Autor: Casey Given
Źródło: fee.org
Tłumaczenie: Sylwia Szumigraj
Wersja PDF, EPUB, MOBI

metanarracjaWiększość ludzi nie dostrzega wielu podobieństw między postmodernizmem i libertarianizmem. W końcu ten pierwszy to kierunek w filozofii przyjęty głównie przez lewicowych nauczycieli akademickich, drugi natomiast to wywodząca się z okresu Oświecenia ideologia polityczna kładąca nacisk na ograniczenie roli państwa, którą wielu określa jako centroprawicę. Trudno byłoby znaleźć kogoś, kto wyznawałby oba te poglądy jednocześnie.

Może jednak libertarianie zbyt pochopnie odrzucili postmodernizm, nie zbadawszy dogłębnie tej filozofii? Pewne jej elementy są zgodne z libertarianizmem i mogą wesprzeć libertariańską krytykę państwa.

Czym jest postmodernizm?

Libertariańskie stereotypy na temat postmodernizmu zawierają ziarno prawdy. Przede wszystkim postmodernistyczni filozofowie piszą zawile. Próba zrozumienia prac takich myślicieli jak Jacques Derrida czy Judith Butler wymaga ogromnego wysiłku, sprawiając, że wielu, którzy podejmują się tego zadania, porzuca je całkowicie. Zawiłość ta jest efektem francuskiej kultury intelektualnej, która bardziej akcentuje nieprzystępność niż istotę omawianego problemu. Jak zauważył Michel Foucault w rozmowie z amerykańskim filozofem Johnem Searle’em: „We Francji 10 procent pracy należy napisać w sposób niezrozumiały, bo inaczej ludzie nie uznają tego za głębokie — nie uznają cię za wnikliwego myśliciela”.

Ustalenie precyzyjnej definicji postmodernizmu sprawia trudności, ponieważ większość tzw. postmodernistycznych uczonych sprzeciwia się temu określeniu. Odrzucili je Derrida, Butler i Foucault, mimo że ich prace są najczęściej zaliczane do tej samej szkoły filozoficznej. Niejasności potęguje fakt, że historycy mają problem z odróżnieniem postmodernizmu od modernizmu, ich domniemanych prekursorów. Jak napisał krytyk literacki Andreas Huyssen: „Postmodernizm dla jednego krytyka jest tym, czym modernizm dla innego”.

Jednak istnieje proste wyjaśnienie postmodernizmu. Prawdopodobnie najbardziej przejrzystą definicję zaproponował Jean-François Lyotard, który w 1979 roku napisał: „W największym uproszczeniu definiuję postmodernizm jako nieufność wobec metanarracji”.

Jak wskazuje etymologia słowa, metanarracja to narracja narracji, stanowiąca okazały opis strukturalny historii ludzkości. Mówiąc prościej, są to opowieści na temat egzystencji widzianej z różnych perspektyw, które słyszeliśmy przez całe życie. Przykładowo, metanarracją chrześcijaństwa jest wiara w to, że od upadku Adama i Ewy w Edenie ludzie są grzeszni, ale w zaakceptowaniu Jezusa Chrystusa jako Pana i Zbawcy istnieje nadzieja na zbawienie. Metanarracją oświecenia jest pogląd, że racjonalne myślenie oparte na empiryzmie prowadzi do ludzkiego rozwoju. Metanarracją marksizmu, że światem rządził zawsze ucisk klasowy, a rewolucja proletariacka to jedyny sposób na zakończenie biedy, niedostatku i niesprawiedliwości.

Postmodernizm, jak tłumaczy Lyotard, jest definiowany zasadniczo poprzez sceptycyzm wobec tych metanarracji. Postmodernista analizuje i poddaje metanarracje „dekonstrukcji” (jak ująłby to Derrida), kwestionując przesłanki stojące za ich założeniami. W przeciwieństwie do tego co według powszechnie przyjętych stereotypów uważa się na temat postmodernizmu, jego celem nie jest wywołanie zamętu w myśli filozoficznej, lecz przede wszystkim przywrócenie klarowności w tym skomplikowanym świecie.

Czy postmodernizm może być libertariański?

Tak jak rozmaite religie i szkoły filozoficzne, rząd posiada własne metanarracje, mające stanowić uzasadnienie dla posiadania monopolu na przemoc. Każdy obywatel, szczególnie jeśli czytał Hobbesa, zna metanarrację państwa. Mianowicie: rząd monopolizuje przemoc w celu uchronienia społeczeństwa przed pogrążeniem się w chaosie.

