Autor: Hans-Hermann Hoppe
Źródło: Libertarian Papers
Tłumaczenie: Tadeusz Andrzej Kadłubowski
Wersja PDF

Postawiłem sobie trzy cele, pisząc ten artykuł. Po pierwsze, pragnę wyjaśnić naturę i funkcję własności prywatnej. Po drugie, chcę przedstawić różnice pomiędzy własnością „wspólną” a „publiczną”; wskażę również błąd w  instytucji własności publicznej. Po trzecie, przedstawię uzasadnienia dla prywatyzacji i zaproponuję pewne zasady, według których powinna być przeprowadzana.

 

Podstawa teoretyczna

Zacznę od dość abstrakcyjnych, ale fundamentalnie istotnych rozważań teoretycznych na temat źródła konfliktów i przeznaczenia norm społecznych. Normy nie byłyby potrzebne, gdyby nigdy nie dochodziło do konfliktów pomiędzy ludźmi. Celem norm jest zapobieganie konfliktom, których inaczej nie dałoby się uniknąć. Norma, która powoduje konflikty, zamiast im zapobiegać, pozostaje w sprzeczności z celem istnienia wszelkich norm, stanowi wynaturzenie.

Czasami sądzi się, że konflikty wynikają stąd, że różni ludzie mają różne potrzeby i zamiary. Taki pogląd jest fałszywy, albo przynajmniej bardzo uproszczony. Z samej różnorodności ludzkich potrzeb i zamiarów nie wynika nieuchronność konfliktów. Przykładowo, ja mogę pragnąć deszczu, podczas gdy mój sąsiad wolałby słoneczną pogodę. Nasze pragnienia są rozbieżne, jednak żaden z nas nie kontroluje słońca, ani chmur, więc ta sprzeczność nie niesie za sobą żadnych praktycznych konsekwencji. Po prostu nie mamy wpływu na pogodę. Podobnie, mogę być przekonany, że A powoduje B, a ty możesz uważać, że B jest powodowane przez C; albo mogę wierzyć w Boga i modlić się do Niego, a ty nie. Jeżeli na tym kończy się różnica pomiędzy nami, to w praktyce nic z tego nie wynika. Różne idee i przekonania mogą prowadzić do konfliktu tylko wtedy, gdy przekładają się na działanie — czyli gdy przejawiają się poprzez użycie fizycznie kontrolowanych przedmiotów, tj. dóbr ekonomicznych (środków działania).

Jednak, nawet jeżeli nasze potrzeby i przekonania przejawiają się poprzez użycie dóbr ekonomicznych, nie ma powodu do konfliktu, o ile są to zawsze różne i fizycznie oddzielne dobra. Konflikt rodzi się tylko wtedy, gdy różni ludzie wiążą swoje pragnienia i idee z jednym i tym samym dobrem. W hipotetycznej krainie nieograniczonej obfitości wszelkich dóbr nie zrodzi się żaden konflikt (nie licząc konfliktów dotyczących wykorzystania naszych ciał, będących ucieleśnieniem naszych zamiarów i przekonań). Wszystkiego wystarczy, by zaspokoić pragnienia wszystkich ludzi. Jeżeli dobra nie są rzadkie, to różnice w poglądach i upodobaniach nie zaowocują konfliktami. To właśnie rzadkość powoduje, że różni ludzie mogą pragnąć wyrazić swoje potrzeby i pragnienia poprzez użycie tego samego zestawu dóbr. Konflikt to fizyczna niezgoda co do kontroli nad jednym i tym samym zestawem dóbr. Gdy ludzie chcą użyć jednego dobra na różne, niedające się pogodzić sposoby, dochodzi do starcia.

W warunkach rzadkości wprawdzie może dochodzić do konfliktów, ale nie są one ani konieczne, ani nieuniknione. Można ich uniknąć, jeżeli tylko wszystkie dobra są własnością prywatną, czyli pozostają pod wyłączną kontrolą pewnej osoby (osób) i zawsze wiadomo, co jest posiadane przez kogoś, a co nie jest. Pragnienia i poglądy różnych osób mogą się diametralnie różnić, a i tak nie dojdzie do konfliktu, o ile będą dotyczyły wyłącznie ich oddzielnej własności.

Jedyna norma potrzebna do uniknięcia konfliktów to norma określająca wprowadzenie prywatnej własności wszystkich rzadkich rzeczy (dóbr). Oznacza to, że aby uniknąć wszystkich konfliktów począwszy od zarania ludzkości, potrzebna jest norma dotycząca pierwotnego zawłaszczania dóbr (pierwszego przekształcenia naturalnie występujących „rzeczy” w „dobra ekonomiczne” stanowiące własność prywatną). Ponadto, pierwotne zawłaszczenie dóbr nie może mieć postaci ustnej deklaracji — taka metoda mogłaby zdać egzamin i zapobiec nieustannym i nierozwiązywalnym konfliktom tylko wtedy, jeżeli istniałaby (wbrew naszemu początkowemu założeniu) wcześniej ustalona zgodność wszystkich ludzkich zamiarów i przekonań. (W takim przypadku normy nie byłyby w ogóle potrzebne.)

Konfliktów można uniknąć, gdy pierwotne zawłaszczenie dóbr następuje poprzez działanie, czyli poprzez akty objęcia w posiadanie naturalnie występujących „rzeczy”. Działanie, które ma miejsce w określonym miejscu i czasie, tworzy obiektywną (czyli intersubiektywnie sprawdzalną) więź pomiędzy konkretną osobą a konkretnym dobrem. Tylko pierwszy zawłaszczający może bez konfliktu objąć w posiadanie rzecz wcześniej niczyją. Nie może wejść z nikim w konflikt podczas zawłaszczania danego dobra, ponieważ z definicji wszyscy pozostali mogą pojawić się później. Wszelka własność musi mieć swoje źródło w aktach pierwotnego zawłaszczenia przez pierwszych właścicieli — bezpośrednio, lub pośrednio, poprzez szereg wzajemnie korzystnych, zatem bezkonfliktowych, transferów tytułu własności.

Należy podkreślić, że to stwierdzenie nie stanowi zaledwie hipotezy, lecz jest niewątpliwie prawdziwe. Jeżeli nie zakładamy wcześniejszego istnienia ustalonej zgodności zamiarów, to tylko własność prywatna pozwala uniknąć konfliktów w warunkach rzadkości, nieuniknionych w żaden inny sposób. Jedynie reguła nabywania własności prywatnej poprzez pierwotne zawłaszczenie, albo obopólnie korzystny transfer z wcześniejszego na późniejszego właściciela, pozwala całkowicie uniknąć konfliktów — od zarania dziejów ludzkości aż do ich końca. Nie ma żadnego innego rozwiązania. Każda inna możliwość jest sprzeczna z naturą człowieka jako istoty działającej racjonalnie.

Podsumowując, nawet wobec ogarniającej nas rzadkości ludzie o sprzecznych pragnieniach i przekonaniach mogą współżyć pokojowo i bez konfliktów, o ile uznają instytucję własności prywatnej (wyłącznej), która powstaje poprzez akty pierwotnego zawłaszczenia.

