Radykalna ekonomia – wywiad z profesorem Walterem Blockiem

Tłumaczenie: Włodzimierz Gogłoza

Redakcja i fragmenty tłumaczenia: Anna Gruhn

Walter Block wykłada ekonomię na Loyola University w Nowym Orleanie i jest starszym pracownikiem (Senior Fellow) Instytutu Ludwiga von Misesa. Będący także współwydawcą The Quarterly Journal of Austrian Economics, Block jest autorem licznych książek i publikacji, z których niewątpliwie najbardziej znaną jest Defending the undefendable. Wywiad z nim przeprowadził wiosną 1999 roku Austrian Economics Newsletter. Niniejsze tłumaczenie pochodzi ze strony internetowej Jacka Sierpińskiego: http://sierp.tc.pl/wlodek/blockinter.htm.

Austrian Economics Newsletter: Jaki wpływ miała śmierć Rothbarda na szkołę austriacką?

Profesor Walter Block: W filmie Ojciec Chrzestny ktoś po śmierci Dona wygłasza taką kwestię: „straciliśmy połowę naszej mocy”. Tak samo jest ze szkołą austriacką. Rothbard był tylko jednym ekonomistą, ale wiedział wszystko, włącznie z tym, co nasi przeciwnicy zamierzają i w jakim celu. Teraz żyje w ludziach, których zainspirował swoimi wiekopomnymi dziełami.

W pewnym sensie obecność Rothbarda w świadomości ludzi wzrasta. W dalszym ciągu żyje w świadomości ludzi, na których poglądy wpłynął oraz poprzez swoje ksiązki. Po jego śmierci, Uniwersytet Nowojorski wydał ponownie The Ethics of Liberty. Jego Austrian Perspective on the History of Economic Thought napisana na krótko przed śmiercią kilkakrotnie była dodrukowywana aby zaspokoić popyt. Dwa tomy Logic of Action zyskały duży rozgłos. A to dopiero początek… Murray znał każdego i z każdym korespondował, i znaczna część tej korespondencji zostanie w niedalekiej przyszłości wydana.

Dzięki trzynastu seriom wykładów prowadzonych w ramach Mises University i innych konferencji, miał on osobisty wpływ na tysiące studentów teraz niejednokrotnie wysoko cenionych w środowisku akademickim. Center for Libertarian Studies planuje założenie strony www poświęconej rozpowszechnianiu na świecie jego dorobku, z którego wiele dzieł jest jeszcze niedostępnych. Gdy to się stanie, więcej osób niż kiedykolwiek wcześniej będzie mogło się z nimi zapoznać.

Dziesięć tomów The Review of Austrian Economics jest już teraz dostępne dla każdego na www.mises.org. Są tam również inne pisma Murraya. To wielkie błogosławieństwo dla całego świata. W historii ruchu austriackiego otwarty został nagle cały rozdział opisujący powstanie, dziesięcioletni rozwój i odejście ukochanego magazynu Rothbarda.

AEN: Wielu ludzi zwraca uwagę na to, jak bardzo aktywnym człowiekiem był Rothbard.

WB: Murray był niezwykle wszechstronny, jednego dnia pisał o technicznych kwestiach ekonomii, a następnego o zawiłościach filozoficznych. Zajmował się również rewizjonizmem wojennym i historią amerykańskiej rewolucji. Dokonał w dziedzinie ekonomii więcej niż wielu innych ekonomistów razem wziętych. Ale działał również w innych obszarach. Wiele ludzi mówiło mu, żeby zajął się jedną dziedziną. Ale to było jakby mówić Mozartowi, żeby komponował tylko sonaty.

Rothbard był również pionierem etycznych rozważań w dziedzinie ekonomii. Dzisiaj ekonomiści są bardziej skłonni do mówienia o instytucjach politycznych i zależnościach etycznych, nawet jeśli nie zawsze wychodzi im to tak dobrze jak Murrayowi. Był mistrzem jasnego formułowania myśli i ujawniania sądów wartościujących.

AEN: Jedną z rzeczy, którymi się pan zajmował, było wyciągnięcie na światło dzienne mało znanych cech głównego nurtu ekonomii.

WB: Rozważmy sprawę finansów publicznych. Pierwszy rozdział w każdej książce poświęconej tej sprawie zawiera „dowody” na konieczność istnienia państwa; jedyne pytanie, jakie się stawia, to jak ma być ono finansowane. Ale w rzeczywistości nie są to dowody, lecz jednostkowe opinie. Autorom wydaje się, że korzyści z przymusu mają większe znaczenie niż koszta, gdyż są one określone przez jakieś arbitralne miary. Albo weźmy inny przypadek – często autorzy (nie czytając Lysandera Spoonera) wierzą że prawo wyborcze usprawiedliwia agresję dokonywaną przez państwa na jednostkach i ich własności.

Wszystkie te teksty zakładają, że państwo jest produktywne. W PKB na przykład, znajdujemy między innymi wyliczenie tego, co sprzedaje sektor prywatny: towary i usługi oferowane na rynek w celu sprzedaży. Jednakże dla rządu PKB to jedynie wskaźnik pokazujący koszty produkcji państwowej, i nieważne, czy jest zapotrzebowanie na jej efekty. Im wyższe koszta, tym większy udział w PKB. Dla odróżnienia, w sektorze prywatnym, jeżeli twoje koszty są zbyt wysokie i bankrutujesz, twój produkt w ogóle nie będzie brany pod uwagę w PKB.

