Autor: Anthony de Jasay
Źródło: econlib.org
Tłumaczenie: Tomasz Kłosiński
Wersja PDF

Przez ostatnie dwadzieścia lat lub więcej gospodarka europejska wyglądała na zmęczoną, ospałą, nękaną chronicznym bezrobociem, a jednocześnie ze wszystkich sił starała się rozciągnąć „społeczną” siatkę bezpieczeństwa jeszcze szerzej, jeszcze wyżej. W tym samym czasie gospodarka USA wykazywała żywiołowy wzrost, prężność i wrodzoną energię. Europa była w znacznej mierze socjaldemokratyczna, USA w niewzruszony sposób kapitalistyczna. Opinie na temat zasadności obydwu podejść były głęboko podzielone — głównie dlatego, że wyrastają z niemożliwych do wykorzenienia instynktów i uczuć każdej ze stron. Ostatnio jednak dotychczas jasne rozróżnienie pomiędzy obydwoma systemami stało się bardziej rozmyte. Ameryka nabyła niezwykle kosztowny system publicznej ochrony zdrowia; interwencjonistyczną politykę monetarną, która przyprawiłaby Keynesa o rumieniec; nieubłaganie rosnący deficyt, który sprawił, że dyrektor ds. budżetu rzucił swoją pracę w rozpaczy; pełną zmowę związków zawodowych, prawników i administracji; oraz gospodarkę, która wygląda na niezdolną do reakcji na państwowy doping, pełznąc do przodu równie ociężale jak gospodarka europejska. Być może jest jeszcze na to za wcześnie, ale niektórzy obserwatorzy już twierdzą, iż USA się „zeuropeizowały”. Oba kontynenty stały się demokratyczne w tym samym sensie.

Wartościowanie i opis
Każdy poważny język czyni wystarczająco jasne rozróżnienie pomiędzy słowami, które wartościują, a słowami, które po prostu opisują. Porównajmy pary słów, które mają funkcję wartościującą, z parami pełniącymi funkcję opisową. W pierwszym zbiorze można znaleźć takie przeciwieństwa jak „dobry – zły”, „przystojny – brzydki”, „miły – niemiły”, „właściwy – niewłaściwy”, „prawdziwy – fałszywy”, „sprawiedliwy – niesprawiedliwy”. W każdej parze pierwsze słowo jest niezaprzeczalnie, w sposób oczywisty lepsze i bardziej preferowane niż drugie. Zwyczajnie nie ma sensu mówić, że „zły” jest lepszy niż „dobry”, „niemiły” bardziej nam odpowiada niż „miły”, a „fałsz” jest bardziej godny szacunku niż „prawda”. W drugim zestawie słów znajdziesz takie pary jak „podobny – niepodobny”, „duży – mały”, „wiele – mało”, „długi – krótki”, „równy – nierówny”. Pierwsze ze słów nie jest w żaden sposób bardziej wartościowe, pożądane czy godne pochwały niż drugie. Oba opisują; każda ocena, jaką im przypisujemy, wynika z pewnego kontekstu, w którym „długi” jest bardziej preferowany niż „krótki” czy vice versa. „Równy – nierówny” jest także taką parą słów, choć pewnie nie uwierzyłbyś w to, gdybyś słuchał retoryki na co dzień używanej w polityce. Tak samo jest z parą „demokratyczny-niedemokratyczny”.

Zasada maksyminu
Winston Churchill miał powiedzieć, że demokracja to najgorszy system polityczny z wyjątkiem wszystkich innych[1]. Jest to całkiem dobry aforyzm, ale raczej marna teoria decyzji. Trudno byłoby te słowa uznać za ideał racjonalności, gdyby przyjąć je jako regułę.

Istnieje wielka mnogość systemów politycznych od teokracji do technokracji, od feudalizmu do plutokracji, od dziedzicznej monarchii do populistycznych rządów motłochu, od dyktatury niewielu do demokracji. Każdy system jest w stanie wytworzyć pewien zakres dobrych i złych wyników z prawdopodobieństwem, którego możemy się tylko domyślać. Nie ma sensu mówić, że odmawiamy zgadywania przy tak niepewnych wynikach, jako że — czy zgadywaliśmy, czy nie, oraz czy zgadliśmy poprawnie, czy nie — wyniki będą takie same. Lepiej jest przynajmniej spróbować je przewidzieć, nawet jeśli nie możemy być pewni, czy nasz traf sprawdzi się, niż tracić nadzieję i w ogóle nie próbować. Być może nie trzeba dodawać, że wynik jaki dany system polityczny wytworzy nie zależy wyłącznie od samego systemu, ale i od rodzaju ludzi oraz rodzaju historycznych splotów, do których się go stosuje.

