Autor: Friedrich A. von Hayek
Tłumaczenie: Marcin Zieliński
Wersja PDF, EPUB, MOBI

Fragment książki Pieniądz i kryzysy Friedricha von Hayeka, którą można nabyć w formie papierowej lub elektronicznej.

pieniądz i kryzysy

  1. Stabilizacja wewnętrzna a międzynarodowe przesunięcia popytu

Jeśli kursy wymiany walut różnych krajów są elastyczne, to konsekwencje tych zmian, które w wypadku systemu międzynarodowego doprowadziłyby do przepływu pieniądza z kraju do kraju, będą zależeć od stosowanej w tych krajach polityki pieniężnej. Zanim więc cokolwiek powiemy o tych konsekwencjach, musimy przyjrzeć się celom, do których ma zmierzać polityka pieniężna w krajach stosujących standard waluty niezależnej. Od razu pojawia się tutaj pytanie, czy da się uzasadnić przyjęcie którejkolwiek z zasad, według których powinien być regulowany obieg w systemie zamkniętym, przez kraj lub region z niezależną walutą, stanowiące część światowego systemu gospodarczego.

Oczywiste powinno być, że polityka stabilizacji, dotycząca ogólnego poziomu cen bądź ogólnego poziomu dochodów pieniężnych, wygląda inaczej w wypadku systemu zamkniętego, inaczej zaś w wypadku osobnych regionów, na które system może być podzielony mniej lub bardziej umownie. W rzeczywistości jednak zwolennicy doktryny nacjonalizmu monetarnego ignorują ten problem i zakładają po prostu, że kryteria poprawności polityki pieniężnej, które można zastosować do systemu zamkniętego, są również odpowiednie w odniesieniu do pojedynczego kraju. Później rozważymy wiążące się z tym problemy teoretyczne. W tej chwili jednakże musimy się ograniczyć do zbadania funkcjonowania mechanizmu, który służy powstaniu względnych zmian wartości całkowitych zasobów pieniądza poszczególnych krajów, kiedy każdy z tych krajów niezależnie od innych dąży do stabilizowania krajowego poziomu cen, strumienia dochodów lub czegokolwiek innego, bez względu na swoją pozycję w systemie międzynarodowym.

Najczęściej poruszany podczas debat z ostatnich lat był przykład — przedstawiający zapewne sytuację Anglii i Stanów Zjednoczonych — dwóch krajów o różnym tempie rozwoju technologicznego, przez co w jednym z nich koszty produkcji będą spadać szybciej niż w drugim. W systemie stałego kursu oznaczałoby to, że ceny niektórych produktów wytwarzanych w obu krajach mogłyby spadać szybciej od kosztów ich wytworzenia w kraju, w którym postęp technologiczny byłby wolniejszy, a w konsekwencji konieczne byłoby zredukowanie tam kosztów przez obniżenie płac itd. Główną zaletą systemu elastycznego kursu miałoby być to, że można by w takim wypadku uniknąć obniżki płac i przywrócić równowagę przez zmniejszenie wartości pieniądza w jednym kraju względem jego wartości w drugim.

Musimy jednak pamiętać, że argument ten jest przedstawiany w kategoriach wartości przeciętnych, a więc w kategoriach ogólnego poziomu cen i płac. Zmiana poziomu cen lub kosztów w jednym kraju w stosunku do ich poziomu w kraju drugim oznacza, że wskutek zmian kosztów względnych pozycja konkurencyjna branży lub grupy branż w którymś z krajów pogorszyła się. Innymi słowy, niższe ceny w danym kraju sprawią, że popyt się do niego przesunie z tego drugiego. Przypadek ten jest zatem bardzo podobny do przypadku omawianego w poprzednim wykładzie, toteż warto będzie go omówić w tych samych kategoriach. Najpierw zatem zbadamy skutki przesunięcia się popytu, gdy kursy walutowe mogą się zmieniać, a władze monetarne obu krajów dążą do ustabilizowania albo krajowego poziomu cen, albo — co z naszego punktu widzenia w dużej mierze sprowadza się do tego samego — wolumenu efektywnego strumienia pieniądza. Jedynie sporadycznie, gdy będą się pojawiać istotne różnice, odwołam się do wypadku przesunięć popytu wynikających z nierównego rozwoju technologicznego.

Oczywiście nie można za pomocą narzędzi polityki pieniężnej zapobiec spadkowi ceny produktu bezpośrednio dotkniętego przez zmianę względem cen pozostałych dóbr w danym kraju ani też odpowiadającemu mu wzrostowi w drugim kraju[1]. Nie można też zapobiec stopniowemu rozprzestrzenianiu się zmian dochodów. Można jedynie zapobiec zmianom całkowitego strumienia pieniądza w kraju, to znaczy wprowadzić równoważące zmiany pozostałych cen w taki sposób, by poziom cen pozostał stały. Na tym założeniu oprzemy tu rozważania. Dla uproszczenia zakładam również, że od początku istnieje stan pełnego zatrudnienia.

