Autor: Dominik Modrzejewski
Wersja PDF

[Artykuł stanowi przeredagowany ustęp z pracy magisterskiej Teoria denacjonalizacji pieniądza Friedricha von Hayeka, napisanej w Katedrze Historii Myśli Ekonomicznej pod kierownictwem naukowym dr. hab. prof. SGH Ryszarda Bartkowiaka]

Opisana przez Hayeka w książce Denationalisation of Money oraz kilku artykułach teoria denacjonalizacji pieniądza jest jedną z najbardziej rewolucyjnych koncepcji we współczesnej ekonomii. U jej podstaw legło przekonanie, że tradycyjny system pieniężny, w którym państwo (czy to pod postacią rządu, czy banku centralnego) ma monopol na emisję pieniądza, nie jest w stanie dostarczyć społeczeństwu stabilnego środka wymiany, który utrzymywałby stałą siłę nabywczą i którego podażą nie można by manipulować. Jak konstatuje Hayek, do zapewnienia „dobrego” pieniądza niezbędne jest zatem zniesienie monopolu państwa na emisję pieniądza i wprowadzenie konkurencji na rynku walut.

Hayek twierdził, że rola państwa w zakresie spraw monetarnych powinna ograniczać się do zapewnienia ram prawnych, w których społeczeństwo spontanicznie wybierze najlepszy czy też kilka najlepszych środków pieniężnych. W ten sposób powstanie swoiste monetarne catallaxy, czyli stan „spontanicznego ładu” na rynku pieniądza. Wolny rynek — argumentuje Hayek — dostarczy optymalnej ilości różnorodnych środków pieniężnych, tak jak to się dzieje z każdym innym produktem.

Geneza państwowego monopolu na emisję pieniądza

Zdaniem Hayeka istniejący obecnie monopol państwowy na emisję pieniądza nie ma żadnego poważnego uzasadnienia ekonomicznego. Jedynym powodem, dla którego istnieje, są zaszłości historyczne. Przywilej władcy polegający na wyłącznym prawie do bicia pieniądza sięga historycznie czasów cesarzy rzymskich, a został umocniony w średniowieczu poprzez przekonanie, że pieniądz nie ma żadnej wartości samej w sobie, a tylko taką, jaką nada mu władca poprzez system prawny[1]. Przekonanie o konieczności zapewnienia pieniądza przez państwo znalazło również oparcie w późniejszej koncepcji suwerenności państwowej opracowanej przez Jeana Bodina, który stwierdził, że prawo bicia pieniądza jest jednym z jej głównych atrybutów.

Jak twierdzi Hayek, żaden z powyższych argumentów — ani średniowieczny, ani argument Bodina — nie świadczy o tym, że monopol państwa na emisję pieniądza jest konieczny i korzystny. Teza, że pieniądz ma wartość tylko jako środek uznawany przez państwo do regulowania zobowiązań, nie prowadzi do wniosku, że taki środek płatniczy musi być tylko jeden i musi być emitowany przez państwo[2]. Można sobie bowiem wyobrazić sytuację, w której władze modyfikują prawo w ten sposób, aby zwolnienie ze zobowiązań zapewniały różne środki płatnicze. W przypadku zobowiązań prywatnych wystarczyłoby wtedy odpowiednie zastrzeżenie w umowie o walucie płatności[3]. W przypadku zobowiązań publicznych, czyli grzywien nakładanych przez sądy i podatków nakładanych przez rząd, wystarczyłoby natomiast zastrzec w orzeczeniu sądowym, czy też ustawie, w jakiej walucie ma być dokonana płatność. Co do drugiego argumentu, czyli określenia monopolu emisji pieniądza przez państwo jako niezbędnego atrybutu suwerenności, Hayek powoływał się na ojca ekonomii Adama Smitha, który nie wymienił kontroli nad emisją pieniądza jako jednego z trzech obowiązków suwerennego władcy wobec poddanego[4].

Warto w tym miejscu zauważyć, że Hayek nie postulował całkowitego odebrania państwu prawa do emisji pieniądza. Jego zdaniem wystarczające będzie samo zniesienie monopolu na jego emisję. Bank centralny czy też rząd będą mogły  w proponowanym przez Hayeka systemie emitować pieniądze, ale ponieważ będą tylko jednym z wielu podmiotów mających to prawo, będą musiały liczyć się z konkurencją i co za tym idzie bardziej dbać o jakość pieniądza — starać się, aby nie tracił on na wartości. Monopol państwa na emisję pieniądza nie służy bowiem niczemu innemu poza umacnianiem władzy państwa nad obywatelem[5].

Sposób na „dobry” pieniądz

Choć Hayek zdawał sobie sprawę, że jego propozycja jest rewolucyjna i społeczeństwo może się obawiać przejścia na proponowany przez niego system pieniężny, to twierdził równocześnie, że ludzie bardzo szybko zaakceptowaliby go, gdyby zobaczyli, jak wielkie korzyści przynosi w obrocie gospodarczym. Podstawową zaletą konkurencji na rynku walut byłaby stabilność oferowanych ludziom środków pieniężnych, czyli usunięcie zagrożeń związanych z istnieniem inflacji i deflacji. Konkurencja między emitentami poszczególnych walut zapewniałaby bowiem, że każdy z nich będzie dbał o wartość proponowanego przez siebie klientom pieniądza. W momencie, w którym jeden z emitentów zacząłby „psuć” swoją walutę poprzez emitowanie zbyt wielkiej jej ilości, ludzie wymieniliby jego pieniądze na środki oferowane przez innych emitentów.

Jak łatwo zauważyć, opisana wyżej sytuacja jest jaskrawym zaprzeczeniem jednego z najważniejszych praw dotyczących pieniądza — prawa Kopernika-Greshama, stanowiącego że pieniądz gorszy wypiera z obiegu pieniądz lepszy. Hayek twierdzi bowiem, że prawo Kopernika-Greshama działa tylko wtedy, gdy obowiązuje narzucony odgórnie przez prawo kurs wymiany pomiędzy dwiema walutami — „lepszą” i „gorszą”. W sytuacji, w której zgodnie z prawem można zwolnić się z tego samego długu przy pomocy dwóch monet — o większej zawartości złota i o mniejszej — dłużnik wybierze oczywiście do zapłaty tę o mniejszej zawartości, a tę o większej zachowa dla siebie. W momencie, gdy kursy pomiędzy różnymi walutami będą płynne, wartość monety o mniejszej zawartości złota będzie oczywiście niższa niż tej o większej zawartości. Proces rynkowy w sytuacji konkurencji na rynku walut spowoduje zatem odwrócenie prawa Kopernika-Greshama: to lepszy, wygodniejszy, bardziej wartościowy pieniądz będzie wypierał z obiegu ten gorszy — mniej wartościowy i mniej wygodny[6].

Konsekwencją denacjonalizacji pieniądza będzie nie tylko konkurencja pomiędzy emitentami pod względem stabilności oferowanego pieniądza, ale również pod względem wygody jego używania. Można łatwo wyobrazić sobie, że na rynku pojawią się monety czy banknoty o niespotykanych obecnie nominałach, takich jak 99 groszy (ze względu na końcówkę cen towarów w wielu sklepach) czy 25 groszy (na wzór bardzo popularnej w Stanach Zjednoczonych monety 25-centowej).

Zaletą wprowadzenia systemu proponowanego przez Hayeka jest również to, że posługujący się poszczególnymi walutami ludzie zyskiwaliby bezpośrednie korzyści z tytułu wzrostu gospodarczego. W momencie, w którym w gospodarce wzrosłaby produkcja towarów, ich cena wyrażona w każdej z konkurujących walut spadłaby. Aby utrzymać stałą siłę nabywczą, emitent danego pieniądza zostałby zmuszony do wypuszczenia jego dodatkowej ilości na rynek. Najprostszym na to sposobem byłoby przekazanie dodatkowych jednostek pieniądza ich dotychczasowym użytkownikom w formie swoistej dywidendy[7].

Wśród wątpliwości, które budzi propozycja Hayeka, jedną z ważniejszych jest pytanie: dlaczego ludzie mieliby chcieć posługiwać się w zawieranych transakcjach „świstkami papieru” emitowanymi przez jakieś prywatne podmioty? Hayek, rozważając tę kwestię, zauważał, że we współczesnej gospodarce opartej o system pieniądza fiducjarnego praktycznie w całym zachodnim świecie transakcje są zawierane przy pomocy takich bezwartościowych „świstków papieru” — tyle, że emitowanych przez państwo. Jeśli zatem wątpliwości budzi postać emitenta, to warto zadać sobie pytanie: czy bardziej należy wierzyć państwu, które w związku ze swoją pozycją monopolistyczną i możliwością użycia środków przymusu może robić z pieniądzem, co zechce i zwiększać jego podaż tak, jak tego potrzebują w danym momencie kierujący się krótkoterminowym interesem politycy, czy też większą wiarygodność ma prywatny emitent, którego zyski i cała pozycja biznesowa zależy od tego, czy będzie w stanie udowodnić w praktyce ludziom, że emitowany przez niego pieniądz ma stałą wartość[8]. Odpowiedź Hayeka można by zrelacjonować następująco: „Emitenci dbaliby o stabilność swojej waluty nie z szacunku dla tych, którzy będą jej używać, ani nie w trosce o interes publiczny, lecz głównie po to, aby osiągnąć jak największe zyski, zależne od jakości produktu, który oferują”[9].

W sukurs w przypadku odpowiedzi na wyżej postawione pytanie przychodził Hayekowi Mises. W dziele The Theory of Money and Credit pisał on, że określone dobra nie stają się pieniądzem w sensie ekonomicznym przez to, że stoi za nimi autorytet państwa i że prawo przyznaje im rolę pieniądza. Praktycznie każde dobro może stać się pieniądzem — w znaczeniu środka wymiany — jeśli ludzie będą chcieli z niego korzystać (a jak twierdził Hayek ludzie będą chcieli korzystać z prywatnie emitowanych pieniędzy, ponieważ będzie to dla nich korzystne). Mises uzasadniał swój pogląd tak: „W prawie każda rzecz może zostać określona jako środek zapłaty i takie rozstrzygnięcie będzie wiążące dla wszystkich sądów i dla wszystkich, którzy egzekwują orzeczenia sądów. Ale nadanie jakiejś rzeczy mocy oficjalnego środka płatniczego nie wystarczy do uczynienia z tej rzeczy pieniądza w sensie ekonomicznym. Określone dobra stają się standardowymi środkami wymiany tylko w wyniku praktycznych działań podejmowanych przez tych, którzy biorą udział w transakcjach handlowych i to oceny tych osób decydują o kursach wymiany na rynku”[10].