 

Własność prywatna, dobra wspólne i własność publiczna

Przejdźmy od teorii do zastosowań praktycznych. Rozpatrzmy niewielką wioskę, w której znajdują się prywatne domy, ogrody i pola. Można uniknąć wszystkich konfliktów dotyczących wykorzystania tych dóbr, ponieważ z zasady wiadomo, kto jest właścicielem i sprawuje pełną kontrolę nad poszczególnymi domami, ogrodami i polami, a kto nie.

Ponadto przyjmijmy, że przed prywatnymi domami znajduje się „publiczna” ulica, a do pobliskiego jeziora wiedzie przez las „publiczna” ścieżka. Jaki jest status tej ulicy i ścieżki? Nie stanowią własności prywatnej. W gruncie rzeczy zakładamy, że nikt nie rości sobie praw własności do tej ulicy, ani do ścieżki. Ulica i ścieżka stanowią część naturalnego środowiska, w którym wszyscy działają. Wszyscy korzystają z drogi, ale nikt nie jest jej właścicielem, ani nikt nie sprawuje wyłącznej kontroli nad sposobami jej wykorzystania.

Można sobie wyobrazić, że sytuacja, w której droga publiczna nie ma właściciela, będzie trwała wiecznie, nie prowadząc do żadnego konfliktu. Taka wizja jest jednak nierealistyczna, ponieważ może zaistnieć tylko w gospodarce stacjonarnej. Wraz ze zmianami i rozwojem gospodarki, w szczególności przy rosnącej populacji, konflikty dotyczące drogi publicznej będą narastać. Wprawdzie „konflikty uliczne” początkowo nikogo nie martwią, gdyż występują sporadycznie i są łatwe do uniknięcia, z czasem jednak stają się częstsze i coraz trudniej je tolerować. Trzeba coś zrobić z tym, że droga jest nieustannie zakorkowana, a jej nawierzchnia pełna dziur. Droga, która znajduje się w domenie środowiska — zewnętrznych „rzeczy”, czyli własności wspólnej — musi zostać przeniesiona w domenę „dóbr ekonomicznych”. Postęp cywilizacji polega właśnie na takiej ekonomizacji rzeczy wcześniej uznawanych i traktowanych jako dobra wolne.

Istnieją dwa możliwe rozwiązania pogłębiających się konfliktów dotyczących „wspólnej własności” . Pierwszym — prawidłowym — rozwiązaniem jest prywatyzacja ulicy. Drugim — nieprawidłowym — rozwiązaniem jest uczynienie z drogi czegoś, co się obecnie zwykło nazywać „własnością publiczną” (zasadnicza różnica względem poprzednio nieposiadanej przez nikogo własności „wspólnej”). Błędy zawarte w drugim rozwiązaniu najłatwiej jest dostrzec w porównaniu z rozwiązaniem opartym na prywatyzacji.

W jaki sposób można sprywatyzować wspólną, dotychczas niczyją, drogę bez powodowania konfliktów? W skrócie, należy zadbać, aby wskutek tego zawłaszczenia drogi nie naruszyć żadnych poprzednio istniejących praw do używania jej „za darmo” (tzw. służebności), które przysługują właścicielom własności prywatnej. Wszyscy w dalszym ciągu powinni móc chodzić po drodze od domu do domu oraz ścieżką przez las nad jezioro. Wszyscy zachowują swoje prawa do drogi, więc nikt nie może twierdzić, że stracił na takiej prywatyzacji. Nowy właściciel (kimkolwiek by on nie był), aby formalnie potwierdzić swoje objęcie na własność drogi, która ze wspólnej stała się własnością prywatną, i aby pokazać, że właśnie on, a nie ktoś inny, jest jej właścicielem, musi dokonać widocznych ulepszeń i prac konserwacyjnych na tej drodze. Potem, już jako właściciel, ma on wyłączne prawo do dalszej rozbudowy tej drogi, zgodnie ze swoją wolą. Ustanawia prawa i regulacje dotyczące wykorzystania drogi, aby uniknąć wszystkich konfliktów z nią związanych. Może na poboczu swojej drogi wybudować na przykład budkę z hot-dogami i zabronić stawiania takich budek innym. Może zakazać włóczęgostwa na swojej drodze i pobierać opłaty na jej utrzymanie (sprzątanie). Może ustalać reguły dotyczące wstępu obcych ludzi. Jako prywatny właściciel drogi może nawet ją w końcu sprzedać komuś innemu (przy zachowaniu wszystkich poprzednio ustalonych praw do korzystania z drogi).

W gruncie rzeczy to, by w ogóle doszło do prywatyzacji, jest ważniejsze od konkretnej formy jej przeprowadzenia. Na jednym końcu spektrum możliwych scenariuszy możemy sobie wyobrazić pojedynczego właściciela, na przykład bogatego wieśniaka, który może sam podjąć się naprawy i konserwacji ulicy i w ten sposób stać się jej właścicielem. Na drugim końcu możemy sobie wyobrazić, że początkowo za utrzymanie i naprawę drogi bierze się cała społeczność. W takim wypadku nie można wskazać jednego właściciela drogi; początkowo każdy członek społeczności jest jej równoprawnym współwłaścicielem. Jeżeli nie ma ustalonej zgodności zamiarów i poglądów, taka współwłasność wymaga mechanizmu podejmowania decyzji w sprawie przyszłego rozwoju drogi. Przypuśćmy, że decyzje na temat drogi będą podejmowane większością głosów współwłaścicieli, podobnie jak to ma miejsce w spółkach akcyjnych. Może się wydawać, że taki zarząd większości będzie powodować konflikty, jednak w tym przypadku wcale tak nie musi być. Każdy współwłaściciel, który nie jest zadowolony z decyzji podejmowanych przez większość i który jest przekonany, że ciężar narzucony przez większość jest większy niż korzyści, które może czerpać ze swojej (częściowej) własności drogi, może w każdej chwili „zostawić” taki interes. Może sprzedać swój udział we własności komuś innemu, otwierając drogę do koncentracji tytułów własności, być może nawet w ręce jednej osoby. Pomimo zbycia udziałów, były właściciel zachowuje swoje prawo do używania drogi.

Zasadniczo odmienna jest sytuacja właścicieli drogi, gdy nie mają możliwości wycofania się, czyli gdy nie mogą sprzedać swoich udziałów bez utraty prawa do używania drogi. W taki właśnie sposób z definicji funkcjonuje druga opcja, własność „publiczna”. Droga publiczna, we współczesnym rozumieniu słowa „publiczna”, nie jest już niczyja, tak jak poprzednio. Istnieje jakiś właściciel drogi. Może to być konkretna osoba, król drogi, albo demokratycznie wybrany rząd drogi. Taki właściciel ma wyłączne prawo do decydowania o zasadach ruchu drogowego i do planowania przyszłego jej rozwoju. Rząd zarządzający drogą nie pozwala, by wyborcy, czyli ludzie rzekomo będący równoprawnymi współwłaścicielami drogi, sprzedawali swoje udziały (co czyni z nich przymusowych właścicieli, nawet jeżeli woleliby zbyć swoje udziały). Ani rząd, ani król nie pozwolą mieszkańcom wioski na nieograniczony dostęp do uprzednio bezpłatnej drogi, ale uzależnią jej eksploatację od płacenia szeregu opłat i składek (co znowu czyni z mieszkańców wioski przymusowych właścicieli drogi, o ile chcą nadal z niej korzystać).

