Przedstawiamy fragment książki Ekonomia w jednej lekcji Henry’ego Hazlitta. Ta ponadczasowa, bestsellerowa książka ukaże się w październiku nakładem wydawnictwa Instytutu Misesa w nowej, poprawionej względem poprzednich wydań wersji.

Wydaniu książki towarzyszy projekt Sprzątamy ekonomiczne mity!, w ramach którego promujemy w środowisku szkolnym i akademickim Ekonomię w jednej lekcji i rozsyłamy nieodpłatnie egzemplarze do szkół, bibliotek i instytucji edukacyjnych w Polsce, tak aby jak najwięcej uczniów, studentów i nauczycieli mogło zapoznać się z myślą Hazlitta.

Serdecznie zachęcamy do wsparcia: http://mises.pl/projekty/sprzatamy-ekonomiczne-mity/. To Darczyńcy decydują, gdzie wyślemy książki. Indywidualnym Darczyńcom i firmom dziękujemy na pierwszych stronach książki.


 

Henry Hazlitt, Ekonomia w jednej lekcji
Rozdział XIX – Ustawowe płace minimalne

 

Posłuchaj wersji audio (mp3, 9,4MB): Hazlitt – rozdział XIX

1

Zobaczyliśmy już niektóre ze szkodliwych skutków, jakie wywołuje rząd, próbując w sposób arbitralny podnieść ceny wybranych towarów. Tego samego rodzaju szkodliwe skutki wynikają z prób ustawowego podniesienia płac minimalnych. Nie powinno to dziwić – płaca jest w istocie ceną. Niefortunnie dla jasności ekonomicznego myślenia, cena pracy otrzymała całkiem odmienną nazwę niż inne ceny. Z tego powodu większość ludzi nie może zrozumieć, że cenami i płacami rządzą te same prawa.

O pracy myśli się w sposób tak emocjonalny i tak wykrzywiony przez politykę, że w przeważającej części dotyczących jej dyskusji lekceważy się najbardziej oczywiste zasady. Ludzie, którzy pierwsi zaprzeczyliby twierdzeniu, że można doprowadzić do koniunktury, sztucznie podnosząc ceny, którzy jako pierwsi podkreślaliby, że ustawowe ceny minimalne mogą być najszkodliwsze dla tych właśnie przemysłów, jakim miały pomóc, będą się jednak opowiadać za wprowadzeniem płacy minimalnej i bez wahania potępiać jej przeciwników.

Tymczasem powinno być jasne, że ustawodawstwo dotyczące płac minimalnych ma w najlepszym wypadku tylko ograniczoną skuteczność w walce ze złem, jakim są niskie płace, i że dobro, które można dzięki niemu osiągnąć, będzie przekraczać szkody tylko wtedy, kiedy cele tego ustawodawstwa są umiarkowane. Im jest ono ambitniejsze, im większą liczbę pracowników usiłuje objąć, im bardziej chce podnieść ich płace, tym pewniejsze jest, że szkodliwe skutki przeważą nad dobrymi.

Przypuśćmy na przykład, że przeprowadzono ustawę zabraniającą wypłacania pracownikom mniej niż 106 dolarów za 40-godzinny tydzień pracy. Pierwszy rezultat jest taki, że ci wszyscy, których praca ma dla pracodawcy wartość mniejszą niż 106 dolarów, w ogóle nie znajdują zatrudnienia. Nie można sprawić, by praca osiągnęła daną wartość, uznając za nielegalne wszelkie oferty niższej płacy. W ten sposób można jedynie pozbawić człowieka możliwości zarabiania takiej ilości pieniędzy, na jaką pozwalają jego umiejętności i sytuacja, w której się znajduje. Jednocześnie pozbawia się społeczeństwo nawet tych skromnych usług, jakie zdolny jest dostarczyć. Krótko mówiąc, niskie płace zastępuje się bezrobociem. Wszędzie wywołuje się szkody, ewentualne zyski są zaś nieznaczne.