Senatorka z Massachusetts, Elizabeth Warren, podaje współczesny przykład takiej metanarracji w mowie z 2012 roku, do której później bezmyślnie sięgnął Obama:

Wybudowałeś fabrykę? Gratulacje. Jednak chcę się wyrazić jasno. Przemieściłeś swoje towary na rynek korzystając z dróg, za które zapłaciliśmy my wszyscy. Zatrudniłeś pracowników, których edukację opłaciliśmy my wszyscy. Byłeś bezpieczny w swojej fabryce dzięki policji i straży pożarnej, które opłaciliśmy my wszyscy. Nie musiałeś się martwić, że przyjdą bandyci i przejmą twoją fabrykę, ani zatrudniać nikogo, by tego uniknąć, dzięki pracy nas wszystkich.

Dobry postmodernista zakwestionowałby taką metanarrację, podając w wątpliwość fundamentalne założenie Warren, że państwo jest konieczne, by zapewnić ochronę i postęp w tym okrutnym hobbesowskim świecie.

Czy drogi muszą być opłacane z publicznych środków, czy może współczesne przykłady wskazują na możliwość powstawania prywatnych sieci komunikacyjnych na wielką skalę? Czy edukacja musi pozostać w rękach państwa, czy szkolnictwo zapewniłby prawdziwie wolny rynek? Czy policja zawsze chroni, czy też częściej inicjuje przemoc zamiast zaprowadzać pokój? Czy życie naprawdę byłoby „okropne, brutalne i krótkie” bez państwa, czy może koordynacja rynkowa zapewniłaby pokój i dobrobyt pozwalające jednostkom prosperować?

W taki sposób, podając w wątpliwość strukturę władzy rządu, która była całkowicie usprawiedliwiana i akceptowana przez wieki, postmodernistyczne poglądy na politykę mogą być libertariańskie. Choć większość postmodernistów o tendencjach lewicowych może wzdrygać się na myśl o tym, te dwie szkoły filozoficzne można w istocie pogodzić.

Postmodernistyczny libertarianizm?

Postmodernistyczne zapatrywania na politykę nie ograniczają się jedynie do właściwego libertarianom kwestionowania roli państwa. Wielu postmodernistycznych filozofów, jak Foucault, posunęło się dalej, dokonując analizy społeczeństwa, mogącej istotnie przyczynić się do poszerzenia tradycyjnej analizy libertariańskiej.

Foucault na przykład zainteresował się nie tylko tym, jak państwo bezpośrednio kontroluje społeczeństwo, stosując przymus, ale także jak obywatele są kształtowani w sposób pośredni, by kontrolować samych siebie — co nazwał „biowładzą”. Według niego państwo stosuje „liczne i zróżnicowane metody podporządkowywania sobie organizmów i kontrolowania populacji” poza tradycyjnym aparatem przymusu (policją, wojskiem, systemem władzy sądowniczej).

Przykładowo szpitale regulują normy społeczne dotyczące troski o własne ciało. Zakłady psychiatryczne określają czym jest „normalne” zachowanie. Szkoły decydują jakiej wiedzy historycznej i poglądów politycznych należy uczyć obywateli.

Niemiecki socjolog Thomas Lemke tak podsumowuje poglądy Foucaulta: „To co dzisiaj obserwujemy, nie jest zmniejszeniem czy ograniczeniem państwowej suwerenności i możliwości planowania, lecz odejściem od metod formalnych na rzecz nieformalnych oraz pojawieniem się nowych aktorów na scenie politycznej (np. organizacji pozarządowych), co wskazuje na fundamentalne zmiany w sposobie rządzenia, a także nowe relacje między władzą państwową a społeczeństwem obywatelskim”. Wpływ rządu na sprawy społeczne stał się na tyle rozległy dzięki pośrednim środkom takim jak dotacje, zwolnienia podatkowe, akredytacje i regulacje, że bezustannie tworzy on i wzmacnia normy społeczne, nazywając się przy tym opiekunem społeczeństwa.

