Autor: Robert Higgs
Źródło: Independent Review
Tłumaczenie: Marcin Pasikowski
Wersja PDF

statystykaEkonomiści ostatnio dużo narzekają na pogorszenie jakości podstawowych statystyk gospodarczych — między innymi oficjalnych danych o cenach, dochodach, zatrudnieniu, produktywności i biedzie — oraz na brak rządowych środków na naprawienie tego problemu. Na pierwszy rzut oka skargi te wydają się uzasadnione.

Gdyby oficjalne dane gospodarcze zniknęły, pewnie zatęskniłbym za nimi. Ostatecznie przez ostatnie 35 lat od czasu do czasu ich używałem. Jednak niezależnie od tego, jak zawiedzony mógłbym się poczuć, podejrzewam, że jeśli te dane nigdy nie zostałyby stworzone, świat byłby znacznie lepszy. Statystyki często nie odzwierciedlają rzeczywistości lub mają jakieś inne niedociągnięcia, które czynią je mylącymi. Jeszcze bardziej może jednak martwić fakt, że oficjalne statystyki mylą decydentów politycznych oraz zapewniają im uzasadnienie prowadzonej przez nich szkodliwej polityki.

 

Źle zdefiniowane, nieprecyzyjne i rażąco nieprawidłowe

Ponieważ oficjalne statystyki ekonomiczne bazują na błędnych definicjach, wiele z nich zawodzi, jeśli chodzi o uchwycenie zjawisk, do których mierzenia zostały stworzone. Widać to wyraźnie na przykładzie danych na temat „ubóstwa”. Czy ubóstwo jest stanem absolutnym czy relatywnym? Jeśli jest tym drugim, to jaki jest właściwy punkt odniesienia?

Niewątpliwie warunki życia wielu Amerykanów, które określa się jako poniżej „granicy ubóstwa”, będą wydawać się przepychem dla miliardów mieszkańców Trzeciego Świata. Niezależnie od porównań międzynarodowych, wielu obywateli Stanów Zjednoczonych dzisiaj zaklasyfikowanych jako biednych, wydawałoby się bogaczami w oczach np. własnych dziadków. Powyżej pewnej absolutnej wartości „ubóstwo” staje się nie tyle określonym stanem, co okopem, z którego armie redystrybucjonistów przeprowadzają swe ataki na ludzi o wyższych dochodach.

Mierzenie osobistego dochodu w sposób, jaki robi się to dzisiaj, przedstawia trudności niemal nie do pokonania nie tylko w sferze pojęciowej. Na przykład między osobami żyjącymi w „ubóstwie” są jednostki, które osiągają znaczne (ale nielegalne — więc nieujmowane w statystykach) dochody z handlu narkotykami, prostytucji, hazardu, oraz pospolitych kradzieży. Jeśli biedni osiągają jedynie ten dochód, który deklarują w Urzędzie Skarbowym lub statystycznym, to w jaki sposób wchodzą w posiadanie samochodów, telewizorów, biżuterii i innych pięknych ozdób ich domów i ich samych?

Oczywiście biedni nie są jedyną klasą, która ukrywa swe bardziej i mniej uczciwe dochody. Bogaci utrzymują całą warstwę zawodowych pomagierów — prawników, księgowych, finansowych guru — których jedyną misją jest ochrona dochodu przed chciwością urzędów skarbowych. Drobni przedsiębiorcy także notorycznie przyjmują zapłatę „pod stołem”. Zastępy stolarzy, malarzy, elektryków, hydraulików, ogrodników, nie wspominając o nianiach, przynajmniej część swojego dochodu trzymają z daleka od Urzędu Skarbowego.

W niesprawiedliwie niedocenianej pracy (jednej z najważniejszych książek ekonomicznych ostatnich 50 lat) Oskar Morgenstern ostrzegał: „Musimy starannie rozróżnić pomiędzy tym, co myślimy, że wiemy, a tym, co naprawdę wiemy i możemy wiedzieć”[1].

