Autor: Jan Lewiński
Wersja PDF

Posłuchaj komentarza w wersji audio (mp3, 14,6MB).

Możemy powiedzieć, że wreszcie, po kilku latach odrealnienia świata politycznego, gdy problemy gospodarcze i społeczne stały w cieniu następujących po sobie całkowicie nieistotnych acz wciągających publikę i publicystów narracji (za każdym razem najwyżej na tydzień lub dwa), stan gospodarki stał się — choć na chwilę! — problemem wartym poważniejszego potraktowania. Innymi słowy, rzeczywistość wróciła do łask. To dobrze.

Jednakże taka konfrontacja z realnym światem to sprawa niełatwa. Gdy nagle rusza on na nas, możemy albo mężnie stawić mu czoła, albo zacząć w panice rzucać weń przedmiotami leżącymi akurat pod ręką. Druga opcja rzadko daje dobre rezultaty. Sęk w tym, że ją właśnie pierwszą wybrano jako receptę na tarapaty gospodarcze, w jakich się znaleźliśmy i jakie jeszcze nadejdą.

 

Sen zimowy reformatorów

Na samym wstępie zaznaczę, że propozycje ekonomistów i polityków — o czym za chwilę — przychodzą mocno poniewczasie. Kryzys trwa już dobre kilka lat i wiadomo było od początku, że dotknie on takiego kraju jak Polska, który zajmuje się w znacznym stopniu przetwarzaniem towarów na potrzeby innych gospodarek (co oznacza, że import jest napędzany późniejszym eksportem, którego warunkiem sine qua non jest istnienie popytu zewnętrznego). Czytelnicy takich stron jak Kryzys Blog wiedzieli, że greckie problemy nie będą mogły zostać pozamiatane pod dywan, jak to drzewiej bywało.

W Polsce warunki polityczne dla realizacji niezbędnego sprzątania tej stajni Augiasza, którą stał się przez ostatnie lata polski system prawny i polityczny, były wprost idealne — przynajmniej teoretycznie, zakładając, że taki reformatorski rząd przetrwałby pierwszą ripostę grup interesu będących beneficjentami obecnej biurokracji. Rząd, posiadając — za wyjątkiem większości konstytucyjnej — pełnię władzy (sejm, senat, prezydenta), zawiódł na całej linii. Podjął się działań pozornych, ze swoistą fanfaronadą przezywając je reformami — jak w przypadku marnawych pakietów deregulacyjnych czy „reformy” OFE, mającej na celu wyszarpanie funduszom emerytalnym pieniędzy wcześniej ustawowo skonfiskowanych obywatelom. Temat reform systemowych był przez ostatnich kilka lat de facto martwy (chyba tylko za wyjątkiem prof. Krzysztofa Rybińskiego, konsekwentnie i aż do bólu lobbującego na rzecz własnej wizji odpowiedzi na kryzys). Zamiast nich rząd zrobił wszystko, aby rozrosła się biurokracja i jej uprawnienia, o takich drobnostkach jak gigantyczne przyspieszenie wzrostu długu publicznego nie wspominając.

Stało się tak za milczącym przyzwoleniem najbardziej wpływowych obserwatorów i komentatorów życia publicznego. Teraz, gdy kryzys stał się rzeczą odczuwaną niemal przez każdego z nas, obudzili się oni z przyjemnego letargu i od razu zasypali nas propozycjami, ujmując to delikatnie, takimi sobie (w jednym artykule ujął je portal Wyborcza.biz). Można je podzielić na etatystyczne, interwencjonistyczne (rozwodnione i niebezpośrednie, ale jednak) i te, które drepczą — acz nie posuwają się zbyt daleko — mniej więcej w dobrym kierunku.

 

Benzyną gaśmy ogień

Do pomysłów etatystycznych niewątpliwie zaliczyć należy podwyższenie podatków (na czele z VAT) i obcięcie ulg podatkowych (w tym dla rolników). Część ekonomistów radzi, aby podwyższyć składkę rentową, co jest doskonałym pomysłem, jeśli chcemy dodatkowo zachęcić przedsiębiorców do zwolnień i ogłaszania upadłości. Inni pragną, aby ujednolić podatek VAT na przykład na poziomie 19%, obniżając go tym samym dla niektórych, aby zrzucić go na barki innych. Nawet fałszywie zakładając, że podatek sumarycznie by nie wzrósł (wg prognoz przytaczanych przez FOR, kosztowałby podatników dodatkowo ok. 21,5 miliarda złotych), to spowoduje to jedynie przetasowania w cenach dóbr na rynku tak, aby obciążenia podatkowe ostatecznie i tak spadły na producentów, eliminując ich z rynku i godząc w produktywność kraju. Murray N. Rothbard pisał o tym problemie następująco (M. N. Rothbard, Interwencjonizm czyli władza a rynek, Warszawa 2009, s. 128-129):

 

Jednym z najstarszych problemów związanych z opodatkowaniem jest próba odpowiedzi na pytanie: Kto płaci dany podatek? (…) [Powyższy] problem nie sprowadza się do pytania, kto płaci podatek bezpośrednio, lecz kto go płaci na dłuższą metę, tzn. czy bezpośredni podatnik może go „przerzucić” na kogoś innego. Z przerzucaniem mamy do czynienia wtedy, gdy bezpośredni podatnik może podnieść cenę produktu, który sprzedaje, aby wynagrodzić sobie podatek, tym samym „przerzucając” go na nabywcę, albo gdy jest w stanie doprowadzić do spadku ceny produktu, który kupuje, „przerzucając” tym samym podatek na innego sprzedawcę.

(…)

Pierwsze prawo odnoszące się do zasięgu opodatkowania można sformułować krótko i radykalnie: Żadnego podatku nie można przerzucić w przód. Innymi słowy, żaden podatek nie może zostać przerzucony przez sprzedawcę na nabywcę i dalej na ostatecznego konsumenta. (…) Uważa się, że każdy podatek nałożony na produkcję lub sprzedaż zwiększa koszt produkcji i w rezultacie podnosi cenę płaconą przez konsumenta. Jednakże cen nie determinują nigdy koszty produkcji, lecz raczej ma miejsce mechanizm odwrotny. Cenę dobra determinuje jego całkowity istniejący zasób i krzywa popytu na nie na rynku. Lecz podatek nie ma na krzywą popytu żadnego wpływu. Każda firma ustala taką cenę sprzedaży, by uzyskać jak najwyższy przychód netto, a każda wyższa cena, przy danej krzywej popytu, doprowadzi po prostu do spadku przychodu netto. Dlatego podatków nie można przerzucać na konsumentów.

To prawda, że w pewnym sensie podatek może zostać przerzucony w przód, jeśli w jego wyniku nastąpi zmniejszenie podaży dobra i związany z tym wzrost ceny na rynku. (…) [Lecz jeśli] „przerzucanie” wiąże się z wypadnięciem niektórych producentów z interesu, to (…) należy je raczej zaliczyć do kategorii innych skutków opodatkowania.

 

W sytuacji, kiedy przedsiębiorcy i ich pracownicy mają problemy ze znalezieniem źródeł dochodu, bo ich kontrahenci i przełożeni nie wywiązują się lub nie mogą się wywiązać ze swoich zobowiązań, dalsze przyduszanie ich inicjatywy i skłonności do pracy jest zabójcze dla gospodarki (czyli dla wszystkich za wyłączeniem — ale tylko w krótkim okresie, a i to nie w pełni — budżetówki). Oczywiście, zgodnie z wywodem Rothbarda, skoro w pierwszym momencie ceny dóbr konsumpcyjnych się za bardzo nie zmienią, to przedsiębiorcy będą bardziej skłonni schować do skarpety lub przejeść własny majątek, zamiast niepotrzebnie go inwestować. Kto wie, może nawet krótkoterminowo konsumpcja by wzrosła (kosztem oszczędności — bo inflacja — i inwestycji — bo podatki)? Gdyby tak się stało, błędnie interpretowane statystyki PKB mogłyby być nawet dla rządu korzystniejsze. A państwo ochoczo zagarnięte w podatkach pieniądze mogłoby zmarnować na — nie bójmy się nazwać rzeczy po imieniu — idiotyczne pomysły, takie jak choćby projekty z serii Wujec Dobra Rada czy dysfunkcjonalne programy pracy dla seniorów, nie tylko dalej rozciągając swoją władzę, ale też wpływy do urzędniczych kieszeni.