Co jest interesujące w tej analizie z punktu widzenia libertarian, to fakt, że te pośrednie instytucje państwowe często bywały w błędzie. Kiedyś w szpitalach rozwieszono plakaty piramidy żywieniowej zatwierdzonej przez Departament Rolnictwa, które zachęcały do jedzenia większej ilości produktów zbożowych, a mniej mięsnych. W 2005 r. plakaty wymieniono ze względu na obawy związane z odżywianiem. Zakłady psychiatryczne stosowały dawniej leczenie elektrowstrząsami na dolegliwości takie jak depresja. W przeszłości szkoły publiczne pokazywały uczniom reklamy społeczne ostrzegające dzieci przed niebezpieczeństwem homoseksualizmu.

Rzecz w tym, że metanarracje pozwalają państwu kontrolować populację. Postmodernizm, choć nie jako jedyny, może być źródłem takiego spostrzeżenia. Jednak analiza — czy nawet dekonstrukcja metanarracji — jest podstawą bytu postmodernizmu. Libertarianie mogą nauczyć się z tego kilku rzeczy. Co więcej, jest to zgodne z poglądami lepiej nam znanych myślicieli, takich jak F. A. Hayek, który uważał, że rząd kłóci się z rozwijającym się, złożonym porządkiem społecznym. (Ponadto wierzy się, że Foucault zainteresował się pracami Hayeka w swoim późniejszym życiu i zachęcał studentów do czytania jego dzieł). Ekonomia wolności i filozofia postmodernistyczna mogą być zatem postrzegane jako dwie strony medalu. Obie zachęcają do naświetlania problemów ze sposobami, jakimi państwo uzasadnia swoje istnienie i zachowuje władzę.

28 odpowiedzi na „Given: Państwo jako metanarracja – jak krytyka postmodernistyczna może wesprzeć krytykę libertariańską”

  • Płytki artykuł i to wcale nie dlatego, że 10% nie zostało napisane w sposób niezrozumiały. Libertarianizm opiera się na stałych – przynajmniej zdaniem libertarian – podstawach rzeczywistości (zwykle jest to prawo natury). I im bardziej coś ma jednoznaczne podstawy, tym bardziej postmoderniści to dekonstruują. Tak więc na poziomie dekonstrukcji państwa szliby być może ramię w ramię (w co jednak wątpię, gdyż krytyka instytucji państwowych w postmoderinzmie jakoś nie przełożyła się dotąd na postulaty anarchizmu, minarchizmu itp., a raczej mówi tylko o przesunięciu akcentów polityki państwa), ale dalej, w miejscu, w którym libertarianin chciałby się już zatrzymać, postmodernista dekstruowałby dalej. W kwestii dekonstrukcji metanarracji państwa sojusz między libertarianami a postmodernistami może więc istnieć, ale jest/byłby/będzie to tylko sojusz doraźny, motywowany tym, że u władzy są ci, którzy nie podobają się ani jednym, ani drugim. Gdyby zniknął ten, jak można założyć łączący postmodernistów i libertarian, problem, zniknąłby domniemany wspólny punkt widzenia postmodernistów i libertarian.

    • Ok, jednak autor na wstępie określił swoje stanowisko, że „Pewne elementy (postmodernizmu) są zgodne z libertarianizmem”. Chodzi o przedstawienie elementów, które mogą łączyć te koncepcje. Poza tym, nawet gdyby zaistniała sytuacja, „w której libertarianin chciałby się już zatrzymać, postmodernista dekonstruowałby dalej” i sojusz byłby krótkotrwały, to dla libertarian i tak nie miałoby to już żadnego znaczenia. W końcu w warunkach libertariańskich dekonstrukcja postmodernistyczna odbywałaby się w ramach dobrowolnej akceptacji takich poglądów i bez państwowego przymusu.

      Z resztą analiza czy krytyka rzeczywistości (nawet w warunkach libertariańskich) nikomu jeszcze nie wyszła na złe, ale niestety faktem jest, że postmodernistyczna krytyka państwa nie przełożyła się na odchodzenie od jego funkcji, a bardziej na szukanie rozwiązań w jego obrębie (jest to ciekawe, bo w teorii postmodernistycznej wolność uznawana jest za najwyższą wartość i chodzi o krytykę nowoczesności utożsamianej przecież z superpaństwami i totalitaryzmami).

