Autor: Roman Rybarski
Opracowanie: Aleksy Przybylski
Wersja PDF

Tekst publikowany w ramach projektu Dziedzictwo

Tekst ukazał się pierwotnie w „Myśli Narodowej” w dwóch częściach:

20.12.1936 i 27.12.1936 r.16, nr 52, 53

Roman_RybarskiNowoczesne państwo poczuwa się do obowiązku udzielania pomocy pewnym warstwom, ekonomicznie słabszym; łagodzi, między innymi, przez specjalne ustawodawstwo społeczne przeciwieństwa między warstwami społecznymi, przesuwając rozdział dochodu społecznego na korzyść warstw, które uchodzą za pokrzywdzone tym rozdziałem. Obowiązek ten uznaje państwo w imię chrześcijańskiej nauki, w imię caritas, która wiąże ludzi w jedną całość, jest moralną podstawą stosunków społecznych. Równocześnie gdy uznaje się, że naród jest jednością i całością, nie można też odrzucać zasady ustawodawstwa społecznego, a trzeba ją rozwinąć zgodnie z dobrem narodu.

Polityka społeczna państwa nakłada różne ciężary na gospodarstwo narodowe, w szczegól­ności na te grupy społeczne, które reprezentują większą siłę podatkową. Ciężary te mogą być albo bezpośrednie, wyrażać się w daninach, które np. płaci, przemysł na cele socjalne, albo też po­średnie, w postaci ograniczeń czasu pracy, jej wa­runków zdrowotnych, opieki nad robotnikami po fabrykach itd. Ciężary społeczne są dla przed­siębiorcy jednym ze składowych pierwiastków kosztów produkcji. W pewnych przypadkach po­nosi je przedsiębiorca ze swego dochodu, w in­nych przerzuca je na odbiorcę swych produktów. W ostatniej instancji możność ponoszenia tych ciężarów zależy od rentowności produkcji. Gdy koniunktura jest dobra, gdy kapitał łatwo się gro­madzi, wytwórczość nie odczuwa silnie tego cię­żaru. Upadek rentowności pociąga za sobą albo konieczność ich redukcji, albo też kurczy się i li­kwiduje przedsiębiorczość, która nie może ich udźwignąć.

Polityka społeczna państw już przed wojną ustaliła swoje metody i kierunki. Po wojnie nabrała nowego rozpędu; inne urządzenia społeczne przerzuciły się na kraje, w których ich dotychczas nie było. Ale pod wielu względami zaszła gruntowna zmiana w położeniu warstw, na rzecz których prowadzi się politykę społeczną. Oto przed wojną nie istniało w większych rozmiarach zagadnienie bezrobocia. Bezrobocie było albo zjawiskiem sezonowym, albo też następstwem periodycznych przesileń gospodarczych. Ożywienie gospodarcze wchłaniało rychło tych bezrobotnych. Przed wojną bodaj że więcej, przynajmniej w niektórych krajach, dawał się we znaki brak sił roboczych, aniżeli ich nadmiar.

Po wojnie bezrobocie przybrało ogromne roz­miary. Stało się zjawiskiem chronicznym. Nawet w czasie najwyższego rozpędu gospodarczego nie wszędzie wytwórczość potrafiła wchłonąć wszyst­kich poszukujących pracy; w niektórych krajach istnieje niejako stały kontyngent bezrobotnych, z którym nie wiadomo co począć. Do pozbawio­nych pracy robotników fabrycznych dołączają się masy zdeklasowanych kupców, rzemieślników, a także i bezrobotnej inteligencji. A więc naczelnym zadaniem społecznym staje się nie określenie warunków, w których odbywa się praca, wysokość wynagrodzenia za nią, lecz dostarczenia pracy masom ludności, które tej pracy nie mają — krótko mówiąc — zwalczenie bezrobocia.

Usuwać i łagodzić skutki tej klęski społecz­nej można na dwóch drogach; albo przez szeroko pojętą opiekę społeczną, albo też przez politykę gospodarczą. Albo się bezrobocie przyjmuje za fakt, w stosunku do którego państwo w danej chwili jest bezsilne; wtedy dba się o to, by ci bezrobotni nie marli z głodu, by nie żyli w stanie krańcowej depresji psychicznej, a więc otrzymują oni renty ubezpieczeniowe, zasiłki, pomoc publicz­ną. A zaś polityka gospodarcza zmierza do tego, by usunąć bezrobocie, czy to bezpośrednio przez organizację robót publicznych, czy też pośrednio, przez ożywienie całej wytwórczości.