Nota bene, kłopoty seniorów wprost wynikają z ustawodawstwa rzekomo chroniącego ludzi starszych przed zwolnieniem. Skoro nie wolno zwolnić pracownika od momentu, gdy do emerytury pozostały mu dwa lata, to — aby uchronić się przed ryzykiem ewentualnego spadku produktywności takiego zatrudnionego — dla sukcesu swojej firmy, czyli własnego i swoich pracowników, powinien (pomijam sympatie czy sentymenty pracodawcy) zwolnić go jeszcze przed rozpoczęciem tegoż okresu ochronnego. To znaczy, zwolnić go nie dlatego, że faktycznie zaistniała niezdolność do wypełniania przezeń jego obowiązków (tak byłoby w gospodarce nieuregulowanej), lecz tylko dlatego, iż istnieje taka możliwość — a dokładniej wartość oczekiwana kosztów związanych z jego dalszym utrzymywaniem staje się wyższa niż przewidywany zysk z jego pracy. Tym samym gospodarka traci potencjał tego pracownika, niezależnie od faktycznego wystąpienia jego niezdolności do pracy. Co gorsza, po zwolnieniu człowiek taki może nie znaleźć nigdzie zatrudnienia na etacie, bo tylko szaleniec zatrudni go w ciemno, bez możliwości wycofania się z takiej umowy. Ludzie orientujący się w obecnej sytuacji rynkowej doskonale wiedzą, że czasem firmy zwalniają pracowników etatowych, a następnie, nadal potrzebując ich usług, zatrudniają ich ponownie na umowy zlecenia czy o dzieło (osobiście znam takie przypadki). To oczywiście nie wszystkie regulacje zniechęcające do zatrudniania — dorzućmy tu choćby kwestie urlopu chorobowego, wychowawczego, ustawy „chroniące” kobiety w ciąży (przepisy te skutecznie utrudniają młodym kobietom znalezienie pracy) i inne szkodliwe dla społeczeństwa[1] aktywności „ochronne” państwa.

To samo dotyczy oczywiście ludzi młodych, którzy jako pracownicy bez doświadczenia wymagają nakładów szkoleniowych zbyt dużych, aby pracodawcy opłacało się płacić im więcej, niż wynosi ustawowa płaca minimalna. Między innymi stąd bierze się wysokie (sięgające w Polsce 27%) bezrobocie wśród ludzi młodych, na co remedium miały być specjalizujące uczniów całkowicie nietrafione reformy szkolnictwa, a także szkolenia realizowane przez państwo (tu zapytam: które szkolenie pracownika jest lepsze z punktu widzenia uczestników rynku — to wymyślone przez urzędnika i zlecone firmie szkoleniowej należącej do znajomego królika czy to przeprowadzane bezpośrednio przez pracodawcę na miejscu pracy?). Takich biurokratycznych porażek jest oczywiście więcej niż rozmiary internetu pozwalają przytoczyć.

 

Centralizmem zbudujemy gospodarkę

Kolejną grupę po etatystycznych stanowią koncepcje interwencjonistyczne. Od kilku tygodni widać napór rozmaitych grup interesu et consortes tłumaczących zawzięcie, jak wspaniałym pomysłem jest obniżka stóp procentowych przez RPP (przykłady: 1, 2 i 3). Obniżka stóp to interwencjonizm w czystej postaci, oznaczający zwiększenie podaży kredytowego pieniądza w obiegu. Taka sama (choć na nieporównywalnie większą skalę i po latach faszerowania systemu bankowego zastrzykami „stymulującymi” gospodarkę) wesoła działalność wywołała kryzys finansowy i doprowadziła do obecnych problemów strefy euro. Te kwestie z dziedziny austriackiej teorii cyklu koniunkturalnego zostały już omówione szczegółowo gdzie indziej, dlatego przejdźmy do kolejnych interwencjonistycznych pomysłów. Takim jest koncepcja jednego z ekonomistów, aby „zagwarantować”, że pieniądze z OFE nie przejdą do ZUS. Ta wątpliwa „gwarancja” byłaby oczywiście całkowicie jałowa, gdyż jej udzielenie nie ma najmniejszego nawet wpływu na prawdziwe, czyli budżetowe, pochodzenie środków trafiających do ZUS. Wielkość kwot mu przekazywanych nie zależy przecież w żadnym razie od wysokości składek zabieranych podatnikom, lecz wyłącznie od aktualnych potrzeb tego molocha — pieniądze podatników idą li tylko na pokrycie bieżących zobowiązań emerytalnych i na prowizje dla urzędników; jako takie nie są odkładane na żadnych zmyślonych przez politycznych demagogów „prywatnych kontach”. Nie ma więc znaczenia, czy nazwiemy te środki „pochodzącymi z OFE” czy „zebranymi z podatków dochodowych”, bo i tak ich wielkość zależy wyłącznie od możliwości budżetu i arbitralnej decyzji urzędników ustalających potrzeby ZUS. Oczywiście ta propozycja nie byłaby interwencjonistyczną, gdyby miała polegać na zwrocie tych pieniędzy ich prawowitym właścicielom. Niestety, tego oczekiwać nie możemy.

 

Ale o co chodzi?

Pojawiają się też koncepcje trudniejsze do zaklasyfikowania, mające powierzchowne cechy rozwiązań liberalizujących rynek, ale mogące przynieść skutki wręcz przeciwne. Tak jest na przykład z pomysłem ułatwienia dostępu do kredytów przez zmiany w rekomendacjach S i T. W pierwszej chwili wydaje się on znosić sztuczne bariery w działalności banków działających w Polsce. Zamiast zaświadczenia o zarobkach wystarczać miałby — przy kwocie kredytu nieprzekraczającej 5 tysięcy złotych — dowód osobisty. Dodatkowym ułatwieniem miałoby też być zniesienie zakazu zadłużania się w przypadku, gdyby suma rat wszystkich pobranych kredytów przekraczała dotychczasowy arbitralnie dobrany próg w wysokości 50% miesięcznych dochodów. I trudno się nie zgodzić z tym, że regulacje te nie powinny występować na wolnym od centralizmu państwowego rynku bankowym. Cały kiks jednak w tym, że te sztuczne regulacje przynajmniej formalnie powstrzymują banki przed zwiększeniem akcji kredytowej możliwej tylko w piramidzie finansowej systemu rezerw cząstkowych. Bez przywrócenia prywatnej własności pieniądza (i zniesienia monopolu banków centralnych w tej sferze) zezwolenie bankom na prowadzenie luźniejszej polityki kredytowej oznacza zgodę na dalsze inflacyjne wywłaszczanie społeczeństwa. Niestety, keynesowska próba „stymulowania” wzrostu gospodarczego przez zwiększanie konsumpcji prowadzi jedynie do przejadania zasobów kapitałowych gospodarki przez przedsiębiorców zwiedzionych mirażem pozorowanej inflacyjnej prosperity. Pomysł poluzowania wymagań wobec banków wydaje się więc sam w sobie pozytywny, choć niosący konsekwencje negatywne. To jednak tylko pozór, który stanie się łatwiejszy do wyjaśnienia za chwilę.

Podobnie niejednoznaczną propozycją polskich ekonomistów jest wprowadzenie odpłatności za leczenie i studia. Z punktu widzenia praktycznego taka odpłatność znosiłaby choć częściowo dumping cenowy państwa, eliminujący z rynku prywatne przedsięwzięcia edukacyjne i medyczne — byłaby więc na pierwszy rzut oka korzystna. W obecnej sytuacji prawnej mogłaby przecież oznaczać choć częściowy powrót rynku w tych sektorach. Jeślibyśmy natomiast chcieli oceniać istotę tego pomysłu, to tylko z pozoru nie byłby on negatywny. Mogłoby się przecież wydawać, że nie ma obowiązku korzystania ze studiów i publicznej służby zdrowia, stąd wymiana między państwem a klientem jest tu dobrowolna. Nic bardziej mylnego. Pamiętajmy, że państwo za pomocą licznych regulacji skutecznie utrudnia prowadzenie konkurencyjnej działalności prywatnym jednostkom służby zdrowia i uczelniom. Wypychając prywatnych przedsiębiorców z rynku, państwo zabiera obywatelom wolność wyboru usługodawcy. Samo małpowanie przez państwo rynkowych opłat nie powinno być więc rozpatrywane jako powrót do normalności, lecz jako wykorzystywanie pozycji monopolistycznej wymierzone przeciwko „klientom” państwa. Argument ten stanie się wyraźniejszy, jeśli zaostrzymy nieco warunki eksperymentu myślowego. Proszę sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby państwo zakazało wszelkiej prywatnej działalności medycznej (także na własną rękę i wewnątrz rodziny) i jednocześnie wprowadziło „rynkowe” opłaty za leczenie. W takiej sytuacji opłaty musielibyśmy uznać za przymusowe, a więc za podatki pobierane z dołu — równoważne obecnym opłatom za znaczki skarbowe — zamiast z góry. Sytuacja mająca dziś miejsce od powyższego przykładu różni się wyłącznie co do skali, nie co do zasady.

