważał kradzież za zbrodnię. Przypomnijmy w tym miejscu dziewiętnastowiecznego niemieckiego socjologa Franza Oppenheimera[7], który zwięźle przedstawił całe zagadnienie państwa, pisząc, że istnieją dwie i tylko dwie drogi zdobycia bogactwa w społeczeństwie: 1) przez produkcję oraz dobrowolną wymianę miedzy ludźmi – jest to metoda wolnego rynku i 2) przez przemoc i wywłaszczenie (zabór) wyprodukowanego przez kogoś bogactwa. Ta druga to metoda przemocy i złodziejstwa. W wypadku pierwszej, korzyści osiąga każda ze stron, w wypadku drugiej – jedna pasożytnicza klasa złodziei, żyjąca kosztem klasy okradanej. Oppenheimer pierwszą metodę nabywania bogactwa określił jako „środek ekonomiczny”, drugą jako metodę „środków politycznych”. Jakże trafnie Oppenheimer zdefiniował państwo jako „organizację środków politycznych”[8].
Nigdzie wcześniej istota państwa jako organizacji kryminalnej nie została przedstawiona równie przekonująco i błyskotliwie jak w tym oto fragmencie autorstwa Lysandera Spoonera:

Prawdą jest, że, zgodnie z teorią naszej Konstytucji, wszystkie podatki płacone są dobrowolnie, a nasz rząd jest przedsiębiorstwem wzajemnych ubezpieczeń, do którego każdy przystąpił dobrowolnie. (…)
Ale w wypadku rządu teoria jest zupełnie inna od praktyki. W rzeczywistości, rząd, niczym rozbójnik, grozi: „Pieniądze albo życie”. I większość, jeśli nie wszystkie z podatków płacona jest pod przymusem.
Rząd oczywiście nie dybie na ludzi w jakimś odludnym miejscu, wyskakując na nich zza rogu, przystawiając pistolet do skroni i plądrując sakiewki. Ale rabunek mimo to pozostaje rabunkiem i w istocie jest to rabunek dalece bardziej podły i karygodny.
Rabuś bierze na siebie całkowitą odpowiedzialność za dokonane przez siebie przestępstwa. Nie udaje, że ma jakiekolwiek prawo do twoich pieniędzy, bądź że chce ich użyć dla twojego dobra. Nie udaje, że jest kimś więcej niż rabusiem. Nie jest na tyle bezczelny, by mówić, iż jest „obrońcą” i że odbiera czyjeś pieniądze wbrew jego woli tylko po to, by móc „bronić” błądzących podróżnych, którzy przecież doskonale mogą zadbać o siebie samych lub którzy nie życzą sobie takiego osobliwego systemu opieki. Rabuś jest na to zbyt rozsądny. Gdy już ogołoci do cna, zostawi cię w spokoju – chociaż tyle dla ciebie zrobi. Nie chce jechać wraz z Tobą wbrew twojej woli, przyjmując rolę Twojego prawowitego „suwerena” w zamian za swoje usługi „ochrony”. Nie będzie cię wciąż i wciąż „chronił”, każąc byś oddawał mu pokłony i posłusznie służył, wymagając od ciebie byś zrobił to, zakazując zrobić tamtego, łupiąc cię z coraz większych sum pieniędzy tak długo, jak będzie sprawiać mu to radość lub będzie niezbędne, nazywając cię buntownikiem, zdrajcą, wrogiem kraju i bez litości rozstrzeliwując, jeśli tylko poddasz w wątpliwość jego autorytet, bądź sprzeciwisz się jego żądaniom. Jest zbyt wielkim dżentelmenem, by mieć ręce zbrukane takimi oszustwami i nikczemnością. Krótko ujmując, chce cię obrabować, ale nie zrobić z ciebie niewolnika[9].