O ile gospodarstwo narodowe jest ubogie, niska siła płatnicza ludności, a wielkie bezrobo­cie, wówczas dźwignięcie ciężaru skutecznej o­pieki nad bezrobotnymi staje się niepodobień­stwem. Może na to pozwolić sobie Anglia, na której zasobność składają się olbrzymie kapitały, rozrzucone po całym świecie. Na kontynencie eu­ropejskim nie ma państwa, które by mogło sobie pozwolić na stałe utrzymywanie z funduszów pub­licznych setek tysięcy bezrobotnych. I w tych państwach, szczególnie w Polsce, trzeba klęskę bezrobocia przezwyciężyć na drodze gospodarczej. Nie stać nas na to, by żywić i odziewać masy ludności, pozbawione pracy; trzeba stworzyć wa­runki, w których ci bezrobotni mają tę pracę. A to zadanie wiąże się z całością polityki gospo­darczej i finansowej. Walka z bezrobociem obejmuje cały program gospodarstwa narodowego. Nasze bezrobocie nie wynikło z utraty czy skurczenia się dawnych rynków zby­tu, z przerostu industrializmu, jak np. w Anglii i źródłem jego jest po prostu dysproporcja między małym kapitałem a wielkim zasobem siły robo­czej. Każdy akt polityki gospodarczej, który usu­wa tę dysproporcję, oczywiście przez zwiększe­nie kapitału produkcyjnego, zmniejsza bezrobocie.

Wiodą do tego różne drogi, o których była już poprzednio mowa. W tej chwili trzeba wska­zać na jedno: obowiązkiem państwa jest nie robić niczego, co by mogło, choćby pośrednio wywołać wzrost bezrobocia. Wszelkie ciężary nakładane na gospodarstwo, czy to na ogólne cele państwowe, czy też specjalnie na cele polityki społecznej, mają granicę w opła­calności produkcji. Gdy wywołują jej zmniejsze­nie, wyraża się to w redukcji stanu zatrudnienia. Jeżeli kierownik warsztatu woli nie donajmować nowej siły roboczej, gdyż ze względu na różne podatki i opłaty przestaje się to rentować, wów­czas wynika z tego większa strata dla gospodar­stwa, aniżeli pożytek ze zwiększonego dochodu publicznego. Pragnie się np. zdobyć fundusze na zatrudnienie bezrobotnych, a tymczasem nadmier­ne obciążenie produkcji w daleko wyższym stop­niu powiększy bezrobocie.

Polityka społeczna państwa musi się liczyć zarówno z tymi, którzy mają pracę, jak z tymi, którzy pracy nie mają. Nie może skupić swej uwagi jednostronnie na losie ludzi, żyjących z pra­cy najemnej, nie uwzględniając wpływu tej poli­tyki na stan zatrudnienia. Niemniej jednak ist­nieje zagadnienie robotnicze, nie tylko zagadnie­nie bezrobocia. Istnieje zagadnienie ludzi, którzy oddają w najem swą siłę roboczą, żyją z wyna­grodzenia za pracę, pozostają w zależności od pracodawcy. Robotnik w gospodarstwie narodowym jest równouprawniony z innym jego uczestnikiem; ma prawo walczyć o poprawę swego bytu w granicach jedności gospodarstwa narodowego i ma prawo do opieki ze strony ustawodawstwa państwa.

Najpierw sprawa wysokości wynagrodzenia za pracę: Gdyby się chciało to wynagrodzenie normować w drodze ustawodawczej czy admini­stracyjnej, państwo musiałoby przejąć kierownic­two przedsiębiorstw. Ale robotnik nie jest zdany, nawet bez interwencji państwa, na łaskę i niełaskę losu. Najpierw dlatego, że odpowiedniego poziomu płac wymaga nieodparty interes gospodarstwa narodowego, a po wtóre dzięki temu, że warstwa robotnicza przedstawia wielką siłę społeczną i polityczną.