Teraz możemy zobaczyć, dlaczego propozycji liberalizacji rekomendacji T i S również nie powinniśmy traktować jako wolnorynkowych. Otóż haczyk polega na tym, że system bankowy został skutecznie przez państwo skartelizowany i sztywno uregulowany — nie mogą się tu przebić nawet te firmy, które są identyczne z modelem piramidy finansowej rezerw cząstkowych (i ZUS), tyle że funkcjonujące poza kartelem i na małą skalę. Uczestnicy gospodarki nie mogą skorzystać z usług banków, które utrzymywałyby stuprocentowe rezerwy, bo te są natychmiast wypychane z rynku. W tym sensie liberalizacja rekomendacji jest wyłącznie wzmocnieniem prywatnych najemników państwa, których niewiele — jeśli cokolwiek — odróżnia od jego etatowych funkcjonariuszy. Inaczej sprawa by się miała, gdyby państwo uwolniło rynek bankowy (oraz edukacyjny i medyczny), zrezygnowało z obowiązkowego poboru podatków i wprowadziło prawdziwie dobrowolne opłaty za korzystanie ze swoich usług.

 

Rozwiązaniem jest wolny rynek. Rynek i wyższe podatki

Bardziej jednoznacznie pozytywne z punktu widzenia uczestników rynku koncepcje ekonomistów zobowiązują państwo do zmniejszania swoich wydatków: zawężenia grup społecznych objętych refundacją leków, zasiłkami pogrzebowymi i rentami, likwidacji przywilejów emerytalnych dla górników, redukcji uprawnień zawartych w karcie nauczyciela, a nawet rewizji rent już przyznanych przez państwo. Proponuje się też zawieszenie rewaloryzacji rent i emerytur oraz inne cięcia w wydatkach socjalnych. Wszystkie te inicjatywy są oczywiście dobre — szkoda, że nie idą dalej — ale niestety serwowane wraz z „niezbędnym” uzupełnieniem w postaci sugestii wzrostu podatków. Tak jakby głównym celem większości (acz z pewnością nie wszystkich) pomysłodawców tych rozwiązań była troska o równowagę budżetu państwa, a nie o stan portfeli tej siły napędowej gospodarki, jaką są podatnicy.

Na nieszczęście paradygmat myślenia niemal wyłącznie w kategoriach bilansu budżetowego trwale zagnieździł się mentalności przedstawicieli profesji ekonomicznej. Ekonomistom pozostały nieliczne bastiony myślenia „reformatorskiego”, takie jak mozolne licytowanie się o „właściwą” wysokość uznanego implicite za nieunikniony deficytu. Ten lichy i bezpłciowy surogat sporu o deregulację został niejako siłą inercji zaakceptowany przez specjalistów. Nic dziwnego. Wszak praca ekonomistów zajmujących się badaniem gospodarki polega dziś głównie na modelowaniu wpływu polityki państwa na wskaźniki makroekonomiczne. W kąt rzucono konstruktywne spory o sam sens dominacji (wydatki publiczne to już ponad 43% PKB kraju) administracji publicznej w gospodarce, które tak żywo interesowały elity intelektualne niespełna wiek temu. Popadliśmy w apatię, godząc się z założeniem, że wielkości państwa nie sposób ograniczyć, i pozostaje tylko błagać władze o to, aby w wielkich bólach zmniejszyły prędkość wzrostu wydatków o jakieś nieznaczące grosze. Skutkiem tego nasze umysły zaprzątają w najlepszym razie pytania najzupełniej wtórne: podatki liniowe kontra progresywne (liniowe to te rynkowe — nawet gdyby miały równą stawkę 120% dochodu), efektywność poboru podatków (im mniej urzędników zbiera podatki, niezależnie od ich wysokości, tym lepiej; czy „zaoszczędzone” tak pieniądze państwo wyda na wielki stadion, czy na rozłożenie równomiernej warstwy skwarków na całym obszarze Dolnej Saksonii, to też nie jest ważne), równowaga budżetowa (różnica między dochodami i wydatkami powinna wynosić 0, a wysokość podatków mniej jest istotna), bilans handlowy (trzeba bronić nadwyżki handlowej niczym niepodległości, bo nadwyżka jest lepsza niż deficyt — tak przecież twierdzili merkantyliści), innowacyjność gospodarki (więcej pieniędzy na pomysłowość trzeba wydawać, zwiększając liczbę patentów niezależnie od ich sensowności), spłata długów międzynarodowych (kto by państwu pożyczył vel je zadłużył, gdyby swoich długów wobec innych państw nie spłacało z naszych podatków?), poziom presji inflacyjnej (bo od niej tylko wszak zależy, czy wreszcie będziemy mogli obniżyć stopy procentowe), wzrost demograficzny (wydajniejszą powinno się uczynić hodowlę małych niewolników do opłacania w przyszłości ZUS) itp.

 

Załóżmy, że bez państwa się nie da

Kwestie te konceptualnie tkwią głęboko w paradygmacie etatystycznym (i jego terminologicznych oparach), nigdy się z niego nie wyswobadzając (przeciwieństwem tego sposobu rozumowania jest to, które w krajach anglojęzycznych trafnie nazywa się myśleniem out-of-the-box). Zadawane są wyłącznie techniczne pytania dotyczące konkretnych rozwiązań funkcjonujących w obrębie systemu państwowego. W żadnym razie nie podważa się zasadności fundamentalnych metod działania państwa i jego miejsca w systemie własnościowym. Zapominamy o podstawowych pytaniach: czy jest prywatną firmą — ze swoim mieniem, zobowiązaniami i przychodami — którą od innych różni wyłącznie monopol prawny i związana z nim asymetria jego stosowania wobec siebie i swoich poddanych? Poza kwestią pozostaje pozaekonomiczny statusu urzędników państwowych; nie sugeruje się, że być może powinni być osobiście odpowiedzialni finansowo za swoje własne decyzje (tak jak za błędy w wielu przypadkach odpowiadają swoim majątkiem właściciele firm wraz ze swoimi małżonkami i dziećmi). Cóż szalonego jest w prostym twierdzeniu, że urzędnik skarbowy, który uznał, iż jakaś firma złamała prawo, powinien odpowiadać za własne decyzje własnym majątkiem, a nie zasłaniać się pieniędzmi podatników? Cóż dziwnego jest w zwykłej konstatacji, że skoro w społeczeństwie mamy popyt na pewne usługi i dobra, nazywane publicznymi, to są ludzie, którzy byliby skłonni zorganizować dobrowolne instytucje niepaństwowe realizujące te cele, gdyby im tego wprost nie zakazywać lub uniemożliwiać dumpingiem cenowym państwa? Cóż kontrowersyjnego jest w prostej obserwacji, że Hobbesowski stan natury to kompletna bzdura, której kłam zadaje każda sekunda choćby i biernej zgody obywateli na istnienie państwa?

Przede wszystkim nie wątpi się w ponadnaturalny — niemal magiczny! — charakter wyłączności związku systemu prawnego z danym obszarem geograficznym. Twierdzi się — bez cienia dowodu, a tylko na podstawie powszechności tego przesądu, nazywanego w dyskusji „przekonaniem graniczącym z pewnością” — że gdyby nie ów w niebiesiech ustanowiony porządek, wybuchłby natychmiast prawny chaos, kończący się jeśli nie ostateczną apokalipsą, to przynajmniej rzuceniem się wszystkich ludzi innym ludziom do gardeł, by je pazurzyskami rozszarpać. Ignoruje się fakt, że kłopot ten cudownie znika choćby w interakcjach systemów prawnych różnych narodów, nakładaniu się umów międzynarodowych na te systemy, a z drobniejszych przykładów także i przy standaryzacji regulaminów wewnętrznych firm, rozwiązaniach problemów z eksterytorialnością ambasad, immunitetami i kontaktami dyplomatów, czy nawet w dostrajaniu do siebie zapisów odmiennych kodeksów prawnych czy we współpracy pomiędzy rozmaitymi rodzajami sądów (vide wyroki sądów powszechnych i polubownych). Zakłada się, nie wiedzieć czemu, że organizacje utworzone na zasadzie innej niż monopol nie są w stanie wypracować żadnego trwałego standardu komunikacji poza otwartą wojną (pomimo tysięcy lat doświadczeń pokojowych związków między handlującymi ze sobą narodami vis-à-vis wojennych relacji między wojującymi ze sobą monopolami państw). Te wszystkie wątpliwości są dorozumiane, domniemane i domyślane bez głębszego zastanowienia.