  1. Sytuacja kraju o ujemnym bilansie płatniczym

Dogodne będzie skupienie się najpierw na sytuacji w kraju, w którym popyt maleje i z którego w międzynarodowym systemie monetarnym nastąpiłby w konsekwencji odpływ pieniądza. Jednak w tym wypadku odpływ pieniądza jest niemożliwy. Ponadto sprzeczna z intencjami władz monetarnych byłaby wymiana dodatkowych ilości waluty zagranicznej na pieniądz krajowy i wycofanie tak uzyskanego pieniądza krajowego. Władze monetarne mogą utrzymywać pewne rezerwy waluty zagranicznej w celu wyrównywania chwilowych wahań kursów walutowych. Jednak nie ma sensu wykorzystywanie tych rezerw w wypadku trwałych zmian. Możemy zatem pominąć kwestię istnienia tych rezerw i prowadzić analizę opartą na założeniu, że wszelkie płatności zewnętrzne mogą być pokryte jedynie z bieżących wpływów z zagranicy.

Gdy przyjmie się takie założenie, stanie się oczywiste, że bezpośrednim skutkiem ujemnego bilansu płatniczego będzie wzrost kursu waluty zagranicznej. Jednak importerzy prawdopodobnie nie wydadzą w całości kwoty, którą wydawali dotychczas, by nabyć mniejszą podaż waluty zagranicznej, ponieważ z powodu wyższych cen importowanych dóbr część pieniądza do tej pory wydawanego na owe dobra przypuszczalnie zostanie przeznaczona na zakup ich krajowych substytutów[2]. Niewykluczone zatem, że kurs waluty zagranicznej wzrośnie mniej niż proporcjonalnie do spadku jej podaży. Jednak dzięki możliwości sprzedaży waluty zagranicznej po wyższym kursie eksporterzy otrzymają większe ilości waluty krajowej. Dla eksporterów dóbr, na których sprzedaż za granicę wspomniana zmiana pierwotna nie miała negatywnego wpływu, będzie to oznaczać korzyść netto, gdyż ceny ich produktów wzrosną w kategoriach waluty krajowej. Z kolei eksporterzy tych dóbr, których ceny wyrażone w walucie zagranicznej spadają, zauważą, że za każdy sprzedany produkt otrzymują większą ilość waluty krajowej niż przed jej deprecjacją, choć nie aż tak dużą jak przed zmianą pierwotną.

Jednak wpływ wzrostu kursu walutowego na ceny względne wyrażone w walucie krajowej będzie jedynie tymczasowy. Względne koszty wytworzenia różnych ilości dóbr nie zmieniły się i mało prawdopodobne jest, że będą wciąż produkowane w dotychczasowych ilościach, skoro zmieniły się ich ceny. Ponadto nie zanikną wcale zmiany kierunku strumienia pieniądza spowodowane przez wzrost kursu walutowego. Więcej pieniędzy wydaje się teraz na dobra krajowe, co wraz ze wzrostem rentowności w tych branżach eksportowych, które nie ucierpiały wskutek zmiany pierwotnej, doprowadzi do wzrostu cen niemal wszystkich dóbr. Wyjątkiem będą jedynie ceny tych dóbr, na które spadł popyt branż, które doznały negatywnego wpływu zmiany pierwotnej, a także osób osiągających w tych branżach dochód.

Wygląda więc na to, że argumenty za deprecjacją waluty w takich przypadkach wynikają z nadmiernie uproszczonej wizji funkcjonowania mechanizmu cenowego. Opierają się one na założeniu (stanowiącym w znacznej mierze podwaliny klasycznej analizy tych problemów), że ceny względne w każdym kraju są determinowane wyłącznie przez (niezmienne) koszty względne. W takiej sytuacji do przywrócenia równowagi wystarczałby oczywiście proporcjonalny spadek wszystkich cen w danym kraju w stosunku do cen w krajach pozostałych. Jednak w rzeczywistości — konieczne z powodu wystąpienia zmiany pierwotnej — zmiany względnych ilości dóbr wytwarzanych przez poszczególne branże muszą zostać wywołane przez zmiany względnych cen i względnych dochodów poszczególnych krajowych czynników produkcji.

Nawet bez złożonej i szczegółowej analizy da się dostrzec, że deprecjacja może ostatecznie doprowadzić jedynie do sytuacji, w której zamiast pełnego spadku cen i dochodów w branży dotkniętej przez zmianę pierwotną, będzie konieczny — w celu przywrócenia relacji odpowiadających strukturze kosztów i wymaganemu teraz względnemu wolumenowi produkcji — wzrost wielu innych cen i dochodów. Pomijając już kwestię absolutnej wysokości cen, ostateczne relacje nie będą takie same jak w wypadku stałego kursu wymiany, ponieważ proces przejściowy, w trakcie którego poszczególne zyski i straty będą wywierać wpływ na ostateczną sytuację, przybierze zupełnie inny charakter. Można powiedzieć, przemilczając mniej istotne różnice, że ogólnie rzecz biorąc, te same zmiany cen względnych, które w systemie stałych kursów wynikałyby ze spadku cen w branży bezpośrednio dotkniętej, teraz będą się dokonywać za sprawą odpowiedniego wzrostu wszystkich pozostałych cen.