Jedynym wyjątkiem jest sytuacja, w której jakaś grupa pracowników otrzymuje płacę rzeczywiście niższą od wartości rynkowej. Może się to zdarzyć jedynie w rzadkich i specjalnych okolicznościach albo lokalnie, gdy siły konkurencji nie działają w sposób swobodny czy odpowiedni; ale w niemal wszystkich tych szczególnych przypadkach znaleźć można rozwiązanie równie skuteczne, elastyczniejsze i zagrażające daleko mniejszymi szkodami – jest nim działalność związków zawodowych.

Niekiedy uważa się, że jeśli prawo zmusi do wypłacania wyższych wynagrodzeń w danym przemyśle, będzie on mógł nałożyć wyższe ceny na swoje produkty, tak że ciężar wyższych płac po prostu przesunie się na konsumentów. Niełatwo jednak dokonać tego rodzaju przesunięć; nie są też tak łatwe do uniknięcia skutki sztucznego podnoszenia płac. Wyższa cena za produkt niekoniecznie będzie możliwa do uzyskania; może ona po prostu skłonić konsumentów do nabywania produktów importowanych lub substytutów albo – jeśli konsumenci nadal kupować będą produkt przemysłu, w którym nastąpił wzrost cen – wyższa cena spowoduje, że zakupy się zmniejszą. Zatem podczas gdy niektórzy pracownicy w danym przemyśle będą korzystać z wyższych płac, inni zostaną całkowicie pozbawieni pracy. Jeśli natomiast cena produktu nie wzrośnie, najmniej wydajni producenci w tym przemyśle będą wypadać z rynku; w ten sposób także dojdzie do ograniczenia produkcji i postępującego za nim bezrobocia.

Gdy wskazuje się na tego rodzaju konsekwencje, niektórzy odpowiadają: „W porządku; skoro przemysł X może istnieć tylko wtedy, kiedy wypłaca głodowe płace, równie dobrze może w ogóle przestać istnieć, zmuszony do tego płacami minimalnymi”. Ta śmiała wypowiedź nie uwzględnia rzeczywistości. Nie uwzględnia przede wszystkim tego, że konsumenci ucierpią z powodu braku dóbr. Poza tym nie można zapominać, że oznacza to skazanie na bezrobocie ludzi pracujących w danym przemyśle. Wreszcie trzeba zaznaczyć, że płace w przemyśle X, choćby nawet złe, były najlepsze spośród możliwości, jakie widzieli dla siebie zatrudnieni tam pracownicy – w przeciwnym razie poszliby do innej pracy. Zatem jeśli w wyniku ustawowych płac minimalnych przemysł X upadnie, zatrudnieni w nim wcześniej pracownicy zmuszeni będą korzystać z możliwości, które poprzednio uznawali za mniej atrakcyjne. Wzrośnie więc konkurencja o pracę, przez co obniżą się płace nawet w tych alternatywnych miejscach zatrudnienia. Nie da się uniknąć wniosku, że płace minimalne powiększają bezrobocie.

2

Niemały kłopot pojawia się także w wyniku programu zasiłków, którego celem ma być pomoc ludziom dotkniętym bezrobociem wywołanym przez ustawowe płace minimalne. Ustalając płacę minimalną na poziomie na przykład 2,65 dolara za godzinę, zakazujemy pracy przez 40 godzin w tygodniu za mniej niż 106 dolarów. Załóżmy teraz, że oferujemy jedynie 70 dolarów tygodniowo jako zasiłek. Oznacza to, że zakazujemy komuś pracować z pożytkiem za na przykład 90 dolarów tygodniowo – po to, by za 70 dolarów utrzymać go w stanie bezczynności. Pozbawiamy społeczeństwo wartości jego usług. Pozbawiamy człowieka niezależności i szacunku dla samego siebie, jakich dostarcza utrzymywanie się – choćby na niskim poziomie – z własnej pracy oraz wykonywanie potrzebnej pracy; pozbawiamy go ich, ponieważ obniżamy wartość tego, co człowiek może osiągnąć własnym wysiłkiem.