Jednak wciąż zbyt często ekonomiści odwracają swój wzrok od faktów, prąc beztrosko naprzód ze swymi wyrafinowanymi analizami zmiennych ekonomicznych, które są albo całkowicie bez znaczenia, albo niewłaściwie skwantyfikowane. Jak twierdzi Michael J. Boskin:

 

Zawody ekonomisty i statystyka stały się bardzo teoretyczne. Coraz mniej uwagi zwraca się na kwestie praktyczne próbkowania, zbierania i jakości danych, jak również zapewnienia profesjonalnego systemu motywacji, który wynagradzałby ludzi, wykazujących duże zdolności w znajdywaniu, opracowywaniu i ulepszaniu jakości danych[2].

 

Można mieć zatem wątpliwości, czy winić zwykłych ludzi za dawanie posłuchu mediom, które piętnują rosnące nierówności w dystrybucji dochodu podczas ostatnich dekad w Stanach Zjednoczonych. Czyż te „rosnące nierówności” nie są faktem? Któż tak naprawdę może to wiedzieć? Niezależnie od tego, czy w czysto arytmetycznym sensie tak jest rzeczywiście, pewnym jest, że „poprawianie” tej sytuacji nigdy nie byłoby przedmiotem debaty, jeśli statystycy w ogóle nie skonstruowaliby „rozkładu dochodu”.

Trudno sobie wyobrazić jakiś twór statystyczny, który lepiej nadawałby się do podsycania ognia zazdrości i niepokojów publicznych. Tego typu informacje są zbędne dla funkcjonowania dobrego rządu, ale niemal konieczne dla rządu o łupieżczych zapędach[3].

 

Pożywka dla merkantylizmu

W naszym niepewnym świecie jedna rzecz jest pewna: każdego miesiąca bez wyjątku prasa będzie donosić o wielkości „deficytu handlowego”. Nawet w stosunkowo inteligentnym artykule[4] czytamy o „tym nieznośnym deficycie handlowym”. Oczywiście już samo określenie „deficyt” ma negatywne konotacje, sugerując najpewniej brak czegoś bardzo wartościowego. Najwyraźniej dziennikarze wraz z przysłowiowym człowiekiem z ulicy uważają deficyt handlowy za coś złego.

Równie często podkreślany jest złowrogi fakt braku zbilansowania dwustronnego handlu, szczególnie mocno akcentuje się odwieczny deficyt handlowy pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Japonią. Bez wątpienia ciągłe powtarzanie, że naród jest „zalewany” importem i jest „zasypywany” tanimi dobrami zagranicznymi, może być przygnębiające.

Jednak, jeśli ktoś dłużej zastanowi się, w jaki sposób jest możliwe śledzenie tych wszystkich towarów i usług, które przekraczają amerykańskie granice, z pewnością pojawią się u niego poważne wątpliwości. Poinformowany o tym, że deficyt handlowy wynosi X, ktoś może zapytać: „Skąd to wiadomo?”. Służby celne produkują góry danych na temat handlu międzynarodowego, lecz można śmiało twierdzić, że wiele transakcji umyka uwadze tych służb — na przykład pokaźny obrót narkotykami, oceniany na 400 miliardów dolarów rocznie na całym świcie, w którym to Stany Zjednoczone uczestniczą jako importer netto[5]. Nielegalne substancje psychoaktywne to nie jedyne towary, których eksportu i importu nie obejmują oficjalne statystyki.

Morgernstern trafnie ostrzegał przed nieprzystającymi do rzeczywistości danymi o handlu międzynarodowym. Pisał on:

 

Jeśli ktoś brał kiedykolwiek udział (tak jak autor) w spotkaniach, podczas których sumy za najdrobniejsze towary były dodawane by stworzyć ostateczny bilans płatniczy, może tylko zdumiewać się nad naiwnością, z którą te produkty fantazji, polityki i wyobraźni, połączone ze skrupulatnie wyliczanymi liczbami, są używane z pełną powagą w późniejszych publikacjach (…). Analitycy wszystkich etapów handlu międzynarodowego muszą założyć, że liczby przedstawiające ruch towarów są wystarczająco dobre, by uzasadnić te wszystkie manipulacje i ciągi przyczynowo-skutkowe, do których wyprowadzania są przyzwyczajeni[6].

 

Choć Morgenstern pisał dekady temu, niedoskonałości, na które zwracał uwagę, są nadal aktualne. Według ostatniej oceny Boskina: „statystyki handlowe są obarczone poważnym błędem” oraz: „rzeczą coraz trudniejszą jest odpowiednie zmierzenie handlu”[7].