Rzeczą niezwykle pouczającą jest zbadanie, dlaczego państwo, w przeciwieństwie do owego rabusia, niezmiennie otacza się ideologią prawomocności, dlaczego musi być tak obłudne i postępować tak jak przedstawił to Spooner. Dzieje się tak, ponieważ rabuś nie jest widocznym, stałym, legalnym i prawowitym członkiem społeczeństwa, a co dopiero człowiekiem obdarzonym wysokim statusem społecznym. Wciąż ucieka – jeśli nie od swoich ofiar, to od samego państwa. Ale o państwie, w przeciwieństwie do bandy rabusiów, nie mówi się jako o organizacji kryminalnej. Wręcz przeciwnie, jego sługusów uważa się za czubek społecznej piramidy. To właśnie prestiż pozwala państwu pasożytować na swoich ofiarach, z części robiąc swych popleczników, a reszcie skutecznie wybijając z głowy jakikolwiek opór. Tak naprawdę to na tym dokładnie polega rola państwowych sługusów-ideologów oraz innych jego sojuszników. Mają oni za zadanie wmówić opinii publicznej, że Król w rzeczywistości ma piękne szaty. Krótko mówiąc, ideologowie mają za zadanie wytłumaczyć, dlaczego, jeśli jedna lub więcej osób, bądź grupa, dokona kradzieży, to jest to złe i karygodne, a gdy czyni tak państwo, to już nie jest to kradzież, ale uprawomocniony, a nawet uświęcony akt zwany „opodatkowaniem”. Ideologowie muszą, wreszcie, wyjaśnić, dlaczego morderstwo dokonane przez jedną bądź grupę osób jest złe i musi zostać ukarane, ale gdy zabija państwo, nie może być mowy o morderstwie, tylko o podniosłym akcie zwanym „wojną” bądź „odparciem wewnętrznej działalności wywrotowej”. Muszą wytłumaczyć, że gdy porwanie lub zniewolenie, którego dopuści się jednostka bądź grupa ludzi, jest złe i nie mieści się w granicach prawa, to dokonane przez państwo to samo działanie przestaje być porwaniem czy niewolą, a staje się „poborem” – czynem niezbędnym dla wspólnego dobra, a nawet dla moralności jako takiej. Funkcją ideologów-etatystów jest przyoblec Króla w fałszywe szaty, przekonać społeczeństwo, by stosowało na ogromną skalę podwójne standardy: gdy państwo dopuszcza się najpoważniejszych zbrodni to tak naprawdę ich nie popełnia, a robi coś innego, coś, co jest nieodzowne, właściwe, niezbędne, a nawet – jak onegdaj bywało – wypełnia Boską wolę. Stary jak świat sukces ideologów państwa jest zapewne największą mistyfikacją w dziejach ludzkości.
Ideologia od zawsze była niezbędna dla samego istnienia państwa, o czym może świadczyć systematyczny użytek, jaki czyniono z ideologii już od czasów starożytnych Imperiów Dalekiego Wschodu. Oczywiście, sama treść ideologii zmieniała się na przestrzeni wieków zgodnie ze zmieniającymi się warunkami i kulturami. W czasach Orientalnego despotyzmu, kapłani utrzymywali wiarę w boskie pochodzenie Cesarza, w naszych zsekularyzowanych czasach przywykliśmy natomiast odwoływać się raczej do takich pojęć jak „dobro publiczne” i „państwa dobrobytu”. Ale cel zawsze jest ten sam: przekonać społeczeństwo, że to, czego dopuszcza się państwo, nie jest, jak ktoś mógłby pomyśleć, popełnioną na gigantyczną skalę zbrodnią, ale czymś koniecznym i niezbędnym, czymś, co należy poprzeć, czymś, co musi być wykonane. Powód, dla którego ideologia jest tak niezbędna dla państwa, to fakt, że jego istnienie zawsze opiera się w gruncie rzeczy na poparciu większości społeczeństwa. To poparcie zostaje uzyskane niezależnie od tego, czy państwo jest „demokratyczne”, jest dyktaturą czy monarchią absolutną, ponieważ poparcie to polega na gotowości większości (a nie, powtarzam, każdego obywatela), poddania się systemowi: płaceniu podatków, nie przeciwstawianiu się wywoływanym przez państwo wojnom, przestrzeganiu państwowych zasad i dekretów. Poparcie to nie musi być aktywne czy entuzjastyczne, by było efektywne; w zupełności wystarczy pasywna rezygnacja. Ale musi istnieć. Gdyby bowiem gros społeczeństwa był naprawdę przekonany o nielegalności państwa, gdyby był przekonany, że państwo nie jest niczym więcej niż gigantycznym bandyckim gangiem, wtedy prędko upadłoby ono, przybrawszy pozycję i rozmiary każdej innej mafii. Stąd potrzeba zatrudnienia ideologów i konieczność zawiązania starego jak świat sojuszu z przyboczną gwardią intelektualistów, którzy wychwalać będą władców.