Te skutki następują zawsze, gdy tygodniowy zasiłek jest choćby o centa niższy niż 106 dolarów. Jednak im bardziej go podwyższamy, tym bardziej pogarszamy sytuację pod innymi względami. Jeśli oferujemy 106 dolarów zasiłku, proponujemy wielu ludziom dokładnie tyle samo za powstrzymywanie się od pracy, ile za pracę. Co więcej, niezależnie od tego, ile wynosi kwota zasiłku, tworzymy sytuację, w której ludzie pracują jedynie za różnicę pomiędzy płacą a zasiłkiem. Jeśli zasiłek wynosi na przykład 106 dolarów tygodniowo, to od pracowników, którym oferuje się 2,75 dolara za godzinę, żąda się w istocie (a oni zdają sobie z tego sprawę), by pracowali jedynie za 4 dolary tygodniowo – bowiem resztę mogą uzyskać, nie robiąc nic.

Można by pomyśleć, że da się uniknąć tych konsekwencji, oferując „zasiłek w pracy” zamiast „zasiłku w domu”; jednak w ten sposób zmieniamy jedynie ich charakter. Zasiłek w pracy oznacza, że tym, którzy z niego korzystają, płacimy więcej, niż za ich wysiłki zapłaciłby im wolny rynek. Zatem tylko część płaco-zasiłku zawdzięczają pracy; reszta jest ukrytą jałmużną.

Trzeba też podkreślić, że rządowe programy zwiększające liczbę miejsc pracy są w nieunikniony sposób niewydajne, a ich użyteczność – wątpliwa. Rząd musi wymyślić przedsięwzięcia, które pozwolą zatrudnić najmniej wykwalifikowanych. Nie może zacząć uczyć ludzi stolarki, kamieniarstwa i tym podobnych – ze względu na obawę, że staną się konkurencją dla tych, którzy już te umiejętności posiadają, co wywoła sprzeciwy ze strony istniejących związków zawodowych. Chociaż tego nie zalecam, przypuszczalnie byłoby na ogół mniej szkodliwe, gdyby rząd w pierwszym rzędzie otwarcie subsydiował płace najmniej zarabiających pracowników tam, gdzie już pracują. To jednak mogłoby wywołać swoistego rodzaju polityczne problemy.

Nie będziemy dalej zgłębiać tego zagadnienia, ponieważ doprowadziłoby to nas do kwestii niezwiązanych bezpośrednio z głównym tematem. Trzeba jednak pamiętać o skutkach zasiłków i trudnościach, jakie się z nimi wiążą, gdy rozważamy wprowadzenie ustawowych płac minimalnych czy też wzrost minimów już ustalonych[1].

Zanim skończę temat, powinienem być może wspomnieć o innym przedstawianym argumencie na rzecz ustalania płac minimalnych. Utrzymuje się mianowicie, że w przemyśle, w którym jedna wielka firma cieszy się pozycją monopolistyczną, nie musi ona obawiać się konkurencji i może oferować płace niższe od rynkowych. Jest to sytuacja wysoce nieprawdopodobna. Tego rodzaju „monopolista” musi oferować wysokie płace w okresie powstawania, aby przyciągnąć siłę roboczą z innych gałęzi gospodarki. Następnie mógłby – teoretycznie – zaprzestać podnoszenia płac odpowiednio do wzrostu, jaki następuje w innych gałęziach, i w ten sposób doprowadzić do płac niższych niż przeciętne za pewnego rodzaju kwalifikacje. Byłoby to prawdopodobne jednak tylko wówczas, gdyby ten przemysł (czy firma) borykał się z trudnościami lub upadł; gdyby cieszył się koniunkturą lub rozwijał, nadal musiałby oferować wyższe płace, aby zwiększyć ilość siły roboczej.