Ludzie tworzący zestawienia statystyczne sami przyznają się do tego, że niemożliwe jest uchwycenie wszystkich transakcji lub prawidłowe określenie tych, które daje się uchwycić. Ponieważ każda transakcja ma dwie strony, suma wszystkich deficytów i nadwyżek płatności musi być równa zero. W praktyce jednak nigdy tak się nie dzieje, a Departament Handlu uzgadnia dwie strony konta księgowego poprzez wprowadzenie sztucznej pozycji nazwanej „niezgodności statystyczne” (dawniej: „błędy i transakcje niewykazane”).

Na przykład w roku 1996 wynosiła ona minus 46,9 miliarda dolarów, czyli 32% deficytu na rachunku obrotów bieżących w tamtym roku (rachunek obrotów bieżących zawiera przychody inwestycyjne i transfery, jak również sprzedaż dóbr i usług)[8].

Niezgodności statystyczne różnią się znacznie rok do roku. Na przykład w 1992 r. wynosiły minus 43,6 miliarda dolarów, a w 1993 r. plus 5,6 miliarda dolarów. Przy tak gwałtownych fluktuacjach tego sztucznego czynnika, z jaką pewnością możemy odnosić się do „faktu”, że pomiędzy 1992 a 1993 r. deficyt na rachunku obrotów bieżących wzrósł o 34,4 miliarda[9]? Może być tak, że pomimo całego załamywania rąk nad zwiększonym zmierzonym deficytem, tak naprawdę deficyt w 1993 r. wcale nie wzrósł. Biorąc pod uwagę brak dokładności nawet danych rocznych, raporty miesięczne publikowane w prasie w ogóle nie są wiarygodne.

Jeśli dane o bilansie handlowym służyłyby jako jeszcze jedna wymówka dla tracących bezproduktywnie czas ekonometryków, byłyby relatywnie nieszkodliwe. Niestety z powodu ich rutynowych publikacji w szeroko pojętych mediach, dane te pełnią ważną rolę w polityce. Jak napisał Paul Heyne:

 

Twierdzenia o deficycie handlowym dostarczają politycznych argumentów, które mogą być użyte przez ludzi pragnących ochrony przed zagraniczną konkurencją lub subwencji wspomagających sprzedaż ich produktów za granicą. Dzieje się tak, ponieważ deficyt handlowy oznacza, że stosunek importu do eksportu musi ostatecznie się zmniejszyć , bowiem żaden deficyt nie może trwać wiecznie. Więc równie dobrze możemy poradzić sobie z tym teraz: założyć Bank Importu-Eksportu, ograniczyć import z krajów, które przeszkadzają nam w eksporcie, nałożyć kary na zagraniczne firmy, które „dumpingują” nasz rynek, oraz pogodzić się z faktem, że wolny handel jest dobry, tylko jeśli jest handlem sprawiedliwym[10].

 

Jeśli czytelnik ogląda wiadomości z pewnością rozpozna tę starą śpiewkę. Jak zaobserwował Heyne:

 

Raportowanie deficytu handlowego w praktyce przypomina rodzaj ogłaszania stanu wyjątkowego. Takie deklaracje są o tyle niebezpieczne, że dają rządowi licencję na uchwalanie nowego prawa i interpretowanie istniejących przepisów w sposób sprzyjający politycznym interesom[11].

 

Byłoby o wiele lepiej zarówno dla sprawiedliwości, jak i dla gospodarki, jeśli statystyki handlu międzynarodowego nie byłyby w ogóle zbierane. Były one bowiem i nadal są głównym usprawiedliwieniem dla polityków, którzy chcą za wszelką cenę przypodobać się swoim szukającym partykularnych korzyści zwolennikom.

 

Produktywne wydatki rządowe

William Petty (1623-1687) — Anglik, który praktykował „sztukę arytmetyki politycznej”, zwany „pierwszym ekonometrykiem” — został uznany jako „autor pierwszego znanego szacunku dochodu narodowego”[12]. Przyjęcie nazwy „arytmetyka polityczna” dla statystyki ekonomicznej, czyli dla kalkulacji przeprowadzanych w celu określenia oficjalnych wielkości przychodu i dochodu narodowego, byłoby z pewnością korzystne dla uczciwej części ludzkości. Taka nazwa ostrzegałaby wszystkich co do politycznych celów czających się za konstruowaniem takich zestawień.