Pierwszym nowożytnym myślicielem, który dostrzegł, że istnienie każdego państwa opiera się na opinii większości, był szesnastowieczny francuski pisarz libertariański Etienne de la Boetie[10]. W swoim Traktacie o Dobrowolnej Służebności, de la Boetie dostrzegł, że twórcy dyktatorskiego państwa zawsze stanowią mniejszość i utrzymanie swych despotycznych rządów muszą oprzeć na ich uprawomocnieniu w oczach wyzyskiwanej większości, tj. na tym, co później zostanie nazwane „konstruowaniem przyzwolenia”. Dwieście lat później, David Hume – chociaż trudno uznać go za libertarianina – doszedł do podobnych wniosków[11]. Kontrargument, że wraz z pojawieniem się nowoczesnej broni mniejszość może skutecznie zastraszyć wrogą sobie większość ignoruje fakt, że broń ta może znaleźć się również w rękach większości oraz że ta uzbrojona po zęby mniejszość może zbuntować się lub przejść na stronę mas. Stąd stała potrzeba istnienia silnie i stale oddziaływującej ideologii zawsze prowadziła państwo do tego, by wcielać w swoje struktury intelektualistów tak skutecznie kształtujących opinię publiczną. W dawnych czasach rolę intelektualistów pełnili księża, stąd sojusz państwa i Kościoła, o którym już pisaliśmy – sojusz Tronu i Ołtarza. W dzisiejszych czasach „naukowi” i „obiektywni” ekonomiści oraz „doradcy bezpieczeństwa narodowego” i inni, pełnią podobną ideologiczną funkcję w imieniu państwa.
Szczególnie istotne we współczesnym świecie – teraz, gdy religia panująca nie ma już takiego znaczenia – jest dla państwa powierzenie mu kontroli nad edukacją, a co za tym idzie nad sposobem kształtowania umysłów obywateli. Państwo nie dość, że wpływa na strukturę uniwersytetów różnymi rodzajami subwencji i utrzymuje państwowe uniwersytety, to jeszcze kontroluje edukację niższego szczebla – na poziomie szkół publicznych. Kontrola dokonuje się przez określenie przedmiotów obowiązkowych w szkołach prywatnych oraz przez sam obowiązek uczęszczania do szkoły. Należy dodać do tego praktycznie całkowitą kontrolę nad radiem i telewizją – bądź przez posiadanie wszystkich stacji jak to ma miejsce w wielu krajach – bądź, jak to ma miejsce w Stanach Zjednoczonych, przez upaństwowienie fal eteru oraz państwowe prawo wydawania koncesji stacjom na użytkowanie częstotliwości bądź kanałów[12].
Dlatego, państwo, co wynika z samej jego natury, swoim istnieniem i swoimi działaniami musi naruszać powszechnie akceptowany kodeks moralny, którego przestrzega większość ludzi. Trudno znaleźć kogoś, kto nie zgodziłby się, że morderstwo czy kradzież jest czynem niesprawiedliwym i kryminalnym. Obyczaje, zasady i prawa wszystkich społeczeństw potępiają takie występki. Dlatego państwo od samego początku stoi na straconej pozycji, mimo jego łudzącej długowieczności. W pierwszej kolejności należy ukazać społeczeństwu prawdziwą jego naturę, by ludzie przekonali się, jak notorycznie narusza ono powszechnie akceptowany zakaz rabowania i mordowania. By zrozumieli, że państwo jest ze swej natury gwałcicielem powszechnie akceptowanego moralnego i karnego prawa.