Wątpliwości oponentów teorii Hayeka budziło również jego przekonanie, że ludzie tak bardzo pragną stabilnego pieniądza, że będą gotowi znieść niewygody związane z rozliczaniem się w różnych walutach. Istnieje bowiem możliwość, że w imię wygody związanej z posługiwaniem się jedną walutą ludzie byliby gotowi zgodzić się na jej niestabilność i stałą utratę wartości. Hayek odpowiadał na te wątpliwości, odwołując się do interesów ludzi korzystających z pieniądza. Choć z jednego punktu widzenia korzystna może okazać się waluta zyskująca na wartości, to wynikająca z tego presja na jej aprecjację będzie równoważona przez presję na deprecjację wynikającą z innego punktu widzenia — wypadkową okaże się zatem waluta o stabilnej wartości. Pieniądz jest używany na przykład do regulowania bieżących zobowiązań — pisał Hayek — i w związku z tym dla każdego przeciętnego człowieka korzystnie byłoby, aby płacił swoje rachunki w coraz mniej wartej walucie. Równocześnie jednak każdy chciałby zarabiać w walucie zyskującej na wartości — efektem tych dwóch sprzecznych tendencji będzie zatem dążenie do równowagi. W pieniądzu zaciąga się również pożyczki. W przypadku tej funkcji również mamy do czynienia ze sprzecznymi interesami — pożyczkodawcy chcą oczywiście udzielić pożyczki w walucie zyskującej z czasem na wartości, a pożyczkobiorcy chcą pożyczyć pieniądze w słabnącej walucie. Znów najkorzystniejszym rozwiązaniem dla obu stron okazuje się waluta o stabilnej wartości.

Denacjonalizacja pieniądza w praktyce

Najważniejszą kwestią związaną z zaproponowaną przez Hayeka denacjonalizacją pieniądza jest pytanie o praktyczny sposób zniesienia państwowego monopolu na emisję pieniądza. Z punktu widzenia uregulowań prawnych taką sytuację dość łatwo sobie wyobrazić. Odnosząc propozycję Hayeka do obecnego systemu pieniężnego, proces denacjonalizacji pieniądza polegałby na legalizacji na obszarze danego kraju możliwości zawierania transakcji i regulowania zobowiązań w różnych walutach — dolarach, euro, funtach, jenach czy złotych. Różnica polegałaby na tym, że oprócz wspomnianych „państwowych” walut środkiem płatniczym na terenie danego kraju byłyby również pieniądze emitowane przez podmioty prywatne[11].

Opisana powyżej sytuacja jest jednak sytuacją docelową, w której prywatne podmioty już emitują pieniądze na danym rynku. W jaki sposób odbyłoby się jednak pierwotne wprowadzanie na rynek nowych walut przez prywatnych emitentów po zniesieniu prawnego monopolu państwa na emisję pieniędzy? Hayek nie odpowiadał na to pytanie wprost, ale opisał, jak on postąpiłby, gdyby był szefem jednego ze szwajcarskich banków, który po denacjonalizacji pieniądza postanawia stać się emitentem środków pieniężnych.

Proces wprowadzania do obrotu nowej prywatnej waluty Hayek rozpocząłby od emisji certyfikatów (banknotów) denominowanych w nowych jednostkach pieniężnych — nazwijmy je dukatami. Równocześnie, kierowany przez Hayeka hipotetyczny bank ogłosiłby gotowość do otwierania rachunków bieżących, na których środki księgowane byłyby w nowo wprowadzanej walucie. Bank zobowiązałby się też do wymiany na żądanie posiadacza danego dukata do jego wymiany na inną walutę zgodnie z ustalonymi przez bank kursami. Taki kurs odniesienia (np. 5 szwajcarskich franków za 1 dukata) stanowiłby dolny poziom wartości dukata, poniżej którego nie mogłaby ona spaść[12].

Odniesienie do istniejących walut nie jest jednak warunkiem wystarczającym, aby dukat utrzymywał stałą wartość — waluty będące punktem odniesienia mogą bowiem ulegać deprecjacji. Aby utrzymać stałą siłę nabywczą nowego pieniądza niezbędne jest zatem wprowadzenie koszyka dóbr odniesienia (znalazłyby się w nim różne towary w zależności od przewidywanych preferencji konsumentów, do których miałyby trafić nowe pieniądze) i zobowiązanie się przez emitenta, że za określoną ilość dukatów, np. 5, zawsze będzie można nabyć dokładnie taki sam koszyk dóbr. Jednocześnie bank powinien ogłosić, że będzie od czasu do czasu dokonywał korekty składu dóbr w koszyku, tak aby móc reagować na zmieniające się preferencje społeczeństwa, ale w taki sposób, aby nie naruszyć podstawowej zasady, że siła nabywcza dukata jest stabilna.

Jak zauważa Hayek, nie jest pożądaną sytuacja, w której wartość dukata jest „stała”, czyli określana przez jakiś niezmienny parytet. W wyniku obserwacji przez emitenta reakcji użytkowników waluty koszyk dóbr odniesienia powinien się zmieniać. Zdaniem Hayeka, ostatecznym efektem takiej ewolucji będzie oparcie każdej z emitowanych walut o koszyk składający się z najpopularniejszych surowców, produktów rolnych i standardowych półproduktów przemysłowych. Właśnie taki zestaw dóbr sprawi, według Hayeka, że poszczególne waluty będzie łatwo ze sobą porównywać i będą akceptowane w różnych regionach, co jest szczególnie ważne dla przedsiębiorców. Ponadto, wszystkie wymienione produkty wchodzące w skład koszyka mają tę zaletę, że powszechnie handluje się nimi na rynkach regulowanych i ich ceny są powszechnie znane.

Wprowadzenie nowej waluty do obiegu odbywałoby się za pomocą dwóch kanałów: pierwszym byłoby udzielanie przez bank z przykładu Hayeka krótkoterminowych pożyczek denominowanych w dukatach, drugim — sprzedaż dukatów na aukcji w zamian za inne waluty. W początkowym okresie wprowadzania nowej waluty do obiegu dominowałby drugi sposób. Później stopniowo traciłby on na znaczeniu na rzecz wspomnianych pożyczek — tradycyjnego sposobu wprowadzania nowego pieniądza do obiegu przez banki. Trzeba przy tym zaznaczyć, że przy udzielaniu tych pożyczek niezbędne stanie się wprowadzanie przez bank klauzuli zapewniającej pożyczkobiorcy możliwość uregulowania długu w każdej możliwej walucie, a nie tylko w walucie banku udzielającego pożyczki. W przypadku braku takiej klauzuli bank mógłby mieć problem ze znalezieniem chętnych na udzielane przez siebie pożyczki, ponieważ ludzie obawialiby się, że bank będzie działał na rzecz zwiększenia wartości emitowanego pieniądza, co spowodowałoby wzrost realnego kosztu pożyczki.

Wejście do obrotu wielu konkurencyjnych walut — zwłaszcza w początkowym okresie — może sprawiać dodatkowe problemy związane z koniecznością znajomości kursów wymiany i przeliczaniem cen na różne jednostki. Po pierwsze jednak, ta niedogodność jest niewielką ceną za uwolnienie się od zmory niestabilnego współczesnego pieniądza, a po drugie po początkowym okresie bałaganu ludzie nauczyliby się funkcjonować w nowym systemie i wyciągać z niego korzyści. Poszukiwanie najbardziej korzystnych transakcji i najlepszych towarów (a pieniądz — jak to było wspomniane — w ujęciu Hayeka jest właśnie po prostu jednym z towarów) jest istotą gospodarki wolnorynkowej. Nikt w końcu nie kwestionuje potrzeby istnienia różnorodności towarów dostępnych na rynku i nie narzeka, że ma do wyboru wiele rodzajów mleka czy chleba.

Istnieje oczywiście możliwość, że w początkowym okresie funkcjonowania nowego systemu będzie dochodzić do takich sytuacji, jak opisana przez jednego z krytyków Hayeka — brytyjskiego polityka Douglasa Jaya. Twierdził on, że aby uświadomić sobie, jak wielki chaos zapanowałby w gospodarce po wprowadzeniu w życie pomysłu Hayeka, trzeba wyobrazić sobie sposób zawierania codziennej transakcji — takiej jak zakup biletu u konduktora. Załóżmy, że pasażer chce zapłacić za przejazd przy pomocy rubli, a konduktor nie chce przyjąć tej waluty. Co dalej? Kto może rozstrzygnąć taką sytuację? Wyobraźmy sobie kontrowersje — pisał Jay — jakie będzie wzbudzało ustalanie w każdym z takich wypadków aktualnych kursów wymiany. Jego zdaniem wprowadzenie propozycji Hayeka w życie znacznie spowolniłoby proces wymiany i negatywnie wpłynęło na poziom aktywności gospodarczej[13].

Zdaniem Hayeka opisane wyżej problemy są wbrew pozorom bardzo łatwe do rozwiązania, więc zagrożenia związane z chaosem w gospodarce właściwie nie istnieją. Jak zauważał Hayek, na niewielkich obszarach w codziennym użytku nie będzie więcej niż dwóch – trzech walut — wystarczy zatem, żeby w danym pojeździe (i oczywiście również w innych punktach handlowych i usługowych) cena przejazdu (czy też towaru lub usługi) była wyrażona jednocześnie w tych kilku walutach. W przypadku, gdy osoba pragnąca zapłacić za przejazd (towar, usługę) będzie chciała skorzystać z nieużywanej na co dzień na danym obszarze waluty, w sukurs przyjdzie technika. Rozwój elektroniki i informatyki pozwoli na bieżące sprawdzanie kursów każdej waluty na świecie i na automatyczne przeliczanie otrzymanych przez przedsiębiorcę pieniędzy w „egzotycznej” walucie na walutę, w której prowadzi on swój rachunek w banku. Z dzisiejszego punktu widzenia, w związku z upowszechnieniem się pieniądza elektronicznego, pokonywanie problemów związanych z codziennymi transakcjami wydaje się jeszcze prostsze.