Rozważmy na przykład, w jaki sposób statystycy kalkulują wielkość produktu krajowego brutto. Otóż, dodają oni do siebie wartość (według cen rynkowych) wszystkich nowo wyprodukowanych w kraju dóbr i usług, zakupionych przez konsumentów, inwestorów i rząd, a następnie powiększają taką sumę o eksport netto.

Tak przywykliśmy do tego stanu rzeczy, że nikt nie pyta, dlaczego zakupy rządowe są jedną z kategorii. Zastanówmy się też nad usługami rządowymi — jak możemy je wyceniać według cen rynkowych, skoro są one ogólnie dostarczane bez opłat, a finansowane przez opodatkowanie?

W dzisiejszych czasach niewielu ekonomistów wie, że przed drugą wojną światową włączenie kategorii rządowych wydatków do przychodu i produktu narodowego było przedmiotem gorącej debaty. Jednak dzisiaj, jak zauważył Ellen O’Brien: „Bardzo rzadko zdarza się, aby ktoś sugerował, iż obecne traktowanie wydatków rządowych jako części składowych przychodu narodowego jest nieprawidłowe”[13].

Jak wyjaśnia dalej O’Brein: „Takie ujmowanie sektora rządowego, rozpoczęte w roku 1947 (które stało się standardową praktyką i jest stosowane w Stanach Zjednoczonych po dziś dzień) zostało zainicjowane przez statystyków w celu oceny wpływu ogromnych wzrostów wydatków na gospodarkę” podczas drugiej wojny światowej. „Debata teoretyczna, z okresu przedwojennego, trwała nadal w roku 1947 i nigdy nie została w pełni rozstrzygnięta”[14].

Simon Kuznets, architekt pierwszych ocen przychodu narodowego w Stanach Zjednoczonych, grał rolę Dawida w walce z Goliatem uosobionym przez amerykański Departament Handlu, jednak ostatecznie nie podołał potężnemu przeciwnikowi i wycofał się z pola walki[15].

Omawiając tę dyskusję, O’Brien zwraca uwagę na krytyczny, ale rzadko doceniany aspekt:

 

Wydaje się, że rządowa biurokracja była zdeterminowana, by uwydatnić wagę rządowych poczynań w gospodarce, poprzez powiększenie udziału wydatków rządowych w dochodzie narodowym. Podczas gdy oficjalnie zmiana była umotywowana dużym wzrostem wydatków rządowych spowodowanym przez wojnę, ukryte znaczenie tego faktu musi kierować nas w stronę filozofii rządowych statystyków, która zakłada znaczną rolę rządu w gospodarce[16].

 

Łatwo zauważyć, jak powojenna doktryna Keynesa i bieżąca polityka namieszały w systemie liczenia dochodu narodowego, w którym wszystkie rządowe zakupy dóbr i usług — usług pracowników rządu, które są wyceniane na zasadach oderwanych od rzeczywistości — są traktowane na równi z prywatnymi zakupami dóbr i usług finalnych na rynku, gdzie konsumenci i inwestorzy dokonują wyceny, wydając swoje własne pieniądze.

Jednym ze skutków takiego zaadoptowania oficjalnych danych produktu i dochodu narodowego było pojawienie się mitu „wojennej prosperity” podczas drugiej wojny światowej, wraz z wariackimi pomysłami „keynesizmu militarnego”, które ten mit podtrzymywały. Eliminując wydatki rządowe — składające się niemal wyłącznie z zakupów wojskowych i żołdu dla wojska pochodzącego głównie z poboru — otrzymywaliśmy dane wskazujące na wojenną recesję[17].

W późniejszym okresie, szczególnie w latach pięćdziesiątych, oficjalne dane potwierdzały zniekształcony obraz cyklu koniunkturalnego[18].