Ze stanowiska skrajnego egoizmu można twierdzić, że przedsiębiorca jest w tym zainteresowany, by jak najmniej płacić robotnikowi. Ale jeżeli spojrzymy na gospodarstwo narodowe jako na całość, sprawa ta wystąpi w innym świetle. Robotnik jest nie tylko uczestnikiem produkcji, lecz także i konsumentem, nabywcą towarów, wy­twarzanych przy jego udziale. Produkcja prze­mysłowa w małym stosunkowo stopniu jest obli­czona na zbyt zagraniczny, zwłaszcza u nas, a przede wszystkim zależy od rynku wewnętrz­nego. Przemysł nasz produkuje głównie artykuły masowej konsumpcji, a nie artykuły zbytku nielicz­nej grupy ludności. A więc między wielkością produkcji przemysłowej a wielkością udziału ro­botników w rozdziale dochodu społecznego za­chodzi związek; wzrost produkcji musi wywołać wzrost udziału robotników w jej przychodzie, po­nieważ robotnicy są konsumentami. Poza drugo­rzędnymi antagonizmami, istnieje wspólność inte­resów wszystkich uczestników gospodarstwa narodowego; nie może dzisiaj po jednej stronie gro­madzić się olbrzymie bogactwo, a po drugiej miliony ludzi z głodowymi płacami.

Nie negujemy więc znaczenia siły nabywczej ludności robotniczej. Ale dzisiaj, gdy tylu ludzi jest bez pracy, możliwe do uruchomienia kapitały należy przede wszystkim obrócić na dodatkowe zatrudnienie tych, którzy albo nie mają pracy, albo też nie pracują przez pełny tydzień. Taki wzrost zatrudnienia nie doprowadzi do zwyżki cen, która by obróciła w niwecz wszelkie zwyżki płacy, uzyskane w warunkach, w których nie wzrosło zatrudnienie. Nie przeczymy, że dzisiaj nieraz zarobek robotnika jest za niski i to za­równo w prywatnym przemyśle, jak i w państwo­wej przedsiębiorczości (roboty publiczne). Uzna­jemy moralny obowiązek prawdziwy wynagrodze­nia robotników w sposób godziwy. Ale w tej chwili najważniejszą jest rzeczą doprowadzić przez wzrost zatrudnienia do wzrostu konsumpcji i wtedy istotnie wzrośnie siła nabywcza ludności robotni­czej i jej udział w rozdziale dochodu społecznego.

Robotnik ma prawo upominać się o wysokość swego wynagrodzenia i o warunki swej pracy. Ma prawo do wspólnej obrony tworzyć związki zawodowe. Prawo koalicji robotniczej jest odpowiednikiem prawa zrzeszenia się pracodawców do celów obrony ich interesów. Te zrzeszenia po dwóch przeciwnych stronach nieraz prowadzą do konfliktów, do lokautów czy strajków. Walki mię­dzy pracodawcami a pracownikami są wielkim marnotrawstwem kapitału i siły roboczej, są walka­mi, które po obydwu stronach zostawiają straty materialne i moralne. Jeżeli się chce widzieć w ostrym tempie tych walk wyraz międzynarodowej solidarności kapitału czy proletariatu, należy pa­miętać o tym, że bardzo często kapitał jednego kraju finansuje strajki w drugim, by osłabić jego siłę konkurencyjną.

Walka społeczna, wyrażająca się w przerwa­niu pracy, może być tylko ultimum refugium; mo­że dojść do niej wówczas, gdyby zawiodły już wszelkie sprawy pokojowego załatwienia zatargu. Do obowiązków państwa należy przeciwdziałanie wybuchowi strajku czy lokautu; narzędziem tego jest próba rozjemstwa względnie stosowanie arbitrażu w przypadkach, w których umożliwia go rodzaj zatargu. Ale dopuszczalność strajku czy lokautu musi być uwarunkowana przez to, że ten zatarg nie może podry­wać podstaw gospodarstwa narodowego i prawidło­wego funkcjonowania państwa. Nie można dopuszczać do wybuchu strajków w przedsiębiorstwach użyteczności publicznej, gdzie przerwanie pracy grozi sparaliżowaniem najbardziej życiowych funkcji państwa.