Można przewidzieć skutki takiego stanu rzeczy. Poprzez pozbawienie możliwości zbycia udziałów, właściciel „publicznej” drogi uzyskuje kontrolę nad populacją wioski. Należy się spodziewać, że opłaty i warunki narzucane mieszkańcom za dalsze użytkowanie do niedawna „darmowej” drogi będą się stawały coraz bardziej uciążliwe. Nie spowoduje to uniknięcia konfliktów — wręcz przeciwnie, utrwali je. Użytkownicy drogi publicznej muszą teraz płacić za coś, co do niedawna było darmowe, i nie mogą się z tych opłat wycofać. Żaden mieszkaniec nie może wymigać się od swojej rzekomej współwłasności drogi, lecz pozostaje trwale związany decyzjami drogowego rządu bądź króla. Konflikty dotyczące użytkowania, konserwacji i rozwoju drogi stają się nieustanne i wszechobecne. Co ważniejsze, „publiczne” drogi powodują nowe konflikty w obszarach, w których wcześniej ich nie było. Prywatni właściciele domów, ogrodów i pól leżących przy drodze, by móc dalej postępować tak jak poprzednio, muszą płacić właścicielowi drogi opłaty za jej użytkowanie, czyli po prostu podatki. Właściciel drogi uzyskuje w ten sposób kontrolę nad ich prywatną własnością. Prywatni właściciele tracą wyłączność kontroli nad sposobem wykorzystania własnych domów. Właściciel drogi sąsiadującej z domem może wpływać na decyzje dotyczące domu. Może wymóc na właścicielu domu, by robił lub nie robił czegoś, jeżeli nadal chce wychodzić i przychodzić do domu. Właściciel drogi publicznej ma możliwość ograniczania praw własności prywatnej, a nawet ich całkowitej eliminacji, czyli wywłaszczenia. Nieuniknionym rezultatem będą wszechobecne konflikty.

 

Uzasadnienie prywatyzacji

Powinno być już jasne, dlaczego instytucja własności publicznej nie może prawidłowo funkcjonować. Instytucje i normy leżące u ich podstaw powinny pomagać w unikaniu konfliktów. Jednakże instytucja „publicznej” własności — „publicznych” dróg — roznieca i wzmaga konflikty. Trzeba zlikwidować instytucję własności publicznej, aby konflikty pomiędzy ludźmi zastąpić pokojową współpracą. Własność publiczna musi stać się własnością prywatną.

W jaki sposób można przeprowadzić prywatyzację w „prawdziwym świecie”, który jest dużo bardziej złożony od naszego prostego modelu wioski? W „prawdziwym świecie” mamy nie tylko publiczne drogi, ale również publiczne parki, ziemię, rzeki, jeziora, wybrzeża morskie, bloki mieszkalne, szkoły, uniwersytety, szpitale, koszary, lotniska, porty, biblioteki, muzea, pomniki itd. Ponadto, jako właścicieli tych dóbr poza lokalnymi samorządami mamy hierarchię „wyższych” władz regionalnych i „najwyższą” centralną władzę narodową. Oczywiście, wraz z poszerzaniem zasięgu terytorialnego władzy i rozrostem sfery dóbr publicznych, we współwłasność których prywatni właściciele zostali wplątani bez możliwości wycofania się, ogranicza się możliwość wyboru sposobów rozporządzania swoją własnością prywatną. Coraz węższy jest zakres decyzji, w których podejmowaniu właściciel może cieszyć się wolnością — wolnością od wtrącania się i ingerencji urzędników publicznych. Nawet w zaciszu domowym nie można w spokoju sprawować wyłącznej kontroli nad swoją własnością. Obecnie rządy występujące w imieniu ogółu i będące właścicielami wszystkich „dóbr publicznych” mogą wtargnąć do twojego domu i skonfiskować twoją własność, a nawet porwać twoje dzieci.

Oczywiście, w „prawdziwym świecie” kwestia sposobu prywatyzacji jest trudniejsza, niż w uproszczonym modelu wioski. Model wioski i podstawowa teoria społeczna pozwalają nam dostrzec podstawowe zasady, którymi powinien rządzić się ten proces, ale niekoniecznie wszystkie komplikujące sprawę szczegóły. Prywatyzacja dóbr „publicznych” musi być przeprowadzona w taki sposób, by nie naruszyć wszelkich uprzednio ustalonych praw właścicieli dóbr prywatnych (w naszym przykładzie pierwszy właściciel uprzednio wspólnej drogi nie naruszył niczyich interesów, o ile uszanował bezwarunkowe prawo służebności drogi wszystkich mieszkańców).

Drogi „publiczne” były punktem wyjściowym do dalszego „upubliczniania dóbr”, więc proces prywatyzacji powinien również zacząć się od dróg. Rząd zaczął rozszerzanie swojej władzy od transformacji dróg wspólnych w „publiczne”. Od cofnięcia tego procesu należy zacząć całkowitą prywatyzację.

Z prywatyzacji dróg „publicznych” wynikają dwie sprawy. Po pierwsze, od tego momentu nikt nie powinien być zmuszony do płacenia podatków na utrzymanie i rozwój dróg lokalnych, regionalnych i krajowych. Tylko i wyłącznie nowi właściciele (kimkolwiek by oni nie byli) będą ponosić dalsze koszty związane z drogą. Po drugie, jeżeli chodzi o prawo do używania drogi przez mieszkańców, to nikt na prywatyzacji nie może stracić (ani zyskać). Początkowo, każdy mieszkaniec wioski mógł swobodnie poruszać się po drodze biegnącej przed jego posesją, a po dojściu do jej końca mógł dalej podróżować przez tereny niczyje. Gdyby w swoich podróżach natrafił na miejsce (np. dom, pole uprawne, drogę), które w widoczny sposób byłoby czyjąś własnością, wstęp tam byłby uzależniony od zgody lub zaproszenia właściciela. Podobnie, jeżeli ktoś spoza wioski chciałby wejść na lokalną drogę, musiałby najpierw zdobyć pozwolenie jej właściciela. Obcy człowiek musi mieć zaproszenie, by wejść na teren czyjejś nieruchomości. Ludzie mogą podróżować, ale nie wszędzie mają bezwarunkowe prawo wstępu. Nikt nie może oczekiwać, że wszędzie będzie mógł wejść bez zaproszenia lub pozwolenia. Prywatyzacja dróg nie zmieni tego pierwotnego i naturalnego ograniczenia „wolności poruszania się”.