AEN: Nie ma pan żadnych trudności w oddzieleniu wolności od wartościowania w prakseologii od wartościujących poglądów politycznych?

WB: Sprawa oddzielenia tego od siebie jest bardzo prosta, ale istotna. Kwestia ta uwidacznia bowiem, że prawa ekonomii wywodzące się z prakseologii, działają wszędzie i są uniwersalne. Jakiekolwiek wartości polityczne wyznaje indywidualny ekonomista, jego teoretyczny aparat nie powinien być nimi zainfekowany.

Jestem przekonany, że jeśli dobrze poszukać, znajdzie się zwolenników prakseologii również wśród ekonomistów głównego nurtu. Byłem pod wrażeniem, gdy podczas debaty na temat płacy minimalnej Card i Krueger pokazali dowody na to, że zwiększanie płacy minimalnej nie zwiększa bezrobocia. Tym samym stwierdzili, że prawa ekonomii nie działają w Pensylwanii i New Jersey.

Ekonomiści głównego nurtu, zwykle odwołujący się do programu pozytywistów, nie powiedzieli: „tak pokazują dane”. Zamiast tego dostali apopleksji i dziwili się: „coś jest nie tak z tymi badaniami”. Dopóki przyjmowali pogląd, że są niepoprawne, działali zgodnie z metodą prakseologiczną. Twierdzili, że prawa ekonomii muszą działać wszędzie. Rzecz jasna koniec końców mieli rację. Ich badania były wadliwe, co każdy uczeń Misesa zauważyłby już na samym początku.

Moja praca doktorska, pisana jeszcze zanim zostałem zwolennikiem austriackiej szkoły w ekonomii, poświęcona była ustawowej kontroli czynszów. Próbowałem udowodnić, że ta prowadzi do braku mieszkań oraz ich niskiego standardu. Gdybym wyciągnął właściwe wnioski – że określa to prawo ekonomiczne – moi doradcy powiedzieliby „świetnie!”. Gdybym wyciągnął złe wnioski – prawa ekonomii nie działają w tym przypadku – powiedzieliby: „idź i pracuj nad tym dopóty, dopóki nie wyjdzie ci dobrze”.

Ale w pozytywizmie chodzi o to, że za pomocą badań empirycznych sprawdza się teorię. Teoria nie ma służyć sprawdzaniu empirii. Dla szkoły austriackiej praca empiryczna ilustruje teorię, ale jej nie weryfikuje. Żadne dowody nie mogą podważyć dobrze zbudowanej teorii, ponieważ wszystkie historyczne wydarzenia, nieważne jak ostrożny jesteś w zbieraniu danych, muszą być interpretowane zgodnie z jakimś standardem. Szkoła austriacka proponuje, aby standard ten logicznie wywodził się z konkretnych aksjomatów o działaniu i o świecie.

Pułapką udawania prakseologa jest to, że możesz skończyć na robieniu niepotrzebnych nikomu rzeczy, wklepując nieskończone ilości bezużytecznych danych. Studenci zniechęcają się zazwyczaj takimi bezsensownymi rzeczami. Korzyścią z bycia wiernym prakseologii jest to, że możesz być skuteczniejszym ekonomistą i lepiej rozumieć świat wokół siebie.

AEN: Czy zwolennik szkoły austriackiej może zaakceptować metody badania historii stosowane przez ekonomistów głównego nurtu?

WB: Zazwyczaj nie. Bardzo często to, co ekonomiści nazywają historią, jest historią wymyśloną, produktem, który powstał po to, aby pasować do całego modelu. Wyraźnie winna jest tu kliometria. Prawdziwym problemem jest jednak metodologia: próba dowodzenia prawidłowości lub nieprawidłowości teorii. To próba użycia metody niesprzyjającej takim naukom. Stąd ekonomiści mają skłonność do mylenia przyczyn z ich skutkami, powierzchownych i istotnych zdarzeń.

Porównajmy tę zagmatwaną historię z historią, którą można znaleźć w pracach Rothbarda. To nie są tylko dane i agregaty makroekonomiczne. To prawdziwi ludzie podejmujący decyzje, prawdziwe wydarzenia mające wpływ na ludzi z rządu i sektor prywatny, połączone z analizami systemu ideologicznego, w którym te zdarzenia miały miejsce. Wreszcie to leżąca u podstaw ekonomii logika, która służy tłumaczeniu historii. Żadnego z tych elementów nie znajdziemy w typowej historii gospodarczej.

AEN: Co zatem sądzi pan na temat studiów historycznych „szkoły publicznego wyboru” (z ang. public choice)?

WB: To interesująca sprawa. Teoria ta nie jest całkowicie błędna. Zanim powstała, większość ekonomistów głównego nurtu wierzyła, że istnienie „błędów rynku” wystarczy do tego, by rząd musiał wziąć się do roboty. Wielką zasługą „szkoły publicznego wyboru” dla ekonomii było spostrzeżenie, że ta konkluzja wcale nie dowodzi, iż rząd jest doskonały. Wskazali też na to, że istnieje również coś takiego jak błędy rządu.

Ważnym jest, aby pamiętać, że ludziom nie rosną skrzydła aniołów, gdy zaczynają pracować w administracji publicznej. Ale tutaj pokazana zostaje niekonsekwencja tej szkoły: dla nich o kosztach społecznych błędów rynkowych lub państwowych przesądzać mają dane empiryczne.

