Autor: Mateusz Machaj
Wersja PDF

Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi?

niezależność banku centralnegoOd kilku dni cała Polska żyje tak zwaną „aferą taśmową”. Wstrząs opinii publicznej z nią związany był tak ogromny, że nawet osobom niezainteresowanym polityką trudno odseparować się od wszechogarniających dyskusji i emocji związanych z ujawnieniem nagrań rozmów wysokich funkcjonariuszy polskiego państwa.

O ile niektóre treści z rozmów zostały szybko ocenione przez wszystkich negatywnie, o tyle warte szczególnej uwagi są rozmowy przedstawiciela ministerstwa z prezesem Narodowego Banku Polskiego. Sytuacja jest w zasadzie dosyć ironiczna, ponieważ parę miesięcy temu prezes NBP zaangażował się w dwa procesy polityczne – w tworzenie nowej ustawy o NBP (w sumie osłabiającej inny konstytucyjny organ, Radę Polityki Pieniężnej) oraz w kwestię wyboru nowego ministra finansów, sugerując przy tym jednocześnie, iż jest gotów udzielić wsparcia rządowi (cokolwiek miałoby to znaczyć i jakkolwiek miałoby to wyglądać).

W samych działaniach nie byłoby oczywiście nic ironicznego, gdyby nie fakt, że krytykują je ludzie, którzy sami jeszcze nie tak dawno bardzo chcieli, żeby w polskiej polityce nastąpiły zmiany forsowane przez prezesa NBP. Zwróćmy uwagę, że chodzi o zdymisjonowanie ministra finansów oraz zwiększenie uprawnień (a w zasadzie potwierdzenie ich) Narodowego Banku Polskiego do druku pieniędzy. Ci sami ludzie, którzy jeszcze do niedawna byli gotowi wielokrotnie zwolnić ministra finansów i zmienić NBP w rządowe ministerstwo, teraz próbują przedstawiać się jako obrońcy niezależności banku centralnego.

Tymczasem fakty są takie, że w istocie tak wygląda „niezależność” banku centralnego. Można nawet powiedzieć, że jest to skutek owej „niezależności”. Gdyby bank centralny nie był „niezależny”, to prezes NBP nie byłby w pozycji negocjacyjnej wobec premiera rządu. Byłby kolejnym ministrem, który mógłby zostać zwolniony. Zamiast tego jest osobną władzą, NBP ma całkowitą niezależność budżetową, a kadencja w zasadzie nie może zostać skrócona. W sumie jedyna droga odwołania prezesa to zarzuty kalibru Targowicy, otwierające drogę do Trybunału Stanu. W każdym innym wypadku prezes NBP może generalnie działać w oparciu o maksymę „dziel i rządź”. Wszystko, co obecnie obserwujemy, jest owocem „niezależności” banku centralnego, a nie jej wypaczeniem. Z tego powodu większość obecnych komentatorów całkowicie nietrafnie diagnozuje istotę zagadnienia.

Parafrazując słowa klasyka Stefana Kisielewskiego, obecna sytuacja to nie kryzys niezależności banku centralnego, ale jej rezultat.

Jeden osobliwy polski wyłom wobec analogicznych zachodnich banków centralnych to otwartość i klarowność, którymi odznaczył się w nagranej rozmowie prezes NBP. Konsensus ekonomii głównonurtowej jest taki, że nie wolno tak otwarcie i bez żadnego skrępowania przyznawać, iż bank centralny ma możliwość wsparcia lub zwolnienia konkretnego rządu. Kodeks PR, czy też „komunikacja z otoczeniem” nakazują prezesowi unikać tak otwartych sformułowań, nawet jeśli tak de facto jest. Zamiast tego powinien mówić nudnym i suchym ekonomicznym żargonem o stabilizacjach, optymalizacjach, efektywnościach, całkowicie niepowiązanych z jakimikolwiek nazwami partii i nazwiskami. Trzeba innymi słowy zachować pozory i ukrywać brutalną prawdę o politycznej sile banku centralnego, żeby społeczeństwo wierzyło głęboko w mit eksperckiego planowania. Przykładowo Amerykanie muszą postrzegać Bena Bernankego jako wybitnego profesjonalistę (którym z pewnością jest), działającego gdzieś z tyłu. Należy jednak ukrywać przed Amerykanami oczywistą prawdę o tym, że to między innymi Ben Bernanke zdecydował o tym, że wybory prezydenckie wygrał Barack Obama, a nie John McCain.