Po prywatyzacji wszystkich dróg lokalnych, regionalnych i krajowych wszyscy mieszkańcy nadal będą mieli prawo swobodnego podróżowania po tych drogach. Z drugiej strony, wstęp na drogi innych krajów lub prowincji, a zwłaszcza innych miejscowości, nie będzie nieskrępowany. Uzależniony będzie od pozwolenia lub zaproszenia właścicieli tych dróg. Z punktu widzenia prakseologii budowa dróg lokalnych zawsze poprzedza budowę dróg regionalnych i krajowych. Wstęp do poszczególnych miejscowości nigdy nie był nieograniczony, lecz wymagał jakiejś formy lokalnego pozwolenia lub zaproszenia. Ta podstawowa zasada jest potwierdzana wraz z prywatyzacją dróg.

Obecnie wszyscy mogą poruszać się po drogach publicznych, gdzie im się tylko podoba, bez ograniczeń i „dyskryminacji”. Taka „przymusowa integracja” oznacza wszechobecny konflikt. Mieszkańcy muszą znosić obecność obcych, nieproszonych ludzi. Sprawy wyglądałyby inaczej, gdyby drogi, a w szczególności drogi lokalne, były sprywatyzowane. Mieszkańcy odzyskaliby prawo do wykluczania, wynikające z definicji własności prywatnej (analogicznie do prawa do zapraszania). Właściciele lokalnych dróg w danej okolicy mogliby ustalić wymagania, jakie muszą spełnić nieproszeni goście, by móc wejść na ten teren. Nie przeszkadzałoby to mieszkańcom realizującym swoje prawa do korzystania z drogi i  do zapraszania gości, a jednocześnie zapobiegłoby przymusowej integracji.

Kto jest właścicielem dróg? Kto może zasadnie twierdzić, że jest właścicielem dróg lokalnych, regionalnych i krajowych? Takie drogi nie są dziełem wspólnej pracy całej społeczności, ani nie zostały wybudowane przez konkretną osobę lub grupę osób. Wprawdzie droga została fizycznie zbudowana przez robotników drogowych, ale to nie czyni z nich właścicieli, ponieważ zostali do tej pracy zatrudnieni. Bez funduszy na opłacenie robotników, drogi by nie powstały. Ponieważ fundusze te pochodzą od podatników, drogi powinny zostać uznane za ich własność. Dotychczasowi podatnicy powinni dostać zbywalne tytuły własności dróg lokalnych, regionalnych i krajowych — proporcjonalnie do wysokości lokalnych, regionalnych i krajowych podatków, które zapłacili. Mogą je sprzedać albo zachować w charakterze inwestycji — cały czas zachowując swoje nieograniczone prawo do korzystania z drogi.

W ten sam sposób można by sprywatyzować wszystkie pozostałe dobra publiczne: szkoły, szpitale itd. W rezultacie zostałyby zniesione  wszystkie podatki na utrzymanie i obsługę takich dóbr. Od tego momentu finansowanie ich działalności i rozwoju należałoby wyłącznie do ich nowych prywatnych właścicieli. Analogicznie, nowymi właścicielami do niedawna „publicznych” dóbr staliby się ci mieszkańcy, którzy je w rzeczywistości finansowali. Powinni oni dostać zbywalne udziały we własności szkół, szpitali itd. — proporcjonalnie do podatków, które wcześniej zapłacili. W przeciwieństwie do dróg, nowi właściciele szkół czy szpitali nie są obciążeni służebnościami takimi jak prawo drogi. Mogą swoją nową własność wykorzystywać bez ograniczeń. Szkoły i szpitale nigdy nie były dobrami wspólnymi, które dopiero z czasem zostały zmienione w dobra „publiczne”. Dopóki nie zostały wyprodukowane, po prostu nie istniały jako dobra i nikt (poza producentami) nie ma prawa do służebności związanych z ich użytkowaniem. Nowi właściciele szkół, szpitali itd. mogą według własnego uznania ustanawiać warunki wstępu na teren tych nieruchomości oraz decydować, czy może należy przeznaczyć je do innych celów niż edukacja i medycyna.

 

Dodatek: Prywatyzacja — zasada i jej zastosowanie

Jedyną skuteczną metodą zapobiegania konfliktom jest przestrzeganie prawa własności prywatnej, które zdobywa się poprzez akty pierwotnego zawłaszczenia niczyich lub „wspólnych” zasobów. Inaczej rzecz ma się z instytucją własności publicznej, która rozpoczyna się nie od zawłaszczenia dóbr dotychczas niczyich, lecz od konfliktu — od aktu  wywłaszczenia czegoś, co stanowiło własność prywatną. W ten sposób własność publiczna nie pomaga w unikaniu konfliktów i wywłaszczeń, lecz je utrwala. Wobec tego prywatyzacja jest niezbędna. Własność publiczną należy zwrócić tym, którym została przemocą zabrana. Dobra publiczne powinny stać się własnością prywatną tych, którzy je finansowali i są w stanie to obiektywnie (intersubiektywnie) udowodnić.

Zastosowanie tej zasady w praktyce zwykle jest skomplikowane i wymaga poważnych zmian systemu prawnego. Poniżej przedstawię trzy sposoby na przeprowadzenie prywatyzacji w zależności od stopnia „upublicznienia” gospodarki. Pozwoli nam to wskazać kilka kluczowych kwestii.

Pierwszy przypadek, w przybliżeniu odpowiadający dawnemu Związkowi Radzieckiemu, to społeczeństwo, w którym wszystkie nieruchomości są publiczne i pod zarządem władz państwa. Wszyscy są pracownikami publicznych biur, fabryk, sklepów. Wszyscy mieszkają na publicznej ziemi w publicznych mieszkaniach. Jedyną formą własności prywatnej są bezpośrednie dobra konsumenckie: bielizna, szczoteczki do zębów itp. Ponadto, wszystkie kartoteki dotyczące dawnego stanu prawnego zaginęły lub zostały zniszczone. Nikt nie jest w stanie udokumentować roszczeń do konkretnych składników własności publicznej.

W takiej sytuacji zasada mówiąca, że każde roszczenie do własności publicznej musi być oparte na obiektywnych (czyli intersubiektywnie weryfikowalnych) „danych” prowadzi nas do wniosku, że prywatna własność (w postaci zbywalnych tytułów własności) powinna być przydzielona tym, którzy korzystają bądź w przeszłości korzystali z poszczególnych nieruchomości. Biura należy oddać urzędnikom, fabryki robotnikom, pola rolnikom, a domy ich mieszkańcom. Emerytowani pracownicy powinni otrzymać tytuły własności swoich niegdysiejszych zakładów pracy odpowiadające długości okresu zatrudnienia. Tylko obecni i wcześniejsi użytkownicy nieruchomości mają z nią obiektywny związek: utrzymywali ją, podczas gdy pozostali pracowali w innych publicznych zakładach pracy.

Wszystko pozostałe, czyli własność publiczna, która nie jest przez nikogo wykorzystywana i utrzymywana (np. dzikie tereny), powinno zostać uznana za „wspólną” własność, którą można sprywatyzować poprzez pierwotne zawłaszczenie.