Wybierając system polityczny, wybieramy — jak by to określili znawcy teorii gier — „strategię” w grze, którą gramy „przeciwko” przeznaczeniu. Każda strategia ma na celu wyłonienie jednego z zakresu wyników: od bardzo dobrego do bardzo złego. Racjonalność — rozumiana jako zgodność z własnymi upodobaniami — wymaga od nas, abyśmy wybrali strategię, która oferuje nam najlepszą kombinację wyników ważonych ich prawdopodobieństwami.

Jedna ze znanych strategii, maksymin, odbiega od zasady racjonalności. Nie polega ona na wybraniu najlepszej kombinacji dobrych lub złych wyników, (gdzie „najlepsza” kombinacja jest z definicji bardziej pożądana niż każda inna), ale na wybraniu takiej strategii, której najgorszy możliwy wynik, jest lepszy od najgorszych możliwych wyników innych dostępnych rozwiązań. Jej nazwa, maksymin, oznacza „maksymalizację minimum”. Prowadzi nas to do strategii, której najgorszy wynik jest lepszy niż analogiczny wynik każdej innej — nie ważne, że istnieje multum innych wyników, które są znacznie lepsze niż ten. Demokracja zamyka nas bezpiecznie w masyminie. Naprawdę jest najlepszą z najgorszych możliwych.

Własność czy dzierżawa?
Przymiotnik „demokratyczny” nie jest wyrazem aprobaty, a „niedemokratyczny” nie jest wyrazem potępienia. Tak jak „równy” i „nierówny” to słowa opisujące, i każdy kto używa ich jako wartościujących jest ofiarą pułapki językowej zastawionej przez polityków, ludzi mediów i drugorzędnych naukowców w ciągu ostatniego półwiecza. Błędem jest także zrównywanie demokracji z praworządnością. Prusy pod panowaniem Fryderyka II Wielkiego, Francja pod Ludwikiem XV czy Austro-Węgry pod Franciszkiem Józefem I były niedemokratyczne i jednocześnie przestrzegały zasad praworządności.

Cały mandat władzy politycznej poza demokracją jest jak własność prywatna, która trwa, dopóki jakiś egzogeniczny czynnik jej nie zakończy. Mandat władzy w demokracji jest jak dzierżawa własności — ma wbudowaną datę wygaśnięcia, po której traci ważność i musi zostać odnowiony. Uzyskanie nowej dzierżawy jest kwestią konkurencji. Dzierżawa jest przyznawana większością głosów temu konkurentowi, który zaoferuje potencjalnej koalicji najwyższą cenę w zamian za jej poparcie. Cena zatem jest płacona przez społeczeństwo jako całość, ale w istocie przez potencjalną mniejszość. Rezultatem jest redystrybucja netto od zamożniejszych do biedniejszych, jako że taki transfer zawsze jest w stanie przelicytować odwrotny. Podstawowe mechanizmy politycznej konkurencji o dzierżawę władzy sprawiają, że demokracja ogólnie rzecz biorąc jest ze swej natury egalitarna. Ideologia promująca egalitaryzm jest konsekwencją tego mechanizmu, a nie jego przyczyną.

Na drodze do równości dochodów i bogactwa — celu, który nigdy nie zostanie osiągnięty; celu, do którego nawet na poważnie się nie dąży — rządy prześcigają się w ubarwianiu i dokarmianiu państwa opiekuńczego. Zaskakujące, że to właśnie Friedrich Hayek pochwala dalszą ekspansję państwa w tym celu: „istnieje jedynie problem, czy korzyści warte są poniesionych kosztów”[2]. W rzeczy samej, dobre pytanie. „Rząd może świadczyć (…) wiele usług, które nie pociągają za sobą przymusu, z wyjątkiem gromadzenia środków przez opodatkowanie”[3]. Rząd, powodowany presją konkurencji zawłaszcza coraz to większą część dochodu narodowego na swoje własne wydatki, pozostawia ciągle kurczącą się część do indywidualnej dyspozycji obywateli. Pozbawione odruchów buntu jednostki muszą poddać się temu, gdyż rządy większości gwarantują panowanie wyboru kolektywnego nad indywidualnym. Proces adaptacji nowych, dobrych pomysłów na „użyteczne dobra i usługi publiczne”, „z których korzyści przeważają nad kosztami”, osiąga szalony poziom, gdy zbliża się termin upływu ważności dzierżawy władzy. Można odnieść wrażenie, że gorączka wyborcza zaczyna się coraz wcześniej, a kampanie wyborcze stają się coraz większe i bardziej wszechogarniające w miarę dojrzewania demokracji. Za bezpieczeństwo systemu demokratycznego oparte na zasadzie maksymin, zapewnione przez rządy muszące stawiać czoła upływowi kadencji w regularnych odstępach, płaci się bardzo wysoką cenę. Akumulacja kapitału i inwestycje są na ogół niższe, zmiany strukturalne spotykają się z większym oporem, a deficyty budżetowe są bardziej chroniczne w demokracji niż w innych — choć nie wszystkich oczywiście — niedemokratycznych systemach. Nie trzeba wybierać tak ekstremalnych przykładów, jak porównanie Francji czy Hiszpanii do Korei, Singapuru czy  Indonezji, aby dostrzec ogólną tendencję. Demokracja wyprodukowała „model społeczny” w Europie — i ciężko pracuje, aby wyprodukować taki sam w USA — którego atrakcje są wystarczająco widoczne, ale którego koszty są ukryte lub zbyt łatwo je przypisać innym przyczynom niż samej demokracji.