Według Hayeka implementacja nowego systemu walutowego powinna odbyć się jednorazowo w pełnym zakresie. Stopniowanie i rozciąganie w czasie całego procesu wprowadzania konkurencji na rynku emisji pieniądza nieuchronnie doprowadziłoby do klęski całego projektu. Ludzie będą ufać nowym prywatnie emitowanym walutom tylko wtedy, gdy będą w stu procentach przekonani, że na ich wartość i stabilność nie mają żadnego wpływu władze państwowe.

Rola banków w nowym systemie walutowym

Podstawą reformy proponowanej przez Hayeka jest oczywiście zniesienie monopolu banku centralnego na emisję pieniądza. Nie jest to jednak warunek wystarczający, aby system konkurencyjnych walut funkcjonował bez zakłóceń. Niezbędne do osiągnięcia takiego efektu jest na przykład zapewnienie swobody przepływu kapitału i otwarcie rynku finansowego dla zagranicznych banków. Taka liberalizacja zapobiegnie ryzyku wystąpienia zmowy pomiędzy lokalnymi emitentami walut w ramach jednego kraju. Ważnym warunkiem sprawnego funkcjonowania nowego systemu pieniężnego byłoby też istnienie płynnego rynku wymiany walut, który służyłby jako źródło sygnałów dla banków do podjęcia działań zmierzających do wzmocnienia albo osłabienia emitowanego przez nie pieniądza[14]. Najistotniejszym warunkiem powodzenia proponowanej przez Hayeka reformy jest jednak zmiana w praktyce funkcjonowania sektora bankowego — zarówno jeśli chodzi o banki, które zdecydują się emitować swoje waluty, jak i te, które tego nie uczynią. Właśnie dlatego roli banków w nowym systemie pieniężnym warto przyjrzeć się dokładniej.

Zacząć należy od tego, że wspominany wcześniej wybór przez Hayeka banku jako przykładu instytucji emitującej pieniądz nie był przypadkowy. Zdaniem noblisty to właśnie prywatne banki będą w przeważającej większości przypadków pełnić rolę emitentów pieniędzy w nowym systemie (choć oczywiście nie jest wykluczone, że powstaną nowe podmioty pełniące tę rolę, np. towarzystwa emisyjne). Stanie się tak dlatego, że zaufanie, jakim będzie musiało darzyć społeczeństwo prywatnego emitenta pieniądza, jest bardzo podobne do zaufania, jakim są darzone obecnie właśnie banki. Ludzie wierzą, że bank będzie starał się prowadzić biznes w sposób odpowiedzialny, czyli tak, aby zawsze być wypłacalnym. Analogicznym zaufaniem będzie musiał być darzony prywatny emitent pieniądza — ludzie muszą wierzyć, że będzie on  sterował podażą oferowanej przez siebie waluty w sposób zapewniający stabilność jej wartości[15].

Drugim powodem, dla którego to właśnie banki będą prawdopodobnie głównymi emitentami pieniędzy w nowym systemie, jest fakt, że mają one już teraz niezbędne do zarabiania na tego typu działalności doświadczenie. Struktura zysków prywatnych banków emisyjnych będzie bardzo zbliżona do obecnej — będą one zarabiać na odsetkach od udzielanych kredytów i opłatach za świadczenie innych usług[16]. Dużą część biznesu banków, które zdecydują się na emitowanie swoich pieniędzy, powinny stanowić również zyski z prowizji przy wymianie walut.

Hayek podkreślał też, że same banki powinny być bardzo chętne do podjęcia nowej działalności — zarówno ze względu na wysokość zysków (możliwość emisji własnej waluty oznacza w istocie możliwość zdobywania środków na działalność bankową przy zerowym koszcie), jak i ich stabilność. Zdaniem Hayeka, tak długo, jak bank będzie prowadził biznes związany z emisją pieniądza uczciwie i rzetelnie, czyli będzie dostarczał stabilnej waluty, nie musi się obawiać o brak popytu na swój „produkt”. Jedynym zagrożeniem może być co najwyżej zbyt duży popyt na najstabilniejsze waluty, sprawiający problemy z dokładnym kontrolowaniem podaży pieniądza i utrzymywaniem jego wartości na stałym poziomie. Można być jednak pewnym, że konkurencja pomiędzy emitentami szybko rozwiąże ten problem — bank, który nie będzie potrafił zapanować nad oferowaną przez siebie walutą, straci część lub cały rynek na rzecz innych instytucji[17].

Zauważyć przy tym trzeba, że konsekwencją wprowadzenia nowego systemu pieniężnego będzie prawdopodobnie dużo większa specjalizacja banków pod względem prowadzonej działalności. Według Hayeka dużo silniej niż dotychczas zaznaczy się na rynku bankowym rozdział pomiędzy instytucjami prowadzącymi tradycyjny biznes bankowy polegający na prowadzeniu rachunków i lokat oraz udzielaniu kredytów oraz na banki inwestycyjne, czerpiące zyski głównie z działalności na rynkach finansowych. Zdaniem Hayeka emisję pieniądza będą prowadzić tylko banki należące do pierwszej z powyższych grup, ponieważ działania związane z kontrolowaniem podaży pieniądza i dbaniem o jego wartość będą na tyle skomplikowane i czasochłonne, że staną się nie do pogodzenia z równoczesnym zarządzaniem portfelami inwestycyjnymi klientów banku czy obsługą debiutów giełdowych.

Warto zatem zapytać, jak wyglądałaby w szczegółach działalność banków, które zdecydują się na wejście w rolę emitenta pieniądza. Ich podstawowym zadaniem w systemie proponowanym przez Hayeka po rozpoczęciu działalności na nowym polu byłoby dbanie o stabilność proponowanej przez nie waluty. Niezbędna do tego jest kontrola nad emisją pieniądza, która byłaby prowadzona przy pomocy dwóch podstawowych narzędzi. Krótkoterminowe efekty, polegające na doraźnych zmianach podaży pieniądza, byłyby osiągane przy pomocy transakcji zawieranych na rynkach finansowych, w szczególności na rynku walutowym. W przypadku konieczności krótkotrwałego zmniejszenia ilości emitowanego przez siebie pieniądza w obiegu, bank skupowałby go na rynku za inne waluty (albo papiery wartościowe lub surowce). Odwrotne postępowanie byłoby właściwe w przypadku chęci zwiększenia podaży pieniądza. Bardziej trwałe efekty pod względem kontroli nad ilością własnej waluty w obiegu dawałaby aktywna polityka w zakresie pożyczek. Manipulowanie wielkością akcji kredytowej poprzez zwiększanie albo ograniczanie (lub w szczególnych przypadkach nawet czasowe wstrzymywanie) liczby i wartości udzielanych kredytów pozwalałyby skutecznie regulować podaż pieniądza na rynku w długim okresie[18].

Problem z kontrolą wielkości podaży pieniądza przez bank-emitenta przy pomocy powyższych dwóch narzędzi pojawić mógłby się w związku z pojawieniem się na rynku — jak to określał Hayek — „pasożytniczych walut”. Chodzi tu o sytuację, w której bank niebędący emitentem danej waluty (lub w ogóle niezajmujący się działalnością emisyjną) chciałby udzielać swoim klientom kredytów i prowadzić rachunki w walucie emitowanej przez inny bank. Wydaje się, że taka działalność prowadziłaby do częściowej utraty przez bank-emitenta kontroli nad akcją kredytową prowadzoną w jego walucie, a co za tym idzie uniemożliwiłaby całkowite panowanie nad podażą pieniądza. Hayek twierdzi, że konsekwencje takiej sytuacji nie byłyby jednak tak poważne, jak może się wydawać na pierwszy rzut oka. Bank-emitent danej waluty powinien w takim wypadku zadeklarować, że dostarczy „pasożytującemu” bankowi swojej waluty na spłatę zobowiązań wobec klientów tylko w zamian za inne aktywa i nie będzie go wspierał poprzez dodatkowe emisje własnego pieniądza w sytuacji, gdy „pasożyt” nie będzie miał wystarczających środków[19]. Taka deklaracja spowoduje, że bank udzielający kredytów w „obcej” walucie będzie musiał prowadzić odpowiedzialną politykę kredytową, czyli utrzymywać zawsze stuprocentową relację kredytów do depozytów w danej walucie[20]. Tym samym podaż pieniądza pozostanie pod kontrolą, ponieważ tworzenie depozytów odbywać się musi przy pomocy środków wcześniej wprowadzonych do obrotu przez bank-emitenta.

Kontrolna rola prasy finansowej

Jako ciekawostkę na zakończenie analizy roli banków w nowym systemie walutowym można przywołać wiarę Hayeka w kontrolną funkcję prasy wobec banków. Jego zdaniem gazety — zwłaszcza finansowe — powinny skrupulatnie „patrzeć na ręce” bankom, sprawdzając poziom konkurencji na rynku oraz wypełnianie zobowiązań związanych z kontrolowaniem stabilności emitowanej przez nie waluty. Tę kontrolną funkcję prasy można oczywiście dodatkowo umocnić i ułatwić poprzez nakazanie bankom przez prawo podawania do publicznej wiadomości wszystkich informacji związanych z prowadzoną przez nie działalnością emisyjną (abstrahując od tego, że podawanie takich informacji będzie leżało w interesie samych banków, które zyskają wtedy dodatkowo na wiarygodności). Analizowanie przez dziennikarzy działalności banków w zakresie emisji pieniądza mogłoby, zdaniem Hayeka, polegać na przykład na publikacji rankingów banków najlepiej i najgorzej utrzymujących wartość swojej waluty w stosunku do określonego standardu. Badanym pod kątem odchyleń standardem mógłby być zarówno oficjalny parytet waluty ustalany przez bank (wspominany wcześniej koszyk produktów możliwych do kupienia za określoną ilość pieniędzy emitowanych przez bank), jak i każdy inny parytet zaproponowany czy to przez samych dziennikarzy, czy przez czytelników danej gazety — tak jak w tabeli zaczerpniętej z dzieła Denationalisation of Money. Wyróżniona przez pogrubienie waluta — reale — najbardziej odbiega od ustalonych standardów.

Przykładowa tabela ilustrująca zmianę wartości prywatnych walut wobec oficjalnego standardu i standardu ustalonego przez dziennikarzy


Źródło: F. von Hayek, Denationalisation of Money — The Argument Refined, The Institute of Economic Affairs, London 1990, s. 53.