Dwie kwestie wymagają jednak szczególnej uwagi. Po pierwsze, nie można w ten sposób odwrócić zmniejszenia się przewagi komparatywnej branży eksportowej, która ucierpiała wskutek zmiany pierwotnej, a zatem nieunikniony jest pewien spadek produkcji w tej branży. Po drugie, przynajmniej pod niektórymi względami proces wywołujący wzrost cen będzie miał charakter zdecydowanie inflacyjny. Wynika to zarówno z tego, że niektóre branże staną się tymczasowo bardziej rentowne, co będzie dla nich bodźcem do zwiększenia produkcji (jednak ich rozwój zostanie wkrótce zatrzymany, a nawet odwrócony z powodu wzrostu kosztów), jak i z tego, że część zasobów gotówkowych uwolnionych przez importerów trafi wskutek spłaty pożyczek do banków. Dzięki temu banki będą mogły zwiększyć ilość udzielanych kredytów i aby zachęcić pożyczkobiorców, zaoferują im lepsze warunki. Będzie to jednak zjawisko jedynie okresowe, ponieważ kiedy koszty zaczną rosnąć, okaże się, że brakuje dostatecznej ilości funduszy na sfinansowanie inwestycji. W tym sensie skutki redystrybucji pieniądza będą samoodwracalne, co jest typową cechą zakłóceń monetarnych. Tak oto nasuwa się pytanie, czym jest inflacja bądź deflacja na terenie danego kraju. Zanim jednak będziemy mogli na nie odpowiedzieć, musimy zbadać, jak będzie wyglądała sytuacja w kraju, który na zmianie zyskuje.

  1. Sytuacja kraju o dodatnim bilansie płatniczym

Załóżmy na początek, że również tutaj władze monetarne dążą do ustabilizowania poziomu cen i strumienia dochodów. Branża, która bezpośrednio korzysta na przesunięciu popytu, odkryje wkrótce, że z powodu spadku kursu waluty zagranicznej wzrost jej wpływów wyrażonych w walucie krajowej nie będzie aż tak duży, by odpowiadać wzrostowi sprzedaży w kategoriach waluty zagranicznej, a wpływy pozostałych branż eksportowych spadną. Ceny będą musiały obniżyć branże produkujące na rynek krajowy i konkurujące z importem, który w kategoriach waluty krajowej jest teraz tańszy. W konsekwencji dochody tych branż spadną. A więc jeśli w danym kraju utrzymuje się stałą ilość pieniądza albo stały poziom cen, to wzrost zagregowanej wartości produktów jednej branży w wyniku zmiany międzynarodowego popytu oznaczać będzie, że ceny produktów pozostałych branż będą musiały odpowiednio spaść. Innymi słowy, spadek cen, który w systemie stałych kursów nastąpiłby w branży tego kraju, w którym popyt zmalał, w systemie walut niezależnych i stabilizacji wewnętrznej zajdzie również częściowo w kraju, w którym popyt wzrósł, i w branżach, na które przesunięcie popytu nie miało bezpośredniego wpływu.

Tak przynajmniej musiałoby się stać, gdyby zasada stabilizacji wewnętrznej była konsekwentnie stosowana. Oczywiście, jest to jednak wysoce nieprawdopodobne. Bardzo możliwe, że aby zneutralizować skutki dotkliwego spadku cen w jednej branży, pozwoli się na wzrost wszystkich pozostałych cen w kraju. Jednak znacznie mniej prawdopodobna jest sytuacja, kiedy w celu zrównoważenia wzrostu cen produktów jednej branży, wynikającego ze zwiększenia się popytu międzynarodowego, pozwala się na spadek cen w pozostałych branżach. Trudno mi sobie wyobrazić, że prezes banku centralnego wyjaśnia, iż musi uprawiać politykę prowadzącą do spadku cen w wielu branżach krajowych, gdyż zwiększenie się popytu międzynarodowego doprowadziło do wzrostu cen w ważnej branży eksportowej. Rzecz jasna wiemy, co by się z nim wtedy stało.

Przyjmując bardziej realistyczny punkt widzenia, nie możemy mieć wątpliwości, jakie działania zostaną podjęte w takiej sytuacji. Podczas gdy w kraju, w którym w konsekwencji zmian międzynarodowego popytu niektóre ceny zaczną spadać, będzie się dążyć do utrzymania stabilnego poziomu cen, to z pewnością pozwoli się na jego wzrost w kraju, który na tej zmianie popytu skorzysta. Nietrudno dostrzec, jakie byłyby konsekwencje, gdyby wszystkie kraje na świecie opierały swoje działania na tej zasadzie. Oznaczałoby to, że ceny stabilizowano by jedynie w tym regionie, w którym w porównaniu z resztą świata obniżyłyby się najbardziej, a wszelkie dalsze dostosowania dokonywałyby się poprzez odpowiednie wzrosty cen w pozostałych krajach. Gdyby świat został podzielony na odpowiednią liczbę bardzo małych i niezależnych od siebie obszarów walutowych, to możliwości inflacji byłyby naprawdę ogromne. A jeśli zasada ta zostałaby już przyjęta, to dlaczego mielibyśmy się ograniczać jedynie do przeciętnych cen w poszczególnych krajach? Czy nie można by równie dobrze uzasadnić twierdzenia, że nie wolno dopuścić do spadku ceny żadnego towaru i należy tak zarządzać podażą pieniądza na świecie, by stabilizować cenę towaru, która obniżyłaby się najbardziej w porównaniu z cenami innych dóbr, i pozwalać na odpowiedni wzrost cen wszystkich pozostałych dóbr? Przypomnijmy sobie na przykład, co się stało kilkanaście lat temu z cenami kauczuku[3], by pojąć, że taka polityka może przerosnąć oczekiwania nawet najbardziej szalonych inflacjonistów. Być może jest to skrajny przykład. Gdyby jednak zasada ta została już wprowadzona w życie, to trudno wyobrazić sobie, w jaki sposób można by ją „rozsądnie” ograniczyć, a nawet zdefiniować te „rozsądne” granice.