Wróćmy jednak do sedna „politycznego dealu”. Co z kwestią skupowania papierów rządowych przez bank centralny (ponoć w zamian za dymisję ministra i uchwalenie ustawy)? Czy ta propozycja nie oznacza tak naprawdę łamania konstytucji? Z prawnego punktu widzenia można by ten przypadek interpretować zarówno w jedną, jak i w drugą stronę (zobacz na ten temat komentarz Mateusza Benedyka). Prawda jest taka, że banki centralne od zawsze miały wpisane w swoje funkcjonowanie ciche cele fiskalne. Nikt nigdzie nie zakładał banku centralnego po to, aby „realizować cel inflacyjny”. To jeden z dobrze ugruntowanych mitów politycznych, który zajmuje godne miejsce obok innego mitu, jakoby w demokracji rządziła większość społeczeństwa. Banki centralne istnieją po to, aby pozwalać na czerpanie zysku z emisji waluty, którym dzielą się rządy i banki komercyjne. Ustawowy i konstytucyjny cel inflacyjny mimo nominalnego pierwszeństwa jest tylko celem pomocniczym przy tym działaniu. Tak samo funkcjonuje to praktycznie we wszystkich rozwiniętych krajach, gdzie normą jest, że banki centralne skupują obligacje rządowe (za pomocą mechanizmów pośrednich lub bezpośrednich).

Jeden plus obecnego oburzenia jest taki, że możemy wreszcie otwarcie o tym mówić i jednoznacznie na to wskazywać: banki centralne produkują inflację, a nie ją zwalczają. Jest to olśnienie godne podkreślania – podobnie jak fakt, że nagle połowa klasy politycznej otwarcie przyznaje, że wybory demokratyczne mają całkowicie marginalne znaczenie dla tego, jak funkcjonuje współczesna demokracja. Dużo ważniejsze są zakulisowe gry przedstawicieli elit politycznych, pomiędzy które wciskają się gdzieś służby specjalne i finansowa nomenklatura. A jeszcze do niedawna ktoś tak twierdzący byłby uważany za szaleńca, wierzącego w teorie spiskowe.

Skupowanie obligacji przez bank centralny odbywa się najczęściej poprzez rynek wtórny, czyli nie bezpośrednio od rządu, lecz od wspólników menniczej redystrybucji, czyli banków komercyjnych. Podobne działania odbywają się w Stanach Zjednoczonych czy w Japonii. Również niedawno mogliśmy obserwować europejskie przepychanki co do tego, jak dużo Europejski Bank Centralny powinien wydrukować euro, aby wspomóc bankrutujące rządy. Istnienie pośrednika w postaci banków komercyjnych nie zmienia jednak podstawowego faktu, że wszędzie na świecie banki centralne drukują pieniądze na finansowanie deficytu budżetowego. Polska nie jest tu żadnym wyjątkiem.

A skoro tak, to trudno oczywiście oczekiwać, że takie działania pozostaną bez wpływu na sytuację budżetową, a w konsekwencji polityczną. Zwyczajną mrzonką jest wierzyć w to, że bank centralny jest w stanie pozostawać „apolityczny”, skoro jego decyzje są absolutnie fundamentalne dla tego, co się stanie w fiskusie.

Problem obecnego prezesa NBP polega na tym, że złamał zasadę milczenia na ten temat. W świecie zachodnim obowiązują pozory i rzekome standardy. Zamiast bowiem mówić otwarcie o „wsparciu rządu” należy mówić o walce o „stabilność makroekonomiczną”. Zamiast mówić o drukowaniu pieniędzy na dziurę budżetową należy mówić o „właściwej kompozycji policy mix”. Zamiast mówić o utrzymywaniu politycznego budżetu pewnej partii trzeba mówić o walce o „automatyczne stabilizatory” etc. Lista tego typu eufemizmów kamuflujących legalne kanały redystrybucji jest dosyć długa.

Jałowość obecnej sytuacji polega na tym, że wielu ludziom wydaje się, iż doszło do kolejnego ujawnienia afery o „kręceniu lodów”. Powinniśmy jednak zdawać sobie sprawę z tego, że w kwestii państwowej produkcji pieniądza „lody są kręcone” permanentnie i legalnie, a personalia niczego tutaj nie zmienią. Obecne wypłynięcie taśm ma na celu właśnie przede wszystkim zmiany personalne. Najwyraźniej ktoś chce zgłosić swoją kandydaturę na nowego cukiernika. Tymczasem warto pamiętać, że nie powinno chodzić o zmianę cukiernika, lecz o zmianę dużo głębszą i poważniejszą: o urynkowienie produkcji pieniądza i oderwanie jej od decyzji jakiejkolwiek państwowej instytucji. Obojętnie, czy ministerialnej, czy „niezależnej”. Jeśli oczywiście naszym celem jest stworzenie stabilnego otoczenia bankowego i finansowego dla polskiej gospodarki.