Wraz z Tomem DiLorenzo na Austrian Scholars Conference przedstawiliśmy pracę wskazującą dalsze fundamentalne problemy. Jak pisze Rothbard w The Logic of Action, zwolennicy szkoły z Wirginii myślą, że rząd może być analizowany tak samo jak prywatna firma albo stowarzyszenie. Myślą, że rząd jest oparty na umowie społecznej i stara się sprostać zasadzie wzajemnych korzyści. Z tego założenia wnioskują, między innymi to, że sektor polityczny może być analizowany tak samo jak rynek.

Ale rząd, w przeciwieństwie do prywatnej firmy bądź stowarzyszenia, nie jest organizacją dobrowolną. Procesy polityczne nie są analogiczne do procesów rynkowych. Głosy wyborców to nie to samo co wymiana na rynku. Rząd nie jest producentem, lecz grabieżcą dóbr. Działania państwa są niczym innym jak aktami agresji, które nie powiększają dobrobytu. Za działalnością państwa nie stoi żadna „umowa społeczna” ani tym bardziej żadne jednomyślne decyzje. Tak naprawdę państwo, w którym wszystkie decyzje podejmowałoby się jednomyślne, nie byłoby państwem.

Tu tkwi ironia losu. Zwolennicy szkoły wyboru publicznego zrozumieli istotną cechę państwa – że złożone jest ono z egoistycznych jednostek – ale, czego nie rozumiem, doszli do najbardziej naiwnego wyobrażenia o nim. Być może się wahają? Z jednej strony widzą, że rząd jest zainteresowany jedynie samym sobą, z drugiej są przekonani o konieczności istnienia państwa i poszukują jakiegoś usprawiedliwienia dla jego istnienia.

AEN: Nieczęsto próbuje się udzielić odpowiedzi na ten temat.

WB: Dobrym sposobem na wykazanie absurdalności tych poglądów jest pytanie: dlaczego nie miałby istnieć jeden światowy rząd? Obecnie mamy stan anarchii między państwami. Nie ma żadnego oficjalnie narzuconego mechanizmu rządzącego międzynarodowym rynkiem. Umowy są nieformalne i prywatne i jak na razie ten system działa całkiem nieźle.

Można obecnie znaleźć zwolenników utworzenia rządu światowego dla zapobieżenia konfliktom międzynarodowym. Trzeba im przypomnieć, że wszystkie światowe konflikty były dziełem państw. To nie osoby prywatne, lecz rządy wszczynają wojny. Poza tym, rządy są mistrzami w łamaniu zasad, które same stworzyły – szczególnie w sprawach wojny i pokoju. USA na przykład wtedy tylko powołuje się na prawo międzynarodowe, gdy leży to w jego własnym interesie.

W dzisiejszych czasach ludzie mogą zobaczyć korzyści tak zwanej anarchii korzystając po prostu z Internetu. Domy aukcyjne jak eBay.com prosperują dzięki temu, że ludzie z całego świata mogą kupować i sprzedawać towary bez żadnych restrykcji. Jeżeli nawalisz z zapłatą lub nie wyślesz towaru, natychmiast dowiedzą się o tym ludzie z całego świata. To wystarczy, aby zapobiec oszustwom.

Anarchokapitalistyczne usługi obronne, ochronne i sądownicze już dziś doskonale funkcjonują w wielu społecznościach. Istnieją różne rodzaje prywatnych usług arbitrażowych, mamy ochroniarzy chroniących nasz dobytek. Nawet gdy dochodzi do nadawania certyfikatów jakości, ludzie z większym zaufaniem odnoszą się do prywatnych firm, takich jak Underwriters Laboratory, niż rządowych agend w rodzaju FDA.

Swego rodzaju przełomem jest coraz częstsza praktyka powierzania rozstrzygania sporów prywatnym arbitrom. Konflikty, jakie dziś rodzą się pomiędzy osobami prowadzącymi interesy, bardzo często są zupełnie niezrozumiałe dla państwowych sędziów czy zwykłego człowieka z ulicy. Spory te wymagają interwencji specjalistów, a ci najczęściej znajdują zatrudnienie w prywatnych firmach.

Jeśli pomiędzy dwoma ortodoksyjnymi rabinami dojdzie do sporu, nie zwracają się oni w celu jego rozstrzygnięcia do państwowego sądu – gdyż mają swoje własne. Tak jest z wieloma innymi grupami. Zyski z istnienia bezpaństwowego rynku są dobrze znane wszystkim jego uczestnikom. Tylko ekonomiści nie potrafią ich dostrzec.

AEN: Czy nie ma pan żadnych obaw związanych z wygłaszaniem sądów o kompletnie prywatnym systemie społecznym?

WB: Czasami trzeba być ostrożnym. Na przykład, kiedy daję wykłady na uniwersytetach, często jestem nazywany anarchistą. Wiele osób sądzi, iż jeśli występujesz przeciw państwu opiekuńczemu, to występujesz też przeciwko państwu w ogóle. Uważam, że nie wolno wymigiwać się od odpowiedzi na takie zarzuty. Zazwyczaj mówię w takich sytuacjach, iż pomijając kwestie tego, jak powinna być zorganizowana społeczność, widać wyraźnie, że państwo opiekuńcze wyrządza krzywdę społeczeństwu i z tego powodu powinno być zniesione.

AEN: Jak wyglądała pana własna podróż intelektualna?