  1. Przyczyny niedawnego rozwoju doktryny nacjonalizmu monetarnego

Pomińmy kwestię niemożności prowadzenia polityki stabilizacji w krajach, w których przy stałych kursach wymiany poziom cen by rósł, a także w krajach, w których by spadał. Załóżmy, że w krajach, które korzystają na wzroście popytu, ceny pozostałych dóbr byłyby obniżane, aby zachować stabilność krajowego poziomu cen, a w krajach, w których popyt maleje, podejmowano by działania odwrotne. Jakie jest uzasadnienie polityki stabilizacji wewnętrznej i jej znaczenie?

Trudno znaleźć wyrażone wprost argumenty teoretyczne za stabilizacją wewnętrzną. Zazwyczaj po prostu przyjmuje się za oczywiste, że rozwiązania pożądane w systemie zamkniętym muszą okazać się również korzystne w odniesieniu do obszarów narodowych. Z tego powodu powinniśmy prześledzić procesy historyczne, które przyczyniły się do popularności tego poglądu, zanim zbadamy jego teoretyczne uzasadnienie. Trudno mieć wątpliwości, że jego dominacja wiąże się bezpośrednio z pojawieniem się w latach 1925–1931 szczególnych trudności w angielskiej polityce pieniężnej. W tym stosunkowo krótkim okresie powojennym, kiedy w Wielkiej Brytanii obowiązywał standard złota, wystąpiły problemy wynikające z przewartościowania funta. Wbrew naukom ekonomii „ortodoksyjnej” — przecież już sto lat wcześniej Ricardo wyraźnie stwierdził, że „nigdy by nie doradził rządowi przywrócenia według parytetu waluty zdeprecjonowanej o 30 procent”[4] — w 1925 roku powrócono do dawnego kursu waluty brytyjskiej. Aby przywrócić równowagę, konieczne stało się więc obniżenie wszystkich cen i kosztów proporcjonalnie do wzrostu wartości funta. Proces ten, głównie z powodu trudności z obniżeniem płac, okazał się bardzo bolesny i długotrwały. Pozbawił Anglię możliwości uczestniczenia w boomie, który w 1929 roku doprowadził do kryzysu, przez co utrzymanie przywróconego parytetu okazało się niemożliwe. Nie wynikało to jednak ze zmian w uwarunkowaniach popytu ani też z działania innych czynników, które mogą wpłynąć na sytuację w kraju stosującym system stałych kursów. Był to skutek zmiany zewnętrznej wartości funta. Nie mieliśmy tu do czynienia z sytuacją, w której przy danych kursach walutowych krajowa struktura cen i kosztów przestałaby być w równowadze z resztą świata, lecz z zakłóceniem zależności między cenami w kraju a cenami za granicą przez zmianę parytetu.

Niemniej jednak z powodu tego doświadczenia brytyjscy ekonomiści zaczęli się bardzo interesować zależnościami między krajowymi poziomami cen i kosztów, a w szczególności płac, tak jakby mieli jakikolwiek powód, by oczekiwać regularnego powtarzania się sytuacji, w której struktura cen i kosztów jednego kraju, traktowana jako całość, musiałaby się zmieniać względem struktur cen i kosztów w krajach pozostałych. Istotnie wsparła ich modna ekonomia pseudoilościowa, zajmująca się wyliczaniem wartości średnich i operująca kategoriami krajowych „poziomów cen”, „parytetów siły nabywczej”, „warunków wymiany” (terms of trade), „mnożnika” i tak dalej.

Zwykły zbieg okoliczności, że te średnie są wyliczane zazwyczaj dla poszczególnych krajów, uważa się za dowód na to, że w pewnym sensie wszystkie ceny w danym kraju poruszają się razem względem cen w krajach pozostałych[5]. Wzmocniło to przekonanie, że zmiana krajowego poziomu cen względem danego poziomu kosztów pociąga za sobą jakieś szczególne trudności, w związku z czym lepiej tego uniknąć przez manipulacje kursem walutowym.