To nie znaczy, że te praktyczne problemy nie istnieją, lub że są łatwe do rozwiązania. Wręcz przeciwnie — wymagają współpracujących ze sobą i wyspecjalizowanych instytucji tworzonych przez ludzi znających się na rzeczy (o co przecież tak trudno). Takie konkretne problemy warto rozwiązywać ku polepszeniu podziału pracy i ludzkiej organizacji. Nie zatrzymujmy się na tym etapie rozwoju, który doprowadzał do upadku Egiptu, Cesarstwa Rzymskiego, feudalnych Chin i europejskich despotycznych monarchii, Związku Sowieckiego.

 

Jakie reformy warto podjąć

Najbardziej palącym problemem dla podatników (przedsiębiorców i pracowników) jest nadzwyczaj ciężki los przedsiębiorców w Polsce (patrz następujące przykłady: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7 i wiele, wiele innych; zdecydowanie polecam też obejrzenie przynajmniej pierwszych trzydziestu minut niniejszej wstrząsającej relacji), których zła sytuacja odbija się czkawką na rynku pracy. Prowadzenie jakiegokolwiek biznesu wiąże się w naszym kraju ze zderzeniem z barierą niemożliwych do pogodzenia sprzeczności prawnych i lawiną obowiązków niemożliwych do spełnienia.

Prostą i skuteczną metodą usunięcia tego problemu byłoby uznanie państwa za instytucję prywatną, mającą prawo do użycia środków przymusu wobec obywateli tylko za ich zgodą lub na terenie należącym do prywatnych właścicieli państwa (mogą to być choćby uwłaszczeni urzędnicy). W tym przypadku należałoby zadbać o przeprowadzenie powszechnego uwłaszczenia, włączając w to dzierżawców wieczystych i najemców budynków należących do gmin. Można też wprowadzić prawo do secesji od państwa dla każdej chętnej osoby. Dla tych, którzy wierzą w mit stanu natury, te propozycje mogą być zbyt radykalne, przejdźmy więc do tych mniej skutecznych z ekonomicznego punktu widzenia, aczkolwiek łagodniejszych. Otóż łatwiej byłoby zlikwidować przymus podatkowy i wszelkie regulacje działalności gospodarczej (kodeksu pracy, wszelkich koncesji, jakichkolwiek przywilejów pracowniczych i cechowych vel korporacyjnych). Oczywiście taka reforma byłaby również groźna dla biurokracji, bo dla urzędnika zamącenie prawa jest istotnym przywilejem, umożliwiającym zdobycie paragrafu na każdego — a więc władzy nad nim, wpływu na niego. Dzięki nieformalnemu prawu łaski (nieraz popartemu łapówkami) urzędnik zaskarbia sobie wdzięczność obłaskawionego, jednocześnie nadal trzymając go w szachu. W każdej chwili może bowiem zmienić zdanie, jako że, jak wiemy, prawo działa wstecz i za to samo wykroczenie można karać wielokrotnie[2].

Etatyści szybko zaproponowaliby wprowadzenie jednego „prostego” podatku tak wysokiego, aby wpływy do budżetu rekompensowały niezagrabione przez państwo środki – oczywiście zastrzegę, że tzw. proste podatki są marzeniem ściętej głowy; to wszak meandryczność podatków jest instrumentem erystycznym dla demagogów uzasadniających potrzebę ich istnienia (każdy czemuś służy, idzie na wypełnienie konkretnego obowiązku lub ma określoną „przyczynę” — mamy więc składkę na ZUS, składkę drogową, podatek dochodowy etc.). Taki podatek, nawet gdyby jakimś cudem udało się go wprowadzić, z biegiem czasu zacząłby się komplikować, skutecznie rozbrajając wszelkie reformy.

Zaznaczmy, że pierwsza propozycja — prywatyzacja państwa — nie zakłada likwidacji majątku państwa i jakichkolwiek innych nieprzyjaznych wobec urzędników działań. Niechby państwo urzędowało dalej, czemu nie? Wystarczyłoby, aby opłaty na rzecz jego usług uczynić dobrowolnymi — wtedy byśmy dopiero zobaczyli, jak proste mogą być „podatki”. Wówczas biurokracja zyskałaby impuls do oszczędności, zaczęłaby liczyć się z rachunkiem zysków i strat — jak każdy z nas. Niechby i się zadłużała w produkowanej przez siebie walucie — któż by odmówił tego prywatnej firmie emitującej własne banknoty? Inne przedsiębiorstwo zaczęłoby produkować konkurencyjną walutę w stu procentach opartą na złocie — czemu nie? Cóż by to komu szkodziło? Oczywiście, państwu można byłoby płacić w wydawanej przez nie walucie — wtedy zadbałoby o jej wartość. A gdyby nie zadbało? Któżby ją do ręki wziął?

Powstałyby firmy ubezpieczeniowe, które byłyby ostrożniejsze w inwestowaniu pieniędzy inwestowanych przez swoich klientów. Licząc się z kosztami bardziej niż Lewiatan, chcąc zdobyć klientów, oferowałyby lepsze warunki emerytalne od państwa. A gdyby komuś emerytura nie była potrzebna, gdyby liczył na własną rodzinę? Czemu nie? Czy bodziec do większej dbałości o więzy rodzinne, o poszanowanie dla starszych i świadome zakorzenianie obowiązkowości w dzieciach byłoby tak odstręczające, jak „prorodzinne” bodźce podatkowe służące wyłącznie hodowli dzieci na potrzeby ZUS?

Nawet jeśli nie zdecydujemy się podjąć fundamentalnych reform ustrojowych, i porzucimy elastyczność i rzutkość wolnego rynku na rzecz anachronicznego centralnego sterowania, nawet jeśli nie zdecydujemy się na elegancję i jednoznaczność systemu praw własności, pozostaje wiele możliwości szybkiego i znaczącego poprawienia sytuacji gospodarczej. Niestety dla biurokracji, jest jeden szkopuł: Nie istnieje obecnie żadna ogólna systemowa możliwość poprawy sytuacji gospodarczej, która by nie wymagała zmniejszenia władzy biurokracji.

To oczywiście nie jest możliwe bez odważnej konfrontacji z urzędnikami, którzy w swojej zbiorowej inteligencji są przeciętnie głupsi od zwykłego kleszcza, starającego się zachować umiar w wysysaniu krwi, aby jego żywiciel nie umarł. Żaden biurokrata z osobna nie chce stracić posady, więc każdy z zasady jest przeciwny jakimkolwiek zmianom status quo, nawet jeśli tylko one są w stanie uratować gospodarkę, a zatem i jego stanowisko. Dlatego historyczne imperia upadały raczej w płomieniach, niż w wyniku dobrowolnej zgody biurokracji na otwarcie furtki wolności. Gdy urzędnik godzi się na zmiany, to tylko wtedy, gdy ma stuprocentową pewność, że sam na tym zyska i gdy ma możność zdradzenia swoich mniej znaczących podwładnych (tak na przykład stało się wskutek reglamentowanej rewolucji w Polsce, o którą później wielu szeregowych funkcjonariuszy PRL miało do swoich przywódców pretensje, gdy stracili tak utęsknione dziś przywileje).

Odpowiedź na pytanie, czy można i czy należy liczyć na to, że w dobie kryzysu urzędnicy są zdolni zatrzymać się w swojej chciwości i żądzy władzy, powstrzymując upadek cywilizacyjny naszego kraju, to już sprawa nie ekonomii, lecz innych zgoła nauk. Tym niemniej dołączenia biurokratów do reszty pokojowo żyjącego społeczeństwa warto sobie i im życzyć.

 


[1] Dla samej biurokracji pomysły te są przydatne z trzech względów. Po pierwsze, wywołują właśnie te problemy, które mają jakoby zwalczać, zatem tworzą pozytywne (samowzmacniające) sprzężenie zwrotne (jest problem => państwo reaguje => problem się powiększa => państwo reaguje mocniej => …). Po drugie, poszerzają bezpośrednią władzę państwa nad życiem podatników. Po trzecie, biurokracja nie musi się liczyć z kosztami, bo niemalże niemożliwe jest jej bankructwo. Wzrost wydatków na pracowników nie jest zatem dla państwa kłopotem, lecz szansą na nagrodzenie posłusznego lub zasłużonego towarzysza. Koszt jego pobytu na długotrwałym płatnym urlopie opłaci podatnik.