Współżycie przedsiębiorcy z robotnikiem za­leży w pewnej tylko części od ustawodawstwa, które samo w oderwaniu od całości życia narodu, działa czysto mechanicznie. Vanae sine moribus leges (łac. „prawa bez moralności giną”). Wspólność narodowa musi się zaznaczyć także i w gospodarstwie. Jeżeli chce się doprowa­dzić do porozumienia między przedsiębiorcą i ro­botnikiem, trzeba by mówili jednym językiem w dosłownym wyrazu znaczeniu. Inaczej te stosunki ułożą się wówczas, gdy i przedsiębiorczość znaj­dzie się w polskich rękach. Nie znajdzie się jakiegoś żelaznego prawa, które by określało dokładnie udział poszczególnych uczestników w rozdziale dochodu we wspólnej produkcji. Rozstrzygnięcia te muszą być dokonywane na podstawach poza gospodarczych, na gruncie wspólnego zrozumienia, że gospodarstwo jest częścią większej narodowej całości i służy jej wyższym celom.

 

Część druga

W miarę jak się będzie pogłębiała świadomość narodowa, ich pierwiastek narodowy będzie coraz mocniej przenikał działalność gospodarczą, będą powstawały warunki, sprzyjające powstaniu wyższych form organizacji gospodarczej; mogą wtedy wykształcić się instytucje ściślejszego współżycia między pracodawcami i pracownikami. Gdy słabe jest poczucie wspólności, różnice kultury zbyt wielkie, a zadawnione antagonizmy zbyt silne, choćby ustawodawstwo sprzęgło bardzo mocno wszystkich uczestników produkcji, np. w tzw. korporacje, ta forma nie wypełni się żywotną treścią. Korporacje właśnie są albo terenem ciągłej walki, albo też narzędziem panowania biurokracji państwowej nad gospodarstwem. Bez odpowiednich warunków psychicznych, tradycji, przeobrażeń moralnych, idee nowego porządku społecznego dają w wykonaniu karykaturę.

Troska o byt robotnika, zwłaszcza robotnika fabrycznego, doprowadziła do rozwoju ubezpieczeń społecznych, opartych na przymusie, z zastosowaniem mniejszego lub większego samorządu ubezpieczonych. Założenie tych reform jest następujące. Robotnik nie rozporządza kapita­łem, a tylko swoją pracą. Żyje z płacy najemnej, nieraz żyje z dnia na dzień, bez zabezpieczenia przyszłości. W razie ciężkiej choroby, inwalidztwa, starości, staje się ciężarem instytucji opieki spo­łecznej, albo też zdany jest na dobroczynność po­nieważ nie każdy robotnik, nie w każdym kraju, potrafi zabezpieczyć się sam na przyszłość, odło­żyć fundusz na czarną godzinę, powinno więc zda­niem zwolenników ubezpieczeń społecznych, wkro­czyć tu państwo, wprowadzając przymus ubezpie­czeń.

Tej idei nikt nie może zasadniczo odrzucić. W Niemczech, gdzie ją Bismarck urze­czywistnił w szerokiej skali, przyniosła ona ten skutek, że związała robotnika z ojczyzną niemiec­ką. Internacjonalizm socjalnej demokracji, która przed wojną panowała w warstwie robotniczej, stawał się coraz bardziej formułą bez treści. Jeżeli robotnicy niemieccy wzięli bez wahań udział w zaborczej wojnie, nie bez wpływu na ich psychikę pozostały niemieckie ubezpieczenie społeczne. Ale dzisiaj, gdy te ubezpieczenie wszędzie niemal upowszechniły się w bardzo wielkim zakresie, wy­konanie tego systemu natrafia na coraz większe przeszkody i zastrzeżenia.

Trudności te wynikły z następujących przy­czyn. Gdy wzrastał silnie kapitał i pomyślność, gdy był wielki rozkwit gospodarczy, wówczas cię­żar ubezpieczeń społecznych nie dawał się we znaki. Inaczej jest w dobie zastoju. A po wtóre co ważniejsza, z ubezpieczeń społecznych nie mogą korzystać masy bezrobotnych, a przynajmniej tych, którzy w ogóle nigdy nie pracowali; pozostaje więc tragiczna rozbieżność między losem robotnika, który ma pracę, opiekę lekarską na wypadek cho­roby, rentę w razie inwalidztwa i na starość, z lo­sem bezrobotnego, który nieraz z trudem tylko zdobywa doraźny zasiłek. Tej rozbieżności nie usunie się bez zwalczenia masowego bezrobocia. To oczywiście nie powód by, poddawać w wątpli­wość potrzebę istnienia instytucji ubezpieczeń społecznych, ale w każdym razie te instytucje wy­magają gruntownej reformy niemal we wszystkich krajach, a zwłaszcza w Polsce. Nikt nie będzie twierdził, że nasz system ubezpieczeń społecznych działa prawidłowo.