10 odpowiedzi na „Machaj: Niezależność banku centralnego a sprzedaż polityki”

  • Jałowość sytuacji polega również na tym, że srodowiska wolnorynkowe nie potrafią wspólnie sformułować tezy (lub tez) możliwej do zrealizowania w zastanej sytuacji, wokół której mogłoby się skupic znaczące poparcie.

    • Myśl wolnorynkowa jest skupiona w Polsce wokół Korwina, oraz ostatnio Wiplera, czy się to nam się podoba, czy nie, tylko oni posiadają jakiekolwiek zdolności medialne. Korwin jest zwolennikiem standardu złota, ale nie wiem czy prywatnego pieniądza, możliwe że nie. Natomiast Wipler z klasycznym liberalizmem sądząc z jego wypowiedzi ma niewiele wspólnego, wydaje mi się (tylko z wypowiedzi) że dopuszcza, oczywiście minimalną, pomoc socjalną, oraz państwową energetykę, więc prawdopodobnie i inne „obowiązkowe” funkcje Państwa.
      Pomijając nawet zdolności organizacyjne KNP to opowiedzenie się za pieniądzem rynkowym, czy standardem mogłoby nie tylko nie być spójne wśród tych kilku osób w partii, ale wywołać również jakiś sprzeciw wśród wyborców. Wydaje się, że medialnie jest łatwiej zaatakować KNP tak „absurdalnymi” pomysłami głoszonymi w głównym nurcie partii (monopol, niszcząca deflacja, brak bezpieczeństwa etc.), więc łatwiej powoływać się na fikcyjną niezależność, jak to pan Mateusz ładnie określił, „celów inflacyjnych”. Zresztą Wipler jest bardziej aktywny w tej zabawie, a on jak powiedziałem ani nie jest zbyt radykalny, ani zbyt „klasyczny”.

  • Czy Szanowny Autor (lub ktoś zorientowany w temacie) mógłby wyjaśnić w jaki sposób Ben Bernanke miałby wpłynąć na wynik wyborów prezydenckich? Nie znam szczegółów tej kwestii, prosiłbym o możliwie klarowne wyjaśnienie. Dziękuję.

    • O wygranej Obamy zdecydował upadek Lehman Brothers. Od tego czasu wygrał poparcie społeczne. Wystarczyłoby, że Bernanke pozwoliłby na upadek banku inwestycyjnego wcześniej (Bear Sternsa), lub uratowałby Lehmana, a sondaże dla McCaina wyglądałyby zupełnie inaczej.

    • Właśnie tak:

      „(…) maklerzy Banku Rezerwy Federalnej w Nowym Jorku kupują papiery wartościowe, głównie obligacje skarbowe USA, w rocznym tempie biliona dolarów czyli około 6 – 7 proc. amerykańskiego dochodu narodowego. Sprzedający dostają zapłatę w formie kredytów dodanych do swoich rachunków w Systemie Rezerwy Federalnej. Mówiąc prosto: tak Fed „drukuje pieniądze”. Zwykle jednak opinia publiczna nie dostrzega, zaś komentatorzy nie poruszają tego tematu, iż chociaż Fed emituje bilion dolarów nowych pieniędzy, to również wyciąga z gospodarki papiery wartościowe za bilion dolarów, a jest im najbliżej do pieniędzy w znaczeniu aktywów. Zarówno aktywa, jak i zobowiązania Fedu zwiększają się o bilion, ale aktywa i zobowiązania w gospodarce się nie zmieniają. Tylko ich skład zmienia się odrobinę: posiadacze papierów wartościowych, które przynoszą im zysk bliski zera lub dwóch procent chętnie sprzedadzą je Fedowi w zamian za pieniądze mające zwrot zeroprocentowy. Nie pędzą oni w jakiś zauważalny sposób, by wydać te pieniądze — przynajmniej nie znaczącą ich część — na dobra konsumpcyjne. Sądząc po wzrostach na rynkach akcji, część z nich została zainwestowana w firmy przemysłowe i handlowe, przez co pośrednim skutkiem jest potencjalna stymulacja konsumpcji i inwestycji.”

      http://mises.pl/blog/2014/01/28/jasay-pieniadze-helikoptera-bankowosc-epoki-kamienia/

      • Inflacja przez to, że zwiększa opłacalność konsumpcji, a zmniejsza opłacalność oszczędności, daje taki efekt, jak Święta Bożego Narodzenia – więcej ludzi kupuje, więc rośnie PKB i iluzja rozwoju gospodarczego. Problem z tą keynesowską logiką jest taki, że źródłem dobrobytu jest akumulacja kapitału, a ta zależy głównie od oszczędności.