Wszystko to nie wskazuje, iż powinniśmy jakimś sposobem pozbyć się demokracji i zastąpić ją cudownym „nowym ładem” wypchanym pustymi frazami i niczym więcej. Raczej sugeruje to, że demokracja nie zasługuje na otrzymywane pochwały, adorację i podziw, godne jakiegoś najwyższego dobra. Zasługuje na stałą, krytyczną analizę i opór wobec jej pełzającego przekraczania granicy, czyli dokładnie na to, jak powinno się traktować każdy inny system polityczny.

 


[1] „Wiele systemów rządów zostało wypróbowanych i wiele będzie wypróbowanych w tym świecie grzechu i niedoli. Nikt nie udaje, że demokracja jest idealna i wszechwiedząca. W rzeczy samej, mówi się, że demokracja jest najgorszą formą rządu, jeśli nie liczyć wszystkich innych form, których próbowano od czasu do czasu”. Przemówienie w Izbie Lordów, Oficjalny raport Izby Lordów (zbiór 5-ty), 11 listopada 1947, t. 444, s. 206-07.

[2] F.A. Hayek, Konstytucja wolności, Warszawa, PWN, 2006, s. 223.

[3] F.A. Hayek, New Studies In Philosophy, Politics, Economics and The History of Ideas, London, Routledge, 1978.

21 odpowiedzi na „Jasay: Najlepsza z najgorszych strategii – jaka jest cena demokracji?”

  • Wg. mnie zabrakło uzasadnienia dlaczego autor uważa, że demokracja „naprawdę jest najlepszą z najgorszych możliwych”. Co do jego krytyki się zgadzam, ale chętnie poznałbym jego argumentację na temat punktu z którego wychodzi. Zna ktoś taki tekst?
    Jeśli chodzi o nadawanie słowom opisującym znaczenia wartościującego to jest to powszechne zjawisko, w środowisku prokapitalistycznym także, np. lewicowy – prawicowy, chrześcijański – niechrześcijański (albo zielony, czerwony 🙂 ). Równie bezsensowne jak kojarzenie demokracji ze wszystkim co dobre jest podchodzenie do rozmowy z „lewakiem” z góry zakładając, że wszystko co mówi jest złe. Warto na to zwrócić uwagę.

    • Największym paradoksem całej dyskusji o demokracji wydaje się być to, że w przypadku demokracji zachodnich ich „najlepszość z najgorszości” wynika z istnienia weń w gruncie rzeczy mało demokratycznych instytucji takich jak Sąd Najwyższy, Bank Centralny, czy Konstytucja. Proszę mnie nie zrozumieć – nie pochwalam istnienia tych instytucji, ale fakt, że istnieją w ramach aparatu państwowego w „niezależny” sposób (w oderwaniu od rządu wybieranego w sumie w powszechnych wyborach) ma niebagatelne znaczenie.

      Innymi słowy te „lepsze demokracje”, to takie, gdzie władza jest ograniczona pewnymi instytucjami, które oderwane są od powszechnych wyborów. Te „gorsze demokracje” są tam, gdzie praktycznie wszystko jest poddane powszechnym wyborom. Paradoks, nieprawdaż?