Analizując ten przypadek, należy zwrócić uwagę na jeszcze jedną kwestię. Założyliśmy, że wszystkie dokumenty zostały zniszczone. Ludzie jednak nie zapomnieli o minionych zbrodniach. Nadal żyją ofiary i świadkowie morderstw, pobić, tortur i aresztowań. Co zrobić ze sprawcami tych zbrodni, z mocodawcami, którzy wydawali rozkazy, a także z tymi wszystkimi, którzy brali w nich współudział? Na przykład, czy kaci tajnej policji politycznej i towarzysze z partyjnej nomenklatury powinni wziąć udział w prywatyzacji i zostać prywatnymi właścicielami komisariatów policji i rządowych pałaców, w których urzędowali, planując swoje zbrodnie? Sprawiedliwość wymaga, by wszyscy podejrzani o zbrodnie zostali postawieni przed sądem przez domniemane ofiary i osądzeni. W razie wyroku skazującego należy nie tylko wykluczyć ich z prywatyzacji własności publicznej, lecz również surowo ukarać — z karą śmierci włącznie.

Drugi przypadek różni się od pierwszego tylko jednym: kartoteki przetrwały. Zachowały się dokumenty potwierdzające wywłaszczenia w przeszłości. W oparciu o takie dokumenty można wysnuwać roszczenia do konkretnych elementów własności publicznej. W przybliżeniu, tak wyglądała sytuacja w państwach satelickich Związku Radzieckiego, takich jak Niemcy Wschodnie, Czechosłowacja, Polska itd., w których komuniści przejęli władzę na zaledwie około 40 lat, czyli czas życia jednego pokolenia (dla porównania, w Związku Radzieckim komuniści byli u władzy przeszło 70 lat).

W tym wypadku własność publiczna powinna zostać zwrócona pierwotnym właścicielom lub ich spadkobiercom. Co jednak z ulepszeniami kapitałowymi?

W szczególności, czyją własnością powinny stać się nowo wybudowane budynki (domy, fabryki) powstałe na działkach, które należy zwrócić wcześniejszym właścicielom? Jaki udział we własności powinien otrzymać dawny właściciel ziemi, a jaki obecni użytkownicy budynku? Budynków nie da się fizycznie oddzielić od ziemi. Z formalnego punktu widzenia teorii ekonomicznej są to całkowicie specyficzne, komplementarne dobra kapitałowe, których proporcjonalny wkład w produkcję nie może być ściśle określony. W takim wypadku jedynym rozwiązaniem jest liczyć na to, że strony sporu będą w stanie osiągnąć kompromis.

Trzecim przypadkiem jest tak zwana gospodarka mieszana. W takim społeczeństwie sektor publiczny istnieje obok sektora nominalnie prywatnego: pracownicy publiczni obok właścicieli i pracowników prywatnych przedsiębiorstw oraz własność publiczna obok własności prywatnej. Pracownicy publiczni, zarządzający własnością publiczną, zwykle nie produkują dóbr ani usług sprzedawanych na rynku i nie czerpią ze sprzedaży na rynku żadnych dochodów. (Poniżej rozpatrzymy nietypowy przypadek produktywnych przedsiębiorstw publicznych.) Ich wynagrodzenia i wszystkie pozostałe koszty funkcjonowania dóbr publicznych są pokrywane przez innych: właścicieli i pracowników prywatnych przedsiębiorstw. Prywatni przedsiębiorcy i pracownicy, w przeciwieństwie do pracowników publicznych, wypracowują dochody, produkując dobra i usługi, które są sprzedawane na rynku. Z tych dochodów prywatne firmy nie tylko wypłacają pensje własnym pracownikom i ponoszą koszty utrzymania swojej własności, lecz również — w formie różnych podatków — pokrywają wynagrodzenia (netto) wszystkich pracowników publicznych i wszystkie koszty funkcjonowania własności publicznej.

W takim przypadku również zastosujemy zasadę mówiącą, że własność publiczną należy zwrócić — jako własność prywatną — tym, którzy ją rzeczywiście ufundowali. Według tej zasady tytuły własności należy przypisać prywatnym producentom i pracownikom, proporcjonalnie do wysokości podatków, które w przeszłości zapłacili. Publiczni zarządcy i pracownicy powinni zostać wykluczeni. Wszystkie rządowe biura i pałace musiałyby zostać opuszczone przez obecnych użytkowników. Tylko dzięki funduszom sektora prywatnego — dzięki właścicielom przedsiębiorstw i ich pracownikom — własność publiczna istnieje, a wynagrodzenia w sektorze publicznym są wypłacane. W związku z tym pracownicy publiczni wprawdzie mogą zachować swoją własność prywatną, ale nie mają prawa do zarządzanej i użytkowanej przez nich własności publicznej.

(Możliwa jest nietypowa sytuacja, gdy przedsiębiorstwo publiczne, np. państwowa fabryka samochodów, produkuje dobra i usługi, których sprzedaż na rynku przynosi dochody. W takim wypadku pracownicy publiczni mogą mieć uzasadnione roszczenia do własności tej fabryki. Mają oni pełne prawo własności fabryki, o ile nie istnieje żaden poprzedni właściciel, który może zażądać zwrotu wywłaszczonej fabryki, oraz jeżeli ta fabryka nigdy nie otrzymywała dotacji pochodzących z podatków. Jeżeli znajdzie się poprzedni właściciel, to pracownicy fabryki mogą co najwyżej zostać współwłaścicielami fabryki, a ich udział będzie wynikiem negocjacji z poprzednim właścicielem. Jeżeli fabryka była dotowana z pieniędzy podatników, to udziały w jej własności należy dodatkowo podzielić pomiędzy pracowników sektora prywatnego, czyli podatników.)

Równocześnie z prywatyzacją własności publicznej cała własność nominalnie prywatna stanie się w pełni prywatna, czyli zostanie uwolniona od wszystkich podatków majątkowych i dochodowych oraz od wszystkich prawnych ograniczeń w jej wykorzystaniu, przy czym wszystkie umowy dotyczące tej własności zawarte przez prywatne strony pozostaną w mocy. Bez podatków nie będzie również wydatków rządowych, a bez wydatków rządowych wszyscy pracownicy sektora publicznego stracą pracę i będą musieli znaleźć sobie produktywne zajęcia, by zarabiać na życie. Znikną również (lub zmniejszą się) dochody wszystkich beneficjentów rządowych zasiłków, grantów, dotacji i zamówień. Ta grupa również będzie musiała poszukać sobie alternatywnego zajęcia.