Siłę kontrolnej roli prasy wywodził Hayek z przekonania o strachu każdego bankiera przed zobaczeniem nazwy kierowanej przez siebie instytucji, czy też emitowanej przez nią waluty, w niepochlebnym kontekście w nagłówku artykułu na pierwszej stronie „Financial Times”, czy „Wall Street Journal”. Bankierzy zdawaliby sobie bowiem sprawę, że każdy taki artykuł wystawiałby na szwank zaufanie do ich instytucji oraz emitowanych przez nie walut i groziłby utratą klientów. Obawy przed stratą lukratywnego — jak to wcześniej zostało wykazane — rynku skłaniałyby przedstawicieli świata finansów do jeszcze lepszego dbania o stabilność swojej waluty.


[1] Takie przekonanie doprowadziło zdaniem Hayeka między innymi do sytuacji, w której władcy średniowieczni mogli spłacać swoje długi monetami o coraz mniejszej zawartości kruszcu.

[2] F. von Hayek, Denationalisation of Money – The Argument Refined, The Institute of Economic Affairs, London 1990, s. 36 i n.

[3] W rzeczywistości, nawet w dzisiejszym systemie pieniężnym takie klauzule — definiujące walutę będącą podstawą zobowiązania – już funkcjonują. Przedsiębiorcy, zawierając kontrakt, mogą się bowiem umówić, że kwota zobowiązania będzie wyrażona w walucie obcej, np. w euro, a rozliczenie nastąpi w złotych po przeliczeniu na nie po obowiązującym kursie NBP.

[4] Ibidem, s. 33.

[5] F. von Hayek, Choice in Currency — a Way to Stop Inflation, The Institute of Economic Affairs, London 1976, s. 16.

[6] F. von Hayek, Denationalisation…, s. 41 i n.

[7] R.P. Murphy, Hayeka plan prywatyzacji pieniądza, tłum. Katarzyna Rybak, http://mises.pl/blog/2005/07/27/205/.

[8] F. von Hayek, Denationalisation…, s. 112-113.

[9] K. Kostro, Hayek kontra socjalizm, Wydawnictwo DiG, Warszawa 2001, s.159.

[10] L. von Mises, The Theory of Money and Credit, tłum. H. E. Batson, Yale University Press, New Haven 1953, s. 70, parafraza .

[11] K. Kostro, op. cit., s. 157-158.

[12] Warto w tym miejscu zauważyć, że takie założenie co do sposobu wprowadzania nowej waluty do obiegu wymaga zgromadzenia przez emitenta przed rozpoczęciem całego procesu dużej ilości innych walut, tak aby być w posiadaniu odpowiedniej ilości rezerw do dokonywania wymiany.

[13] F. von Hayek, Choice in Currency…, s. 27.

[14] Ze współczesnego punktu widzenia trzeba widzieć taki rynek jako Forex wzbogacony po prostu o nowe pary walutowe.

[15] F. von Hayek, Denationalisation…, s. 48-49.

[16] W początkowej fazie po wprowadzeniu reformy proponowanej przez Hayeka banki będą mogły liczyć również na zyski przy wprowadzaniu pieniędzy do obrotu poprzez ich sprzedaż na aukcji. Waluta oferowana przez prywatny bank, jako stabilniejsza od dotychczasowej waluty emitowanej przez bank centralny, będzie się prawdopodobnie sprzedawała na rynku z premią. Jeśli bank z przykładu Hayeka wystawi na aukcji 100 dukatów, chcąc otrzymać za nie 10 dolarów — prawdopodobne jest, że dostanie 11 lub więcej dolarów z powodu obaw inwestorów przed utratą wartości dolara. Zyski z tytułu tej premii będą jednak krótkotrwałe, ponieważ z czasem wprowadzanie kolejnych ilości danej waluty do obrotu  przy pomocy aukcji ustąpi na rzecz udzielania krótkoterminowych pożyczek denominowanych w tejże walucie.

[17] Ibidem, s. 49.

[18] Ibidem, s. 59-60.

[19] Łatwo zauważyć, że oznacza to całkowite przemodelowanie podejścia banków do prowadzonego biznesu w stosunku do dzisiejszej sytuacji. Nie będą one mogły już liczyć na wsparcie, jakie w obecnym systemie zapewnia bank centralny, który w razie kłopotów zawsze może pożyczyć bankowi potrzebną ilość gotówki wziętą „z powietrza”.

[20] Ibidem, s. 64-66.

49 odpowiedzi na „Modrzejewski: Teoria denacjonalizacji pieniądza”

  • Nie może być mowy o odniesieniu waluty do koszyka dóbr, jeśli instytucja, która emituje daną walutę nie posiada fizycznych rezerw towarów składających się na koszyk. Rezerwy innych walut fiducjarnych, to nie rezerwy.

    Bez tego wizja pieniądza Hayeka jest totalnie utopijna. Propozycję Hayeka krytykuje m.in. Henry Hazlitt w swojej książce „Inflacja – wróg publiczny nr 1”.

    Prywatny pieniądz owszem, ale musi on być poparty fizyczną rezerwą. W przeciwnym razie będzie to tylko kolejna forma ‚fiat money’.

    • Instytucja emitująca własną walutę może łatwo sterować ilością emisji, jeśli będzie okresowo prowadzić statystyczne badania cen towarów ujętych w koszyku, które funkcjonują na rynku, w odniesieniu do jej własnej waluty.
      Sterowanie jest proste jak drut. Zmiany cen na przestrzeni czasu tworzą wykres i stosownie do jego falowania używając funkcji matematycznej spełniającej rolę regulatora prowadzić emisję i alternatywnie wycofywanie swojej waluty z obiegu, aby dbać o stałość cen.
      Stałość ceny koszyka jest jedynym miarodajnym wskaźnikiem dla konsumentów, że konkretna waluta jest stabilna.
      Więc argument o utopijności teorii jest bezzasadny.

  • W kwestii przykładu z konduktorem i rublami: było napisane wcześniej, że umowa może regulować waluty. Dla mnie jest oczywiste, że na pczatku byłaby to waluta narodowa, ew najpopularniejsze waluty, potem lista mogłaby się powiększać o prywatne pieniądze (czyli kupując bilet, a więc zawierając umowę na usługe, można skorzystać tylko z walut wymienionych w regulaminie).

    Co do towarów, to przy obecnych szokach, nie wiem czy koszyk byłby dobrym rozwiązaniem. Prosze o rozwinięcie wątku, bo o ile złoto możn przechowywać w skarbcu jako rezerwę (rozumiem, że nowy pieniądz musiałby mieć 100% rezerwę, skoro byłby w pełni wymienialny?), to ze zborzem jest już gorzej, więc i wymienialność koszyka to problem (chyba, że na jakieś certyfikaty kolejne, tym razem oddzialenie na każdy produkt, albo kontrakty?).

    Nie widzę też możliwości wymiany pieniądza towarowego na pieniądz papierowy, bez pokrycia. Ja bym nie oddał mojego metalu szlachetnego za kartkę papieru.

    Nie rozumiem poruszonego w artykule problemu kreacji pieniądza i kontroli ilości pieniądza w obiegu. Skoro pieniądz oparty jest na jakimś towarze/koszyku i zapenia wymienialność, to jak ma następować ekspansja kredytowa? przeciez nie da się tutaj stworzyć pieniądza z powietrza, jak obecnie, tylko trzeba się pierw zaopatrzyć w konkretne dobra na pokrycie emisji. W tej styacji większa ilośc pieniądza nie powinna zmieniać stopy procentowej, tym samym nie powinna wywoływać cyklu koniunkturalnego.
    Co do akcji kredytowej, nie widze powodu, dla którego jeden bank nie mógłby udizelać kredytu w walucie innego emitenta, tak jak teraz kredyty są udzielane w innych walutach (wątpię, żeby można było w Polsce kreować CHFy). Możliwe jednak jest to tylk ow wypadku posiadania dostepu do odpowiedniej ilości waluty.

  • wprawdzie brak mi wykształcenia w tym względzie i mam wiele pytań m.inn. jak się to ma do OBECNEJ interwencji bankowej w USA ??? PROSZĘ o analizę…

  • @3 chyba żartujesz…
    a ma się chociażby tak, że w założeniu ATCK bez nadmiernej akcji kredytowej wywołanej przez bank centralny nie byłoby kryzysu. Z kolei, jeszcze bardziej teoretycznie, przy woolnej bankowości i 100% rezerwy nie byłoby kreacji pieniądza i kredytów z powietrza. Zacznij od prac magisterskich J.Cholewińskiego o ATCK i drugiej nie pamiętam czyjej o obecnym kryzysie, potem coś o standardzie złota polecam.

  • @paweł łabuz
    Artykuł jest pracą Dominika Modrzejewskiego z historii ekonomii pod kierunkiem kierownika Katedry Historii Mysli Ekonomicznej, profesora Ryszarda Bartkowiaka, który jest także redaktorem „Kwartalnika Historii Myśli
    Ekonomicznej” i autorem książek, np. „Historia myśli ekonomicznej”. Opisywana, ciekawa teoria nie ma nic wspólnego z obecnym rynkiem finansowym.

  • Niepotrzebne są żadne specjalne regulacje dla prywatnych pieniędzy. To towar jak inne. Obawa inflacji- a kto przyjmie taki pieniądz jeśli na rynku będą nieinflacyjne? Zapewne ci sami ludzie, którzy teraz kupiliby trabanta jako mercedesa za cenę merca. 😉 Najprawdopodobniej na rynku wygrałyby pieniądze mające pokrycie w złocie, srebrze etc. Prawdopodobieństwo takiej wygranej -przy założeniu braku jakiejkolwiek interwencji państwa- oceniam na równe temu, że ludzie kupią raczej dobry towar za cenę niższą niż gorszy za wyższą 😉

  • @6
    Moim zdaniem regulacje powinny wystepować w podobnym zakresie jak na inne towary, czyli np, zakaz sprzedaży wiekszej ilości niż się posiada. Oczywiście, regulacje są be i fe, ale w dzisiejszych czasach i z dzisiejszym pojmowaniem bankowości, jako posiadacza przywileju rezerwy cząstkowej, należy jasno zaznaczyć, że coś takiego w wolnej bankowości jest niedopuszczalne.