      • Ciekawe spostrzeżenie, aczkolwiek wg mnie błędne. Zauważ proszę, że demokracja nie polega na tym, że wszystkie decyzje podejmuje się większością głosów – absolutnie nie. Demokracja polega na tym, że prawo ustanawia się poprzez głosy większości. W danym państwie możliwy byłby całkowity brak głosowań w ciągu np. danego roku co nie znaczy, że jest ono mniej demokratyczne od państwa gdzie przegłosowuje się dziesiątki ustaw dziennie – po prostu nikt nie odczuwa potrzeby zmiany bądź uzupełnienia wcześniej przegłosowanego prawa. Decyzje np. Sądu Najwyższego nie są prawem (oczywiście oprócz państw gdzie obowiązuje common law, które rzeczywiście z demokracją ma niewiele wspólnego). Podobnie decyzje banku centralnego nie są prawem sensu stricto – mogą one być podejmowane tylko dlatego, że tę instytucję ustanowiono i nadano jej te przywileje (gdzie samo ustanowienie prawa było demokratycznym procesem). Podsumowując – demokratyczne jest wszystko co powstało na drodze demokratycznej legislacji. Co do Twojego końcowego wniosku z grubsza się zgadzam – ale te „lepsze demokracje” nie są w żaden sposób mniej demokratyczne od tych „gorszych” – nie jest to więc w żaden sposób dobra metoda krytykowania demokracji jako takiej. Wg mnie krytyka demokracji powinna skupiać się jedynie na samym procesie demokratycznego stanowienia prawa, każda inna droga to ślepy zaułek.

        • Tu oczywiście wszystko rozbija się o definicję „demokracji”. Bo można się spierać np. czy instytucje, które wymieniłem są „niedemokratyczne”. Jeden powie, że są (konstytucja jest zatwierdzona w referendum, a ustawy są uchwalane przez przedstawicieli). Inny powie, że nie (bo są wyłączone poza proces demokratyczny). W ten sposób można w sumie przeciągać tego kija raz w jedną, a raz w drugą stronę. Dyktator Pinochet został uznany w referendum, czy to już demokracja czy jeszcze nie? Hitler wygrał wybory demokratyczne na wywrotowych hasłach, które potem realizował. Obalił istniejący demokratyczny porządek prawny, ale za poparciem większości.
          Pytanie więc brzmi, jak rozumieć demokrację? O „prawie stanowi większość” to dobrze brzmiąca teza, ale dosyć mglista, kiedy zejdziemy do praktyki. Wielu populistycznych krytyków banku centralnego wysuwa zasadne argumenty, że instytucja jest „niedemokratyczna”, ponieważ jest wyłączona z bieżącego procesu demokratycznego (takiego, w jaki włączony jest rząd). Bank centralny bardziej demokratyczny to byłby taki, który jest ministerstwem, bo wtedy społeczeństwo może wywierać nań większą presję. Podobnie jak opozycja. A tak prezes banku jest w zasadzie niezależny od mechanizmów typowo demokratycznych.
          Podobne kontrowersje dotyczą UE. Czy jest to demokratyczna instytucja? Komisja Europejska ma władzę dosyć mocno oderwaną od mechanizmów typowych dla demokracji zachodniej (o Europejskim Banku Centralnym nie wspominając). Pan by powiedział, że to jest dalej demokracja, ponieważ kiedyś 56% ludzi postawiło krzyżyk na papierku za wejściem do UE?

          • Oczywiście – to kwestia definicji, istnieją jednak definicje poprawne i przydatne oraz zaciemniające obraz. W swojej wypowiedzi próbowałem przedstawić taka użyteczną definicję. Przede wszystkim mam na myśli demokracje jako ustrój a nie sposób podejmowania decyzji. Żeby definicja była użyteczna musi być ścisła, a widzę że Pan nie potrafi określić wyraźnej granicy demokracji (musiał Pan przecież jakąś definicję przyjąć, chociażby nieświadomie, pisząc swój komentarz).
            U mnie definicja i granica jest dokładnie określona – demokracja to ustrój, w którym prawo powszechnie obowiązujące stanowione jest w sposób demokratyczny, w obrębie którego mogą istnieć wszelkie instytucje z tym prawem zgodne (mogą w granicach prawa podejmować własne decyzje). Kiedy demokracja przestaje być demokracją? Wtedy, gdy decyzje są podejmowane w sposób sprzeczny z demokratycznie przyjętym prawem (czyli de facto stanowią nowe prawo, niekoniecznie spisane).
            Zgodnie z moją definicją póki Pinochet czy Hitler nie wychodzili ze swoimi decyzjami poza demokratycznie stanowione prawo była to demokracja. Jeśli zaczęli sami stanowić prawo – mamy władzę jednostki.
            Odpowiadając na Pana ostatnie pytanie – tak, póki UE działa w granicach ustanowionego praw (które jak słusznie zauważa Tomasz Kłosiński daje możliwość odwołania wcześniejszej decyzji). Problemem jest dla wielu przyjęcie do wiadomości, że demokracja może być zła i niesprawiedliwa – co jest zresztą jednym z wątków poruszanych w artykule.

          • Napisał Pan (drukowane litery ode mnie) „DEMOKRACJA to ustrój, w którym prawo jest stanowione w sposób DEMOKRATYCZNY” oraz „DEMOKRACJA znika, gdy decyzje podejmowane są sprzecznie z DEMOKRATYCZNIE przyjętym prawem”. Nie mam złych intencji, ale zupełnie szczerze: nie widzę tu ścisłości, bo definiuje Pan termin „demokracja” przy użyciu tegoż terminu.