Wiemy z doświadczenia, że to właśnie wielkie firmy – te, które najczęściej oskarża się o to, że korzystają z pozycji monopolistycznej – oferują najwyższe płace i najlepsze warunki pracy. Z kolei najniższe płace oferują zazwyczaj małe, walczące o przetrwanie firmy, być może borykające się z nadmierną konkurencją. Wszyscy pracodawcy muszą płacić dostatecznie wiele, by zatrzymać pracowników lub by odciągnąć ich od innych pracodawców.

 

3

Przy tym wszystkim nie zamierzamy utrzymywać, że płac nie da się podnieść w żaden sposób. Chodzi tylko o to, by wskazać, że pozornie łatwa metoda podnoszenia ich drogą wypowiedzianego przez rząd fiat[2] jest metodą najgorszą.

Trzeba podkreślić, że bardzo często reformatorów różni od tych, którzy nie chcą zaakceptować ich projektów, nie tyle większa filantropia, ile większa niecierpliwość. Problem nie polega na tym, czy chcemy, by ludziom powodziło się jak najlepiej – wśród ludzi dobrej woli taki cel można przyjąć za oczywisty. Prawdziwe pytanie dotyczy właściwych środków pozwalających urzeczywistnić to zamierzenie. Gdy próbujemy na nie odpowiedzieć, nigdy nie wolno zapominać o kilku podstawowych truizmach. Nie możemy dzielić więcej bogactwa, niż wytwarzamy. Nie możemy w długim okresie płacić wszystkim pracownikom więcej, niż wynosi wartość ich produkcji.

Najlepszym sposobem podwyższania płac jest więc zwiększanie krańcowej produktywności siły roboczej. Można to zrobić na wiele sposobów: przez wzrost akumulacji kapitału, to jest przez zwiększenie liczby maszyn, które pomagają pracownikom; przez nowe wynalazki i udoskonalenia; przez wydajniejsze zarządzanie pracodawców; przez większą pracowitość i wydajność pracowników; przez lepsze wykształcenie i szkolenie. Im więcej wytwarza pojedynczy pracownik, tym bardziej podnosi bogactwo całego społeczeństwa. Im więcej wytwarza, tym większą wartość mają jego usługi dla społeczeństwa, a tym samym dla pracodawcy. A im więcej jest wart dla pracodawcy, tym wyższą dostanie płacę. Płace realne biorą się z produkcji, a nie z dekretów rządu.

Polityka rządu powinna być zorientowana nie na nakładanie coraz większych obowiązków na pracodawców, lecz na zachęcanie do osiągania zysków, co skłania pracodawców do rozwijania działalności, inwestycji w nowsze i lepsze maszyny, pozwalające zwiększać produktywność pracowników. Krótko mówiąc: rząd powinien zachęcać do akumulacji kapitału, a nie do niej zniechęcać; dzięki temu wzrosnąć mogą zarówno zatrudnienie, jak i stawki płac.