Doskonale wiemy już, dlaczego państwo potrzebuje intelektualistów. Jednak dlaczego intelektualiści potrzebują państwa? To proste; dzieje się tak, ponieważ intelektualiści, których usługi często trudno uznać za szczególnie pożądane przez masy konsumentów, znajdują bardziej bezpieczny „rynek” dla swoich umiejętności w ramionach państwa. Państwo obdarzy ich siłą, prestiżem i bogactwem, których nigdy nie zdobyliby na drodze dobrowolnej wymiany między producentem bądź usługodawcą a klientem. Od wieków, wielu (choć oczywiście nie wszyscy) intelektualistów dążyło do Władzy, chcąc realizować platoński ideał „filozofa-króla”. Zatrzymajmy się na chwilę nad lamentem jednego z wyróżniających się wykładowców marksistowskich, Profesora Needhama. Otóż profesor w ten sposób odpowiedział Karlowi Wittfogelowi[13], który dokonał krytyki sojuszu państwa i intelektualistów w czasach Orientalnych despotyzmów: „Cywilizacja, którą tak zjadliwie atakuje Profesor Wittfogel, była cywilizacją, która mogła poetów i uczonych uczynić państwowymi oficjelami”[14]. Needham dodaje również, że „kolejni [chińscy] cesarze rządzili wraz z liczną kompanią głęboko humanitarnych i bezstronnych uczonych”. Prawdopodobnie dla profesora Needhama jest to wystarczający powód, by usprawiedliwić przeraźliwy zamordyzm starożytnego Orientu.
Jednak nie musimy cofać się aż do starożytnego wschodu, nawet nie dalej, niż do ogłoszonego w XIX w. projektu autorstwa profesorów Uniwersytetu w Berlinie, tj. stworzenia tzw. „intelektualnej straży przybocznej Domu Hohenzollernów”. We współczesnej Ameryce mamy cieszącego się sławą w swojej dziedzinie profesora polityki, Profesora Richarda Neustadta[15], który okrzyknął Prezydenta mianem „jedynego klejnotu w koronie, jedynego Symbolu Unii”. Mamy doradcę obrony narodowej Townsenda Hoopesa, piszącego, iż „w naszym systemie ludzie mogą jedynie od Prezydenta oczekiwać zdefiniowania natury problemów naszej polityki zagranicznej oraz przedstawienia programów i ofiar niezbędnych by problemy te skutecznie rozwiązać”. Mamy też, w odpowiedzi, Richarda Nixona, który w przeddzień swojej elekcji prezydenckiej, określa swoją rolę w ten sposób: „On (prezydent) musi wyrazić wartości narodowe, zdefiniować cele narodu i skupić jego wolę”. Znaczenie, jakie przypisuje sobie Nixon, jest niesamowicie podobne do tego przedstawionego przez niemieckiego uczonego lat 30. Ernesta Hubera, które ujął w swoim dziele „Prawo konstytucyjne Wielkiej Rzeszy Niemieckiej”. Huber napisał, że głowa państwa „formułuje wielkie idee do zrealizowania oraz szkicuje plan wykorzystania wszystkich narodowych sił by osiągnąć wspólne cele (…) daje narodowemu życiu jego wartość i prawdziwy powód istnienia”[16].
Dlatego, państwo jest przymusową organizacją kryminalną, która utrzymuje się przy życiu dzięki zbiurokratyzowanemu, zakrojonemu na wielką skalę systemowi opodatkowania-kradzieży; której złodziejstwo uchodzi na sucho dzięki konstruowaniu poparcia większości (choć, podkreślam, nie wszystkich obywateli), które, z kolei, jest skutkiem sojuszu państwa z grupami inteligentów kształtujących opinię społeczną, którzy w zamian uzyskują od państwa część zrabowanej mamony oraz udział we władzy. Jednak jest jeszcze jeden kluczowy aspekt państwa, który należy wziąć pod uwagę. Jest jeden decydujący argument na rzecz istnienia państwa: argument, którego nie wypowiada się wprost. Otóż, że tak naprawdę aparat państwowy jest właścicielem terytorium, nad którym rości sobie posiadać pełną jurysdykcję. Państwo, krótko mówiąc, przypisuje sobie monopol siły, władzy podjęcia ostatecznej decyzji, ostatecznej jurysdykcji na danym terenie – większej czy mniejszej, to zależy od warunków historycznych i od tego, jak wiele udało się wyrwać z łap innego państwa. Jeśli przyznamy, że państwo słusznie posiada swoje terytorium, czyli jest jego prawowitym właścicielem, to słusznie można przyznać państwu moc tworzenia nakazów w stosunku do każdego, kto ośmiela się żyć na jego ziemiach. I może prawomocnie kontrolować lub przejąć własność prywatną; przecież, tak naprawdę, nie ma własności prywatnej w granicach ziemi posiadanej przez państwo – to ono posiada całą ziemię, jest ostatecznym właścicielem. Tak długo, jak państwo zezwala swym obywatelom opuścić jego terytorium, postępuje tak samo jak postępuje każdy właściciel, który ustalił przepisy dla ludzi zamieszkujących na terenie jego własności. (Wydaje się to być jedynym usprawiedliwieniem dla prostackiego sloganu: „Ameryka, kochaj ją lub wyjedź!”, podobnie jak dla ogromnego akcentu jaki kładzie się na prawo jednostki do emigracji z kraju). Krótko mówiąc, według tej teorii państwo jest niczym średniowieczny Król, suzeren, który przynajmniej teoretycznie ziemię w swym władztwie posiadał. Praktycznym wyrazem takiej teorii jest fakt, że nowo-odnalezione i nie posiadające jeszcze swojego właściciela bogactwa naturalne – zarówno dziewicza ziemia jak i dna jezior – są niezmiennie uważane przez państwo za jego własność (jako „własność publiczna”).