Przez ponad połowę wieku oficjalne wskaźniki produktu i dochodu narodowego służyły wszelkiego rodzaju bojownikom politycznym jako mapa przydatna w planowaniu ataku na wielką kasę. Jeśli bojownikom makroekonomicznym nie udaje się zrealizować swojego celu, zawsze mogą zrzucić to na swoją taktykę lub wykorzystane środki. Jednak, jeśli pozbawić ich mapy, mogliby stracić ochotę do walki i w ten sposób oszczędzić amerykańskiej gospodarce niszczycielskich skutków własnych poczynań.

 

Wnioski

Fakt, że ekonomiści pasywnie zaakceptowali statystyki gospodarcze, zaprojektowane i skonstruowane przez biurokratów rządowych, jest jednym z najbardziej wstydliwych aspektów ich profesji w XX w. Można zadać pytanie, kto kogo tutaj wykorzystuje?

W okresie powojennym mieszanie się coraz bardziej nachalnego rządu oraz wykorzystywanie profesji ekonomistów do kontrolowania ideologicznych intruzów zostało zinstytucjonalizowane. Teraz jest uważane za status quo i nie zanosi się na zmianę w tej materii. Niemniej statystyki gospodarcze w tej dwustronnej symbiozie są często źle definiowane, niepoprawne i powodują błędy, gdy zostają użyte w procesie podejmowania decyzji.

Morgenstern uważał, że:

 

konieczne jest odrzucenie bezwartościowych danych w całości, na gruncie założenia, że zazwyczaj lepiej nic nie mówić, niż podawać błędne informacje, które — poza tym, że służą praktycznym i politycznym nadużyciom — wprowadzają w błąd wielu późniejszych badaczy, którzy nie zawsze są w stanie sprawdzać jakość danych dostarczonych przez innych naukowców[19].

 

Rada jest bardzo dobra, jednak nie została wzięta pod uwagę i nie zanosi się, by kiedykolwiek była. Mielibyśmy o wiele szybszy postęp w ekonomii, jeśli ekonomiści zadawaliby trudne pytania przed wykorzystaniem niepewnych statystyk w swoich opracowaniach.

Na szerszym froncie, gdzie mamy do czynienia z interesem całego społeczeństwa, na statystyki może być położona jeszcze większa presja. Załóżmy, że chcemy na poważnie zadać pytanie, które retorycznie zadał dziennikarz Peter Pasell w dyskusji o statystykach handlu międzynarodowego: „Transakcje są zawieranie dobrowolnie i generalnie pomiędzy osobami dorosłymi — zauważył Pasell — więc dlaczego ma to obchodzić kogokolwiek innego niż ich?”[20]. No właśnie, dlaczego?

Dobry rząd, czyli taki, który ogranicza się do ochrony prawa obywateli do życia, wolności i własności, nie ma potrzeby majstrowania przy danych statystycznych dotyczących dochodu, handlu międzynarodowego i finansów. Co więcej, nie ma potrzeby w ogóle tworzyć zestawień dochodu i produktu narodowego. Żadne z tych wielkości nie pomagają chronić praw obywateli. Dane te można zaliczyć do „arytmetyki politycznej”. Jest to pożywka dla ludzi chcących nieuczciwie odnieść bezpośrednią korzyść lub dla urzędników państwowych, którzy chcą uczynić rząd maszyną wyzysku niszczącą prawa obywateli.


[1] On the Accuracy of Economic Observations, 2 wyd. [Princeton: Princeton University Press, 1963], s. vii.

[2] „Some Thoughts on Improving Economic Statistics to Make Them More Relevant in the Information Age”, przygotowane dla Joint Economic Committee, Biuro Zastępcy Przewodniczącego, Kongres Stanów Zjednoczonych, Październik 1997, s. 5.

[3] Podtrzymuję tutaj moje poprzednie stanowisko zawarte w: „Is More Economic Equality Better?”, Intercollegiate Review 16 (Spring/Summer 1981): s. 99–102.

[4] Peter Passell, „The Fear Is Gone, Not the Danger”, New York Times, March 1, 1998.

[5] Mark J. Porubcansky, „U.N.: Drug Dealing Is 8% of All Trade”, Seattle Times, June 26, 1997.

[6] On the Accuracy, s. 180.

[7] „Some Thoughts”, s. 9.

[8] Patrz: US Council of Economic Advisers, Annual Report for 1998 [Washington, D.C.: US Government Printing Office, 1998], s. 399.