    Porównując to do innego „biznesu”, to tak, jakby przed świętami piekarzz sprzedawał certyfikaty na chleb, gwarantujące nastepnego dnia odbiór świeżego bochenka, w ilości przekraczającej jego moce produkcyjne (przykład dzisiaj może wydawać się abstrakcyjny, ale pamiętam jak za młodu przed wielkanocą stało się w kolejce do piekarni, a chleba nie dla wszystkich starczyło:) zaznaczę, że było to już po upadku komunizmu;)

  • „coś takiego w wolnej bankowości jest niedopuszczalne”, wręcz przeciwnie, istotą *wolnej* bankowości jest swoboda kształtowania umów między bankami a klientami – więc również dopuszczalność umów tworzących pasywa z częściową rezerwą.

    Czy koniecznie jest coś złego w tym, że piekarz kontraktuje sprzedaż przekraczającą jego moce produkcyjne? Naprawdę, proszę się najpierw przez chwilę zastanowić zanim palnie Pan kolejne głupstwo.

  • @1:
    „Prywatny pieniądz owszem, ale musi on być poparty fizyczną rezerwą. W przeciwnym razie będzie to tylko kolejna forma ‘fiat money’.”

    Niekoniecznie. Jeśli przyjąć założenie o swobodnej konkurencji pomiędzy różnymi rodzajami pieniądza, to sprawa wygląda zupełnie inaczej niż w obecnym systemie. Tak naprawdę obecny system jest rodzajem kartelu państwowo-bankowego i tylko dlatego może funkcjonować. Widać to zresztą wyraźnie, w sytuacji, kiedy ostatnia instancja – państwo, zbliża się do bankructwa. Wtedy nic nie jest w stanie powstrzymać upadku pieniądza, który już dawno nie ma nic wspólnego ze swoim rynkowym odpowiednikiem.

    W systemie walut konkurujących na wolnym rynku długoterminowo zagrożeniem jest tylko zmowa emitentów (tak jak to jest obecnie). Ale jest to zwykłe zagrożenie cały czas istniejące na rynku w stosunku do innych towarów i usług. Państwo jest od zwalczania karteli, a nie od ich tworzenia 🙂

  • Oczywiście, że w kontraktowaniu większej ilości zamówień niż jest się wstanie wypełnić jest coś złego, chyba, że umowa o tym dokładnie mówi i przewiduje rekompensaty. Jeśli Pan/i uważa, że uczciwe jest wziąć zapłatę za towar a następnie go nie dostarczyć, to jestem pełen podziwu.
    I proponowałbym samemu zabrać się za przemyślenia, bo po raz kolejny widzę z Pana/i strony argument w stylu: „nie zgadzam się więc to głupie”. Nawet takie opinie wypadałoby jakoś merytorycznie uzasadnić.

  • @Michał Jakubowski, proszę się skupić. Czy to, że piekarz zakontraktuje większą sprzedaż, niż ma moce produkcyjne, znaczy że nie dostarczy – i to celowo – towaru?

    Tu jest pies pogrzebany. Pan by chciał piekarza/bankiera kontrolować, prikazem mu nałożyć wymóg 100% rezerwy, mówić: nie możesz tworzyć innych kontraktów, niż te, które Jedynie Mądry i Zawsze Nieomylny Legislator dla ciebie przewidział. To nie jest wolny rynek. Więcej ma to wspólnego z socjalizmem.

  • Jeśli towar dostarczy, i to pełnowartościowy, nie ma problemu. Jeśli natomiast nie dostarczy, to dopuścił się oszustwa, a to nie ma z wolnym rynkiem nic wspólnego. Zakładam oczywiście, że piekarz jest świadomy swoich działań, poczytalny, więc kontrakty zawiera celowo.

    I tu nie chodzi o to, że chcę przykazem/nakazem nałożyć coś, ja chcę znieść ustawę, która zezwala na rezerwę cząstkową. Efekt może podobny, ale droga inna. Rezerwa cząstkowa jest przywilejem, który jest tworem socjalistycznym/etatystycznym jak każdy przywilej. To właśnie umożliwienie pewnej grupie ludzi utrzymywanie rezerwy cząstkowej jest socjalizmem a nie wolnym rynkiem.

    a kontrakty sobie mogą ludzie tworzyć jakie chcą, mogą darować swoje pieniądze komu chcą, mi nic do tego. Ale nie może, z logicznego punktu widzenia chociażby, jedna rzecz mieć 2 wyłącznych właścicieli. A rezerwa cząstkowa wprowadza taki stan rzeczy.

  • @Michał Jakubowski
    „Rezerwa cząstkowa jest (…) tworem socjalistycznym”

    A to dobre …

    Widzę. że buja Pan w obłokach fantazji.

  • Nie ma żadnej ustawy zezwalającej na rezerwę częściową (czyli tworzącej ją jako twór pozytywny), tak samo jak nie ma ustawy zezwalającej na wypiek chleba. I rezerwa częściowa w stosunku do pełnej nie jest przywilejem bardziej, niż wypiek chleba litewskiego w stosunku do zwykłego, pszennego czy pszenno-żytniego. Są to po prostu dwie naturalne praktyki rynkowe.

    Są natomiast mechanizmy bardzo silnie wspierające banki ogólnie, w szczególności jeszcze silniej (przez np. gwarancje depozytów) te, które tworzą pasywa z rezerwą częściową.

    Ale nie jest to w żadnym stopniu dowód na etatystyczno-socjalistyczną genezę praktyki rezerwy częściowej, tak samo jak nikt raczej nie powiedziałby że wydobycie węgla jest samo w sobie etatystyczno-socjalistyczne, bo państwo polskie dopłaca do kopalń.

    „2 wyłącznych właścicieli” – po raz dziesiąty błagam Pana niech Pan wreszcie raczy przeczytać na co Pan się godzi dając do banku w depozyt swoje pieniądze, wtedy może Pan przestanie mieszać młodym ludziom w głowie tymi dyrdymałami o wyłącznej własności.

  • Panie Panika, to się robi już naprawdę nudne. Zabija pan całą dyskusję, wyjeżdżając pod każdym artykułem, że zwolennicy stuprocentowej rezerwy to etatyści.
    I znowu podaje pan absurdalny przykład, który nijak ma się do tematu. Ale to wynika z tego, że nie odróżnia pan umów od siebie, wrzucając je do worka „zarabianie pieniędzy”.
    Jeżeli piekarz podpisuje umowę z Kowalskim na 100 bochenków, podczas gdy może wyprodukować 80 – to po prostu piekarz jest kretynem/oszustem. W każdym razie będzie musiał zdobyć skądś 20 brakujących bochenków albo poddać się karze za kradzież.
    Jeżeli chodzi o rezerwę cząstkową to sprawa jest troszkę inna, ponieważ deponent i bankier podpisują umowę, której cel jest inaczej postrzegany przez obie strony, co czyni ją nieważną. Poza tym, bankier już w chwili podpisania umowy depozytu łamie ją, bo przy rezerwie cząstkowej zdeponowane pieniądze siłą rzeczy nie są bezpieczne, co narusza istotę kontraktu. A jak piekarz podpisuje umowę taka sytuacja nie zachodzi, bo może np. dokupić maszyny albo kupić bochenki od kogoś innego i wypełnić umowę.

  • Panie Arkadiuszu, na Pana miejscu zastanowiłbym się, czy aby na pewno to piekarz jest kretynem – taki, który kontraktuje na jutro sprzedaż 100 bochenków po 3 złote, z czego 80 jest w stanie sam wyprodukować do jutra, 20 pożyczy od znajomego piekarza, a pojutrze te 20 – wyprodukowane znowu przez siebie, tylko później – odda. Jeśli nie ogarnia Pan tak elementarnych technik biznesowych to naprawdę radzę zająć się czymś prostszym, niż wymyślanie regulacji dla piekarzy i bankierów, albo może trochę podziałać w rzeczywistym handlu, to Pan zobaczy trochę jak to wszystko działa, bo zdaje mi się że te wszystkie wywody u Pana to są czysto teoretyczne…

  • Acha, i proszę mi powiedzieć, gdzie mieszka „istota kontraktu”, dać jakieś namiary na nią. No bo skoro klient nie jest poszkodowany (świadomie podpisał umowę), ani bankier (no wiadomo), a tylko „istota kontraktu”, to powinna owa istota, jako ofiara, móc dochodzić swoich praw przed sądem. Pan mi poda jej adres, to ja jej powiem że powinna to zrobić, bo widocznie naiwna nie wie.

  • @ panika
    Tak się skłąda, że czytałem umowy bankowe, które z kolei odnoszą się do regulaminu (też przeczytałem), a on odnosi się do ustawy (jak już w innym temacie pisałem, tutaj odpadłem po pobierznym przeglądnięciu) i nigdzie nie było mowy o rezerwie cząstkowej, o tym, że bank wykorzysta pieniądze do swoich celów itp. Jeśli znajdzie Pan taki zapis w umowie proszę o podesłanie, z radości się z nim zapoznam (chyba już wszystkie banki w Polsce mają umowy w wersji elektronicznej do podejrzenia na stronie). Mam nadzieję, że tym razem swoje argumenty będzie Pan potrafił poprzeć konkretnymi danymi a nie argumentami: „tak jest i koniec, ale przykłądu nie dam bo przestanę odpowiadać na posty w wątku”.

  • @13 Rezerwa cząstkowa nie wykształciła się jako wolnorynkowy twór, tylko została usankcjonowana prawnie, stworzona sztucznie na bazie czegoś, co było wczesniej nazywane sprzeniewierzeniem.

    Podtrzymuje także zdanie o piekarzu. Owszem, jeśli zdobędzie ten chleb, to miał prawo taki konktrakt podpisać. Jeśli nie, oszukał – a to już nie jest dopuszczalne. Kilka razy się uda, kilka nie, ale nie można całe życie liczyć przecież na szczęście?

    Pieczenie konkretnego rodzaju chleba nie może być porównane do rezerwy cząstkowej. Ja nie bronię nikomu (ok, nie broniłbym jakbym miał możliwość;) tworzyć własnej waluty, która podobnie jak chleb jest produktem. Rezerwa cząstkowa jest mechanizmem, który, w analigii piekarskiej, sankcjonuje jako chleb pełnoziarnisty wypiek, składający się w 1/3 z wodorostów i w kolejnej 1/3 z kory drzewnej (oszustwo w nazwie, strona kupująca chciała inny produkt). I prosze nie mówić tu o umowie z bankiem, chyba, że poda Pan konkretny przykład banku i części umowy (najlepiej 2 banków, bo 1 może być wyjątkowo uczciwy, 2 dla uproszczenia zgodze się przyjąć jako regułę).