Każda instytucja powinna pracować tanio; to znaczy że koszty administracji w porównaniu z wydatkami na jej właściwe cele powin­ny być jak najniższe. Kasa chorych jest po to, by leczyć, a nie po to, by utrzymywać biurokrację. A tymczasem dochodzi niekiedy do tego paradoksu, że lekarz w Kasie Chorych ma byt mniej pewny, jest czasem nawet stosunkowo gorzej wynagrodzony, niż urzędnik tej instytucji. By zmniejszyć koszty, należy dopuścić organizację własnej opieki lekarskiej po zakładach fabrycznych i różnych instytucjach, która mo­że dać to samo, a nawet więcej, co Okręgowa Ka­sa Chorych, a daje to niższym kosztem.

W ubezpieczalniach społecznych nie można obejmować tymi samymi zasadami robotnika fabrycznego, co i robotnika rolnego, czeladnika czy terminatora w rzemiośle, względnie służbie domowej. Te ostatnie kategorie ubezpieczonych powinny mieć system, dostosowany do ich specjal­nych warunków bytu. Przede wszystkim dużą osz­czędność można uzyskać, jeżeli połączy się ubez­pieczenia chorobowe z organizacją publicznego szpitalnictwa. Brak tej koordynacji powiększa martwe koszty i ciężar składek.

Ubezpieczenia długoterminowe nie mogą stać się narzędziem polityki fiskalnej. Fundusze ich płyną ze składek ubezpie­czonych, względnie pracodawców. Państwo bezpoś­rednio lub pośrednio staje się głównym wierzycie­lem zakładów ubezpieczeń społecznych. Dobro ubezpieczonych wymaga tego, by ich fundusze były jak najkorzystniej lokowane. Jeżeli np. jakąś obligację państwową można nabyć taniej na rynku, to dzieje się to z krzywdą ubezpieczonych, gdy zakłady ubezpieczeń muszą nabywać te obligacje po „sztywnym” kursie, korzystniejszym dla dłuż­nika — państwa. W ten sposób wprowadza się sui generis podatek na ubezpieczonych na rzecz pota­nienia kredytu publicznego.

Bardzo ważnym jest postulat indywidualizacji rachunku ubezpieczonego, wyrażający się w tym, że ubezpieczony może z cza­sem nagromadzić własny kapitał na własny rachu­nek i do własnej dyspozycji. Innymi słowy, otrzy­małby pewną premię, która by płynęła po pierwsze ze zwrotów zakładu ubezpieczeń chorobowych w razie jeżeli z tych ubezpieczeń przez szereg lat korzystał w stopniu niższym od normalnie prze­ciętnych, po wtóre z dodatkowego, dobrowolnego ubezpieczenia na przypadek inwalidztwa, względnie starości. Obrońcy socjalistycznego systemu ulep­szeń występują przeciw temu projektowi, uważają go za niemożliwy do przeprowadzenia. Projekt ten jest bardziej możliwy do wykonania, niż wiele innych reform, które usiłowano przeprowadzić w naszym systemie ubezpieczeń. Ale ci wszyscy po­litycy, nastrojeni socjalistycznie, starają się wyko­rzenić z duszy człowieka pierwiastek indywidual­nych zainteresowań materialnych, jako „burżuazyjny”. A tymczasem przywiązanie do własności, i to do prywatnej własności, jest dla narodowego programu gospodarczego pierwiastkiem bardzo cennym, który trzeba rozwijać, zamiast go tłumić.