Powyższe rozwiązanie pozostawia bez odpowiedzi jedno ważne pytanie. Jak po rozdzieleniu udziałów we własności publicznej płatnicy netto mieliby przejąć tę własność i zacząć sprawować nad nią kontrolę jako prywatni właściciele? Nawet jeżeli istniałby spis całej własności publicznej, to i tak bardzo wielu ludzi nie miałoby bladego pojęcia o tym, co tak właściwie (częściowo) posiadają. Ludzie przeważnie są dobrze rozeznani we własności publicznej w najbliższej okolicy, ale nie wiedzą praktycznie nic o własności publicznej w odleglejszych regionach kraju — może za wyjątkiem kilku „skarbów dziedzictwa narodowego”. Nikt nie jest w stanie „prawidłowo” wycenić całej własności publicznej, więc nie da się też „prawidłowo” wycenić indywidualnych udziałów w tej własności. Ceny żądane i oferowane za te udziały nie byłyby dobrze określone. Przynajmniej początkowo podlegałyby ciągłym wahaniom, co powodowałoby, że transakcje byłyby bardzo skomplikowane i czasochłonne, do czasu aż jakiś inwestor lub grupa inwestorów nie skupiłaby większości udziałów, by dla zysku eksploatować lub sprzedawać te dobra.

Powrót do koncepcji pierwotnego zawłaszczania pozwoliłby przezwyciężyć tę trudność. Tytuły własności w rękach podatników netto to nie tylko zbywalne bony. Pozwoliłyby właścicielom objąć we władanie uprzednio publiczną, a obecnie opuszczoną własność. Własność publiczna ponownie zostałaby wystawiona do pierwotnego zawłaszczenia, a tytuły własności stanowiłyby roszczenia do opuszczonej własności publicznej. Każdy mógłby wykorzystać swoje tytuły do konkretnych składników własności publicznej i ogłosić się ich właścicielem. Właścicielem konkretnego dobra zostałby ten, kto uczyni to jako pierwszy. Zapewniamy w ten sposób, że praktycznie cała własność publiczna byłaby natychmiast objęta w posiadanie przez nowych właścicieli. W szczególności możemy liczyć na to, że przynajmniej na początku większość dóbr publicznych wejdzie w posiadanie ludzi mieszkających niedaleko od nich, którzy są najlepiej zorientowani w ich wartości i potencjalnej produktywności. Ponadto, wartość poszczególnych udziałów spada wraz ze zgłaszaniem się kolejnych posiadaczy tytułów do tej samej konkretnej własności. W ten sposób zapewniamy szybką korektę zbyt wysokich lub zbyt niskich wycen. Wkrótce każdy element majątku byłby realistycznie wyceniony zgodnie z jego produktywnością.

 

Lektura dodatkowa

Hans-Hermann Hoppe, Ekonomia i etyka własności prywatnej (Fijorr Publishing, Warszawa, 2011), tłum. Karol Nowacki.

———, De-Socialization in a United Germany, „Review of Austrian Economics”, Vol. 5, No. 2, (1991), http://mises.org/journals/rae/pdf/rae5_2_4.pdf.

Murray N. Rothbard, Etyka wolności (Fijorr Publishing, Warszawa, 2010), tłum. Jakub Wozinski, Jan M. Fijor.

———, How and How Not to Desocialize, „Review of Austrian Economics”, Vol. 6, No. 1, (1992), http://mises.org/journals/rae/pdf/rae6_1_2.pdf.

26 odpowiedzi na „Hoppe: O własności prywatnej, wspólnej i publicznej, z uzasadnieniem całkowitej prywatyzacji”

  • Mógłby mi któryś z Panów polecić jakieś książki o manipulacji? Chodzi mi o jakieś proste i przystępne, a zarazem błyskotliwe publikacje, gdyż żadnych o typowo takiej tematyce nie czytałem ideałem byłby odpowiednik Ekonomi w jednej lekcji ;-)
    Oczywiście mogą też być lektury w kontekście polityki :-)

  • Robert B. Cialdini – „Wywieranie wpływu na ludzi. Teoria i praktyka”. Tę akurat mam pod ręką ;)

  • Własność prywatna tak jak i prywatność powinni być u każdego człowieka. Jednak w państwie oprócz sfery prywatnej istnieje coś więcej – bierzemy udział w życiu społecznym, politycznym, nareszcie zawodowym. Utożsamiamy się z krajem, w którym żyjemy, wychowujemy dzieci w duchu tradycji.
    Więc z czym tak naprawde utożsamiamy się? Z mieszkaniem, działką czy szeroko pojętą przedsiębiorczością ( o ile komuś udało)? Czyli intersuje nas wyłącznie prywatność.
    A gdzie interes narodowy?
    Powiecmy w ciągu 100 lat cały kraj będzie podzielony na drobne komórki i….. co dalej?

  • „… w ciągu 100 lat cały kraj będzie podzielony na drobne komórki i…” potem ruszy proces odwrotny, tzn. ludzie zaczną się z powrotem organizować w większe jednostki. Drobne „komórki” nie mają szans w starciu czy to ekonomicznym, czy też militarnym z większym i silniejszym przeciwnikiem (nawet właściecielem większej ilości dóbr). Nawet zakładając, że nie będzie konfliktów militarnych, tylko będą one rozwiązywane w drodze pokojowej, to kto miałby je rozstrzygać? Prywatne instytucje, za określoną opłatę? Chyba nie tędy droga…

  • i jeszce jedna uwaga – zamiast tak szeroko pojętej prywatyzacji, popieram raczej ideę samorządności opisaną w książce braci Bratkowskich „Gra o jutro 2″

  • @Tees
    „Nawet zakładając, że nie będzie konfliktów militarnych, tylko będą one rozwiązywane w drodze pokojowej, to kto miałby je rozstrzygać”

    a kto rozstrzyga konflikty między państwami?

  • „a kto rozstrzyga konflikty między państwami?”

    Silniejszy ostatecznie decyduje jak konflikt zostanie rozstrzygnięty, więc odp. brzmi silniejsze militarnie państwo pomimo, że może nam się wydawać inaczej.

  • „Każda inna możliwość jest sprzeczna z naturą człowieka jako istoty działającej racjonalnie.” – problem w tym, że ludzie są małoracjonalni, a co za tym idzie podstawa teoretyczna, może być wątpliwa.

  • @ DD.R i wtedy te mniejsze komórki będa sie łączyć i siłą zagarniac nawzajem- już raz tak było w starożytnych Chinach i starozytnej Grecji.

  • Balcerek
    miałem na myśli konflikty wewnątrz państwa po jego rozpadzie na „komórki”. Państwa też wchodzą w sojusze gospodarcze i militarne, czyli organizują się na jeszcze wyższym poziomie. Organizacja z kolei tworzy struktury i zasady dla członków, wymaga obowiązkowych danin itd. A skoro procesy organizacji w większe struktury zachodzą na każdym poziomie, to nie funkcjonuje prywatna własność „rzeczy” bo mamy do czynienia z podległością prawa własności względem prawa organizacji.

  • „Pragnienia i poglądy różnych osób mogą się diametralnie różnić, a i tak nie dojdzie do konfliktu, o ile będą dotyczyły WYŁĄCZNIE ich oddzielnej własności” – jeżeli w jakiś sposób (nie potrafię go sobie wyobrazić), nie nastąpi zmiana mentalności ludzi, to założenie decyduje o utopijności całej idei. W sumie chyba nie warto o tym dyskutować.