            Pinochet stanowił prawo, ale miał mandat wyborców, bezpośrednim suwerenem był lud, który go poparł.

            Z instytucjami europejskimi również sprawa nie jest taka prosta. Weźmy sobie chociażby kupowanie przez Europejski Bank Centralny obligacji krajów bankrutujących. Czy jest to działanie demokratyczne, czy nie? EBC wyrósł z instytucji demokratycznych, ale złamał tutaj ewidentnie obowiązujące traktaty i prawo. Nikt się jednak tym efektywnie nie przejmie i żaden sąd przeciwko temu nie wystąpi. Podobnie jak nawet niemiecki Sąd Najwyższy nie uchyli ewidentnie niekonstytucyjnych działań polegających na dotowaniu rządów zagrożonych.

            Istnieją poważne argumenty, wskazujące, że akcesja Polski do UE była sprzeczna z polską Konstytucją. Tym jednak już nikt się nie przejmuje, bo jakoś weszło to w krew i praktykę życia politycznego.

            Nie inaczej z USA, szczególnie od czasów Lincolna, który złamał amerykańską Konstytucję i stworzył imperialne państwo amerykańskie.

            W tych przykładach władze złamały obowiązujące prawo. A nadal te kraje są uważane za demokratyczne. Pana zdaniem słusznie, czy też nie?

            Ja przyznaję się bez oporu – terminu „demokracja” używam w bardzo mglisty sposób, bo nikt go ściśle nigdzie nie zdefiniował. Jestem otwarty na różne definicje tak długo, gdy wszyscy wiemy, o czym mowa. A termin jest używany do określania pewnego historycznego zjawiska, które wykształciło się w świecie zachodnim. Dlatego raczej posługuję się tym terminem w znaczeniu historycznym.

          • Tomasz Kłosiński

            „Istnieją poważne argumenty, wskazujące, że akcesja Polski do UE była sprzeczna z polską Konstytucją. Tym jednak już nikt się nie przejmuje, bo jakoś weszło to w krew i praktykę życia politycznego.”

            Jak to ujął de Jasay: konstytucja to „pas cnoty, do którego klucze trzyma dama” („a chasity belt to which the lady holds the key”).

          • Ok, dziękuję za wskazanie nieścisłości, zrobiłem skrót myślowy – proszę wstawić sobie zamiast „demokratyczny” -> „wybrany większością głosów”. Poza tym definicja jest rzeczywiście „czarno-biała”, poniżej postaram się to poprawić.
            Jeśli chodzi o przypadki łamania prawa ustanowionego większością głosów – są one wg mojego rozumowania niedemokratyczne. Natomiast decyzje podejmowane nawet autorytarnie, jeżeli są oparte na ww. prawie są zgodnie z moim rozumowaniem jak najbardziej demokratyczne. Oczywiście jest jeden warunek – te autorytarne decyzje oraz sama osoba je wydająca mogą być zmienione przez głosowanie większościowe.
            Natomiast jeśli chodzi o demokrację jako ustrój – o tym czy mamy do czynienia jeszcze z demokracją, czy już z władzą autorytarną decyduje wg mnie proporcja elementów demokratycznych do niedemokratycznych, co czasem widać na pierwszy rzut oka, a czasem jest bardzo ciężkie do określenia (przyznaję, w poprzednim komentarzu za bardzo to uprościłem, moje przemyślenia ewoluują 🙂 ).
            Nie ulega natomiast wątpliwości, że jeśli chodzi o poszczególne działania to możemy je ściśle zaklasyfikować. Możemy także porównywać ustroje miedzy sobą i próbować je porządkować (ten jest bardziej demokratyczny, ten mniej).
            Jeśli chodzi o podany przez Pana przykład Chile – z tego co kojarzę Pinochet sam ogłosił się prezydentem (może i przy aprobacie społeczeństwa, ale bez wyborów). Co do przykładów pozostałych państw – musiałbym się przyjrzeć całokształtowi, wtedy mógłbym wyrazić opinię.
            Należy się Panu jeszcze wyjaśnienie dlaczego szukam tak ścisłej definicji, w przeciwieństwie do do „mglistej definicji historycznej” – otóż właśnie dlatego, że jak Pan słusznie twierdzi takiej definicji brakuje. A bez tego Pańska wypowiedź, będąca przyczynkiem do dyskusji, traci sens. Rozumiem, że nadużyciem było określenie Pana pierwszej wypowiedzi błędną – powinienem najpierw poprosić Pana o Pańska definicje „demokratyczności”, zamiast próbować robić to za Pana, za co przepraszam.