Nasz robotnik nawet w najcięższych środowiskach fabrycznych, jest jeszcze w mocnym bardzo stopniu związany ze wsią, z gospodarstwem wiejskim, to znaczy z prywatną własnością. Cywilizacja fabryczna nie zdołała go jeszcze przerobić na typowego „proletariusza”. Jeżeli tkwi w nim silny instynkt własności, jest zadaniem polityki spo­łecznej, by ten instynkt zaspokoić, o ile to da się zrobić w granicach nowego jego zawodu. Oczywiś­cie, jeżeli w pewnych działach wytwórczości, mia­nowicie tam, gdzie nie potrzeba wielkich kapitałów, istnieje możliwość tworzenia wytwórczych spółdzielni robotniczych, będzie to zja­wisko wysoce pożądane. Ale na podstawie wielu doświadczeń trudno oczekiwać, by ono mogło przy­brać większe rozmiary i by tą drogą upowszech­niła się własność między robotnikami.

Robotnik jednak może się stać właścicielem domu, własnej działki ziemi czy ogrodu. Robotnik polski staje się nim, bez jakiegokolwiek poparcia czy pomocy, bez urzędów, które by zajmowały się tym zadaniem — o ile tylko pozwalają na to jego skromne zarobki. Można było obserwować, że nawet w dobie naj­większej depresji ludzie żyjący z płacy najemnej budowali własne domki, dokonując cudów oszczędności, wkładając w to swój wysiłek fizyczny, bez dbania o 8 godzinny dzień pracy. Zagadnienie bu­dowy domków robotniczych jest jednak zagadnie­niem ogólnym wymagającym interwencji ustawo­dawczej, bodaj że w wyższym stopniu niż niejedno zagadnienie którym zajmowało się nasze ustawo­dawstwo społeczne.

Oczywiście po wojnie sprawa polityki miesz­kaniowej ze szczególnym uwzględnieniem potrzeb ludności robotniczej, pochłonęła wiele uwagi i wiele kosztów. Ale tak się złożyło, że główny nacisk zwrócono na budownictwo wielkich koszar dla robotników. Na papierze koszt izby mieszkalnej wypada taniej w wielkim wymurowanym domu, aniżeli we własnym małym domku. Ale rozmaicie działo się z kosztami tego budownictwa. „Tanie” mieszkania robotnicze musiano czasem przerabiać, bo robotnicy nie mogli płacić czyn­szów mieszkalnych, skalkulowanych według budo­wy. W ten sposób w tych wielkich mieszkalnych pudłach można topić pieniądze publiczne, ale nie rozwiąże się na tej drodze sprawy mieszkań robotniczych. O ile jednak przez umożliwienie na­bywania parceli, przez tani kredyt, umożliwi się budownictwo na własny rachunek, to wtedy pomoc publiczna będzie czymś dodatkowym, a na pierwszy plan wysunie się oszczędność przyszłego właściciela domu i bodajże jego własna praca.

Ulgi w budownictwie mieszkaniowym wyrażają się przede wszystkim w uwolnieniu od po­datku dochodowego; tzn., że im kto jest boga­tszy, im ma większy dochód, tym więcej z tych ulg korzysta. Dla budownictwa małych domków te ulgi są bez znaczenia. Z kredytów publicznych, które potem podlegały różnym przerachowaniom korzystała głównie uprzywilejowana biurokracja, nieraz za te kredyty budowlane wznosiło się zbyt­kowne wille. Ustawodawstwo nasze, chcąc ulżyć doli bezrobotnych, wprowadziło zasadę morato­rium mieszkaniowego dla nich. Nie dość na tym, że w ten sposób przeniesiono niesprawiedliwie ten ciężar na jedną grupę mieszkańców państwa, na właścicieli małych mieszkań, ale równocześnie taką praktyką odstręczono ruch budowlany od wznoszenia domów, przeznaczonych dla robotników. A to pogarsza oczywiście warunki mieszka­niowe tej warstwy ludności.

Pod tym względem powinien nastąpić sta­nowczy zwrot w dotychczasowej polityce. Mimo wielkich trudności finansowych potrafimy urucho­mić budownictwo domków robotniczych, umożli­wić posiadanie przez robotników kawałka ziemi. Domaga się tego także interes obrony państwa; kiepski jest rekrut, który wyrasta w stłoczonych i brudnych dzielnicach robotniczych naszych miast fabrycznych. Urzeczywistnienie idei: „rodzina robotnicza we własnym domu” jest najlepszym narzędziem zwalczania komunizmu i propagandy pokoju społecznego.