[9] Ibid., s. 398–99.

[10]Do Trade Deficits Matter? „, Cato Journal 3 (Winter 1983–84): s. 711.

[11] Ibid., s. 715.

[12] Phyllis Deane, „Petty, William”, in International Encyclopedia of the Social Sciences, vol. 12, edited by David L. Sills (New York: Macmillan and The Free Press, 1968), s. 67.

[13] „How the ‚G’ Got into the GNP”, w Perspectives on the History of Economic Thought, vol. 10, Method, Competition, Conflict and Measurement in the Twentieth Century, red. Karen I. Vaughn (Aldershot, Eng.: Elgar, 1994), s. 247.

[14] Ibid., s. 242.

[15] Jednak nie całkiem zrezygnował z walki, patrz: Capital in the American Economy (Princeton: Princeton University Press, 1961), s. 465–84.

[16] O’Brien, s. 252.

[17] Robert Higgs, „Wartime Prosperity? A Reassessment of the U.S. Economy in the 1940s”, Journal of Economic History 52 (March 1992): s. 41–60.

[18] Robert Higgs, „The Cold War Economy: Opportunity Costs, Ideology, and the Politics of Crisis”, Explorations in Economic History 31 (Lipiec 1994): s. 283–312, szczególnie s. 297–98.

[19] On the Accuracy, pp. 55. Podobne otrzeżenie zawarł Boskin w „Some Thoughts”, s. 20.

[20] Passell, „The Fear Is Gone”.

3 odpowiedzi na „Higgs: Problem ze statystykami gospodarczymi”

  • Sporo na temat tego, jak urzędy statystyczne przekłamują statystyki dotyczące ubóstwa, pisze Thomas Sowell. Swego czasu Thomas di Lorenzo także podjął się zbadania, jak „pracują” te instytucje i z jakiej metodologii korzystają. Otóż zbadał instytucje państwowe ujmujące statystycznie zasoby finansowe tzw. „ubogich” („Reinventing America’s Poor” w: „The Free Market”, styczeń 2001). Okazało się, że celowo zaniżają one te zasoby, aby w ten sposób sztucznie zawyżyć liczbę biednych. Urzędnicy regularnie pomijają pewne składniki ich majątku i nie uwzględniają rozmaitych dodatkowych źródeł dochodu, jak np. dodatki mieszkaniowe czy pomoc socjalna na odcinku wychowania i edukacji dzieci. Z kolei u warstwy wyżej zarabiających dochody liczone są przed opodatkowaniem, aby podtrzymywać i ciągle na nowo ożywiać mit o rozwierających się „nożycach dochodów”. Zdaniem DiLorenzo, gdyby rzetelnie ustalano wysokość dochodów, to liczba biednych z oficjalnych statystyk spadłaby o cztery piąte. Te same urzędy ustaliły, że – nie wiadomo jakim cudem – zarejestrowani biedni wydają statystycznie średnio dwa razy więcej niż to, co podają w ankietach na temat dochodów. Kto swój miesięczny dochód szacował na 1200$, ten w tym samym czasie robił zakupy za średnio 2688$.

    Wnioski DiLorenzo są oczywiste: urzędnik – tak jak każdy normalny człowiek – działa celem maksymalizacji własnych korzyści. Bez skrupułów zatem fałszuje się statystyki, aby biurokracja mogła bez przeszkód utrzymywać w ruchu maszynerię państwa socjalnego, uzasadniając tym samym konieczność własnego istnienia.

  • @1. Dzięki za komentarz i źródła! 🙂

  • Zgadzam się z tezami artykułu, a przede wszystkim z tą o szkodliwości i nadużywaniu statystyk przez instytucje rządowe przy podejmowaniu decyzji,których skutki odczuwają tysiące a czasami miliony ludzi.
    Nie wylewałbym jednak dziecka z kąpielą.
    Statystyki mogą być użyteczne, zwłaszcza w ‚wymiarze indywidualnym’, wyczulając każdego z nas na jakieś (rosnące) problemy, kształtujące myślenie i pozwalające lepiej zrozumieć to co nas otacza. Dobrym przykładem wykorzystania statystyk jest propozycja Hansa Roslinga, który opracował specjalne oprogramowanie pozwalające inaczej spojrzeć na statystyki (oprogramowanie, jak i wiele innych ‚ciekawostek’, dostępne na http://www.gapminder.org/).
    Proponuje posłuchać jego wykładów publikowanych na ted.com (możliwe jest włączenie napisów po polsku:
    http://www.ted.com/talks/hans_rosling_shows_the_best_stats_you_ve_ever_seen.html
    http://www.ted.com/talks/hans_rosling_reveals_new_insights_on_poverty.html