Ale nasza teoria pierwotnego zawłaszczenia, zakreślona wcześniej, w zupełności wystarczy, by obalić wszelkie takie roszczenia aparatu państwowego. Bo przecież z jakiegoż to powodu państwowi kryminaliści roszczą sobie prawo własności do ziemi? Według jakiego kryterium państwo ma posiadać na własność całe terytorium – czy nie wystarczy, że posiada kontrolę nad procesem podejmowania ostatecznych, rozstrzygających decyzji na danym terenie?
Dlatego, państwo może być zdefiniowane jako organizacja, która posiada jedną lub obie (w rzeczywistości, prawie zawsze posiada obydwie) z następujących cech: a) uzyskuje swój dochód stosując przemoc fizyczną (opodatkowanie) i b) utrzymuje przymusowy monopol stosowania siły i podejmowania wiążących decyzji na danym terenie. Obydwie z tych podstawowych aktywności państwa, siłą rzeczy znamionują przestępczą agresję i grabież, jakiej dopuszcza się ono wobec praw własności prywatnej (również prawa do samoposiadania). Pierwsza ustanawia złodziejstwo dokonane na gigantyczną skalę, gdy druga zakazuje wolnej konkurencji między agencjami ochrony lub ośrodkami stanowienia na danym terenie – przez zakaz dobrowolnego nabywania bądź sprzedawania usług obronnych oraz świadczenia usług sądowych[17]. Dlatego sprawiedliwa jest barwna krytyka teoretyka libertarianizmu Alberta Jaya Nocka: „Państwo rości sobie prawo do zbrodni i dzierży monopol na nią” na danym terenie. „Zakazuje morderstw, ale samo organizuje morderstwa na kolosalną skalę. Karze złodziei, ale samo bezwstydnie kładzie swoje łapy na czym tylko zechce, nie bacząc, czy jest to własność jego obywatela, czy cudzoziemca”[18].
Należy podkreślić, że państwo nie tylko korzysta z przymusu by zdobyć swoje źródło dochodu, zatrudnić propagandzistów, którzy zwiększą jego siłę, ale również po to, by przypisać sobie i narzucić obowiązkowy monopol na takie podstawowe usługi, jak ochrona policyjna, straż pożarna, transport i usługi pocztowe. Chociaż państwo pełni również wiele innych funkcji, to o żadnej z nich nie można powiedzieć, żeby służyła potrzebom społeczeństwa. Używa swojego monopolu siły by osiągnąć, jak ujął to Nock, „monopol zbrodni” – by kontrolować, regulować i stosować przymus wobec swoich nieszczęsnych obywateli. Często nie waha się kontrolować moralność i regulować zwykłe życie codzienne obywateli. Państwo korzysta z przymusowego finansowania nie tylko by zmonopolizować i świadczyć niezbędne społeczeństwu usługi w prawdziwie nieudolny sposób, ale również by zgromadzić władzę kosztem udręczonych i wyzyskiwanych obywateli: by dokonać redystrybucji dochodów i bogactwa tj. odebrać społeczeństwu, a wziąć dla siebie i swoich sojuszników, by kontrolować, rozkazywać i przymuszać mieszkańców swojego terytorium. W prawdziwie wolnym społeczeństwie, społeczeństwie, gdzie przestrzega się indywidualnych praw każdej osoby i praw własności, państwo musiałoby przestać istnieć. Jego niezliczone inwazyjne i agresywne działania, jego grabież własności i łamanie ludzkich praw na wielką skalę musiałyby zniknąć. Wtedy też najważniejsze usługi, które są teraz tak kiepsko przez państwo świadczone, zostałyby poddane wolnej konkurencji i byłyby opłacane dobrowolnie przez każdego z ich odbiorców.