Chciałbym od razu dodać, że oczywiście nie próbuję zaprzeczyć temu, iż w wyniku pewnych zmian uwarunkowań w danym regionie konieczne mogą się stać zakrojone na szeroką skalę obniżki płac w celu zachowania kursu walutowego, a w obecnych okolicznościach taki proces w najlepszym wypadku jest bolesny i długotrwały. Tego rodzaju sytuacja może zaistnieć w krajach eksportujących głównie jeden lub kilka surowców naturalnych, gdy ich ceny zaczynają gwałtownie spadać. Chcę jednak zauważyć, że wielu moich brytyjskich kolegów nie potrafi zachować odpowiedniej perspektywy z powodu ostatnich doświadczeń będących udziałem ich kraju, jeśli chodzi o praktyczne znaczenie tego szczególnego przypadku. Są w błędzie, kiedy sądzą, że przez zmianę parytetu można pokonać wiele poważnych trudności wynikających ze sztywności płac, a z powodu fascynacji zależnościami pomiędzy poziomem cen i poziomem kosztów w danym regionie nie mogą dostrzec znacznie istotniejszych konsekwencji inflacji i deflacji[6].

  1. Znaczenie pojęć inflacji i deflacji w odniesieniu do obszarów narodowych

Jak już wcześniej zasugerowałem, różnica zdań wynika tutaj głównie z odmienności poglądów na temat znaczenia oraz konsekwencji inflacji i deflacji, a właściwie wagi przypisywanej dwóm rodzajom skutków zmian ilości pieniądza. Zwolennicy pierwszego poglądu kładą nacisk na samoodwracalny charakter skutków zmian monetarnych. Podkreślają, że w wyniku pojawienia się błędnych oczekiwań powodowanych przez — z konieczności tymczasowe — zmiany cen względnych produkcja zostaje niewłaściwie skierowana, czego najbardziej wyrazistym przykładem jest oczywiście cykl koniunkturalny. Zwolennicy drugiego poglądu zwracają uwagę na sztywność pewnych cen pieniężnych, a w szczególności płac. Trudności, jakie się pojawiają, gdy muszą zostać obniżone płace nominalne, nie można tak naprawdę nazwać zakłóceniami monetarnymi. Z takimi samymi trudnościami mielibyśmy również do czynienia, gdyby płace były wyrażane w kategoriach jakiegoś innego towaru. Jest to problem o charakterze monetarnym tylko w tym sensie, że trudności te można do pewnego stopnia przezwyciężyć za pomocą narzędzi polityki pieniężnej, kiedy płace są wyrażane w pieniądzu. Jednak zwolennicy tego poglądu nie odpowiadają na pytanie, czy można przezwyciężyć trudności wynikające ze sztywności płac nominalnych bez wywoływania zakłóceń monetarnych. Istotne powody sprawiają, że nie zawsze możliwe jest pogodzenie ze sobą dwóch celów: uniknięcia konieczności dostosowania płac przez ich obniżenie i zapobieżenia zniekształceniu produkcji.

Trudność pogodzenia tych celów jest istotna w kontekście opinii na temat odpowiednich zasad krajowej polityki pieniężnej, ponieważ analiza w kategoriach relacji cen względem danych płac, a w szczególności w kategoriach krajowych „poziomów” płac, skłania do przyjęcia wniosku, że ilość pieniądza powinna być dostosowywana do wszystkich grup obywateli, których obejmuje określony system umów (konsekwencja oczywiście wymaga, by stosować tę argumentację nie tylko do poszczególnych krajów, ale również branż, a już na pewno do „niekonkurujących ze sobą grup” (noncompeting groups) pracowników w każdym kraju). Jednakowoż nie ma powodu, aby ze zmianami ilości pieniądza na danym terytorium należącym do większego systemu monetarnego miały się wiązać samoodwracające się skutki zmian monetarnych. Jeśli spadek lub wzrost popytu w jednym regionie jest równoważony przez odpowiadającą mu zmianę popytu w innym regionie, to nie ma powodu, ażeby zmiany ilości pieniądza w tych dwóch regionach miały w jakimkolwiek sensie niewłaściwie pokierować działalność produkcyjną. Są one po prostu odzwierciedleniem leżących u ich podstaw zmian realnych, w których pośredniczy pieniądz.

Trudność tę zilustrujemy twierdzeniem jednego z najbardziej żarliwych zwolenników nacjonalizmu monetarnego, R.F. Harroda z Oksfordu, któremu nieobcy jest problem samoodwracających się skutków zmian monetarnych. W jednej ze swoich wcześniejszych publikacji twierdził on, że „jeśli stymulować będziemy przemysł, by rozwijał się w tempie, którego nie można utrzymać, to będziemy skazani na występujące okresowo kryzysy i depresje”[7]. Mimo to z jakiegoś powodu zdaje się on uważać, że zakłócenia produkcji mogą wystąpić również w razie zmian ilości pieniądza w kraju w następstwie zwykłej redystrybucji. W International Economics pojawia się ustęp ukazujący fundament teoretyczny, natomiast moim zdaniem jest to błąd logiczny, leżący u podstaw doktryny nacjonalizmu monetarnego wyraźniej niż jakiekolwiek inne twierdzenie. Harrod omawia w nim sytuację nierównego rozwoju gospodarczego w różnych krajach, posiadających wspólny standard monetarny, i dochodzi do wniosku, że „wolniej rozwijające się kraje mają dodatkowe kłopoty z powodu deflacji. Inflacja pojawia się tam, gdzie jest najbardziej niebezpieczna, czyli w krajach o dynamicznym rozwoju. Zarzut ten dotyczy w tej lub innej formie wszystkich projektów wspólnego pieniądza światowego”[8]. Harrod wyciąga z tego lekcję, że „waluty szybciej rozwijających się krajów powinny zyskiwać na wartości względem pozostałych walut”[9].