      • W takim razie mało demokratyczna Komisja Europejska powinna mieć pozytywny wpływ na demokracje narodowe, bo ona nie podlega redystrybucyjnym bodźcom systemu aukcyjnego, który samonapędza się w trakcie wyborów powszechnych. 🙂

        • No cóż, zgodnie z tym co starałem się wykazać powyżej, Komisja Europejska jest wg mnie tworem demokracji, a te mogą być różne – lepsze, gorsze, ale rzadko optymalne 😉

        • Ciekawy przykład – w Komisji Europejskiej pracuje dużo ludzi, którym trudno byłoby się dostać do ministerstwa w rządzie narodowym. Wielu z nich np. ma dosyć liberalne poglądy w sprawach na wolny handel. Oprócz kwestii, w których KE jest mocno interwencjonistyczna, miała też spore pole do popisu, gdy egzekwowała w praktyce zasadę swobody handlowej. I nie raz rządy narodowe (wybrane przez większość i mające poparcie większości) musiały się wycofywać ze swoich interwencjonistycznych pomysłów.

          Kolejny dobry przykład na to, jak instytucja, która wyrosła z demokracji, stała się od demokracji tworem niezależnym i w wyniku tego może kształtować rzeczywistość niemal całkowicie w oderwaniu od preferencji wyborców.

          • Tomasz Kłosiński

            Przypomniało mi to, jak KE egzekwowała zakaz „pomocy publicznej” polskiego rządu dla Stoczni Gdańskiej. Trzeba przyznać, że choć KE jest zasadniczo egalitarna i interwencjonistyczna, w pewnych sprawach znakomicie ogranicza samowolę gospodarczą rządów narodowych. I trzeba ją za to chwalić. 🙂

            Natomiast nie zgodzę się z twierdzeniem, że KE kształtuje rzeczywistość niemal całkowicie w oderwaniu od preferencji wyborców. Owszem KE nie pyta mnie o zdanie, gdy zabrania polskiemu rządowi dopłacać do nierentownych stoczni, ale z drugiej strony, ja przyzwalam na to, bo nie robię nic, żeby Komisję obalić. Po pierwsze, każda władza – nawet dyktatorska, o ile nie ucieka się do represji, jak uczył Etienne de La Boetie – opiera się na przyzwoleniu rządzonych. Gdyby tego przyzwolenia nie było, władza nie ostałaby się. A po drugie, możemy się uwolnić od władzy Komisji, zmieniają polski rząd na anty-integracyjny, co z całą pewnością ma olbrzymi wpływ na działania KE (stąd m.in. jej rozliczne ustępstwa wobec anty-integracyjnych Brytyjczyków).

          • Tak, w zasadzie ze wszystkim się zgadzam.
            Ba – nawet myślimy w tym samym kierunku, bo w pierwotnej wersji komentarza napisałem o przykładzie Stoczni, ale w ostatniej chwili usunąłem, żeby nie rozbudowywać zanadto wypowiedzi!

            pozdrowienia

    • Szukając w internecie podobnych artykułów o demokracji, odwiedziłem stronę o groźnie brzmiącej nazwie „Junta”, która jest rzekomo portalem kons.-liberalnym (nie jestem w stanie na razie tego zweryfikować). Niemniej jednak pojawił się tam ciekawy tekst, autor trafił wg mnie w samo sedno. http://junta.pl/koncepcja-wladzy-sprawiedliwej/

    • Chodzi o to, że w przypadku dyktatury widełki jakości potencjalnych rozwiązań się bardziej rozchodzą niż w przypadku demokracji – demokracja zamyka nas w systemie marnym, ale bezpiecznym. Głosowanie daje nam to bezpieczeństwo, że fanatyk na stołku ministerialnym nie ma takich możliwości, jak fanatyk na tronie. Demokracja jest „najlepszą z najgorszych”, bo w porównując dwa najgorsze rozwiązania, najgorszą demokrację i najgorszą dyktaturę, wybierzemy demokrację. I to jest właśnie ten słynny maximin Rawlsa. Jasay tłumaczy, że z taki wybór jest irracjonalny, bo ignoruje niezliczone ilości przypadków historycznych, w których dyktatura dawała lepsze rezultaty niż demokracja. Uzasadnienie Rawlsa to irracjonalna filozofią panicznego strachu przed ryzykiem – przed możliwością zaistnienia gorszego wyniku niż „najlepsza z najgorszych”.