Wyraźnie widać groteskowość typowo konserwatywnego nawoływania, by rząd wprowadził w życie to, co kryje się pod konserwatywną definicją „moralności” (np. by zakazał, jak mówią, „niemoralności pornografii”). Pozostawiając na boku inne mocne argumenty przeciw wymuszaniu moralności (np. że nie można uznać za moralne działania, które nie zostało podjęte z wolnej, nieprzymuszonej woli), czymś naprawdę groteskowym jest powierzenie funkcji strażnika społecznej moralności najbardziej zbrodniczej (i tym samym, najbardziej niemoralnej) z grup w społeczeństwie – państwu.


[1] Niniejszy artykuł stanowi 22. rozdział książki The Ethics of Liberty Murraya N. Rothbarda [przyp. red.].
[2] Zobacz: Murray N. Rothbard, Power and Market, wyd. 2. (Kansas City: Sheed Andrews and McMeel, 1977), s. 172-181; Murray N. Rothbard, For a New Liberty, wyd. popr. (New York: Macmillan, 1978), s. 194-201.
[3] Joseph A. Schumpeter, Capitalism, Socialism, and Democracy (New York: Harper and Brothers, 1942), s. 198.
[4] Lysander Spooner, No Treason: The Constitution of No Authority, James J. Martin (red.), (Colorado Springs, Colo.: Ralph Myles, 1973), s. 29.
[5] W oryginale gra słów: ballot (głosowanie) – bullet (kula) [przyp. tłum.].
[6] Tamże, s. 15
[7] Franz Oppenheimer (1864-1943), niemiecki socjolog (pionier socjologii państwa) i ekonomista. Ukończył medycynę (praktykował przez prawie 30 lat). W 1909 obronił doktorat z ekonomii u Davida Ricardo. W 1919 roku przejmuje katedrę Socjologii i Ekonomii Politycznej na Uniwersytecie we Frankfurcie n. Menem. Wykładał m.in. w Palestynie i Japonii [przyp. tłum.].
[8] Franz Oppenheimer, The State (New York: Free Life Editions, 1975), s. 12.
[9] Spooner, No Treason, s. 19.
[10] Etienne de la Boetie (1530-1563), francuski sędzia i pisarz, przyjaciel Montaigne’a (to o nim pisze w jedynym ze swoich esejów o przyjaźni). Autor Traktatu o Dobrowolnej Służebności. Tekst dostępny w języku francuskim na stronie http://www.forget-me.net/LaBoetie/, natomiast w języku angielskim, ze wstępem M. N. Rothbarda pod adresem: http://www.mises.org/rothbard/boetie.pdf [przyp. tłum.].
[11] I tak, pisał Hume:

„Trudno o coś bardziej zdumiewającego (…) niż łatwość, z jaką większość jest rządzona przez tak niewielu i bezgraniczna uległość oraz łatwość, z jaką człowiek rezygnuje z własnych uczuć i namiętności na rzecz tych należących do ludzi nim rządzących. Gdy zbadamy, jakim sposobem taki cud ma miejsce, zauważymy, że choć Siła zawsze jest po stronie rządzonych, to rządzący nie mają nic na swoje poparcie, prócz opinii i prestiżu. To właśnie na opinii zbudowany jest rząd – zasada ta dotyczy najbardziej nawet despotycznych i zmilitaryzowanych rządów”.

David Hume, Essays: Literary, Moral and Political (London: Ward, Locke, and Taylor, n.d.), s. 23; patrz także w: Etienne de la Boetie, The Politics of Obedience: The Discourse of Voluntary Servitude (New York: Free Life Editions, 1975); oraz: Ludwig von Mises, Human Action (New Haven, Conn.: Yale University Press, 1949), s. 188 i n.
[12] Zobacz: Rothbard, For a New Liberty, s. 109–116.