Warto tutaj zadać sobie pytanie, w jakim sensie inflacja i deflacja są dodatkowymi problemami, które nakładają się na trudności wynikające z nierównego rozwoju gospodarczego. Początkowo można by pomyśleć, że Harrod ma tutaj na myśli nadzwyczajne trudności powodowane przez wtórne procesy ekspansji i kurczenia się kredytu, które wynikają, jak mówiłem w poprzednim wykładzie, z istnienia systemów rezerwy krajowej. Jednak taką interpretację musimy wykluczyć, ponieważ zapewnia on nas, że problemy te dotyczą wszystkich form wspólnego pieniądza światowego. Wydaje się, że terminów „inflacja” i „deflacja” używa się tutaj jako odpowiedników wzrostu bądź spadku popytu pieniężnego względem danych kosztów. W tym sensie terminy te można by równie dobrze stosować do opisania przesunięć popytu między poszczególnymi branżami, gdzie oznaczałyby tyle co zmiana popytu względem podaży. Zarzut ten nie dotyczy raczej tego, że niepotrzebnie stosuje się pojęcia inflacji i deflacji do określenia zjawisk, które można by opisać przy użyciu prostszych terminów. Chodzi tu właściwie o to, czy jest jakikolwiek powód, by spodziewać się tutaj wystąpienia tych specyficznych konsekwencji, które kojarzymy z zakłóceniami monetarnymi, a więc czy rzeczywiście mogą się w takiej sytuacji pojawić jakieś „dodatkowe kłopoty” powodowane przez czynniki monetarne jako takie. Musimy zapytać, czy w tym wypadku pojawią się samoodwracające się skutki, typowe dla czynników całkowicie monetarnych, a zwłaszcza czy „inflacja” w sensie wzrostu ilości pieniądza w jednym kraju kosztem innego „stymuluje przemysł, by rozwijał się w tempie, którego nie można utrzymać”, i czy deflacja w tym samym sensie pociągnie za sobą tymczasowy spadek produkcji, którego można by uniknąć.

Odpowiedź na te pytania nie jest trudna. Wiemy, że szkodliwość inflacji i deflacji bierze się w istocie nie stąd, że wszystkie ceny zmieniają się w tym samym kierunku i w tym samym stopniu, ile stąd, że relacje między poszczególnymi cenami zmieniają się w kierunku, którego nie da się utrzymać, innymi słowy, że prowadzą do takiej dystrybucji siły nabywczej, która nie jest trwała. Widzieliśmy, że międzynarodowa redystrybucja pieniądza stanowi część procesu, który jednocześnie prowadzi do redystrybucji względnych ilości pieniądza w posiadaniu poszczególnych osób w każdym kraju, do której by musiało dojść, nawet gdyby nie było pieniądza międzynarodowego. Jednak w wypadku walut niezależnych najpierw musi się zmienić względna wartość całkowitej ilości pieniądza w kraju, sam zaś proces wewnętrznej redystrybucji przebiega inaczej niż w wypadku międzynarodowego systemu monetarnego. Wiemy już, że zmiany kursów wymiany same w sobie prowadzą do redystrybucji możliwości wydatkowania w kraju, nieuzasadnionej odpowiednimi zmianami rzeczywistej sytuacji. W wyniku tego niektóre branże dostaną tymczasowy impuls do rozwoju, choć trwały wzrost produkcji nie jest w nich możliwy. Słowem, kolejne zmiany indywidualnych wydatków i odpowiadające im zmiany poszczególnych cen nie doprowadzą przemysłu do nowego stanu równowagi. Inaczej mówiąc, skutki utrzymywania stałej ilości pieniądza w regionie albo kraju, kiedy według zasad międzynarodowego systemu monetarnego nastąpiłby jej spadek, mają charakter zasadniczo inflacyjny, a wtedy, gdy według zasad systemu międzynarodowego miałby nastąpić jej wzrost, są podobne jak w wypadku absolutnej deflacji.

Nie chcę tutaj sugerować, że inflacyjne bądź deflacyjne skutki polityki utrzymywania stałej ilości pieniądza na danym terytorium mają w praktyce duże znaczenie. Omówiłem już praktyczne argumenty przeciwko takiej polityce. Wspominam tutaj o tych bardziej abstrakcyjnych rozważaniach dlatego, że jeśli są one poprawne, to ukazują wyjątkowo wyraźnie słabość teoretycznego uzasadnienia nacjonalizmu monetarnego. Twierdzenie, że skutki utrzymywania stałej ilości pieniądza na terytorium, na którym w wypadku waluty międzynarodowej nastąpiłby jej spadek, mają charakter inflacyjny i na odwrót[10], pozostaje w jawnej sprzeczności ze stanowiskiem zwolenników nacjonalizmu monetarnego. Nie uważamy, że zmiany względnych zasobów pieniądza różnych narodów, którym towarzyszą zmiany ich udziału w dochodzie światowym, są szkodliwe, oraz wierzymy, że redystrybucja pieniądza stanowi jedyną metodę zmiany realnych dochodów, która nie prowadzi do powstania większych zakłóceń. Mówienie zaś w kontekście tych zmian o krajowej inflacji bądź deflacji może spowodować jedynie poważne pomieszanie pojęć[11].