[2] Pragnę zaznaczyć, że nie jest moim zamiarem demonizowanie biurokracji. Wielu urzędników to ludzie przesympatyczni, koleżeńscy, którzy są przekonani o tym, że państwo pełni bardzo ważne funkcje, których nikt inny nie zrealizuje równie dobrze. Tacy zazwyczaj nie zachodzą daleko, bo ich postępowanie nie jest kompatybilne ze strukturą bodźców systemów biurokratycznych. Główną skargą tych ludzi jest niemoc — niemożliwość wykonania najprostszych nawet zadań, dzięki którym stopień osiągania deklarowanych celów wzrósłby znacząco. Ten rodzaj bezsilnej niemocy charakteryzuje nie tylko biurokrację państwową, ale i inne organizacje przekraczające pewien poziom złożoności wewnętrznych procedur i relacji interpersonalnych. W szczególności łatwo zaobserwować tę cechę w większych korporacjach, istniejących jedynie dzięki swoistej sile bezwładu — efektom skali i minionej świetności. Korporacje te, o ile nie uzyskają wsparcia państwa, wkrótce bankrutują lub są przejmowane. Państwo jest na ten naturalny efekt oczyszczający w dużym stopniu odporne.

28 odpowiedzi na „Lewiński: Ile są warte najpopularniejsze propozycje reform?”

  • Zróbmy tak jak proponujesz. Ja i Ty no może znajdzie się jeszcze kilka setek chętnych. I to by było na tyle. Wielu ludzi w Polsce i na świecie wie co jest żle w gospodarce. Nic z tego nie wynika bo są w przytłaczającej mniejszości.
    Ja mam taki pomysł na poprawienie sytuacji. Przyzwyczajeni jestesmy do demokracji czyli do podejmowania decyzji wiekszością głosów. Może łatwiej by przeszło gdybyśmy ograniczyli prawo głosu dla tych, którzy płaca podatki. Kto nie płaci podatków? To łatwo wykoncypować. Wystarczy sprawdzić czy „płatnik” gdyby wirtualnie zniknął z gospodarki to w bużecie by przybyło czy ubyło (taki eksperymet myśłowy)? No i mamy. Posłowie, senatorowie, prezydent, rząd, i tu zaczynaja się duże liczby, mundurowi, sędziowie, nauczyciele emeryci itd. Tych ludzi nie ma co pytać o to czy podatki mają byc duże czy małe bo odpowiedź jest znana i nie ma ich co pytać na co wydać podatki bo odpowiedź też jest znana. Wydać na nich, a to co zostanie na to co wymyśłą.

  • W swoim komentarzu zaproponowałem kierunek reform, który byłby korzystny dla gospodarki. Nie sądzę, aby ktokolwiek w Polsce się na nie zdecydował. Proszę jednak zauważyć, że nigdzie w tekście nie użyłem nazwy żadnej partii politycznej, żadnych nazwisk ludzi, którzy takie zmiany byliby faktycznie skłonni wprowadzić. Nie użyłem żadnego horyzontu czasowego. To są tylko wskazania ekonomiczne, a nie propozycje polityka. Na tej samej zasadzie będę zawsze twierdził, że kradzież jest szkodliwa dla gospodarki i dla okradzionego. Czy to, że politycy nie przestaną w najbliższym czasie kraść naszych pieniędzy, unieważnia jakoś to ogólne wskazanie?
    Inna sprawa to poruszony w Pańskim komentarzu tzw. realizm czy pragmatyzm ograniczenia grupy uprawnionych wyborców. Po pierwsze primo, to się nie uda, bo mnogość grup społecznych objętych rytuałem głosowania sprzyja statystycznemu rozmyciu głosów, co skutecznie utrudnia zmianę status quo – to element bardzo ważny dla biurokracji. Po drugie primo, ta konkretna zmiana w systemie wyborczym jest niepraktyczna. Można wymienić wiele powodów: podatnicy, jak i niepodatnicy, nie są monolitem – ich decyzje nie są tak mechaniczne, jak to Pan przedstawił; poza tym chęci i potrzeby wyborców są już dziś w doskonały sposób ignorowane przez polityków (brak bezpośredniego przełożenia jednej grupy na drugą), taka zmiana nic by więc nie wniosła; pojawiłyby się też nowe napięcia pomiędzy tak wprowadzonymi klasami ludzkimi – te napięcia mogłyby zostać wykorzystane przez demagogów do wykreowania sztucznego konfliktu i w efekcie odwrócenia uwagi od prawdziwego wroga, tj. biurokracji. Takich problemów z propozycjami zmian w ordynacji wyborczej jest multum, stąd porzuciłbym go jako słaby zamiennik prawdziwych reform.

  • Dlaczego zawsze, jak jest mowa o ograniczaniu Państwa i wydatków, mówi się o zasiłku pogrzebowym? Czemu ekonomiści przyczepili się go jak pijany płotu i nie potrafią wyjść poza własny myślowy schemat oderwany od rzeczywisości w której, podobno, żyją? Kilka argunemtów: podatki były, są i będą. Każdy człowiek, choćby nie pracował, oddał państwu te, obecnie, 4000 zł. Dzięki temu zasiłkowi każdy obywatel ma prawo do godnego pochówku na cmentarzu. Obywatel, którego, teoretycznie, Państwo ma prawo zmobilizować w razie wojny. Likwidacja zasiłku pogrzebowego jest walką na rzecz prywatnych firm ubezpieczeniowych, które muszą na tym zarobić, a więc zabrać ludziom więcej, niż dadzą. Ludziom, którzy nieraz mają bardzio skromne emerytury. Co więcej, jeśli ten zasiłek jest taki zły, to czemu nie wprowadzić płatnego porodu! Obecnie każdy człowiek w Polsce, niezależnie, czy matka jest ubezpieczona, czy nie, ma prawo do urodzenia sie w przyzwoitych warunkach w szpitalu. I za KAŻDY poród państwo płaci chyba podobną sumę, jak zasiłek pogrzebowy. Zlikwidujmy go również! Niech do szpitala na porodówkę przyjmują TYLKO ubezpieczonych. Jak nie masz ubezspieczenia, to proszę rodzić na ulicy, w domu, stajni albo chlewie! Wszystko w imię dobra i ekonomii. Dlaczego tak nie robimy? Bo uznaliśmy, na pewnym etapie rozwoju i kultury, że każdy człowiek, niezaleznie od tego, kim są jego rodzice, ma prawo urodzić się w przyzwoitych warunkach. Tak samo uznajemy, że każdy człowiek ma prawo spocząć na cmentarzu. Jak widać część ekonomistów nie podziela tych zasad, lecz w tym przypadku mam nadzieję, że np. zwłoki człowieka, który umarł, wydawszy wszystko, a miał za życia emeryturę niekwalifikującą się do płatnego zasiłku, wrzucą do rowu pod swój dom i bedą codziennie patrzeć, wchodząc do domu, na rozkładające się zwłoki… Na koniec jeszcze jedna uwaga: czy określanie dochodu kwalifikujacego się do zasiłku nie zwiększy administracji i ilości urzędników?

  • Ja mam druga propozycję – z cyklu wilk syty i owca..

    Zabierzmy urzędnikom możliwości działania, zlikwidujmy ustawy, ale zostawmy pensje, żeby i oni się zgodzili na to rozwiązanie. Choćby i do emerytury, (ale bez możliwości dziedziczenia tych pensji:).
    Ale nierewaloryzowane – w wysokości nominalnej.

    I sprawa sama się rozwiąże.
    Nie zostawiamy tych ludzi bez pracy „na ulicy”,
    ale też wyjmujemy im z rąk instrumenty utrudniania życia.

  • @totus
    Problem jest taki, że aparat państwowy to urzędnicy. Ci z kolei obsługują stronę socjalną, której w Polsce jest za dużo. To oni głosują i to dla nich biurokracja się rozrasta – to tej grupy społecznej politycy będą bronić najbardziej. Dopóki to wszystko nie „je…nie, dopóty będziemy się męczyć jeszcze gorzej.

    Jest jedna partia polityczna głosząca idee miesesa, ale jak widać jest tylko % osób, które ją wpierają i podzielają jej poglądy.
    Zapewne tak zostanie.

    Osobiście liczę, że w końcu Pan Rybiński dołoży starań i utworzy własną lub pokieruje ludźmi, którzy zrobią to za niego.

    Jeden z ciekawszych artykułów w ostatnim czasie.
    Pozdrowienia dla autora.

  • Problem biurokracji jest wprost proporcjonalny do centralizacji funkcji Państwa. Warren T. Bookes w „The Economy in Mind” bardzo trafnie pokazuje zjawisko biurokratyzacji i erozji demokracji zestawiając liczbę wybranych przedstawicieli społecznych do liczby urzędników na danym szczeblu administracji (hrabstwo, stan, rząd federalny). Na szczeblu lokalnym liczba urzędników jest stosunkowo niewielka umożliwiając realną kontrolę społeczną ich działania. Na szczeblu centralnym na każdego wybranego przedstawiciela przypada już ogromna liczba urzędników – przedstawiciele społeczni nie mogą mieć istotnego wpływu na realną zmianę kursu lub sposób funkcjonowania instytucji.