      Dobry przykład to Zygmunt Bauman, który w swoich wywodach na temat neoliberalizmu wykazuje kompletny brak wiedzy na ten temat (albo po prostu w jakimś sensie jest skażony pewną ideologią, poza którą nie potrafi już wyjść?), dodatkowo twierdząc, że to właśnie neoliberalizm przyczynia się do „restratyfikacji społecznej” czy „kryminalizacji biedy”. I szczęście zdaje się ciągle widzieć w rozwiązaniach okołopaństwowych (pomimo że to aparat państwowa często podlega jego krytycznej analizie, bo w końcu daje możliwość stosowania przymusu i przeniesienia ciężaru odpowiedzialności np. na instytucje państwowe – nawet w relacjach międzyludzkich i itp.).

      • Nie za bardzo chce mi się polemizować z Twoim postrzeganiem postmodernizmu (sporo wątków poruszyłem poniżej), ale chętnie dowiem się coś więcej na ten temat: „Dobry przykład to Zygmunt Bauman, który w swoich wywodach na temat neoliberalizmu wykazuje kompletny brak wiedzy na ten temat (…), dodatkowo twierdząc, że to właśnie neoliberalizm przyczynia się do „restratyfikacji społecznej” czy „kryminalizacji biedy”.

  • Po pierwsze, przyznam, że jestem pozytywnie zaskoczony publikacją tego tekstu na stronie (abstrahując jednak od jego jakości, która jest dość mierna). Nie tylko dlatego, że jest to rozwinięcie podejścia, które swego czasu promowałem u siebie na blogu, ale chyba przede wszystkim dlatego, że – bez urazy – austriacka szkoła ekonomii obstaje przy starych, modernistycznych sposobach prowadzenia analizy, które z postmodernistycznym podejściem nie mają nic wspólnego.

    Po drugie, taka jest też – ukryta – teza tego artykułu: libertarianizm (z góry przepraszam za wrzucenie do jednego worka ASE i libertarianizmu, ale zajmują one wspólny modernistyczny front) i postmodernizm są głęboko niewspółmiernymi językami, co prowadzi do ich kompletnej niekompatybilności wynikającej z posługiwania się zupełnie innym słownikiem, zwracaniem uwagi na inną problematykę, posługiwaniem się odmiennymi metodami badawczymi, przyjmowaniem różnych (przed-)założeń warunkujących dalszą procedurę itd. Z tego też względu przeciętny libertarianin, prezentujący skrajnie redukcjonistyczne społecznie stanowisko, hołubiący niezmienność, dążność do uniwersalizmu i prawdy (vide prawo naturalne), a przez to wpisujący się w schematy oddziaływań władzy w rozumieniu Foucaulta, nie skorzysta z przeczytania lektur autorów postmodernistycznych, chyba że za cenę rezygnacji z libertarianizmu. Przynajmniej ja takiej możliwości nie widzę i, jak sądzę, wspiera mnie w tym autor tekstu, promując pogląd (zapewne nieuświadomiony), że libertarianin może z postmodernizmu wciąć to, czego sami postmoderniści nie głoszą.

    Po trzecie, powyższe zdanie uzasadnione jest tym, że do tekstu wkradły się pewne niedomówienia czy niedociągnięcia. Postmodernizm zdecydowanie odchodzi w swoich przedsięwzięciach od analizowania państwa na rzecz przyjrzenia się innym źródłom i mechanizmom funkcjonowania władzy. Nie oznacza to, że państwa się nie zauważa, ale nie postrzega się go jako głównego dzierżyciela władzy, a już na pewno nie jako głównego wroga. Przykładem na takie podejście jest chociażby wspomniany w artykule Foucault, który w swoich analizach władzy abstrahował od podejścia upatrującego w państwie ośrodek władzy (tzn. zrywał z teorią suwerenności na rzecz badania praktyk dyscyplinarnych). Reszta tekstu nie jest w ogóle związana z postmodernizmem w tym sensie, że poruszane wątki dotyczą spraw z postmodernizmem nie mających nic wspólnego. Dlatego też sorry – postrzegając libertarianizm ściśle definicyjne, tj. jako libertarianina określając tylko kogoś, kto spełnia pewne cechy, których kwintesencję przedstawił Rothbard i pokrewni mu myśliciele, stwierdzam, że punktów stycznych między libertarianizmem i postmodernizmem nie ma.