WB: W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, byłem po prostu jeszcze jednym komuchem żyjącym na Brooklynie. Moje poglądy ekonomiczne były socjalistyczne. Wierzyłem, że wolny rynek może powodować tylko konflikty społeczne i kryzysy finansowe. Pamiętam jak w 1962 wygwizdałem Ayn Rand, kiedy prowadziła wykład w moim college’u. Później wdałem się w rozmowę z Nathanielem Brandenem, który był jej ówczesnym partnerem. Polecił mi żebym przeczytał książki Henry’ego Hazlitta i Rand, i te książki ukazały mi wolnościową perspektywę.

Później powiedziano mi o Murrayu Rothbardzie, z którym w końcu postanowiłem się spotkać. Był jednym z tych, przed którymi ostrzegali mnie rodzice. Bardzo często dyskutowałem z nim i z jego grupą aż do szóstej rano. Jednym z niebezpieczeństw wynikających z przebywania z Murrayem, była jego umiejętność doprowadzania cię do bólu brzucha spowodowanego nadmiernym śmiechem. Bardzo często się śmialiśmy. Murray przekonał mnie do anarchistycznych postulatów, używając moich własnych argumentów przeciwko mnie. To była tylko kwestia przyswojenia logiki rynku do instytucji takich jak wojsko, policja i sądy. Cały anarchokapitalizm jest niczym innym jak tylko zdaniem sobie sprawy z tego, iż logika rynku znajduje zastosowanie we wszystkich obszarach życia społecznego.

AEN: Austriacka szkoła ekonomii przyszła później?

WB: Zabrało mi to kilka lat. Gdy po raz pierwszy spotkałem Rothbarda w 1967 roku byłem jeszcze studentem ekonomii na Columbia University. Szkoła austriacka nie różniła się o 180 stopni od myśli ekonomistów głównego nurtu, ale o 170 stopni odbiegała od tego, czego się uczyłem na studiach od Gary’ego Beckera i Williama Landesa.

Być może byłem wówczas nastawiony zbyt zachowawczo? Jestem trochę pyskaty, więc może dlatego bałem się, że jeśli stanę się jawnym zwolennikiem szkoły austriackiej, to zostanę wyrzucony z uczelni. Nie byłbym z tego powodu dumny. Ale może szkoła austriacka była po prostu tak diametralnie różna od tego, czego się uczyłem, że nie byłem w stanie w pełni jej zaakceptować? Żadnych krzywych obojętności? Żadnej ekonometrii? To było w końcu to, co robiłem niemal codziennie od wielu lat…

Niemniej jednak studiowałem nadal i w 1972 wydałem mój pierwszy artykuł związany ze szkołą austriacką: A Comment on the Extraordinary Claim of Praxeology w dzienniku o nazwie Theory and Decision. Mój następny artykuł był komentarzem do artykułu Murraya o prakseologii w American Economist. Jeszcze kilka takich artykułów i już nigdy nie zszedłem z raz obranej drogi.

Tym, co mnie do tego skłoniło, było to, że szkoła austriacka jest zdecydowanie bliższa światu w którym żyjemy, a ja chciałem robić tylko to, co naprawdę przydatne. Podejrzewam, że gdyby nie pojawiła się w moim życiu, nadal byłbym ekonomistą, który robi co może z narzędziami, które w danej chwili ma pod ręką. Ale szkoła austriacka oferuje większy zakres narzędzi przydatnych do wytłumaczenia jak działa świat i jak może on działać lepiej. Myślę, że można znaleźć elementy idealizmu w każdym ekonomiście ze szkoły austriackiej, a tego często brakuje ich kolegom z głównego nurtu.

AEN: To było jeszcze przed renesansem szkoły austriackiej w latach siedemdziesiątych?

WB: W zasadzie zgadzam się z Josephem Salerno, że to ożywienie trzeba by datować dziesięć lat wcześniej, konkretnie na 1962, kiedy pojawiło się dzieło Rothbarda Man, Economy, and State. To była pierwsza systematyczna prezentacja szkoły austriackiej od czasu wydania Human Action w 1949 i najwspanialsza rozprawa ekonomiczna, jaka kiedykolwiek się ukazała.

Wątpię czy bez tej książki w szkole austriackiej nastąpiłoby jakieś ożywienie. W owym czasie było tylko kilku uczniów Misesa. To prawda, że nagroda Nobla dla Hayeka była dla nas wydarzeniem przełomowym – zwróciła na nas oczy całego świata, ale to właśnie Man, Economy, and State, a nie uznanie dla Hayeka, połączyło pokolenie intelektualistów z początku wieku ze zwolennikami rodzącego się właśnie libertarianizmu i przyczyniło się do rozwoju post-misesowskiej ekonomii.

Murray miał znacznie większy wpływ na dzisiejszy kształt austriackiej szkoły niż jest to mu przypisywane. Nawet ludzie, których nazwałbym anty-austriackimi członkami szkoły austriackiej, definiują własne poglądy w opozycji do jego osiągnięć. To jedna sprawa, gdy grupa naśladowców podziela jego idee, a całkiem inna, gdy jego wrogowie nie mogą przed nimi uciec. Jest to prawdziwy wpływ, porównywalny do tego Marksa czy Keynesa. Mises miał taki wpływ na szkołę austriacką przed wojną. Rothbard miał taki sam wpływ zarówno na obszar teoretyczny, jak i polityczny.

AEN: Czy miał pan tę świadomość, że we wczesnych latach siedemdziesiątych wkroczył pan na ścieżkę nie badaną do tej pory przez Misesa?