By ten pokój społeczny zapanował, nie wy­starczy najlepsze nawet ustawodawstwo społeczne. Trzeba przede wszystkim przezwyciężyć ideę wal­ki klasowej, wytępić jej ducha. Możliwym to jest przez przeniknięcie życia gospodarczego i stosun­ków społecznych świadomością obowiązków mo­ralnych, które łączą wszystkich uczestników go­spodarstwa narodowego, obowiązków, które się­gają głębiej, niż nakazy prawa, wyposażone w sankcje karne. Tej idei daje wyraz Kościół Katolicki, w licznych encyklikach papieskich, po­cząwszy od Rerum Novorum i Immortale Dei. Materialistyczne pojmowanie gospodarstwa pod­ważyło wiarę w siłę czynników innych, niż bez­pośredni interes gospodarczy i przymus. Ale obec­nie szerzy się świadomość, że tzw. kryzys jest w bardzo silnym stopniu także i kryzysem moral­nym, że te pierwiastki moralne są bardzo ważną podstawą równowagi społecznej. Idee, zawarte w naukach gospodarczych Kościoła, urzeczywist­nić można praktycznie na gruncie narodowej wspólności, która na miejsce bezwzględnej walki wprowadza współdziałanie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • google
  • facebook
  • twitter
  • youtube
Zapisz się na newsletter:

Wybierz listę(y):

Cytat:
  • Nic nie jest tak trwałe jak tymczasowa polityka rządu. Milton Friedman
Mecenasi
Wspieraj Nas>>
W maju wsparli nas:
Pan Łukasz Angowski
Pan Wojciech Bielecki
Pan Piotr Bigaj
Pan Rafał Boniecki
Pani Dominika Buczek
Pani Julia Bula
Pan Marcin Dabkus
Pan Michał Dębowski
Pan Paweł Drożniak
Pan Dariusz Dziadkowski
Pan Maciej Gorzelak
Pan Stanisław Gruszka
Pan Jarosław Grycz
Pan Adrian Grzemski
Pan Maciej Grzymkowski
Pan Steve Harwatek
Państwo Paulina i Przemysław Hys
Pan Miłosz Janas
Pan Łukasz Jasiński
Pan Dominik Jaskulski
Pan Paweł Jegor
Pan Tomasz Jetka
Pan Gustaw Jokiel
Pan Dominik Jureczko
Pan Paweł Jurewicz
Pan Jan Kłosiński
Pan Jan Kochman
Pan Andrzej Koźlik
Pan Andrzej Krzeptowski-Sabała
Pan Jacek Kubica
Pan Wojciech Kukla
Pan Konrad Kukulski
Pan Stanisław Kwiatkowski
Pan Tomasz Malinowski
Pan Miłosz Mazurkiewicz
Pan Dawid Megger
Pani Magdalena Moroń
Pan Marcin Moroń
Pan Mateusz Musielak
Pan Piotr Musielak
Pan Maksym Mydłowski
Pan Tomasz Netczuk
Pan Krzysztof Nowak
Pan Filip Nowicki
Pani Karolina Olszańska
Pan Zbigniew Ostrowski
Pan Łukasz Pappelbon
Pan Rafał Parol
Pan Mikołaj Pisarski
Pani Agnieszka Płonka
Pan Bartłomiej Podolski
Pan Paweł Pokrywka
Pan Artur Puszkarczuk
Pan Michał Puszkarczuk
Pan Jacek Rusiecki
Pan Jakub Sabała
Pan Adam Skrodzki
Pan Michał Sobczak
Pan Radosław Sobieś
Pan Piotr Sowiński
Pan Piotr Szewc
Pan Łukasz Szostak
Pan Franciszek Szterleja
Pan Michał Szymanek
Pan Krzysztof Turowski
Pan Jan Tyszkiewicz
Pani Anna Wajs
Pan Adam Wasielewski
Pan Karol Więckowski
Pan Waldemar Wilczyński
Pan Jakub Wołoszyn
Pan Karol Zdybel
Stowarzyszenie Libertariańskie
Łącznie otrzymaliśmy 4 003,56 zł . Dziękujemy wszystkim Darczyńcom!
Znajdź się na liście>>
Lista mecenasów>>