    (nie mogę podać więcej adresów bo uznawane jest to za spam, proponuje odszukać też ten wykład o pralce automatycznej).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • google
  • facebook
  • twitter
  • youtube
Zapisz się na newsletter:

Wybierz listę(y):

Cytat:
  • Sztuka ekonomii polega na tym, by spoglądać nie tylko na bezpośrednie, ale i na odległe skutki danego działania czy programu; by śledzić nie tylko konsekwencje, jakie dany program ma dla jednej grupy, ale jakie przynosi wszystkim. Henry Hazlitt
Mecenasi
Wspieraj Nas>>
W październiku wsparli nas:
Pan Dominik Aromiński
Pan Bartosz Baranowski
Pan Wojciech Bielecki
Pan Piotr Bigaj
Pan Rafał Boniecki
Pani Dominika Buczek
Pani Julia Bula
Pan Robert Ciborowski
Pan Marcin Dabkus
Pan Michał Dębowski
Pan Paweł Drożniak
Pan Tomasz Dworowy
Pan Dariusz Dziadkowski
Pan Konrad Floriańczyk
Pan Maciej Gorzelak
Pan Stanisław Gruszka
Pan Jarosław Grycz
Pan Adrian Grzemski
Pan Maciej Grzymkowski
Pan Michał Gutowski
Państwo Paulina i Przemysław Hys
Pan Miłosz Janas
Pan Łukasz Jasiński
Pan Dominik Jaskulski
Pan Paweł Jegor
Pan Tomasz Jetka
Pan Gustaw Jokiel
Pan Dominik Jureczko
Pan Paweł Jurewicz
Pan Jan Kłosiński
Pan Tomasz Kłosiński
Pan Jan Kochman
Pan Kamil Koper
Pan Wojciech Kukla
Pan Witold Kwaśnicki
Pan Stanisław Kwiatkowski
Pani Anna Kwiecień
Pan Apolinary Lipski
Pan Tomasz Malinowski
Pan Adam Mazik
Pan Miłosz Mazurkiewicz
Pani Magdalena Moroń
Pan Marcin Moroń
Pan Piotr Musielak
Pan Maksym Mydłowski
Pan Tomasz Netczuk
Pan Konrad Niemotko
Pan Paweł Nowakowski
Pan Filip Nowicki
Pani Karolina Olszańska
Pan Dariusz Ostrowski
Pan Zbigniew Ostrowski
Pani Marzanna Papka
Pan Arkadiusz Konrad Pierowski
Pan Rafał Parol
Pan Mikołaj Pisarski
Pani Agnieszka Płonka
Pan Dominik Pobereszko
Pan Bartłomiej Podolski
Pan Paweł Pokrywka
Pan Michał Puszkarczuk
Pan Jacek Rusiecki
Pan Adam Skrodzki
Pan Emil Snużka
Pan Michał Sobczak
Pan Radosław Sobieś
Pan Piotr Sowiński
Pan Mikołaj Stempel
Pan Tomasz Szumski
Pan Michał Szymanek
Pan Adam Ślązak
Pan Tomasz Ślusarczyk
Pan Marek Trzaska
Pan Jan Tyszkiewicz
Pan Adam Wasielewski
Pan Waldemar Wilczyński
Pan Jakub Wołoszyn
Pan Tomasz Wyszogrodzki
Pan Karol Zdybel
Pan Marek Zemsta
Pani Mariola Zabielska-Romaszewska
Pan Krzysztof Zuber
Pracownik Santander Bank
Łącznie otrzymaliśmy 4 961,16 zł i 1,69 btc . Dziękujemy wszystkim Darczyńcom!
Znajdź się na liście>>
Lista mecenasów>>