      • Ok, racja – wśród dyktatur demokracja jest mniej „niebezpieczna” od np. monarchii. Natomiast nadal jest to dyktatura – od monarchii różni się jedynie proporcją ludzi potencjalnie pokrzywdzonych i skalą potencjalnych krzywd. Logicznym następstwem konsekwentnego stosowania zasady maksyminu nie jest wcale klasyczna demokracja! Jest nim ustrój opierający się na zasadzie jednomyślności – takie permanentne liberum veto (to także dyktatura). Należy zauważyć, że w przypadku obu skrajności – władzy jednostki oraz jednomyślności wszystkich – zawsze istnieje grupa pokrzywdzona, choć w obu przypadkach w inny sposób – w pierwszym władza może zrobić wszystko (złe lub dobre), w drugim natomiast nie może zrobić nic (dobrego ani złego). Demokracja jest tylko wypośrodkowaniem tych dwóch opcji, nie jest niczym diametralnie innym.
        Podsumowując – to, że demokracja jest ustrojem najlepszym z najgorszych to mit, obalony za pomocą rozumowania autorów tego mitu 😉
        Wszystkie popularne ustroje to ta sama stara dyktatura w różnych przebraniach, jedyna alternatywą jest rynek (akap).

  • „Ok, racja – wśród dyktatur demokracja jest mniej „niebezpieczna” od np. monarchii. Natomiast nadal jest to dyktatura – od monarchii różni się jedynie proporcją ludzi potencjalnie pokrzywdzonych i skalą potencjalnych krzywd.”
    No tak, nadal jest to władza.

    „Logicznym następstwem konsekwentnego stosowania zasady maksyminu nie jest wcale klasyczna demokracja! Jest nim ustrój opierający się na zasadzie jednomyślności – takie permanentne liberum veto (to także dyktatura).”
    Mam wrażenie, że rozmawiamy o dwóch różnych rzeczach. Jaka jednomyślność? Zasada maksymin głosi, że jeśli istnieją różne wyniki dla kilku rozwiązań (np. demokracja, dyktatura, anarchia) to należy wybrać tą, która daje najlepszy z najgorszych wyników wszystkich rozwiązań (tj. porównanie najgorszej demokracji, najgorszej dyktatury i najgorszej anarchii). Nie to, żebym się z Rawlsem w czymkolwiek zgadzał – po prostu chciałbym, żeby była jasność o czym w ogóle jest mowa.

    „Należy zauważyć, że w przypadku obu skrajności – władzy jednostki oraz jednomyślności wszystkich – zawsze istnieje grupa pokrzywdzona, choć w obu przypadkach w inny sposób – w pierwszym władza może zrobić wszystko (złe lub dobre), w drugim natomiast nie może zrobić nic (dobrego ani złego). Demokracja jest tylko wypośrodkowaniem tych dwóch opcji, nie jest niczym diametralnie innym.”
    Zgodziłbym się, że tak jest. Im więcej osób uczestniczy we władzy, tym bardziej proces decyzyjny jest sparaliżowany – dlatego też spółdzielnie przegrywają w konkurencji z korporacjami rządzonymi przez dyktatorów (co jako konsumenta mnie cieszy, a jako pracownika najemnego smuci).

    „Podsumowując – to, że demokracja jest ustrojem najlepszym z najgorszych to mit, obalony za pomocą rozumowania autorów tego mitu :wink:”
    Jak to nie jest najlepszym z najgorszych?

    „Wszystkie popularne ustroje to ta sama stara dyktatura w różnych przebraniach, jedyna alternatywą jest rynek (akap).”
    No cóż, na rynku władza (w sensie aparatu przemocy) jest rozproszona i przy sprzyjających okolicznościach (jak dowodzą teoretycy oraz badacze średniowiecznej Islandii i współczesnej Somalii) bardziej służy interesom konsumentów niż monopol.

    • „Mam wrażenie, że rozmawiamy o dwóch różnych rzeczach. Jaka jednomyślność? Zasada maksymin głosi, że jeśli istnieją różne wyniki dla kilku rozwiązań (np. demokracja, dyktatura, anarchia) to należy wybrać tą, która daje najlepszy z najgorszych wyników wszystkich rozwiązań (tj. porównanie najgorszej demokracji, najgorszej dyktatury i najgorszej anarchii).”
      Oczywiście, że rozmawiamy o tym samym – zwracam po prostu uwagę, że istnieje hipotetyczny ustrój (a nawet historyczny na ziemiach polskich) oparty na zasadzie jednomyślności. Mógłby być on takim samym ustrojem jak demokracja (oparta na zwykłej większości) czy autorytaryzm. Z tych trzech opcji właśnie w tym pierwszym ustroju mamy do czynienia z najlepszym z najgorszych wyników (pomijam póki co w rozważaniach anarchię). Dlaczego? Dlatego, że jak Pan sam wspomina łatwiej jest znaleźć pojedynczego fanatyka niż fanatyczną większość, a idąc konsekwentnie – fanatyczną całość (przy jednomyślności nie ma zresztą już znaczenia czy dana decyzja jest „fanatyczna” – wszyscy się na nią godzą, więc ok).
      No chyba, że ustrój oparty na zasadzie jednomyślności uznamy za szczególny przypadek demokracji, ale wydaje mi się, że mówiąc demokracja każdy ma na myśli 50%+, a nie 100% 😉
      A więc odpowiadając na Pana pytanie: „Jak to nie jest najlepszym z najgorszych?” – Po prostu, nie jest.