[1] W 1938 r., gdy średnia płaca za godzinę pracy w całym przemyśle wytwórczym Stanów Zjednoczonych wynosiła około 63 centów, Kongres ustalił ustawowe minimum w wysokości jedynie 25 centów. W 1945 r., gdy średnia wzrosła do 1,02 dolara za godzinę, Kongres podniósł ustawowe minimum do 40 centów. W 1949 r., gdy średnia wzrosła do 1,40 dolara, Kongres znów podniósł minimum do 75 centów. W 1955 r., gdy średnia wzrosła do 1,88 dolara, Kongres podwyższył minimum do 1 dolara. W 1961 r., przy średniej płacy w fabrykach wynoszącej około 2,30 dolara za godzinę, minimum podniesiono do 1,15 dolara w 1961 r. i 1,25 dolara w 1963 r. Aby skrócić wyliczenie: płacę minimalną podniesiono do 1,40 dolara w 1967 r., 1,60 dolara w 1968 r., 2 dolarów w 1974 r., 2,10 dolara w 1975 r. i do 2,30 w r. 1976 (kiedy średnia płaca w sektorze prywatnym poza rolnictwem wynosiła 4,87 dolara). Następnie w 1977 r., gdy rzeczywista średnia płaca poza rolnictwem wynosiła 5,26 dolara za godzinę, płacę minimalną podwyższono do 2,65 dolara za godzinę, z klauzulą pozwalającą podnosić ją jeszcze bardziej w ciągu 3 następnych lat. Zatem gdy przeciętna średnia płaca za godzinę szła w górę, rzecznicy płac minimalnych postanawiali, że ustawowe minimum trzeba podnosić przynajmniej proporcjonalnie. Chociaż wzrost średniej rynkowej stawki płac poprzedzał akty ustawodawcze, nadal utrzymuje się mit, że to właśnie ustawodawstwo dotyczące płac minimalnych podniosło płace rynkowe.

[2] fiat (łac.) – niech się stanie (przyp. red.).

Jedna odpowiedź na „Hazlitt: Ekonomia w jednej lekcji. Rozdział XIX – Ustawowe płace minimalne”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • google
  • youtube
Zapisz się na newsletter:

Wybierz listę(y):

Cytat:
  • Debata na temat „planowania gospodarczego” nie dotyczy (…) tego, czy należy planować, czy też nie. Chodzi w niej o to, czy planowanie ma być centralne, czy planować ma jeden podmiot sprawujący władzę nad całym systemem ekonomicznym, czy też ma być podzielone pomiędzy wiele jednostek. Friedrich von Hayek
Mecenasi
Wspieraj Nas>>
W styczniu wsparli nas:
Pan Michał Basiński
Pan Wojciech Bielecki
Pan Rafał Boniecki
Pani Dominika Buczek
Pani Julia Bula
Pan Marcin Dabkus
Pan Dariusz Dziadkowski
Pan Maciej Gorzelak
Pan Jarosław Grycz
Pan Adrian Grzemski
Pan Maciej Grzymkowski
Pan Przemysław Hys
Pan Miłosz Janas
Pan Łukasz Jasiński
Pan Dominik Jaskulski
Pan Paweł Jegor
Pan Tomasz Jetka
Pan Dominik Jureczko
Pan Paweł Jurewicz
Pani Agnieszka Kaim
Pan Jan Kłosiński
Pan Jan Kochman
Pan Andrzej Koźlik
Pan Sławomir Krawczyk
Pan Mateusz Krzysztof
Pan Jacek Kubica
Pan Wojciech Kukla
Pan Stanisław Kwiatkowski
Pan Tomasz Malinowski
Pani Magdalena Moroń
Pan Marcin Moroń
Pan Piotr Musielak
Pan Maksym Mydłowski
Pan Tomasz Netczuk
Pan Filip Nowicki
Pan Piotr Oliński
Pani Karolina Olszańska
Pan Zbigniew Ostrowski
Pan Rafał Parol
Pan Mikołaj Pisarski
Pani Agnieszka Płonka
Pan Paweł Pokrywka
Pan Adam Skrodzki
Pan Michał Sobczak
Pan Radosław Sobieś
Pan Piotr Sowiński
Pan Łukasz Szostak
Pan Franciszek Szterleja
Pan Michał Szymanek
Pan Jan Tyszkiewicz
Pani Anna Wajs
Pan Adam Wasielewski
Pan Waldemar Wilczyński
Pan Jakub Wołoszyn
Pan Dominik Wojtaszek
Pan Karol Zdybel
Pan Marek Zemsta
Łącznie otrzymaliśmy 1 763,66 zł . Dziękujemy wszystkim Darczyńcom!
Znajdź się na liście>>
Lista mecenasów>>