WB: Bardzo małą, ale tak. Pamiętam, kiedy pierwszy raz Rothbard skrytykował Misesa, nie za ekonomiczną, ale polityczną etykę. Był bardzo ostrożny, gdyż Mises był zawsze naszym idolem. Jednakże to właśnie z takich wystąpień i krytyk rodzi się postęp, i to samo działo się wówczas, gdy Mises po raz pierwszy skrytykował Boehm-Bawerka czy Mengera. W jednych z moich pierwszych pism skrytykowałem Misesa i Kirznera za ich teorię monopoli. Moim zdaniem, polemika może być wspaniałym źródłem rozwoju intelektualnego.

Czasem zajmując się teorią mistrza, wychodzisz dalej, poza jego wnioski. Zachowujesz wobec niego dług wdzięczności, ale jednocześnie przyczyniasz się do ulepszenia jego teorii. Można przy tej okazji wpaść w dwie pułapki: pierwsza to brak szacunku dla poprzednika, druga – że nie idziesz dalej niż pozwala Ci na to respekt żywiony wobec „nauczyciela”.

AEN: Czy we wczesnych latach siedemdziesiątych można było wyodrębnić jakieś obozy w obrębie szkoły austriackiej?

WB: Nie na początku. Miałem okazję uczestniczyć w ostatnim seminarium Misesa. Było dla mnie oczywiste, że ruch austriacki jaki dziś znamy znajdował się dopiero w powijakach. Był tylko Murray Rothbard. Rzecz jasna, był również Izrael Kirzner, ale z tego, co mi wiadomo, nie był on powszechnie uważany za Austriaka. Znałem jednego z jego uczniów, wykładającego na Uniwersytecie Yeshiva, Aarona Levine, który nigdy nie słyszał o Misesie od Kirznera.

Pamiętam jak próbowaliśmy wraz z Walterem Grinderem przekonać Kirznera do większej otwartości poglądów. Rozzłoszczony, zapytał, czego od niego oczekujemy. Zaproponowaliśmy, by sprowadził z Południowej Afryki Ludwiga Lachmanna. Pomyślałem, że skoro Lachmann napisał niezłą książkę na temat teorii kapitału, mógłby być całkiem dobrym wykładowcą. Ale okazało się, że Lachmann ma nieco dziwaczne poglądy – będąc uczniem Shackle’a odrzucał prawa ekonomiczne. Stopniowo, szkoła austriacka stawała się dla niego tylko synonimem nihilizmu metodologicznego.

To było prawdziwe odejście od myśli Misesa, który uważał ekonomię za naukę, co prawda nie taką, w której korzysta się z narzędzi nauk przyrodniczych, ale jednak naukę – z aksjomatycznymi założeniami, strukturą formalną i uniwersalnym zastosowaniem. To za sprawą Lachmanna wielu nieraz dobrych badaczy odsunęło się ze strefy wpływów Rothbarda i zawróciło na ścieżkę w większości bezpłodną. Większość jego (Lachmanna) zwolenników nie zmieniło przedmiotu badań od dwudziestu lat. Już wtedy nieustannie wysławiali teorie przeciwstawiające się pojęciowej użyteczności modeli równowagi i do dziś mówią to samo.

W ten sposób wyodrębniły się trzy obozy Austriaków. Jest racjonalny obóz Misesa- Rothbarda, który jest bardzo zgodny. Ma on najszerszą perspektywę i w największym stopniu przyczynił się do rozwoju szkoły. Obóz ten pracuje nad wieloma projektami i produkuje fantastyczną ilość materiału. Poprzez pracę wydawniczą, konferencje naukowe czy spotkania ta grupa obecnie rozwija się najszybciej.

Dalej jest obóz Hayeka-Kirznera, który ma nieco węższą perspektywę na szkołę austriacką. Odrzucając niektóre z jej elementów, ściśle trzymają się innych. Nie tworzą jakiegoś radykalnie odmiennego modelu ekonomii, lecz zdają się dążyć do wypracowania bardziej owocnych ich zdaniem metod badań, które powinni stosować wszyscy ekonomiści tak, by ich studia bardziej przystawały do rzeczywistości.

Nie jestem skłonny twierdzić, że subiektywizm, przedsiębiorczość i procesy rynkowe wyczerpują całą spuściznę szkoły austriackiej. Mimo wszystko uważam, że środowisko to odwala kawał dobrej roboty. The Quarterly Journal of Austrian Economics jest otwarty dla obu obozów. Można to nazwać ekumeniczną polityką wydawniczą, mimo że wszyscy jego wydawcy związani są z pierwszą grupą.

Wreszcie trzeci obóz tworzą zwolennicy Lachmanna, którzy uznają tylko subiektywizm i idą z nim w kierunku który nie tylko koliduje ze szkołą austriacką, ale i z zasadami spójnego myślenia. To właśnie w grupie tej zrodziła się kilka lat temu „hermeneutyka”. Ci ludzie chcą zredefiniować szkołę austriacką, ale myślę że każdy dzisiaj już wie, że ta ścieżka prowadzi donikąd…

Ale wracając do pytania, nie wiem kiedy świadomie wyodrębniły się te obozy, ale jeszcze na konferencji w 1974 roku w Vermont wspólne wykłady dawali Kirzner, Lachmann i Rothbard. Ich prace znalazły się potem w książce, która wydawała się wtedy ładnie zgrana. Jednak patrząc wstecz, łatwo dostrzec zarysowujące się podziały… Możesz uczestniczyć w przełomowym wydarzeniu nie zdając sobie z tego do końca sprawy.

AEN: Uważa pan system opracowany przez Misesa i Rothbarda za najbardziej przydatny w pana pracy?