    I skoro uważa Pan, że rezerwa cząstkowa jest zbędna, to proszę założyć np parking strzeżony, który będzie wyporzyczał pozostaiwone tam samochody innym. Dokładnie to samo robią banki wykorzystując rezerwę cząstkową. Nawet nazwa parking strzeżony pasuje jako analogia do depozytu – w końcu pieniądze mają tam być w banku bezpieczne. Dla bezpieczeństwa niech Pan przyjmie, że 3% samochodów ma stanowić rezerwę, jak banki. Zobaczyy jak długo ludzie będą się na to godzić (argument uważam za istotny, chyba, że przedstawi Pan wymienione wczesniej umowy depozytowe, które informują, że pieniądze klienta są pożyczane innym, a utrzymywana jest z nich tylko rezerwa kilku %)

    I faktycznie, nie znalazłem ustawy tworzącej rezerwę cząstkową, ale wszędzie w ustawach jest mowa, że banki musza rezerwę mieć, jej poziom i jak ją liczyć ustala KNF. Gdzie jeszcze w przypadku działalności gospodarczej (poza ubezpieczeniami) jest taki zapis? Pytam, ponieważ w przypadku istnienia takiego zapisu, przedsiębiorca może powiedzieć: skoro ma być taka a taka rezerwa, resztę mogę wykorzystać. W przypadku braku takiego zapisu, argument jest bezpodstawny, więc nie można wykorzystać do własnych celów żadnej części depozytu (chyba, że umowa stanowi inaczej, czekam na przykład umowy).

  • @MJ, alesh prosz: http://www.pkobp.pl/index.php/id=plik/katalog=przewodnik%25252f/plik=regulamin.pdf/section=ipko

    np. par. 18: „1. Oddział PKO BP SA może określić kwotę jednostkowej wypłaty gotówkowej, powyżej której Posiadacz rachunku powinien zgłosić wypłatę gotówkowi z wyprzedzeniem 2 dni roboczych.
    2. W przypadku, gdy zgłoszenia nie dokonano w terminie, o którym mowa w ust. 1, wypłata może nie zostać zrealizowana.”

    To by było na tyle jeśli chodzi o zachowanie całkowitej kontroli nad pieniędzmi. Ale czytajmy dalej,

    par. 84: „W sprawach nie uregulowanych w umowie i Regulaminie mają zastosowanie powszechnie obowiązujące przepisy prawa.”. Udajmy się więc do prawa – ustawa prawo bankowe (www.nbp.pl/akty_prawne/prawo_bankowe/prawo_bankowe.pdf) którą niby Pan przeczytał ze zrozumieniem, ale chyba nie do końca, bo jest tam już na samym początku napisane:

    „Art. 2. Bank jest osobą prawną utworzoną zgodnie z przepisami ustaw, działającą na podstawie zezwoleń uprawniających do wykonywania czynności bankowych obciążających ryzykiem środki powierzone pod jakimkolwiek tytułem zwrotnym”

    Proszę zwrócić na występowanie wyrazu „jakimkolwiek” oraz zwrotu „obciążających ryzykiem środki powierzone”, którego nie mógł Pan znaleźć. Miło mi, że mogłem Panu w tym niezwykle trudnym zadaniu pomóc 😉

  • ah, cudo:) Zawsze wydawała mi się ciekawa koncepcja Hayeka. Chyba zresztą głównie z tego powodu, że była krytykowana przez taki „austriacki mainstream”. Kiedyś nawet zamierzałem napisać jakąś dłuższą pracę na ten temat (do tej pory mam cały segregator tekstów Hayek’a w tym temacie, krytyk i notatek)… ale zabrakło.. nie wiem, może motywacji?

    A później jakoś przestał mnie temat ekonomii interesować, no i tak to się skończyło. Niemniej jednak super sprawa, że pojawiła się solidna praca na ten temat.
    Czy ktoś wie, czy, albo gdzie, można przeczytać całość tej pracy? Ew., może ktoś z Mises.pl (Dominik:)) podeśle moje zapytanie autorowi i ten raczy się podzielić oryginałem?:)

  • Mateusz Benedyk

    ad 21
    Przekażę prośbę kolegi autorowi. A niedługo i austriacko-mainstreamowa krytyka się pojawi 🙂

  • @20
    Zacytowany paragraf nie kłuci się z moimi poglądami. Jest to racjonalne, żeby środki były dostepne w ciągu 2 dni roboczych, bo wiadomym jest, że nie można wszystkich pieniędzy trzymać w każdym oddziale (a nie wiadomo gdzie klient je odbierze). 2 dni robocze uważam za środki dostepne od ręki w przypadku większych kwot, szczególnie, że można wybierać kwotę limitu we wszystkich oddziałach (przynajmniej w większości banków tak jest).
    Co do prawa bankowego, mamy tam też:
    „Art. 8. Bank jest obowiązany do utrzymywania płynności płatniczej dostosowanej do
    rozmiarów i rodzaju działalności, w sposób zapewniający wykonanie wszystkich zobowiązań
    pieniężnych zgodnie z terminami ich płatności.”

    i tutaj wystepuje sprzeczność z rezerwą cząstkową, ponieważ jak pokazują kryzysy wykonywalność zobowiązań jest niedotrzymana.

    I sam Pan sobie saprzeczył. Mówił Pan, że klient banku wie co podpisuje, bo jest to w umowie. Następnie cytuje Pan regulamin (inny dokument), w którym z kolei argumentuje Pan odnosnikiem do ustawy. O ile zdażają się osoby czytające regulamin (wręcz niespotykane zjawisko. Podczas 3 lat pracy w banku widizałem 3 takie osoby, a rachunków otworzyłem lekko licząc 500), to nikt nie czyta ustawy (swoją drogą nic dziwnego, ma ona o ile dobrze pamiętam 93 strony A4). Więc swoją wypowiedzią potwierdza Pna to, co pisałem wczesniej, czyli, że klienci sa nieświadomi umowy. Dziękuję za tłumaczenie;)
    Btw naprawdę, te argumenty ad persona i sarkazmo-ironia stają się już nudne, szczególnie, że coraz częściej udowadniają, że nie chce się Panu czytać całej wypowiedzi, którą Pan komentuje.

  • Nigdzie nie napisałam, że wszyscy klienci są świadomi umowy. Tego wiedzieć nie mogę, tak samo jak nie mogę być pewny na 100%, że 100% klientów podpisujących takie umowy nie jest pod wpływem tak dużej dawki heroiny, że w ogóle nie jest w stanie ją zrozumieć. Tak samo jak nie mogę być pewny tego, czy konkretny człowiek, u którego kupuję np. pietruszkę, nie ma psychiki zniszczonej przez codzienne palenie konopii i czy gdyby wszystko było OK, to by się czasami nie zreflektował, że np. sprzedaż pietruszki na straganie nie jest w jego interesie bo np. jest doktorem fizyki i mógłby zarabiać 50 razy więcej w CERNie.

    Ale czy to jest mój problem? Czy to jest/powinien być problem systemu prawnego?

    A przede wszystkim – po co Ci ludzie, których tak zawzięcie Pan broni, podpisują coś, czego nie rozumieją? Ktoś ich zmusza? Miliony masochistów? Miliony psychicznie chorych?

    (btw nie zrozumiał pan art 8 prawa bank., ale już to pomijam).

  • Podsunę jeszcze pod rozważania następującą kwestię. Banki z rezerwą częściową, jak słusznie podnoszą to ich przeciwnicy, podejmują wysokie ryzyko i niekiedy może dojść do kryzysów systemowych, które na długie dni czy tygodnie (a jak w grę wchodzą łańcuchy bankructw – to i miesiące) mogą zdławić płynność w gospodarce. OK – mogą być niekiedy szkodliwe z punktu widzenia stanu posiadania dla większości użytkowników.

    Kasyna. Kasyna w sposób oczywisty SĄ (z punktu widzenia stanu posiadania) szkodliwe dla ogromnej większości ich użytkowników. To chyba znacznie gorzej, niż to co ma miejsce w przypadku banków – że one MOGĄ i to raczej tylko w wyjątkowych okolicznościach być szkodliwe – prawda?

    To co, zakazać kasyn?

    (Proszę się nie trudzić dowodzeniem że kasyna dostarczają jako wartości dodanej rozrywki; banki dostarczają znacznie więcej i znacznie ważniejszych dla społeczeństwa wartości dodanych).

  • Dlaczego bronię tych ludzi? dlatego, że w obecnym systemie nie mam wyboru i musze się poddać tym samym regułom bankowym, tj rezerwie cząstkowej. A każe mi pracodawca, wypłacając wynagrodzenie na konto, nieługo podobno będzie też kazało państwo, każąc wypłacać emerytury itp na konto (oszczędności…)
    Na heroinę nie mamy wpływu, ale na przejrzystość umowy tak. I tak w obecnym systemie ktoś idzie do banku złożyć depozyt (z założenia chroniony), a udziela pożyczki (płatnej na żądanie, ale to już rodzi ryzyko). Mamy więc pewnego rodzaju oszustwo (fakt, w świetle prawa, ale to źle świadczy o prawie, że jest niejasne, bo nie można chyba mówić o ignorancji 90% społeczeństwa). W kasynie mamy aś jasną sytuację. Na wstepie wiadomo, że można wszystko stracić.
    Btw jak nie zrozumiałem czegoś to proszę o wytłumaczenie, nie twierdzę, że wiem wszystko lepiej:)

    A teraz pewne podsumowanie cąłości, bo mam wrażenie, że wbrew dyskusji, zgadzamy się w wielu punktach, ale znowu dzieli nas semantyka.
    1. Depozyty (zna Pan już definicję, którą się posługuje tutaj ja i kilka innych osób w innej dyskusji) – nie ruszać, musi być pełna ochrona.
    2. Tworzenie fikcyjnego pieniądza – nie możliwe
    (na pkt 1 i 2 się Pan nie zgadzał, ale prosze doczytać dalej:)
    3. Jak ktoś chce podpisać umowe, w ktorej wyraźnie jest powiedziane, że to co wpłaca przechodzi na własność banku, a on ma prawo w dowolnym momencie domagać się wypłaty – jak najbardziej może. Myslę, że to coś w rodzaju podawanych przez Pana jako przykład depozytów terminowych na bardzo krótki termin.
    Jak Pan powiedział, każdy może podpisywać dowolne umowy (z zastrzeżeniem, że wolność nie oznacza pozwolenia na oszukiwanie/łamanie prawa itp, i nie mam na myśli prawa obecnego, tylko wyimaginowany Twór, opisywany np. przez Bastiata:) czyli prawo, kóre jest jasne i akceptowalne naturalnie przez społeczeństwo). Warunkiem jednak ważności umowy jest zgodność stron co do jej wyniku, więc jasno musi być wszystko określone.
    Tym sposobem my, zwolennicy 100% rezerwy jesteśmy zadowoleni – mamy obowiązek rezerwy, powinniśmy mieć stabilny system bankowy, semantyka jest zachowana;)
    Pan z kolei ma mżliwość otworzenia firmy, która będzie zajmowała isę w zasadzie pośrednictwem finansowym, między mającymi pieniądze a chcącymi pieniędzy, i będzie Pan mógł czyjeś pieniądze pożyczać innym do woli. Czyż nie o to Panu chodziło?