Zanim przejdę dalej, chciałbym uzupełnić tę analizę teoretyczną o rozważania dotyczące spraw bardziej praktycznych. Choć koncepcja dostosowywania za pomocą polityki pieniężnej wszystkiego do „danego” poziomu płac jest w mojej opinii błędna na gruncie czysto teoretycznym, to konsekwencje wprowadzenia jej w życie mogłyby być osobliwe, biorąc pod uwagę to, że obecnie ten rzekomo dany poziom płac jest przedmiotem walki politycznej. W takiej sytuacji mechanizm negocjacji zbiorowych byłby wykorzystywany wyłącznie do podnoszenia płac, podczas gdy ich redukcję — nawet gdyby była konieczna tylko w jednej branży — należałoby przeprowadzić za pomocą narzędzi polityki pieniężnej. Mam wątpliwości, czy takie rozwiązanie mogłoby gdzieś być traktowane poważnie, z wyjątkiem krajów, w których przez długi czas siła robocza była w defensywie[12]. Trudno sobie wyobrazić, jak prowadzono by negocjacje płacowe, gdyby obowiązkiem władz monetarnych było osłabianie niekorzystnego wpływu wzrostu płac na pozycję konkurencyjną krajowych przedsiębiorstw na rynku światowym. Jednego możemy być jednak pewni: klasa robotnicza szybko by się zorientowała, że zaaranżowany wzrost płac prowadzi do redukcji płac realnych tak samo jak obniżenie płac nominalnych. W konsekwencji przekonanie, że łatwiej jest obniżyć płace wszystkich robotników w kraju okrężną metodą deprecjacji, niż bezpośrednio zredukować płace nominalne tych, którzy zostali dotknięci przez daną zmianę, szybko okazałoby się złudne.

 

[1] Kiedy przesunięcie popytu wynika z redukcji kosztów i będącego jej następstwem spadku cen w jednym kraju, to będziemy mieć tutaj do czynienia ze wzrostem względnym i zaledwie częściowo równoważącym ten spadek ceny produktu finalnego, co jednak może doprowadzić do faktycznego wzrostu cen czynników wykorzystywanych do jego produkcji.

[2] Naszą analizę opieramy tu na założeniu, że popyt jest elastyczny, co oznacza, że suma wydatków na dobra zmniejszy się, gdy ich ceny wzrosną, i na odwrót. Uwzględnienie sytuacji, w której popyt jest nieelastyczny, doprowadziłoby jedynie do nadmiernego wydłużenia analizy i nie wpłynęło w żaden sposób na wnioski.

[3] Chodzi tutaj o plan Stevensona realizowany w latach 1924–1928 przez rząd brytyjski; celem planu było podniesienie niskich po I wojnie światowej cen kauczuku przez ograniczenie jego podaży (przyp. tłum.).

[4] W liście do Johna Wheatleya z 18 września 1821 roku, opublikowanym w Letters of David Ricardo to Hutches Trower and Others, J. Bonar i J. Hollander (red.), Oxford 1899, s. 160.

[5] To, że przeciętne poziomy grup cen (wybrane mniej lub bardziej arbitralnie) zachowują się odmiennie w poszczególnych krajach, nie dowodzi oczywiście istnienia tendencji do zmieniania się struktury cen danego kraju, traktowanej jako całość, względem cen w innych krajach. Bardzo ciekawym zadaniem dla analizy statystycznej byłoby, o ile udałoby się opracować odpowiednią technikę, stwierdzenie, czy i w jakim stopniu taka tendencja istnieje. W takich badaniach należałoby oczywiście porównać nie tylko przeciętną wartość zmian cen w poszczególnych krajach, lecz także rozkład częstości względnych zmian cen wyrażonych w kategoriach pewnego wspólnego standardu. Badania te należałoby uzupełnić również o analizę względnych ruchów struktury cen w różnych częściach tego samego kraju.

[6] Skłonność ekonomistów z krajów anglosaskich do przeprowadzania analizy jedynie w kategoriach krajowych poziomów cen i płac wynika prawdopodobnie z tego, że wielki wpływ w tych krajach wywarły prace prof. Irvinga Fishera. O zagrożeniach wiążących się z takim podejściem może świadczyć słynny spór dotyczący reparacji wojennych, w trakcie którego prof. Ohlin wskazywał, że wbrew temu, co twierdzili jego brytyjscy oponenci, znaczenie ma ich oddziaływanie nie tyle na poziomy cen, ile na pozycję poszczególnych branż.

[7] R.F. Harrod (red.), The International Gold Problem, Royal Institute of International Affairs, London 1931, s. 29. Por. też w świetle tego twierdzenia ustęp w książce tegoż:International Economics, „Cambridge Economic Handbooks”, nr 8, London 1933, s. 150, gdzie wyciąga on wniosek, że „jedynym sposobem uniknięcia krachu jest zaaranżowanie boomu”, choć zaledwie dwie linijki wcześniej boom był definiowany jako „wzrost produkcji w tempie, którego nie można utrzymać w długim okresie”.

[8] International Economics, s. 170.

[9] Ibid., s. 174.