WB: Większość mojej pracy była poświęcona zaadaptowaniu ich poglądów naukowych do pewnych, często uważanych za niecodzienne, specyficznych kwestii w naukach ekonomicznych. Gdybym nie był zwolennikiem szkoły austriackiej, ale na przykład neoklasykiem z domieszką libertarianizmu (co byłoby bardzo łatwą decyzją), pisałbym bardzo odmiennie. Nie wiem czy mógłbym wtedy zauważyć pułapki związane ze źle przyjętą teorią. Myślę też, że nie byłbym tak w twórczy w moich badaniach.

Czasami mówi się, że szkoła austriacka jest teoretyczną przykrywką dla wolnościowej opcji politycznej. Ale ta ostatnia istniałaby, przy całej swojej widocznej dla mnie wartości, i bez tego. Podobnie szkoła austriacka ma swoje do dokonania na polu czysto ekonomicznym. Obóz austriacki także nie potrzebuje pomocy libertarian. Ale pod wieloma względami szkoła austriacka jest bardzo pomocna we wzbogacaniu teorii wolnościowych.

Integracja przedstawicieli radykalnej myśli politycznej z członkami tej szkoły była naturalnym zjawiskiem. Wśród ekonomistów jest wielu zwolenników wolnego rynku, ale tak się jakoś złożyło, że większość tych najbardziej radykalnych to zwolennicy szkoły austriackiej.

AEN: Jeżeli już mówimy o radykalizmie, dlaczego poświęcił pan tyle uwagi sprawie szantażu?

WB: Wygląda ona na mało ważną, ale w rzeczywistości jest niezwykle istotna. Odnosi się bowiem do samego sedna teorii rynku i odróżnia austriacką szkołę od ekonomistów głównego nurtu. Wszystko zaczęło się od kilku zdań Rothbarda broniących legalności szantażu, które zostały wykorzystane przez Foundation for Economic Education jako pretekst do wpisania Man, Economy, and State na indeks ksiąg zakazanych.

AEN: Ma pan teraz szansę by obronić zdanie Rothbarda…

WB: Napisałem na ten temat prawie 20 obszernych i kilka mniejszych artykułów. Zgodnie z rynkową etyką te wszystkie działania, które nie ciągną za sobą przymusu, powinny być dozwolone. Jeśli naruszę pańską własność powinienem zostać ukarany. Czy szantaż jest takim naruszeniem? Absolutnie nie. Jeżeli stosuję przymus – np. gdybym zagroził życiu pańskich dzieci w zamian za pieniądze – to jest to wymuszenie, nie szantaż.

Szantaż jest groźbą, ale nie groźbą ataku na czyjąś osobę lub własność, lecz groźbą ujawnienia jakiejś informacji. Zaś ujawnianie informacji jest niczym innym jak tylko praktycznym realizowaniem zasady wolności słowa. Każdy ma prawo, aby mówić cokolwiek zechce dopóki nie naruszy praw innej osoby. Na przykład każdy może powiedzieć, że biorę kąpiel z gumową kaczuszką. Nie powinno być nielegalne ujawnianie tej informacji albo nieujawnianie jej w zamian za pieniądze.

To stanowisko często uznawane jest za radykalne, ale jest to po prostu zastosowaniem tradycyjnej rynkowej etyki. Nie wydaje mi się, by można było sensownie rozróżnić cechy wymiany zwanej szantażem od zwykłej wymiany towarów na rynku.

Dlaczego ludzie uważają, że szantaż powinien być nielegalny? Ronald Coase uważa go za „moralne morderstwo”. Ale to stanowisko wydaje się być arbitralnym. Robert Nozick i Richard Epstein myślą, że szantaż jest nieproduktywny. Spanie w hamaku w niedzielne popołudnie jest również mało produktywne, a mimo to nie zakazujemy tego. Prawo nie powinno opierać się na tym, czy czyjaś zamożność wskutek jakiegoś działania się zwiększy. Wolnorynkowi ekonomiści nie są od tego, by dyktować ludziom, jakie prace powinni wykonywać.

AEN: Ale szantaż nie wydaje się być normalną wymianą. Jedna strona raczej nie wygląda na zainteresowaną nią.

WB: Ale usługa trzymania języka za zębami jest tym, za co płaci szantażowany, tak samo jak płacimy ludziom za czyszczenie dywanów czy naprawę samochodu. Pewnie, że chcemy, aby nasze dywany się nie brudziły, a nasze samochody się nie psuły. Ale by utrzymać je w dobrym stanie, musimy za to płacić. Podobnie winno być gdy chcemy, by naszych prywatnych brudów nie ujawniano światu.

Szantażysta jest przynajmniej na tyle uczciwy, by dać nam szansę zapłaty za nieujawnianie jakiejś informacji. Z tego powodu szantaż jest dalece lepszy od plotek, które nigdy nie dają osobie wyboru – a przecież nikt nie domaga się uciszenia plotkarza.

Poza tym szantażysta może być pożyteczny dla swojego klienta. Ile jest warty twój sekret? Jeżeli jego zachowanie jest warte $500, a szantażysta żąda tylko $100, daje ci to świadomość zysku $400. On obniża wartość swojego milczenia tak samo, jak sprzedawca obniża cenę swoich produktów na korzyść konsumentów.