[13] Karl August Wittfogel (1896-1988), niemiecki historyk i sinolog. W młodości aktywny członek Niemieckiej Partii Komunistycznej, po dojściu Hitlera do władzy aresztowany i osadzony w obozie koncentracyjnym. Uwolniony wskutek protestów opinii międzynarodowej, emigruje do Stanów Zjednoczonych, gdzie zrzeka się ideologii komunistycznej, mówiąc o Związku Sowieckim oraz Chinach, iż są największymi zagrożeniami dla dalszego rozwoju ludzkości. Wykłada na Uniwersytecie Columbia oraz Uniwersytecie Waszyngtońskim. Jego opus magnum to „Władza totalna: studium porównawcze despotyzmu wschodniego” (wydana w 1957, polskie wydanie – Toruń, 2002r.) [przyp. tłum].
[14] Joseph Needham, „Review of Karl A. Wittfogel, Oriental Despotism,” Science and Society (1958): 61, 65. O poszukiwaniach władzy przez „kolektywistycznych” intelektualistów podczas „Ery Postępu” [początek XXw. – okres reform w Stanach Zjednoczonych, m. in. zniesienie kary śmierci w sześciu stanach – przyp. tłum.] zobacz James Gilbert, Designing the Industrial State (Chicago: Quadrangle Books, 1972). Więcej o sojuszu intelektualistów z państwem, zobacz Bertrand de Jouvenel, „The Treatment of Capitalism by Continental Intellectuals,” i John Lukacs, „Intellectual Class or Intellectual Profession?” w George B. deHuszar, red., The Intellectuals (Glencoe, Ill.: Free Press, 1960), s. 385-399 i 521-522; Bertrand de Jouvenel, On Power (New York: Viking Press, 1949); Murray N. Rothbard, „The Anatomy of the State,” w Egalitarianism as a Revolt Against Nature and Other Essays (Washington, D.C.: Libertarian Review Press, 1974), s. 37-42; and Rothbard, For a New Liberty, s. 59-70.
[15] Richard Elliott Neustadt (1919-2003), amerykański historyk polityki. Profesor administracji publicznej na Uniwersytecie Cornell. W swojej książce „Władza prezydencka” próbuje udowodnić tezę o słabej w istocie władzy prezydenta USA, który, ograniczony w swoich działaniach aprobatą Kongresu, musi odwoływać się do osobistych wpływów i znajomości oraz opinii publicznej dla osiągnięcia swoich celów. Doradca prezydentów USA Johna F. Keenedy’ego, Lyndona B. Johnsona, Billa Clintona. Jednym z jego bliskich uczniów był Al Gore [przyp. tłum.].
[16] Richard Neustadt, „Presidency at Mid-Century,” Law and Contemporary Problems (jesień 1956): 609-645; Townsend Hoopes, „The Persistence of Illusion: The Soviet Economic Drive and American National Interest,” Yale Review (marzec 1960): 336, cytat [w:] Robert J. Bresler, The Ideology of the Executive State: Legacy of Liberal Internationalism (Menlo Park, Calif.: Institute for Humane Studies, n.d.), s. 4-5. Nixon i Huber cytowani [w:] tamże, s. 5, 16-17; oraz [w:] Thomas Reeves and Karl Hess, The End of the Draft (New York: Vintage Books, 1970), s. 64-65. O doradcach w kwestiach obrony narodowej, zobacz również Marcus Raskin, „The Megadeath Intellectuals,” New York Review of Books (14 listopada 1963): 6-7.
[17] „Dany teren” w tym kontekście oznacza oczywiście implicite „poza terenem prawowitej własności każdego posiadacza mienia”. Oczywiście w wolnym społeczeństwie Smith posiada wyłączne prawo decydowania o swoim prawowitym majątku, Jones o swoim itd. Państwo, czy też rząd, rości sobie i wykorzystuje prawo do przymusowego monopolu obronnego, a także do wyłącznego decydowania o obszarach większych niż jednostkowa prawowicie nabyta własność. Smith, Jones i inni są tym samym pozbawieni przez „rząd” możliwości istnienia poza sferą „rządu” i zawieraniem przez nich na własną rękę umów z konkurencyjnymi organizacjami. Dług wdzięczności winien jestem za tę uwagę profesorowi Sidneyowi Morgenbesserowi.
[18] Albert Jay Nock, On Doing the Right Thing, and Other Essays (New York: Harper and Brothers, 1928), s. 143.