    Płynie z tego wniosek, że decyzje o tym czy w ogóle określone funkcje publiczne powinny być realizowane, w jakim zakresie i w jaki sposób, powinny zostać przeniesione ze szczebla centralnego na szczebel lokalny łącznie z prawem do nakładania znacznej części podatków. To zapewniłoby przynajmniej konkurencję wewnątrz organizmu państwowego. Ostatecznie nawet dzisiaj obywatel może „wypisać” się z wspólnoty wybierając emigrację, a następnie zmieniając obywatelstwo, co w Polsce uczyniło w ostatnim czasie ok. 3 mln ludzi.

    Osobiście uważam, że to co „publiczne” stanowi formę „grupowego” lub „zbiorowego” i różni się tylko ogromną skalą, a nie jakością. W końcu sankcje kontraktowe mogą być bardziej dolegliwe niż te z kodeksu karnego, a nawet brak możliwości legalnego, oficjalnego egzekwowania kontraktu przez przymus Państwa (np: haracze, łapówka) nie oznacza, że taki kontrakt nie zostanie wyegzekwowany za pomocą przemocy. Państwo to po prostu taka ogromna spółdzielnia.

  • @Ireneusz Nowak

    A te 4000 to Ci niby Państwo daje??

    Przejrzyj na oczy. Autor mówi o cieciach kosztem obniżki podatków, które zaczną napędzać gospodarkę.

    Stąd przyjmij scenariusz, że to czego Ci nie zabiorą, zostanie Ci w kieszeni. To, że nie potrafiłbyś zaoszczędzić takiej kwoty z mniejszych sum, to już Twój problem.

    Inni z kolei nie chcą płacić za obsługę moich pieniędzy i dobrze zatroszczą się o siebie – sami.

  • @2
    Od jakiś 100 lat są ludzie którzy dobrze rozumieją co się dzieje w gospodarce. Jest ich coraz więcej ale przyrost tej wiedzy jest niezwykle wolny. Nie wiele więcej da się wymyślić w kwestiach podstawowych. W kolejnych opracowaniach rozpatrywane są kolejne przykłady zdarzeń ekonomicznych i ciągle dochodzi się do tych samych wniosków. Prowadzi mnie to do przekonania, że już wiadomo co trzeba zrobić. Nie spotykam, żadnych opracowań jak to zrobić. Jedną z propozycji jest szerzenie wiedzy. To działa, bo tak ta wiedza dotarła do mnie. Zajęło mi 2 lata na to bym przeorganizował swoje poglądy. Jestem inżynierem. Zaakceptowanie sądów prywatnych i skojarzenie obserwowanych zachowań ludzkich i swoich z czytanymi opracowaniami zajęło mi rok. Przyswajanie nowej wiedzy i nowych teorii jest czasochłonne i wymaga dużego wysiłku intelektualnego. Ten proces robi postępy ale będzie trwał latami. Dlatego sądzę, że można posunąć sprawy do przodu gdy wykorzysta się istniejące systemy. Jestem zdania, że łatwiej jest przekonać ludzi do przyjęcia, proponowanej przez Pana koncepcji „prywatnego państwa” przenosząc to na przykład działania spółki, gdzie decyzje podejmują właściciele kapitału, a nie pracownicy. Stad wykorzystując ogólna niechęć do biurokracji i polityków oraz ogólne, słuszne przekonanie, o ich pasożytniczym charakterze, widzę szansę na powstanie takiej siły politycznej. Jasne jest, że teraz w sejmie nie ma zwolenników takich rozwiązań. W pamięci mam jednak ponad 50% ludzi, którzy nie biorą udziału w głosowaniach. Sadzę, że jakaś część z tej grupy mogła by być zainteresowana takim projektem. Sam nie głosuje bo nie interesuje mnie wybór miedzy partią, która proponuje bankructwo w ten piątek, a inną „liberalną”, która proponuje bankructwo przyszłym miesiącu. W nowym układzie straciła by sens „kiełbasa wyborcza”. Nowi politycy musieli by przekonywać do siebie tych, którzy dają, a nie tych, którzy chcą coś mieć za darmo.
    PS.
    Komentarz #3 daje pogląd ile jest jeszcze do zrobienia drogą edukacyjną.

  • ‚Żadnego podatku nie można przerzucić w przód.’ – hmmm, nie zgadzam się z tym wierdzeniem, wielokrotnie byłem świadkiem działania takiego mechanizmu w skali mikro (ostatnio – po wprowadzeniu kas fiskalnych w prywatnych gabinetach lekarskich)
    może winno być:’Żadnego podatku nie można przerzucić w przód w warunkach konkurencji doskonałej’. W przy[padku niedoskonałej konkurencji zawsze część będzie przerzucona na konsumenta fionalnego

  • Prywatyzacja państwa? To kto będzie płacił np. za politykę zagraniczną i wojsko?

  • @Qba
    a może w ocenie ludzi to nie będzie potrzebne więc nikt nie będzie za to płacił?

  • @Rankin, czy ja mówię,że państwo daje te 4000? W żadnym wypadku! Państwo zabrało je wielokrotnie od wszystkich. Czy Twoim zdaniem uczciwe jest zatem to, że mimo, iż wiekszość ludzi zapłaciła już dawno w podatkach te 4000 zł, to teraz odmówisz im tego świadczenia? Jeśli Państwo chce zabrać to świadczenie, to najpierw powinno wszystkim pracującym przekazać do ich rąk te 4000 zł. Oddać po prostu. Autor mówi o cięciach podatków. Super! Ale żyjemy w realnym świecie, więc pytam: Czy jeśli rząd zlikwiduje zasiłek pogrzebowy i przestanie opłacać za poród osób nieubezpieczonych, to czy jednocześnie o taką kwotę zmiejszy podatki? hciałbym to zobaczyć. Jeśli ktoś umrze nie pozostawiwszy pieniedzy na swój pochówek, to jest JEGO problem? Jemu już to jest obojętne, ale to my musimy zatroszczyć się o to, aby pozbyć się zwłok, dla naszego bezpieczeństwa (polecam analizę śreniowiecznych zaraz w całej Europie). Autor mówi o cięciach podatków. Jestem za mniejszeniem administracji i cięciem podatków, ale czy należy zabrać najpierw tym, którym zabrać najłatwiej, czy też wziąć sie za porządną reformę. Bo oszczędzić grosze (jakim są te świadczenia w stosunku do całych wydatkow publicznych) a przepuszczać miliardy, nie świadczy ro rozsądku. Ciąć wydatki to nie znaczy dać małpie brzytwę.

  • Prawo głosowania powinno przysługiwać tylko tym którzy doczytali artykuł do końca 😉 Nie mówiąc o jego zrozumieniu.

    Inną znaną propozycją jest konieczność płacenia podatków osobiście. Każdy co miesiąc zanosiłby pieniądze do US. Społeczeństwo szybko zostałoby wyedukowane.

    Przydałby się zakaz zadłużania bużetu państwa i do kompletu stabilny pieniądz (brak baniek kredytowych). Więcej już nie oczekuję…

  • @12
    Zasiłek pogrzebowy finansowany jest w całości z długu. Teraz trzeba zabrać zasilek pogrzebowy, podatki zostawić na tym samym poziomie i długi oddać. Tak jest dobrze?

  • @ 8:
    Mój komentarz dotyczył jedynie propozycji natury ekonomicznej, a nie politycznej. Te akurat zmiany, niezależnie od tego, czy przeprowadziłby je premier Jan Kowalski, czy grupa urzędników przestraszona wrogimi wobec nich nastrojami, miałyby pozytywne skutki. Czego o bardzo pomyśle zmian ordynacji powiedzieć nie mogę – po prostu generalizacja w tym przypadku wydaje mi się błędem.
    Co do „przesunięcia wiedzy naprzód”, to istnieje tu wiele rozmaitych sposobów. Musi istnieć wola konkretnych osób w konkretnych miejscach, aby dokonać takiej zmiany. Mogą to być sami biurokraci, którzy odczytują bieżącą strukturę zależności w społecznościach urzędniczej i pozaurzędniczej i np. dochodzą do wniosku, że zmiany są niezbędne dla ich przetrwania. Z drugiej strony, rzecz jasna, możliwe są wielkie zmiany dyktowane modami i nastrojami, czy też szeroko pojętą kulturą, ale w systemach społecznych opartych na zapisach prawa to ich rozumienie, egzekucja i sformułowanie pozostanie kluczowe. Pozytywne zmiany gospodarcze są więc możliwe, ale na konkretne przemiany radzę patrzeć z perspektywy indywidualizmu metodologicznego, czyli takich konkretnych zapisów i ich otoczenia instytucjonalnego. Trudno mi po prostu sobie wyobrazić, jak bardzo niekonkretna zmiana ordynacji wyborczej miałaby posunąć sprawy do przodu (o tym, jak miałaby zostać osiągnięta, nie wspomnę). Nagłe masowe „dostrzeżenie” przez ludzi, że im się zabiera podatki, i zmiana preferencji wyborczych (i przeniesienie głosów na kogo?), to wnioski w mojej ocenie mocno niewiarygodne. Równie dobrze taka zmiana mogłaby spowodować większą skłonność do zawiści między dwiema wyróżnionymi grupami. A na zawiści biurokraci mogą pięknie budować uzasadnienia nowych podatków i regulacji.