    Jesli nie zrozumiałem Pana intencji to prosze napisać, sprobuję jeszcze raz przeczytać wszystkie Pana posty na ktore odpowiadałem (ew. naprowadzenie na błąd w rozumieniu Pana wypowiedzi mile widziane, jeśli takowy wystąpił)

  • wtrącę swoje trzy grosze.

    “Tym sposobem my, zwolennicy 100% rezerwy jesteśmy zadowoleni – mamy obowiązek rezerwy, powinniśmy mieć stabilny system bankowy, semantyka jest zachowana;)
    Pan z kolei ma mżliwość otworzenia firmy, która będzie zajmowała isę w zasadzie pośrednictwem finansowym, między mającymi pieniądze a chcącymi pieniędzy, i będzie Pan mógł czyjeś pieniądze pożyczać innym do woli. Czyż nie o to Panu chodziło?”

    Wszyscy chyba chcą mieć stabilny system bankowy. O ile gdy bank centralny(BC) powie, że rezerwa ma być taka a taka, to banki będą oszukiwać, bo niejako będzie się na nich to wymuszać. Lepiej będzie się trzymał ten, który będzie manipulował cudzymi pieniędzmi, niż ten który będzie utrzymywał 100% z własnej woli.
    Bez BC, nie ma już potrzeby wymuszać 100%. Chyba nie chcemy trzymać banki za rączki czy aby nie oszukują. Tak jakbyśmy każdego obywatela monitorowali, czy aby nocami nie chodzi po ulicach i morduje niewinnych.
    Natomiast patrzeć na rączki bankom zawsze będziemy. Będzie to w interesie banków aby wzbudzał największe możliwe zaufanie. Jeśli tylko klient wyczuje, że jest oszukiwany, wyciąga pieniądze lub idzie do sądu w najczarniejszym scenariuszu. Większe będzie wzbudzał ten co jasno określa, że trzema się 100% rezerw z wglądem do ksiąg, rachunków czy tak faktycznie jest. Lub inną formą weryfikacji. Jeśli bank jest nieuczciwy, to przeważnie nie określa tego w swoim logo, potrzeba głębiej się przyjrzeć jego działaniom. Każdy może być nieuczciwy, wypada to jeszcze udowodnić.
    Inne banki być może określą się na poziomie 20% równocześnie deklarując wyższy procent z lokat niż inne banki.

    Po co się męczyć z tą 100% rezerwą jak lepiej po prostu zlikwidować BC, zdenacjonalizować pieniądz, dopuścić wiele walut?

  • Panie Panika
    Konsekwentnie pokazuje Pan, że nie posiada Pan elementarnej zdolności odróżnia od siebie całkowicie różnych bytów.
    Tym razem podaje Pan analogię kasyna… czy naprawdę nie dostrzega Pan, że to zupełnie inna sprawa?
    Kasyna nie gwarantują wygranych, kasyna oferują rozrywkę, hazard i ze swej umowy się wypełniają!
    Czego nie można powiedzieć o bankach działających w oparciu o rezerwę cząstkową, gdyż nie da się zjeść ciastka i mieć ciastka!
    Powróćmy do piekarza. Kolejny raz formułuje Pan model, nie opisując go szczegółowo. Oczywiście, tak jak pisałem!, piekarz może dostarczyć chleb z innych źródeł, ale zakładam, że będzie to dla niego mniej opłacalne – bo gdyby pieczenie chleba nie było najlepszym sposobem, to by nie został piekarzem! – przykładowo można się spodziewać, że pożyczka chleba będzie oprocentowana, albo będzie musiał kupić droższy chleb. Więc Pańska krytyka mojego stanowiska niestety nie ma racji bytu.
    Co do istoty kontraktu, to Bastiat stwierdził kiedyś, że dobrego ekonomistę od złego odróżnia to, że ten drugi dostrzega tylko to, co widać. Podobnie jest, jak myślę, z innymi dziedzinami, takimi jak prawo czy ontologia. Także to, że Pan nie dostrzega istoty kontraktu, to raczej Pana problem.
    Poza tym podawałem już odnośnik do artykułu Huerty de Soto (i cytowałem go) w którym tłumaczy, dlaczego nawet rzekoma znajomość umowy przez klienta nie załatwia sprawy.
    Nie będę się powtarzał, Pan i tak nie da się przekonać…
    Pozdrawiam

  • „Na heroinę nie mamy wpływu, ale na przejrzystość umowy tak.” – rozumiem więc, że po prostu chodzi o to żeby umowy były prostsze. Z tym się zgodzę, ale z drugiej strony też trudno żeby to prawo miało wymuszać. Czy prawo ma też wymuszać, żeby komputery były prostsze? Pewne rzeczy po prostu już są skomplikowane w swojej naturze i mało na to możemy poradzić. W przypadku umów z bankami – pewnie coś tam by się dało poprawić w tej kwestii, ale z drugiej strony nie sądzę, żeby taka umowa dała się zmieścić na jednej kartce A4 i była zrozumiała w 100% dla ludzi nie mających zielonego pojęcia o pieniądzu, aktywach, pasywach itd. Taka już jest natura rzeczy, tak to widzę. Też nie oczekuję np. od energetyki żeby mi formułowała umowę w taki sposób, żebym bez przeczytania książki do fizyki ją zrozumiał. Jest w niej kupa jakichś dziwnych określeń, współczynników-pierdolników. Czy ja się na tym znam? Nie! Ale podpisuję tą umowę. I nie jęczę, że to wina systemu. To mój świadomy wybór – nie chcę tracić tygodnia nauki po to, żeby ją zrozumieć w 100%. Wystarczy mi, że rozumiem 80%. Jest w tym coś złego?

    „I tak w obecnym systemie ktoś idzie do banku złożyć depozyt (z założenia chroniony), a udziela pożyczki (płatnej na żądanie, ale to już rodzi ryzyko).” – domniemania, domniemania… Nawet jednak, gdyby tak było, to nie oznacza to automatycznie (vide to co napisałem wyżej), żeby legislacja musiała to prostować. Wie Pan, ja znam kilka, jak nie kilkanaście osób, które – jak mniemam szczerze – twierdzą, że grają w totka, żeby zarobić wielkie pieniądze. Czy ja albo prawo mam im tego zabraniać albo zmuszać organizatora loterii, żeby ogromną czcionką przy okienku pisał „WIĘKSZOŚĆ TO FRAJERZY KTÓRYCH GOLIMY, TWOJA SZANSA NA DUŻĄ WYGRANĄ JEST MNIEJSZA NIŻ NA TRAFIENIE METEORYTEM”? Nie sądzę. Tak samo nie jestem zwolennikiem tego, żeby producenci papierosów musieli wielkimi literami na ich paczkach pisać, że od substancji smolistych etc się umiera, albo – co już w ogóle mnie totalnie załamuje, bo jest to zagramanicą wdrażane – umieszczać zdjęć zepsutych płuc i mózgów. Oczywiście granica między ukrywaniem prawdy a eksponowaniem tylko jej części jest płynna i za każdym razem powinna być (najlepiej przez nieistniejący ideał, jakim jest niezawisły sąd) rozważana osobno. Jednocześnie, zataczając koło w tym rozwlekającym się wpisie, nie wydaje mi się żeby banki w umowach czy też w procesie ich zawierania rutynowo nadmiernie eksponowały korzyści z posiadania u nich konta i ukrywały ryzyko; co innego w reklamach, ale wiadomo że reklama rządzi się innymi prawami.

  • Co do domniemań o życzenie klientów: jak już pisałem, pracuję z klientem w banku, i mam świadomość po co do banku przychodzi. Nie sa to domniemania, ale obserwacje (a obiekcje przy większości klientów „załatwia BFG, który gwarantuje ich depozyty, więc ryzyka nie ponoszą, gorzej z podatnikami:)
    Co do papierosów, to też nie jestem zwolennikiem coraz wiekszych komunikatów. Mały by wystarczył;) jednak ich wprowadzenie miało chyba na celu edukację społeczeństwa, której już nie potrzeba w tej kwestii, ponieważ świadomość szkodliwości palenia wzrosła (dlatego tymbardziej śmiesza podejmowane teraz akcje;)
    Wyjątek stanowią tutaj takie marki jak Death Cigarets (mało popularna, ale świadomie budowana w oparciu o potencjalnie śmiertelny skutek palenia;) oraz amerykańska sieć fast food „heart attack”:)
    Reasumując, umowy z bankami są skonstruowane tak, żeby nie informować o ryzyku. Regulaminy też nie wspominają raczej o nim. A ludzie nie chcą tego ryzyka.