[10] Ponieważ nie chcę poświęcać tutaj zbyt dużo miejsca dość zawiłej analizie teoretycznej, to nie mogę przedstawić pełnego dowodu tego twierdzenia. Wyczerpujące omówienie złożonych konsekwencji tych procesów wymagałoby napisania oddzielnego rozdziału. Możemy jednak zasugerować tutaj dowód pośredni. Trudno raczej zaprzeczyć temu, że gdyby mimo braku innych zmian ilość pieniądza w jednym obszarze walutowym została zmniejszona o daną kwotę, a ilość pieniądza w innym obszarze walutowym została w tym samym czasie o tę samą kwotę zwiększona, to w pierwszym obszarze mielibyśmy do czynienia ze zjawiskami o charakterze deflacyjnym, a w drugim – inflacyjnym. Większość ekonomistów (oprócz najbardziej radykalnych nacjonalistów monetarnych) zgodzi się z tym, że zjawiska te by nie wystąpiły, gdyby zmianom ilości pieniądza towarzyszyły jednocześnie zmiany względnego wolumenu transakcji w obu krajach. Z tego wynika, że jeśli zmieni się względny wolumen transakcji w obu krajach, a ilość pieniądza w tych krajach będzie stała, to skutkiem tego będzie, odpowiednio, względna inflacja i deflacja.

[11] Zob. też na ten temat: Robbins, Economic Planning and International Order, s. 281 i n.

[12] Warto zauważyć, że te kraje europejskie, w których do 1929 roku płace rosły względnie najszybciej, były na ogół najbardziej niechętne eksperymentom polegającym na deprecjonowaniu waluty. Również niedawne doświadczenia Francji zdają się sugerować, że rząd klasy robotniczej może nigdy nie zdołać wykorzystać deprecjacji waluty do obniżenia płac realnych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • google
  • facebook
  • twitter
  • youtube
Zapisz się na newsletter:

Wybierz listę(y):

Cytat:
  • Niechęć do standardu złota wynika z przesądu, że wszechmocny rząd jest w stanie stworzyć bogactwo ze zwykłych kawałków papieru. Ludwig von Mises
Mecenasi
Wspieraj Nas>>
W październiku wsparli nas:
Pan Dominik Aromiński
Pan Bartosz Baranowski
Pan Wojciech Bielecki
Pan Piotr Bigaj
Pan Rafał Boniecki
Pani Dominika Buczek
Pani Julia Bula
Pan Robert Ciborowski
Pan Marcin Dabkus
Pan Michał Dębowski
Pan Paweł Drożniak
Pan Tomasz Dworowy
Pan Dariusz Dziadkowski
Pan Konrad Floriańczyk
Pan Maciej Gorzelak
Pan Stanisław Gruszka
Pan Jarosław Grycz
Pan Adrian Grzemski
Pan Maciej Grzymkowski
Pan Michał Gutowski
Państwo Paulina i Przemysław Hys
Pan Miłosz Janas
Pan Łukasz Jasiński
Pan Dominik Jaskulski
Pan Paweł Jegor
Pan Tomasz Jetka
Pan Gustaw Jokiel
Pan Dominik Jureczko
Pan Paweł Jurewicz
Pan Jan Kłosiński
Pan Tomasz Kłosiński
Pan Jan Kochman
Pan Kamil Koper
Pan Wojciech Kukla
Pan Witold Kwaśnicki
Pan Stanisław Kwiatkowski
Pani Anna Kwiecień
Pan Apolinary Lipski
Pan Tomasz Malinowski
Pan Adam Mazik
Pan Miłosz Mazurkiewicz
Pani Magdalena Moroń
Pan Marcin Moroń
Pan Piotr Musielak
Pan Maksym Mydłowski
Pan Tomasz Netczuk
Pan Konrad Niemotko
Pan Paweł Nowakowski
Pan Filip Nowicki
Pani Karolina Olszańska
Pan Dariusz Ostrowski
Pan Zbigniew Ostrowski
Pani Marzanna Papka
Pan Arkadiusz Konrad Pierowski
Pan Rafał Parol
Pan Mikołaj Pisarski
Pani Agnieszka Płonka
Pan Dominik Pobereszko
Pan Bartłomiej Podolski
Pan Paweł Pokrywka
Pan Michał Puszkarczuk
Pan Jacek Rusiecki
Pan Adam Skrodzki
Pan Emil Snużka
Pan Michał Sobczak
Pan Radosław Sobieś
Pan Piotr Sowiński
Pan Mikołaj Stempel
Pan Tomasz Szumski
Pan Michał Szymanek
Pan Adam Ślązak
Pan Tomasz Ślusarczyk
Pan Marek Trzaska
Pan Jan Tyszkiewicz
Pan Adam Wasielewski
Pan Waldemar Wilczyński
Pan Jakub Wołoszyn
Pan Tomasz Wyszogrodzki
Pan Karol Zdybel
Pan Marek Zemsta
Pani Mariola Zabielska-Romaszewska
Pan Krzysztof Zuber
Pracownik Santander Bank
Łącznie otrzymaliśmy 4 961,16 zł i 1,69 btc . Dziękujemy wszystkim Darczyńcom!
Znajdź się na liście>>
Lista mecenasów>>