  • @ 12:
    Przy rozpatrywaniu kłopotów etycznych pomaga skrupulatne zdefiniowanie i trzymanie się zasad etycznych, zamiast ulegania emocjom.
    Proszę przyjrzeć się temu, co Pan mówi. Otóż dyskutuje Pan o tym, czy państwo powinno opłacać świadczenia socjalne, nieprawdaż?
    Powiem, może ku Pańskiemu zdumieniu, że uważam, iż państwo może takie rzeczy opłacać, jeśli uczciwie zdobędzie na to pieniądze (zarobi, otrzyma darowiznę, etc.). To samo stwierdziłem w swoim tekście. Czyli na powierzchni się zgadzamy.
    Ale jednocześnie wplątuje Pan w swoją argumentację dodatkowy czynnik: wcześniej Panu ukradziono coś w podatkach. Stąd wysnuwa Pan wniosek, że te socjalne wydatki państwa się Panu należą jako zwrot podatku.
    Miesza Pan dwa byty. Złą rzeczą nie jest wypłata świadczenia, tylko ukradzenie komuś pieniędzy. Zgadzamy się? Jeśli tak, to czy nie prościej byłoby zakazać kradzieży i nakazać zwrot (wyrokiem sądowym) z majątku państwa? Dlaczego zdaje się Pan twierdzić, że następujący schemat jest etycznie poprawny:
    A kradnie pieniądze (nazwijmy je a1) należące do B i wydaje je na bzdury. Następnie, aby zwrócić B jego ukradziony majątek, okrada go ponownie (a2), aby oddać te poprzednio ukradzione (a1). Aby oddać a2, kradnie a3. Potem, żeby oddać a3, kradnie a4. (…). Aby oddać an, kradnie a(n+1), gdzie n to liczba naturalna. Pragnę Panu powiedzieć, że n zmierza sobie wesoło do nieskończoności. Czy chce Pan być okradany w nieskończoność tylko dlatego, że chce Pan otrzymywać w nieskończoność zwrot poprzednio ukradzionej kwoty? To już moje wyjście – zaprzestanie kradzieży – wydaje mi się sensowniejsze.

  • @15
    Tu na tej stronie, w jednym z artykułów przeczytałem, że społeczeństwa dzielą się na dwie klasy. Tych, którzy płaca podatki i tych, którzy z nich żyją. Zgadzam się z tym twierdzeniem. Zaproponowałem by ci, którzy żyją z podatków nie zasłaniali się demokracją by w coraz większym stopniu wykorzystywać tych pierwszych.
    Doskonale rozumiem, ze artykuł był ekonomiczny i nie miał ambicji rozwiązań politycznych. Nie robię, żadnych zarzutów. Skorzystałem tylko z dobrej sposobności by skonfrontować swój pomysł. W życiu wcześnie się dowiedziałem, że ludźmi kierują tylko własne przez nich zdefiniowane korzyści. Po lekturze między innymi tej strony uzmysłowiłem sobie, że to jest jedyna ludzka motywacja, na której bezgranicznie można polegać. Żadne apele o rozsądne zachowanie nie maja sensu. Ludzie zawsze robią to co im się, ich zdaniem, najbardziej opłaca. Żywotnym interesem żyjących z podatków jest utrzymywanie tego stanu rzeczy. Cały czas idzie tylko gra o znalezienie takiego ich poziomu by nie wywołać Rewolucji Francuskiej czy Październikowej bądź by nie zagłodzić dawców.
    Usuniecie biorców od decyzji da się łatwo wytłumaczyć, wykorzystując również bieżące emocje i zdaje się to krok w dobrą stronę. Nawet gdyby w rozstrzygnięciach się nic nie zmieniło i socjalizm zostałby na tym samym poziomie, to pasożyty nabrały by szacunku do dawców. Przestały by traktować podatników jak hodowlę.
    Od poczęcia do śmierci wszystko jest regulowane. Wypełnia to z nawiązka definicję hodowli trzody chlewnej czy kur niosek.

  • @16
    Proszę Pana, w komentarzu @12 chodziło mi właśnie o przerysowanie argumentów z @7. Wcale nie chcę zwrotu zabranego mi już przez Państwo majątku (bo i tak to niemożliwe, więc nie ma co nad tym dywagować). Po prostu szukam argumentów, które w dyskusje o „złych urzędnikach” i dobrych pracodawcach wprowadzą trochę inne spojrzenie. Ekonomia rządzi nami wszystkimi, ale czy zawsze pieniądz jest najważniejszy? Kto ma rodzinę, wie, o co mi chodzi.

    Problemy, ktore widzę od jakiegoś czasu w części artykułów i zdecydowanej większości komentatorów na tej stronie i im pokrewnych, są dwa. Jeśli Pan pozwoli to teraz, niekoniecznie w kolejności ważności, je wymienię (zwacam uwagę też, że nie mam monopolu na prawdę i mogę się mylić)

    1. Urzędnik a gospodarka rynkowa – to nie jest właściwe przeciwstawienie, bo może kasta urzędnicza rośnie i ma się dobrze, ale ona sama swoich miejsc pracy nie tworzy. Zrzucenie całej winy na urzędników zasłania prawdziwych winowajców. To rząd i w naszym przypadku parlament tworzy prawo. Prawo na tyle źle skonstruowane, że potem rzeczywiście muszą do niego powstać skomplikowane przepisy wykonawcze. Problem jest w tworzeniu prawa. W parlamencie.

    2. Drugim problemem jest brak pojęcia własności społecznej. Wiem, że brzmi to strasznie, ale jest coś takiego jak własność społeczna. Postaram się wytłumaczyć. Mamy w mieście (jakimś wiekszym) wodociagi i kanalizację oraz drogi. Czy możemy je sprywatyzować? Wiem, że dużo ludzi przyklaśnie temu pomysłowi, bo wolny rynek i konkurencja… Ale czy można w mieście zrobić konkurencyjną sieć wodociągową? Może. A sieć kanalizacyjną? Miasto, to nie tylko to, co widać, ale i kilometry instalacji podziemnej. Konkurencyjna miałaby być na poziomie kopalni? Drogi. Jeśli sprywatyzujemy drogi prowadzące do Pana domu i ustali ktoś Panu kwotę 100 zł za przejazd, to co mu Pan zrobi? Zbojkotuje drogę? Kupi helikopter? Właśnie po to, aby nie dochodziło to takich sytuacji pewnie zadania w społeczeństwie oraz pewne dobra są własnością społeczną. Zarządzaną na razie przy pomocy rządu. Przyznaję, źle zarządzaną, przy marnotrawieniu środków itd. Jestem za zmianą zarzadzania, uspołecznieniem tych zadań, ale usunięcie kontroli społecznej (choćby znikomej w postaci wyborów) może wprowadzić monopol na usługę, dla której nie ma alternatywy. Ci, co dostaną się do monopolu, będą ciągnąć zyski. Do czasu rewolucji. Tylko nie o to chyba nam chodzi. Prywatyzujmy wszystko, co może mieć konkurencję, tak, aby ludzie mogli mieć wolność wyboru, a nie odwrotnie.

    Rząd działa źle. Oboje to przyznajemy. Rząd powiniem być mniejszy, administracja zmniejszona do minimum. Ale pewnych zadań nie można zlikwidować. Albo inaczej, można, ale wtedy zaprzeczymy całemu naszemu dorobkowi kulturowemu. Śmierć i narodzenie. Każdemu człowiekowi zapewniamy godny pochówek. Tak samo, jak każdej kobiecie w ciąży zapewniamy darmową opiekę zdrowotną i darmowy poród, niezależnie czy jest ubezpieczona, czy nie. Nie dla tej kobiety, tylko dla nowego człowieka, który pojawi się w naszym społeczeństwie. Tak naprawdę to bardzo niewiele. To, że świadczenia te finansowane są przez Państwo nie oznacza, że są złe. Gdyby nie przez Państwo, pewnie powstałyby fundacje, które by robiły to samo. Koszty byłyby podobne, bo koszty administracyjne przy tych egalitarnych zasiłkach są niewielkie. I tak jak pisałem w pierwszym komentarzu, pogrzeb nie jest problemem tego, który umarł, tylko społeczeństwa, które musi coś zrobić ze zwłokami. To nie problem rządu, ani prywatnej osoby, tylko społeczneństwa, które do pewnych działań posługuje się na razie rządem.