  • Zbaczając z tematu: ostatnio coraz popularniejsza jest teza, że wzrost płacy minimalnej nie tylko nie zwiększa bezrobocia, ale w pewnych warunkach może prowadzić do jego zmniejszenia. Przy wyższej płacy za pracę ludzie mają rzekomo intensywniej jej poszukiwać. Co byście na to odpowiedzieli poza tym, że wzrośnie szara strefa i zmniejszy się rentowność przedsiębiorstwie, zwiększy się odsetek bankructw (tu pewnie keynesisci ripostowaliby, że wyższe płace = wyższa konsumpcja = większe zyski przedsiębiorstw).

    • Chyba sprzeczności w ripoście keynesistów nie muszę tłumaczyć?
      Co do pierwszego pytania, to jest to dziwne podejście. Zakłada ono, że firmy oferują niskie płace, przez co ludzie nie chcą w nich pracować, ale gdyby podnieśli stawkę, to ludzie by się zgodzili do nich przyjść, a im by się takie zatrudnienie ludzi opłacało (bo zamiast stwierdzić, że nie przyjmą większej ilości pracowników po podwyżce płacy minimalnej, zgadzają się na zatrudnianie ludzi po wyższej stawce). Zasadnicze pytanie brzmi: jeśli jest to dla nich opłacalne, to po co mają czekać na podwyższenie stawki minimalnej? Nie ma zakazu zatrudniania powyżej stawki minimalnej. Jeśli pracownik nie jest zainteresowany pracą za stawkę minimalną, a jest zainteresowany pracą za stawkę minimalną + X zł, i zatrudnienie takiego człowieka za stawkę minimalną + X zł się firmie opłaca, to logicznym posunięciem dla tej firmy byłoby podniesienie stawki. Co ją obchodzi płaca minimalna?

  • Może Pan wytłumaczyć sprzeczność, żeby miał pewność że dostrzegam ją we właściwym miejscu 🙂 Z góry dziękuję.

  • To jak, pomoże Pan? 😛

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • google
  • facebook
  • twitter
  • youtube
Zapisz się na newsletter:

Wybierz listę(y):

Cytat:
  • Nasze pokolenie zapomniało, że system prywatnej własności jest najważniejszą gwarancją wolności nie tylko dla posiadaczy własności, lecz w prawie równym stopniu dla tych, którzy jej nie posiadają. Friedrich von Hayek
Mecenasi
Wspieraj Nas>>
We wrześniu wsparli nas:
Pan Wojciech Bielecki
Pan Rafał Boniecki
Pani Dominika Buczek
Pani Julia Bula
Pan Marcin Dabkus
Pan Michał Dębowski
Pan Paweł Drożniak
Pan Dariusz Dziadkowski
Pan Maciej Gorzelak
Pan Marek Górecki
Pan Stanisław Gruszka
Pan Jarosław Grycz
Pan Adrian Grzemski
Pan Maciej Grzymkowski
Państwo Paulina i Przemysław Hys
Pan Miłosz Janas
Pan Łukasz Jasiński
Pan Dominik Jaskulski
Pan Paweł Jegor
Pan Tomasz Jetka
Pan Gustaw Jokiel
Pan Dominik Jureczko
Pan Paweł Jurewicz
Pan Jan Kłosiński
Pan Jan Kochman
Pan Wojciech Kukla
Pan Stanisław Kwiatkowski
Pan Tomasz Malinowski
Pan Miłosz Mazurkiewicz
Pani Magdalena Moroń
Pan Marcin Moroń
Pan Piotr Musielak
Pan Maksym Mydłowski
Pan Tomasz Netczuk
Pan Łukasz Nieroda
Pan Filip Nowicki
Pani Karolina Olszańska
Pan Zbigniew Ostrowski
Pan Rafał Parol
Pan Paweł Pasternak
Pan Mikołaj Pisarski
Pani Agnieszka Płonka
Pan Dominik Pobereszko
Pan Bartłomiej Podolski
Pan Paweł Pokrywka
Pan Michał Puszkarczuk
Pan Adam Skrodzki
Pan Michał Sobczak
Pan Radosław Sobieś
Pan Piotr Sowiński
Pan Adam Staszyński
Pan Łukasz Szostak
Pan Michał Szymanek
Pan Jan Tyszkiewicz
Pan Adam Wasielewski
Pan Waldemar Wilczyński
Pan Jakub Wołoszyn
Pan Tomasz Wyszogrodzki
Pan Karol Zdybel
Pan Marek Zemsta
Pani Mariola Zabielska-Romaszewska
Pan Piotr Żółkiewicz, Zolkiewicz & Partners
Pracownik Santander Bank
Łącznie otrzymaliśmy 6 307,21 zł . Dziękujemy wszystkim Darczyńcom!
Znajdź się na liście>>
Lista mecenasów>>