Zresztą wiele z subtelnych form szantażu ma dziś status legalnych. Na przykład, kiedy dyrektor wykonawczy opuszcza firmę, podpisuje kontrakt, w którym zobowiązuje się, że nie zdradzi sekretów firmy. Oferując swoje milczenie za pieniądze szantażuje swoją firmę. Kiedy firma zgodzi się na umowę bez wnoszenia sprawy do sądu – pomijając kto tu jest winny – płaci, by uniknąć niechcianych konsekwencji, czyli długiej bitwy w sądzie.

Nawet normalne wymiany na rynku mogą być zinterpretowane jako szantaż. Idziesz do sprzedawcy żeby kupić litr mleka, ale grozisz, że jeśli nie da ci mleka, ty nie dasz mu pieniędzy. A on mówi: jeżeli nie dasz mi pieniędzy, nie dam ci mleka. Każdego dnia pracownicy grożą pracodawcom, że jeśli nie dostaną podwyżki, to odejdą. Tak samo pracodawca straszy pracowników, że jeśli nie będą dobrze pracowali, to ich zwolni. W tym sensie cały porządek rynku może być uważany za serię szantaży.

A teraz, gdy nieznana córka Billa Cosby’ego poprosiła go o pieniądze w zamian za swoje milczenie, została oskarżona o szantaż. Przecież nie groziła mu utratą życia ani własności. Po prostu prosiła o pieniądze w zamian za nieangażowanie się w sądowy spór. Nie ma w tym nic złego. Jedyny problem pojawiłby się wtedy, gdyby po zaakceptowaniu umowy złamała ją, ujawniając owe informacje.

AEN: Był pan również krytyczny w stosunku do Coase’a

WB: Ale nie z powodu jego teorii firm. Ekonomista szkoły austriackiej Peter Klein zauważył, że może ona stanowić dobry początek, który można ulepszyć dzięki teoriom Rothbarda. Coase jest również doskonałym znawcą dziedziny prywatnych linii lotniczych i latarni morskich.

Problem z nim polega na jego teorii kosztów społecznych. Coase wierzy, że prawa własności powinny być definiowane w zależności od tego, czyja zamożność zostanie wskutek jakiegoś działania zwiększona. W praktyce poglądy te uprawniają sędziów do sprawowania roli centralnych planistów. Jest to całkowicie sprzeczne z teorią libertariańską, która mówi, że prawa własności winny być określane zgodnie z zasadą zawłaszczenia i rynkowej wymiany. Problem leży w tym, że ten intelektualny wirus bardzo się rozprzestrzenił. Artykuł Coase’a z 1960, The Problem of Social Cost, jest najczęściej cytowanym artykułem w całej historii ekonomii.

Każda kwestia omówiona w pracach Coase’a potrzebuje ponownego przebadania. Rozważmy przypadek krowy, która wyszła poza teren posiadłości jej właściciela i zjadła pszenicę sąsiada. Mamy tu, rzecz jasna, do czynienia z bezprawnym wkroczeniem na cudzą posesję. Zgoda na to wymaga od właściciela krowy oraz sąsiada zawarcia umowy. Jeśli tak uczynią, cała sprawa się kończy, nieprawdaż? Ale Coase powiedziałby, że niezależna grupa powinna przeprowadzić śledztwo mające wykazać czyja zamożność uległa zwiększeniu. Co ma większą wartość: pszenica czy mięso? Oto pytanie, które powinien jego zdaniem zadać sędzia.

Celem tego dochodzenia byłoby zbadanie efektów przeniesienia prawa własności przy braku kosztów transakcyjnych. Ale teoria „zerowych kosztów transakcyjnych” należy do tej samej bajki, co osławiona neoklasyczna „doskonała konkurencja”. Próba wciśnięcia świata rzeczywistego w ramy tej koncepcji jest wielce niebezpieczna.

AEN: Mówi się jednak, że Coase przekonał ekonomistów do tego, że prawa własności mają znaczenie.

WB: Prawdę mówiąc, cały wkład Coase’a polegał na umocnieniu przekonania wielu osób, że prawa własności mogą być łamane, o ile zwiększy się przez to czyjś dobrobyt. Nawet gorzej – z systemu Coase’a wynika, że nie wiemy, czym jest prawo własności, dopóki nie orzeknie tego sąd.

Załóżmy, że ceny mięsa i pszenicy zmieniają się względem siebie. Jednego roku farmer może pozwolić na wypas krów sąsiada na swoim terytorium, a następnego roku już nie i jeśli to uczyni, zostanie ukarany grzywną. Dlaczego prawa własności mogą być zmieniane, gdy zmienia się cena? To nie jest teoria własności, ale teoria usprawiedliwiająca centralne planowanie.

AEN: Jest pan również głównym ekspertem w sprawie prywatyzacji dróg.

WB: W tej kwestii ostatnio nareszcie wiele się zmieniło. Stany i wspólnoty lokalne w USA pozwalają prywatnym przedsiębiorcom na budowanie dróg, ale nie na ich zarządzanie. Tymczasem jasne jest, że rząd nie daje sobie z tym rady. Państwowe autostrady są bardzo niebezpieczne; umiera na nich rocznie 38,000 osób. I jak na razie taki stan rzeczy nie spotyka się ze zbyt wielkim sprzeciwem. Tak samo jest z problemem korków na państwowych ulicach.

A mimo to koncepcja prywatyzacji dróg spotyka się z oporem, co więcej, sprzeciw ten zazwyczaj przybiera absurdalne formy. Żadna prywatna droga nie spowoduje, że ludzie będą zamknięci w swoich domach! Wręcz przeciwnie: właściciele będą chcieli, aby jak najwięcej ludzi ich używało. Powodem posiadania dobra tak wielkiej wartości jak droga jest chęć zarobienia na użytkujących ją osobach. Podobnie jest w przypadku właścicieli witryn internetowych, którzy chcą, aby ludzie wchodzili na ich strony i z tego powodu stale je uatrakcyjniają.