    Czy w imię ekonomii mamy się stać zwierzętami, bo nawet „barbarzyńcy” 2000 lat temu na naszych ziemiach chowali zmarłych swojego plemienia niezależnie od ich statusu.

    Wiem, że jestem tutaj głosem wołającego na puszczy.

  • @8

    Masz 100% racji. Liczba osób interesujących się ekonomią rośnie i to całkiem szybko. Wokół mnie narosło 5 w ostatnim roku, z którymi można poważnie podyskutować o wielu zagadnieniach. Trzeba mieć też na uwadze, że z ekonomią w parze idzie polityka i zmiany muszą nastąpić od tej strony.

    Prosty przykład na zwiększenie miejsc pracy i ożywienie gospodarki – http://www.youtube.com/watch?v=UXaTJfIjJeQ&feature=youtu.be

    ;]

  • @Balcerek
    Owszem, najwyżej najedzie wtedy nas inne państwo, zaprowadzi swoje warunki i płaczom o utraconej wolności nie będzie końca. Czy libertarianie w swoich marzeniach nie posuwają się za daleko i nie uciekają od rzeczywistości? Państwo to zło, ale zło konieczne.

  • @Qba
    szczerze mówiąc to nie robi mi różnicy które państwo będzie mnie okupować, polskie, niemieckie czy rosyjskie.
    po za tym są państwa które nie mają armii i jakoś nikt je nie napada.

  • @Balcerek
    Owszem, bo w końcu co to za łup np. banany. ZSRR też pewnie nie zrobiłby różnicy…

  • @Balcerek

    A mi robi różnicę. Bo rosyjskie albo niemieckie może zażądać, żebym mówił po niemiecku albo rosyjsku.
    Tu, na tym terenie. Albo przywiozą tu swoich (najsłabszych) urzędników, a w takiej roli z nawiezionymi (najsłabszymi tam) managierami z zagranicy już pracowałem. Nic przyjemnego.

  • @grudge

    No i?
    Bo jakoś się ten skecz Górskiego nie odnosi do znanej z historii rusyfikacji ani germanizacji.

  • Ad 25 Krzysiek
    To, że przeceniasz fakt płacenia haraczu akurat Polakom. Dumą narodową się nie najesz ani nie ogrzejesz. Zresztą ostatnio Pan Gwiazdowski miał bardzo dobry wpis na blogu na ten temat.

  • @18:
    Zauważa Pan, że państwo nie funkcjonuje jak należy. Uważam, czemu dałem wyraz w swoim komentarzu, że problem jest natury systemowej, a nie incydentalnej. Jak napisałem, nie chcę likwidacji państwa. Chcę jedynie likwidacji monopolistycznego charakteru tej organizacji.
    Różnica między moimi i Pańskimi poglądami sprowadza się moim zdaniem do tego, że ja nie sądzę, aby organizacje i formy organizacyjne potrzebne społeczeństwu musiały na wolnym rynku przegrać. Nie uważam, aby ludzie nie mogli się w warunkach dobrowolności organizować i współdziałać tam, gdzie jest to opłacalne i tym właśnie ludziom potrzebne.
    Jeśli społeczność mieszkająca na danych kilku ulicach boi się, że sąsiad nagle podniesie ceny, może zorganizować firmę, której będą akcjonariuszami, a która te kilka ulic wykupi. Nie wiemy oczywiście, czy nie będzie to wyglądać inaczej – w tej chwili w Polsce powstają drogi prywatne (co ciekawe, budowa trwa błyskawicznie i nie ma problemów z podwykonawcami), a budują je np. supermarkety, które chcą, żeby klienci do nich łatwo trafili. Czy żądają astronomicznych opłat za przejazd? Nie – drogi te są „darmowe”, bo dany sklep chce, aby klienci dojechali na miejsce. Tego typu kwestie naprawdę można rozwiązać za pomocą samoorganizacji ludzi zainteresowanych, lub przez działania przedsiębiorców zainteresowanych dobrobytem ich klientów.
    Ja tylko chciałbym, aby państwo tej sfery nie zawłaszczało kompletnie, uniemożliwiając konkurencji działań. Zauważmy, że w wielu dziedzinach mimo wykorzystywania monopolistycznej pozycji działa aktywnie, na ile to możliwe, prywatna konkurencja. Dajmy na to w dziedzinie pomocy społecznej mamy prywatne organizacje, np. Caritas. W USA takich organizacji tworzonych przez lokalne społeczności jest multum, bo państwo nie zawłaszczyło tam jeszcze całej sfery aktywności publicznej.
    Żaden z komentatorów IM nie twierdzi, że podejście (wolno)rynkowe oznacza zakaz organizowania się ludzi. Wręcz przeciwnie – państwo jest wielką przeszkodą na drodze ludzi do stanowienia o własnym życiu społecznym – z prawem do budowania więzi społecznych opartych na wolnym wyborze i odpowiedzialności za swoją własność i jej otoczenie w szczególności.

  • @18:
    W przypadku prywatyzacji dróg i tak pierwotne prawa użytkowania, należące do mieszkańców nieruchomości, nie mogą być zawieszone.
    Był tu artykuł o tym:
    http://mises.pl/blog/2011/09/12/hoppe-o-wlasnosci-prywatnej-wspolnej-i-publicznej-z-uzasadnieniem-calkowitej-prywatyzacji/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • google
  • facebook
  • twitter
  • youtube
Zapisz się na newsletter:

Wybierz listę(y):

Cytat:
  • Jeśli ktoś walczy o wolny rynek i wolną konkurencję, nie staje w obronie tych, którzy są już bogaci, lecz zabiega o swobodę działania dla anonimowych ludzi, którzy niebawem zostaną przedsiębiorcami, a ich pomysłowość sprawi, że życie przyszłych pokoleń stanie się lżejsze. Ludwig von Mises
Mecenasi
Wspieraj Nas>>
W kwietniu wsparli nas:
Pan Wojciech Bielecki
Pan Rafał Boniecki
Pani Dominika Buczek
Pani Julia Bula
Pan Marcin Dabkus
Pan Michał Dębowski
Pan Paweł Drożniak
Pan Dariusz Dziadkowski
Pan Maciej Gorzelak
Pan Stanisław Gruszka
Pan Jarosław Grycz
Pan Adrian Grzemski
Pan Maciej Grzymkowski
Państwo Paulina i Przemysław Hys
Pan Miłosz Janas
Pan Łukasz Jasiński
Pan Dominik Jaskulski
Pan Paweł Jegor
Pan Tomasz Jetka
Pan Gustaw Jokiel
Pan Dominik Jureczko
Pan Paweł Jurewicz
Pan Jan Kłosiński
Pan Jan Kochman
Pan Kamil Kopeć
Pan Andrzej Koźlik
Pan Jacek Kubica
Pan Wojciech Kukla
Pan Jerzy Kustowski
Pan Stanisław Kwiatkowski
Pan Tomasz Malinowski
Pan Miłosz Mazurkiewicz
Pani Magdalena Moroń
Pan Marcin Moroń
Pan Piotr Musielak
Pan Maksym Mydłowski
Pan Tomasz Netczuk
Pan Filip Nowicki
Pani Karolina Olszańska
Pan Zbigniew Ostrowski
Pan Rafał Parol
Pan Mikołaj Pisarski
Pani Agnieszka Płonka
Pan Bartłomiej Podolski
Pan Paweł Pokrywka
Pan Michał Puszkarczuk
Pan Jakub Sabała
Pan Adam Skrodzki
Pan Michał Sobczak
Pan Radosław Sobieś
Pan Piotr Sowiński
Pan Łukasz Szostak
Pan Franciszek Szterleja
Pan Michał Szymanek
Pan Szymon Truszczyński
Pan Krzysztof Turowski
Pan Jan Tyszkiewicz
Pani Anna Wajs
Pan Adam Wasielewski
Pan Karol Więckowski
Pan Waldemar Wilczyński
Pan Jakub Wołoszyn
Pan Karol Zdybel
Pan Dawid Żabiński
Speednet
Łącznie otrzymaliśmy 7 451,48 zł . Dziękujemy wszystkim Darczyńcom!
Znajdź się na liście>>
Lista mecenasów>>