  • @Tees
    „Państwa też wchodzą w sojusze gospodarcze i militarne”

    robią to dobrowolnie, mogą wystąpić z sojuszu jeśli uważają że jest on niekorzystny. Czy wyobrażasz sobie sytuację użycia siły wobec państwa które chciało by wystąpić z nato?
    Ale zapewne uznasz za normalne stłumienie siłą ruchu secesyjnego wewnątrz państwa.
    Dla mnie uznawania prawa do samostanowienia narodów/państw i jednocześnie odmawianie takiego samego prawa grupom wewnątrz państwa jest dziwne.

    „Organizacja z kolei tworzy struktury i zasady dla członków, wymaga obowiązkowych danin”

    jeśli należę do jakiegoś stowarzyszenia to oznacza iż płacę składki dobrowolnie. mogę wystąpić ze stowarzyszenia i utworzyć nowe. nikt nie może mi tego zabronić siłą. to zupełnie inna sytuacja niż opodatkowanie.

    „bo mamy do czynienia z podległością prawa własności względem prawa organizacji”

    tyle że jest to dobrowolne.

  • @Krzystof Zawada
    „Silniejszy ostatecznie decyduje jak konflikt zostanie rozstrzygnięty”

    a co jeśli po stronie słabszego stanie więcej państw?
    nie rozumiem co wnosi twoje stwierdzenie, które jest tautologią.

  • „a co jeśli po stronie słabszego stanie więcej państw?

    Pod pojęcie silniejszy rozumiem 1 i więcej osobników czy organizacji. Wydawało mi się to oczywiste.

  • Wbrew założeniom Hoppe’a jesteśmy zwierzętami społecznymi. Ciekaw jestem czy brał on pod uwagę tzw. własność intelektualną. Poza tym są konflikty wynikające tylko i wyłącznie z prymitywnych popędów.

  • Ad 14
    „Silniejszy ostatecznie decyduje jak konflikt zostanie rozstrzygnięty”
    „Pod pojęcie silniejszy rozumiem 1 i więcej osobników czy organizacji. Wydawało mi się to oczywiste”.

    Czyli Panie Krzysztofie coś jak teraz USA, Chiny i Rosja by się zjednoczyły i podbiły cały świat?
    Skoro przez tyle tysięcy lat cywilizacji nie powstało państwo, które zdominowało cały glob, to nie widzę powodu dlaczego akurat tak miałoby tak się stać w anarchokapitalizmie.

  • @Mergiel
    ” Ciekaw jestem czy brał on pod uwagę tzw. własność intelektualną”

    no nie sądze, bo raczej jest jej przeciwny.

  • „Wbrew założeniom Hoppe’a jesteśmy zwierzętami społecznymi. ”

    Nie wiem, co przez to rozumiesz. Jak potrzebę kontaktowania się ze sprzedawcą mleka, sera czy jeżdżenie na świniobicie do społeczności hodowców świń i kupowanie od nich kaszanki, to ok. Możemy tutaj tworzyć sobie różne zajebiste modele i modelować je do woli, że niby jesteśmy jak mrówki, jak muchy nad latryną, jak komórki w organizmie etc. Bohater „There will be blood” Daniel Plainwiew był jednostką skrajnie aspołeczną, więc to nie jest tak, że wszyscy są zwierzętami społecznymi. Niech sobie „społeczni” żyją w społeczeństwie i jarają się byciem zwierzęciem społecznym, a ci, co chcą secesji, to niech się odrywają i żyją samopas albo wchodzą w jakieś „aspołeczne” (rynkowe) relacje.

    Ja jestem zwierzęciem rynkowym :)

  • Ciekawe, ze na stronie dotyczącej ASzE a wiec szkoły, która najbardziej konsekwentnie broni własności prywatnej, komentarze w większości zamieszczają etatyści.

  • Ad.Br
    Nasz sposób myślenia i postrzegania świata jest społeczny. Dlatego np. istnieją takie zjawiska jak bycie kibicem, widzem przeżywającym sztukę w teatrze lub film w kinie, dzięki temu szybko odgadujemy emocje i intencje u innych osobników i co ważne wczuwamy się w nie, poza tym różne mody tekstylne i nie, pisanie blogów, nasza dyskusja często bardzo emocjonalna itd. pewną rolę odgrywają w tym neurony lustrzane. To są cechy wrodzone, niektórzy psychopaci mają ich deficyt dlatego im jest łatwiej manipulować i oszukiwać. Buntowanie się przeciwko jakimś normom czy obyczajom to też zjawisko związane z naszym społecznym myśleniem, psychopaci zwykle się nie buntują. Czasami wydaje się, że jakiś bandyta jest jednostką aspołeczną, ale zwykle okazuje się, że się np. posznytował w wyniku jakiegoś konfliktu w swoim środowisku, co jest dowodem jego emocji związanych z grupą, tyle, że inną od np, Twojej lub mojej. Jeden człowiek łatwo wchodzi w głębokie relacje z innymi, innemu wystarcza wizyta w sklepie 2x dziennie i TV. Ludzie o społeczności kota zdarzają się bardzo rzadko
    Miłego dnia Mergiel

  • Ad Mergiel i BR
    Dyskusja poszła w złą stronę. Z postu Mergla można wywnioskować, że jak ktoś jest anarchokapitalistą to odcina się od wszystkiego.
    Jak sam zauważył „… istnieją takie zjawiska jak bycie kibicem, widzem przeżywającym sztukę w teatrze lub film w kinie…”, jednak są jak to już było wielokrotnie napisane inicjatywy dobrowolne.
    Czy założenie, że jesteśmy „zwierzętami społecznymi” obliguje nas do tego abyśmy utrzymywali kontakt ze wszystkimi i wszystkich akceptowali? Absolutnie nie.

    „Poza tym są konflikty wynikające tylko i wyłącznie z prymitywnych popędów”.
    Czyli, że jak jest dwóch współwłaścicieli firmy i się pokłócą o to czy inwestować w Rosji czy w Niemczech to konflikt spowodowany wyłącznie prymitywnym popędem?

    Największym grzechem lewaków jest to, że narzucają oni swoją wolę innym w imię wyższego dobra. Uważają, że to co oni wymyślili musi uszczęśliwić innych.

    Ja sobie wymyśliłem, że ludzie będą najszczęśliwsi nosząc na głowie czerwone majtki i dlatego dbając aby wszyscy byli zadowoleni zostanę politykiem i wraz z moją partią będę forsował aby było to obligatoryjne w dni nieparzyste między godziną 10 a 16 u osób powyżej 35 roku życia. Zatrudnię przy tym całą armię urzędników i policjantów aby ludzie egzekwowali to prawo, a Ci, którzy nie przestrzegają żeby byli surowo karani. Ile przy tym miejsc pracy stworzę?!