W tej chwili nie znam wszystkich odpowiedzi na pytania związane z drogami, wiem jednak, że to, czego nam potrzeba, to system konkurencji dróg. Problem kalkulacji kosztów nie może być oddzielony od prywatnej własności i kontroli. Drogi mogą działać tak jak Internet, który jest wprawdzie nieprzewidywalny, ale jednocześnie niemal całkowicie darmowy dla konsumentów.

AEN: Z jakimi barierami spotykają się w kręgach akademickich zwolennicy szkoły austriackiej?

WB: Najbardziej oczywistą jest brak zrozumienia. Pamiętam jak kiedyś prowadziłem debatę z Gordonem Tullockiem na temat dróg publicznych. Wymieniał straszliwe konsekwencje związane z prywatyzacją dróg. Stało się wówczas dla mnie jasne, że nie zrozumiał on stanowiska szkoły austriackiej co do własności prywatnej.

Tak samo Paul Krugman, krytykujący teorię cykli gospodarczych. Tak naprawdę nie zrozumiał jej, i Roger Garrison tę okazję wykorzystał, aby teorię wytłumaczyć raz jeszcze. Jeżeli ktoś krytykuje szkołę austriacką powinniśmy widzieć w tym sposobność do propagowania jej idei.

Techniką, jakiej w tym celu używam, jest krytykowanie tych osób, które powszechnie są uważane za zwolenników wolnego rynku. To powoduje, że wielu ludzi, którzy czują sympatię do takich poglądów zaczyna rozumieć szkołę austriacką. Poza tym dziś krytykowanie marksistów i zwolenników Keynesa jest jak łowienie ryb na dynamit.

Można być socjalistą i w związku z tym mylić się we wszystkich sprawach. Ale dużo gorsze jest powiewanie flagą wolnego rynku przy jednoczesnym czynieniu od niego wyjątków. Tacy ludzie są przez socjalistów uważani za pożytecznych idiotów, gdyż ich poglądy są wewnętrznie sprzeczne, a przez to łatwe do obalenia. Nie wiem ile razy słyszałem: „Nawet Milton Friedman mówi, że interwencjonizm państwa jest w porządku”. Cóż, nie powinien tak mówić! Ekonomiści ze szkoły austriackiej powinni mu to wyjaśnić. Nie wynika to z jakiejś osobistej niechęci, po prostu są kwestie, w których nie można godzić się na kompromis.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • google
  • facebook
  • twitter
  • youtube
Zapisz się na newsletter:

Wybierz listę(y):

Cytat:
  • Albo prywatna własność środków produkcji, albo głód i nędza dla wszystkich. Ludwig von Mises
Mecenasi
Wspieraj Nas>>
W sierpniu wsparli nas:
Pan Wojciech Bielecki
Pan Rafał Boniecki
Pani Dominika Buczek
Pani Julia Bula
Pan Marcin Dabkus
Pan Michał Dębowski
Pan Paweł Drożniak
Pan Dariusz Dziadkowski
Pan Maciej Gorzelak
Pan Jarosław Grycz
Pan Adrian Grzemski
Pan Maciej Grzymkowski
Państwo Paulina i Przemysław Hys
Pan Miłosz Janas
Pan Łukasz Jasiński
Pan Dominik Jaskulski
Pan Paweł Jegor
Pan Tomasz Jetka
Pan Gustaw Jokiel
Pan Dominik Jureczko
Pan Paweł Jurewicz
Pan Jan Kłosiński
Pan Jan Kochman
Pan Piotr Koziołkiewicz
Pan Kamil Krzeszowski
Pan Wojciech Kukla
Pan Konrad Kukulski
Pan Stanisław Kwiatkowski
Pan Mateusz Łukomski
Pan Tomasz Malinowski
Pani Magdalena Moroń
Pan Marcin Moroń
Pan Piotr Musielak
Pan Maksym Mydłowski
Pan Tomasz Netczuk
Pan Filip Nowicki
Pani Karolina Olszańska
Pan Zbigniew Ostrowski
Pan Rafał Parol
Pan Tomasz Piasek
Pan Bartosz Pisarski
Pan Mikołaj Pisarski
Pani Agnieszka Płonka
Pan Dominik Pobereszko
Pan Bartłomiej Podolski
Pan Paweł Pokrywka
Pan Artur Puszkarczuk
Pani Elżbieta Puszkarczuk
Pan Michał Puszkarczuk
Pan Jakub Sabała
Pan Adam Skrodzki
Pan Michał Sobczak
Pan Radosław Sobieś
Pan Piotr Sowiński
Pan Michał Szymanek
Pan Krzysztof Turowski
Pan Jan Tyszkiewicz
Pani Anna Wajs
Pan Adam Wasielewski
Pan Karol Więckowski
Pan Waldemar Wilczyński
Pan Jakub Wołoszyn
Pan Tomasz Wyszogrodzki
Pan Karol Zdybel
Pan Marek Zemsta
Pan Dawid Żabiński
Certus Investment
Ek-Miro Mirosław Cierpich
Poland TSI
Łącznie otrzymaliśmy 5 643,95 zł . Dziękujemy wszystkim Darczyńcom!
Znajdź się na liście>>
Lista mecenasów>>