4 odpowiedzi na „Rothbard: Natura państwa”

  • „wciąż panuje wzięte od Hobbesa przekonanie o tym, że tyrania państwa lepsza jest ponad wszelką miarę od „tyranii sąsiada”.

    Przyznaję; całe moje dotychczasowe doświadczenie życiowe wskazuje, że tyrania sąsiada w nikłym (lub żadnym) stopniu nie jest modyfikowana tyranią państwa, a raczej obie tyranie składają się na marność doświadczanego losu. Czy jednak osobiste doświadczenie życia w Polsce (Mesjaszu Narodów!)a nawet tysiące podobnych biografii może być obiektywnym dowodem, że Hobbes się całkowicie myli? Liczę na odpowiedź antropologów; czy dawne kultury (o których co nieco wiemy)które nie tworzyły struktur na wzór mafijno-państwowych organizacji, mogły w jakiś sposób przetrwać najazd hunów?

  • załóżmy że prywatny właściciel jakiegoś terenu wielkości np. miasta ogłasza że każdy może się osiedlić na jego ziemi pod warunkiem zaakceptowania zasad które on ustalił, stworzył zatem pewien system prawny. dostarczać będzie usług ochrony i sądów za co będzie pobierać jakąś opłatę, itp.
    czy taki właściciel kwalifikuje się pod definicję państwa?

    • Jak zwykle – to zależy 😉
      Państwo zaczyna się tam, gdzie zaczyna się przymus. Póki działa obustronna umowa nie jest to Państwo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • google
  • facebook
  • twitter
  • youtube
Zapisz się na newsletter:

Wybierz listę(y):

Cytat:
  • Gospodarka jest fenomenem społecznym, nie fizycznym. Gdyby politycy i ekonomiści przyjęli to do wiadomości, musieliby porzucić marzenia o możliwości pozytywnego wpływu na zjawiska gospodarcze. Krzysztof Dzierżawski
Mecenasi
Wspieraj Nas>>
W kwietniu wsparli nas:
Pan Dominik Aromiński
Pan Michał Basiński
Pan Marek Bernaciak
Pan Wojciech Bielecki
Pan Bartosz Biernacki
Pan Rafał Boniecki
Pani Dominika Buczek
Pan Mirosław Cierpich
Pan Marcin Dabkus
Pan Michał Dębowski
Pan Paweł Drożniak
Pan Tomasz Dworowy
Pan Dariusz Dziadkowski
Pan Wiktor Gonczaronek
Pan Jarosław Grycz
Pan Adrian Grzemski
Pan Maciej Grzymkowski
Pan Karol Handzel
Pan Tomasz Hrycyna
Pan Stanisław Hyrnik
Państwo Paulina i Przemysław Hys
Pan Łukasz Jasiński
Pan Dominik Jaskulski
Pan Paweł Jegor
Pan Tomasz Jetka
Pan Gustaw Jokiel
Pan Dominik Jureczko
Pan Paweł Jurewicz
Pan Jan Kłosiński
Pan Jan Kochman
Pan Andrzej Koźlik
Pan Wojciech Kukla
Pan Stanisław Kwiatkowski
Pan Tomasz Malinowski
Pan Miłosz Mazurkiewicz
Państwo Magdalena i Marcin Moroniowie
Pan Igor Mróz
Pan Piotr Musielak
Pan Maksym Mydłowski
Pan Tomasz Netczuk
Pan Filip Nowicki
Pani Karolina Olszańska
Pan Zbigniew Ostrowski
Pan Mateusz Pigłowski
Pan Mikołaj Pisarski
Pani Agnieszka Płonka
Pan Dominik Pobereszko
Pan Bartłomiej Podolski
Pan Paweł Pokrywka
Pan Artur Puszkarczuk
Pan Michał Puszkarczuk
Pan Adam Skrodzki
Pan Michał Sobczak
Pan Radosław Sobieś
Pan Piotr Sowiński
Pan Michał Szymanek
Pan Marek Trzaska
Pan Jan Tyszkiewicz
Pani Anna Wajs
Pan Adam Wasielewski
Pan Jakub Wołoszyn
Pani Mariola Zabielska-Romaszewska
Pan Karol Zdybel
Pan Marek Zemsta
Pracownik Santander Bank
Łącznie otrzymaliśmy 2 345,82 zł . Dziękujemy wszystkim Darczyńcom!
Znajdź się na liście>>
Lista mecenasów>>