  • „Nasz sposób myślenia i postrzegania świata jest społeczny. Dlatego np. istnieją takie zjawiska jak bycie kibicem”

    To chyba raczej podpada pod postrzeganie świata na sposób „grupowy”, „klanowy”, „rodziny”. I z tym się mogę zgodzić w 100%. „Społeczeństwo” to wymysł bardzo nowy, w zasadzie świeżynka – podobnie zresztą jak „naród”. Dlatego to, co piszesz, to nie jest żadne „uniwersalne postrzeganie świata”, ale nowoczesna nauka, o czym świadczy fakt, że twoja wypowiedź najeżona jest „nowoczesną” terminologią – „neurony lustrzane”, „metody tekstylne” etc.

    No i jak powiedział Mikołaj Davila: „Aby uczynić z ludzi niewolników, politycy muszą przekonać ich, że wszystkie problemy to problemy społeczne.”

    „widzem przeżywającym sztukę w teatrze lub film w kinie, dzięki temu szybko odgadujemy emocje i intencje u innych osobników”

    Ale ty sobie zdajesz sprawę, że dwóch ludzi oglądających ten sam film może na dwa różne sposoby „odgadnąć” intencje danej postaci, względnie bohatera sztuki teatralnej? Zatem z tym „szybkim odgadywaniem emocji i intencji”, to bym nie przesadzał, bo ja raczej z doświadczenia wiem, że ludzie mają problem z odgadywaniem emocji i intencji innych ludzi i dotyczy to zwłaszcza sytuacji w obrębie rodziny.

    „Buntowanie się przeciwko jakimś normom czy obyczajom to też zjawisko związane z naszym społecznym myśleniem”

    Czemu?

    A może to zjawisko związane z myśleniem egoistycznym?

  • Ad Grudge
    Nie myślałem o anarchokapitalizmie w ten sposób.
    Przeżywanie emocjonalne meczu piłki nożnej filmu itp. jest związane niejako z utożsamianiem się z grającymi lub dziejącą się na scenie akcją, a jest to przystosowanie do życia w społeczeństwie, czy jak to chce Br w grupie, klanie lub rodzinie. Oczywiście każde przystosowanie ma podtekst egoistyczny (patrz Dawkins). Oczywiście z akceptacją kogoś lub nietolerancją nie ma to nic wspólnego. Konflikt na tle popędowym to np. walka o samicę, walka o dominację w grupie(np. partii). Odczuwanie zazdrości jest moim zdaniem odzwierciedleniem walki o pozycję w grupie. Buntowanie się jest czynnością aktywną, emocjonalną, jak psychopata nie odczuwa emocji związanych z przynależnością lub odrzuceniem przez grupę, to się nie ma przeciwko czemu buntować on się tylko odpowiednio przystosowywuje do sytuacji, tak jak mu wygodnie.
    Ad. Br
    Używam określenia społeczny w kontekście socjologicznym, a nie politycznym.
    Oczywiście nieporozumienia na tle odgadywania intencji i emocji zawsze się zdarzały, nikt nie jest doskonały, ale to nie oznacza, że odgadywanie emocji i intencji nie jest powszechne, zwykle ludzie się wzruszają lub śmieją na tych samych momentach w kinie. Oczywiście jest to w interesie jednostki, a właściwie jej genów. Są jeszcze inne przystosowania w sposobie myślenia, np. heurystyka „rób to co inni robią”, powszechna u zwierząt żyjących w grupie.
    Nie chcę oczywiście nikogo przekonywać do takiego czy innego ustroju, po prostu to trzeba brać pod uwagę jak się pisze takie teksty jak ten Hoppe’go.
    Poza tym przeszkadza mi jego antropocentryzm, ale to już inna bajka.

  • Mnie się wydaje, że ta dyskusja, te komentarze odbiegają od zasadniczego tematu. Wobec tego powracam do tematu. Szaleństwo prywatyzacji widoczne jest we współczesnej polityce USA. I mamy tego efekty. Sprywatyzowano nawet prowadzenie wojen, więziennictwo itd.
    Pełna prywatyzacja stała się ideologią. Niepodważalnym dogmatem.
    Czy czegoś to nie przypomina?

  • @Emil
    poproszę o bardziej merytorczyny argument.

  • Emil, ja wiem, że niektórym trudno pojąć pewne sprawy, ale banki są prywatne z definicji, a tak naprawdę to podmioty uprzywilejowane przez liczne ustawy i odgórne regulacje. FED jest niby prywatny, a jak się bliżej mu przyjrzeć, to wychodzi na to, że to agenda rządowa świadcząca usługi komercyjne:

    http://mises.pl/blog/2010/04/15/oberholster-czy-amerykanski-fed-jest-naprawde-niezalezny/

    TVN też jest niby prywatną telewizją, ale przecież także koncesjonowaną, a pan Walter to od 20 lat jada obiadki z politykami.

    Stacji benzynowej też nie otworzysz bez miliona na starcie, by opłacić koncesje i bez znajomości „na górze”.

    Więc drogi Emilu – bez dogmatyzmu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Current day month ye@r *

wsparcie mises
Zapisz się do naszego newslettera
newsletter mises.pl

twitter facebook youtube Google+
Cytat:
  • Najpewniej nie jest przesadą rzec, że każdy znaczący postęp w teorii ekonomii ostatnich stu lat był kolejnym krokiem konsekwentnego stosowania subiektywizmu. Friedrich von Hayek
Mecenasi
W lutym wsparły nas następujące osoby:
Pan Łukasz Aranowski
Pan Marek Bernaciak
Pan Wojciech Bielecki
Pan Tomasz Bielenin
Pani Dominika Buczek
Pan Maciej Budzyński
Pan Leszek Ciesielski
Pan Michał Dębowski
Pan Tobiasz Domagała
Gaston de Edynburg
AMI EF
Pan Maciej Gorzelak
Pan Adrian Grzemski
Pan Maciej Grzymkowski
Pan Karol Handzel
Pan Dominik Jureczko
Pan Mieczysław Kalinowski
Pan Piotr Kalinowski
Pan Jan Kochman
Pan Piotr Kot
Pan Mariusz Kowalczyk
Pan Sławomir Krawczyk
Pan Adam Kruszewski
Pan Adam Kubaty
Pani Anna Kwiecień
Pan Wiktor Machura
Pan Tomasz Malinowski
Pani Agnieszka Małecka
Pan Miłosz Mazurkiewicz
Pan Piotr Mędza
Pan Dominik Michalski
Pan Przemysław Mucha
Pani Karolina Olszańska
Pan Zbigniew Ostrowski
Pan Ryszard Połchłopek
Pan Tomasz Primke
Pan Artur Przystawski
Pan Patryk Sałek
Pan Paweł Sawicz
Pan Marek Skrzypczak
Pan Grzegorz Stefanek
Pan Szymon Truszczyński
Pan Krzysztof Turowski
Pan Jan Tyszkiewicz
Pan Robert Wabik
Pan Waldemar Wilczyński
Pan Jakub Wołoszyn
Pan Marek Zemsta
Pan Maciej Zieliński
Pan Krzysztof Ziulczyk
Łącznie otrzymaliśmy od Was 2277,33 zł. Dziękujemy!
Lista mecenasów>>