    • „No cóż, na rynku władza (w sensie aparatu przemocy) jest rozproszona i przy sprzyjających okolicznościach (jak dowodzą teoretycy oraz badacze średniowiecznej Islandii i współczesnej Somalii) bardziej służy interesom konsumentów niż monopol.”
      Mówiąc o akapie nie tyle miałem na myśli rozproszenie aparatu przymusu (co oczywiście jest bardzo istotne) ale to, że gdy wszystko oparte jest na zasadach rynkowych znika sytuacja, gdy decyzja podjęta przez innych jest nam narzucana. To, że 70% społeczeństwa chce być broniona przez komandosów z firmy X nie znaczy, że nie mogę wybrać do swojej obrony policji konnej 😀 Nie ma tu czegoś takiego jak tyrania większości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • google
  • facebook
  • twitter
  • youtube
Zapisz się na newsletter:

Wybierz listę(y):

Cytat:
  • Jeśli historia mogłaby nas czegokolwiek nauczyć, to niewątpliwie tego, że żaden naród nie stworzył wyższej cywilizacji bez poszanowania prawa do posiadania własności prywatnej. Ludwig von Mises
Mecenasi
Wspieraj Nas>>
W październiku wsparli nas:
Pan Dominik Aromiński
Pan Bartosz Baranowski
Pan Wojciech Bielecki
Pan Piotr Bigaj
Pan Rafał Boniecki
Pani Dominika Buczek
Pani Julia Bula
Pan Robert Ciborowski
Pan Marcin Dabkus
Pan Michał Dębowski
Pan Paweł Drożniak
Pan Tomasz Dworowy
Pan Dariusz Dziadkowski
Pan Konrad Floriańczyk
Pan Maciej Gorzelak
Pan Stanisław Gruszka
Pan Jarosław Grycz
Pan Adrian Grzemski
Pan Maciej Grzymkowski
Pan Michał Gutowski
Państwo Paulina i Przemysław Hys
Pan Miłosz Janas
Pan Łukasz Jasiński
Pan Dominik Jaskulski
Pan Paweł Jegor
Pan Tomasz Jetka
Pan Gustaw Jokiel
Pan Dominik Jureczko
Pan Paweł Jurewicz
Pan Jan Kłosiński
Pan Tomasz Kłosiński
Pan Jan Kochman
Pan Kamil Koper
Pan Wojciech Kukla
Pan Witold Kwaśnicki
Pan Stanisław Kwiatkowski
Pani Anna Kwiecień
Pan Apolinary Lipski
Pan Tomasz Malinowski
Pan Adam Mazik
Pan Miłosz Mazurkiewicz
Pani Magdalena Moroń
Pan Marcin Moroń
Pan Piotr Musielak
Pan Maksym Mydłowski
Pan Tomasz Netczuk
Pan Konrad Niemotko
Pan Paweł Nowakowski
Pan Filip Nowicki
Pani Karolina Olszańska
Pan Dariusz Ostrowski
Pan Zbigniew Ostrowski
Pani Marzanna Papka
Pan Arkadiusz Konrad Pierowski
Pan Rafał Parol
Pan Mikołaj Pisarski
Pani Agnieszka Płonka
Pan Dominik Pobereszko
Pan Bartłomiej Podolski
Pan Paweł Pokrywka
Pan Michał Puszkarczuk
Pan Jacek Rusiecki
Pan Adam Skrodzki
Pan Emil Snużka
Pan Michał Sobczak
Pan Radosław Sobieś
Pan Piotr Sowiński
Pan Mikołaj Stempel
Pan Tomasz Szumski
Pan Michał Szymanek
Pan Adam Ślązak
Pan Tomasz Ślusarczyk
Pan Marek Trzaska
Pan Jan Tyszkiewicz
Pan Adam Wasielewski
Pan Waldemar Wilczyński
Pan Jakub Wołoszyn
Pan Tomasz Wyszogrodzki
Pan Karol Zdybel
Pan Marek Zemsta
Pani Mariola Zabielska-Romaszewska
Pan Krzysztof Zuber
Pracownik Santander Bank
Łącznie otrzymaliśmy 4 961,16 zł i 1,69 btc . Dziękujemy wszystkim Darczyńcom!
Znajdź się na liście>>
Lista mecenasów>>