  • Pozostawiając na boku banki i wracając do pieniądza…
    Hayek zakłada, że pieniądz powinien mieć „stabilną wartość”. Po co? Dlaczego pieniądz miałby, jako jedyny towar we wszechświecie mieć „stałą wartość”? Krytykował takie założenie m. in. Rotbarth. To tego typu idee przyświecały założycielom FED, którzy chcieli zagwarantować zmianę ilości pieniądza stosowną do poziomu produkcji (flexible money supply).
    Tymczasem pieniądz wcale nie musi mieć stałej wartości, żeby spełniać swoją rolę. Ważne aby jego wartość nie podlegała zbyt gwałtownym wahaniom, bo to dezorganizowałoby wymianę na rynkach towarów i usług. Wartość waluty może się zmieniać, jest to jedynie jeden z elementów ryzyka biznesowego, z którym ludzie potrafią sobie radzić. Jedynie manipulacja zmienia charakter tego ryzyka. Z kasynem nikt nie wygra.
    „Stała wartość” jest ideałem jedynie dla kontraktów realizowanych w przysłości przede wszystkim dla rynku pożyczkowego. Ale przecież, jeśli ktoś ma wątpliwości co do stałości wartości danej waluty, to również dziś, bez prywatnych walut „a la Hayek” może indeksować swoje kontrakty jakimikolwiek innymi walutami, towarami, lub ich koszykami (vide indeksowanie wskaźnikiem inflacji).
    Samo pojęcie stałości zawiera wewnętrzną sprzeczność, bo musi być określony punkt odniesienia. Koszyk, powoduje oczywiście, ze wartość waluty jest stałą wobec punktu odniesienia o zmiennej wartości, czyli jest zmienna. Zmienny koszyk powoduje, że wartość waluty jest zmienna z dodatkowym narażeniem na manipulacje.
    W rzeczywistości próby stworzenia takiego niezmiennego „wzorca wartości” nieodmiennie będą prowadziły jedynie do powstawania pokusy manipulacji tym wzorcem.

  • Myślę, że stała powinna być wartość towarowa pieniądza, ostatecznie skład koszyka, zaś wartość względem innych towarów/walut oczywiście by się przy tym zmieniała.

  • komu i czemu służy pieniądz???

  • Komu i czemu służy chleb??? A) piekarzom B) młynarzom C) konsumentom chleba D) bankierom finansującym piekarzy i młynarzy E) rządowi F) spiskowi żydomasonoiluminatów G) szatanowi H) nikomu.

  • ok…to kto go „produkuje” i czyją jest „własnością” i kto o tym decyduje i dlaczego ???

  • No ja mam np. 20 zł w portfelu teraz, to jest moja własność. A tak konkretnie to o co chodzi?

  • jako laik staram sie zrozumiec ten spór o pieniądz i jego obieg,a także strukturę decyzyjną odnośnie pieniądza- proszę mi wierzyć nie mam tu złych intencji. Ciekawi mnie „perspektywa” widzenia tych rzeczy…tylko tyle.

  • @ 37
    Pieniądz służy wszystkim jako powszechny środek wymiany.

    Spór toczy się o to, czy w sprawie pieniądza powinna być jakakolwiek „struktura decyzyjna”. Zwolennicy austriackiej szkoły ekonomii są na ogół zgodni co do tego, że podaż pieniądza powinien regulować rynek, a nie „struktury decyzyjne”. Dobrym surowcem zapewniającym rynkowa podaż pieniądza było złoto i inne kruszce, toteż większość Austriaków” opowiada się za standardem złota. Niektórzy (np. Hayek) proponują inne rozwiązania, ale zawsze dystansują się do pomysłu, by pieniądzem zawiadywały jakiekolwiek „struktury decyzyjne”.

    Polecam lekturę książeczki Rothbarda „Złoto, banki, ludzie – krótka historia pieniądza”.

    Pozdrawiam

  • aha…poszedłem dalej i przeczytałem wiersz- piękny,a zarazem smutny

  • Panie wf, a banki to nie jest taka struktura decyzyjna? Dla mnie jest. Może być wolnorynkowa (to by było fajnie), może być skartelizowana-parapaństwowa jak teraz…

  • @ 40
    Jesli bankow byloby tysiac i kazdy mogl emitowac swoj pieniadz, to trudno byloby je uznac lacznie za strukture decyzyjna. Bylaby to raczej struktura konkurencyjna, podobnie jak kopalnie zlota nie sa struktura decyzyjna, choc ich wlasciciele decyduja o tym, czy i ile kopac. Jesli bank jest jeden (centralny), to stanowi strukture decyzyjna. Oczywiscie dla „rynkowosci” pieniadza lepiej (bezpieczniej) byloby, zeby poszczegolne decyzje jego dotyczace zapadaly mozliwie „najnizej”, czyli np. na poziomie kopalni zlota, a nie na poziomie poszczegolnych bankow. Wszelkie decyzje podejmowane za biurkiem sa obarczone wiekszym ryzykiem bledu niz decyzje w sferze materii (np. dotyczase wielkosci wydobycia kruszcu).

  • uf-dzięki,że nie zlekceważyliście moich małych dociekań- gorzej z książkami nie każda biblioteka je posiada…no i nie zawsze jest je bezstronnie skonsultować…

  • nie chcę być nudny…cyt.”.ze podaż pieniadza powinien regulować rynek..” to w takim przypadku(proszę pokazać) model tego działania…

  • @wf, oczywiście ma Pan rację, brak ścisłej koordynacji decyzyjnej powoduje, że byłaby to raczej chmara decyzyjna 😉 a nie system decyzyjny. No po prostu wolny rynek.

  • @ 44
    No tak, po prostu liczne decyzje,podobnie jak liczne są decyzje np. właścicieli straganów z warzywami, producentów szpilek, butów, piekarzy itd., którzy jakoś sobie radzą bez „struktur”.

    @ 43
    Nie potrafię opisać modelu działania wolnego rynku (np. pieniądza). I na tym to właśnie polega. Podobnie jak nie potrafię opisać modelu chodzenia, co nie przeszkadza mi chodzić, a nawet biegać.
    O tym, jak to działa (choc nie koniecznie o modelu), napisano dużo książek (ponowne polecam Rothbarda, a także Miltona Friedmana „Intrygujący pieniądz”). Nie śmiałbym ich tutaj streszczać lub zastępować opisami „modeli”.
    Niektóre z interesujących Pana tytułów na pewno są w naszych bibliotekach w Warszawie i w Krakowie. Zapraszam.

  • rozumiem- dziękuję.

  • A gdyby tak po prostu konstytucyjnie lub poprzez jakąś ustawę określić, że bank centralny danego kraju ma obowiązek utrzymywać inflację na zerowym poziomie? Prawdopodobnie byłby tutaj problem ze sformułowaniem takiej ustawy, i decyzją co jeśli bankowi centralnemu ta sztuka się nie uda (wiadomo, że bank centralny ma tylko pośrednią możliwość regulowania podaży pieniądza bo wszystko i tak zależy od podmiotów biorących kredyty). Być może wtedy przynajmniej nie dochodziłoby do takich sytuacji jak obecnie, gdzie NBP jawnie deklaruje chęć utrzymania inflacji w okolicach 2% rocznie.

  • A gdyby tak po prostu konstytucyjnie, lub poprzez jakąś ustawę określić, że bank centralny danego kraju ma obowiązek utrzymywać inflację na zerowym poziomie? Prawdopodobnie byłby problem ze sformułowaniem takiej ustawy i decyzją co jeśli bankowi centralnemu ta sztuka się nie uda (wiadomo, że bank centralny ma tylko pośrednią możliwość regulowania podaży pieniądza bo koniec końców wszystko i tak zależy od podmiotów biorących kredyty i od naszej skłonności do wydawania lub oszczędzania pieniędzy). Być może jednak wtedy nie dochodziłoby do takich sytuacji jak obecnie gdzie NBP jawnie deklaruje chęć utrzymania inflacji w okolicach 2% rocznie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • google
  • facebook
  • twitter
  • youtube
Zapisz się na newsletter:

Wybierz listę(y):

Cytat:
  • Niechęć do standardu złota wynika z przesądu, że wszechmocny rząd jest w stanie stworzyć bogactwo ze zwykłych kawałków papieru. Ludwig von Mises
Mecenasi
Wspieraj Nas>>
W maju wsparli nas:
Pan Łukasz Angowski
Pan Wojciech Bielecki
Pan Piotr Bigaj
Pan Rafał Boniecki
Pani Dominika Buczek
Pani Julia Bula
Pan Marcin Dabkus
Pan Michał Dębowski
Pan Paweł Drożniak
Pan Dariusz Dziadkowski
Pan Maciej Gorzelak
Pan Stanisław Gruszka
Pan Jarosław Grycz
Pan Adrian Grzemski
Pan Maciej Grzymkowski
Pan Steve Harwatek
Państwo Paulina i Przemysław Hys
Pan Miłosz Janas
Pan Łukasz Jasiński
Pan Dominik Jaskulski
Pan Paweł Jegor
Pan Tomasz Jetka
Pan Gustaw Jokiel
Pan Dominik Jureczko
Pan Paweł Jurewicz
Pan Jan Kłosiński
Pan Jan Kochman
Pan Andrzej Koźlik
Pan Andrzej Krzeptowski-Sabała
Pan Jacek Kubica
Pan Wojciech Kukla
Pan Konrad Kukulski
Pan Stanisław Kwiatkowski
Pan Tomasz Malinowski
Pan Miłosz Mazurkiewicz
Pan Dawid Megger
Pani Magdalena Moroń
Pan Marcin Moroń
Pan Mateusz Musielak
Pan Piotr Musielak
Pan Maksym Mydłowski
Pan Tomasz Netczuk
Pan Krzysztof Nowak
Pan Filip Nowicki
Pani Karolina Olszańska
Pan Zbigniew Ostrowski
Pan Łukasz Pappelbon
Pan Rafał Parol
Pan Mikołaj Pisarski
Pani Agnieszka Płonka
Pan Bartłomiej Podolski
Pan Paweł Pokrywka
Pan Artur Puszkarczuk
Pan Michał Puszkarczuk
Pan Jacek Rusiecki
Pan Jakub Sabała
Pan Adam Skrodzki
Pan Michał Sobczak
Pan Radosław Sobieś
Pan Piotr Sowiński
Pan Piotr Szewc
Pan Łukasz Szostak
Pan Franciszek Szterleja
Pan Michał Szymanek
Pan Krzysztof Turowski
Pan Jan Tyszkiewicz
Pani Anna Wajs
Pan Adam Wasielewski
Pan Karol Więckowski
Pan Waldemar Wilczyński
Pan Jakub Wołoszyn
Pan Karol Zdybel
Stowarzyszenie Libertariańskie
Łącznie otrzymaliśmy 4 003,56 zł . Dziękujemy wszystkim Darczyńcom!
Znajdź się na liście>>
Lista mecenasów>>