    • Austriacka szkoła nie ma wiele wspólnego z postmodernizmem pewnie dlatego, że to ekonomia, a postmodernizm nie ma nic z nauką ekonomii wspólnego. Zresztą w ogóle z jakąkolwiek nauką postmodernizm ma mało wspólnego. Nie ma postmodernistycznej biologii i fizyki, więc nie ma potrzeby istnienia postmodernistycznej ekonomii.

      Libertarianizm to, owszem, trochę inna sprawa. To już filozofia. Podobnie jak postmodernizm.

      • Chyba ktoś tu napisał komentarz po przeczytaniu tylko pierwszego akapitu komentarza Trikstera :).

        • Inna sprawa, że postmodernizm para się jednak analizą ekonomiczną (np. „Słowa i rzeczy” Foucaulta, w którym sporo kartek poświęcono dyskursywnym praktykom właściwym dla ekonomii klasycznej, czy feministki jak bell hooks i Judith Butler, które zwracają uwagę na zaszłości gospodarcze warunkujące sytuację kobiet i te de), choć faktem pozostaje, że zdecydowanie abstrahuje od analizy, której można by przypisać przymiot systematyczności. W przeciwieństwie bowiem do wszelkich szkół „twardego” modernizmu (do których można by spokojnie zaklasyfikować austriaków, neoklasyków czy niemal wszystkie inne mainstreamowe tradycje ekonomiczne) sceptycznie podchodzi nie tylko do koncepcji systemu obejmującego całość faktów z danej dziedziny, wyczerpującego dane zagadnienie, ale wręcz do możliwości osiągnięcia jakiejś obiektywnej, powszechnie sprawdzalnej metody.

          Idąc tym tropem, jak najbardziej można w biologii czy fizyce wyróżnić hipotezy/koncepcje, które wspierają postmodernistyczne postrzeganie świata (duża część fizyki kwantowej, multiwersa, te sprawy), ale kluczowa będzie tu konstatacja, że z punktu widzenia postmodernizmu postmodernizm – a przy tym wszystkie inne koncepcje filozoficzne – będą okularami, przez które interpretujemy rzeczywistość, w jakimś stopniu determinującymi naszą percepcję choćby w odniesieniu do fizyki czy biologii. Innymi słowy, jakkolwiek nie ma czegoś takiego jak postmodernistyczna biologia, można na biologię spojrzeć z perspektywy postmodernistycznej, pamiętając wszakże o tym, że postmodernizm jako taki nie rości sobie aspiracji do bycia wyłącznym pryzmatem interpretacyjnym.

          • Czy jest jakakolwiek teza naukowa, którą do ekonomii wprowadziło zastosowanie postmodernizmu? Nie znam, chętnie poznam.

    • Żeby nie było znów tak krytycznie, to pozwolę sobie zauważyć, że pewne punkty styczne są, choć zapewne mniej, niż między, nie przymierzając, ASE a marksizmem (zob. http://mises.pl/blog/2004/05/16/108/). Oczywiście warto pamiętać, że pewne punkty styczne są zawsze: np. można powiedzieć, że stycznym punktem słonia i mrówki jest to, że oboje chodzą po ziemi – z tego jednak wiele nie wynika. Niemniej jednak wydaje mi się, że wśród uczonych niezaznajomionych z libertarianizmem teza typu: „politologia jest zdominowana przez statocentryczny punkt widzenia na społeczeństwo, prawo i wszelkie instytucje, podczas gdy państwo jest tylko jedną z możliwości, wcale niekonieczną dla istnienia społeczeństwa i prawa” byłaby odebrana właśnie jako postmodernistyczna. Mnie samemu lektura Foucaulta pozwoliła zrozumieć, że pewne punkty odniesienia uważane wręcz za niewzruszalne, mogą jednak podlegać zmianom (np. podejście do historii). Dla mnie jest to główny walor postmodernizmu, który otwiera oczy na wielość perspektyw, a libertarianizm jest jedną z propozycji, które mogą pojawić się w miejsce perspektywy wydającej się być niewzruszalną. Mówiąc krótko, uważam, że punkt styczny libertarianizmu i postmodernizmu leży w stwierdzeniu: „tak być nie musi”.

      • Libertarianizm i postmodernizm to jakiś tam świat wartościowania. Nauki starają się od tego uciekać (wielokrotnie z sukcesem). Dlatego ekonomia sensu stricto (fizyka, biologia itd.) nie mają styczności z libertarianizmem, czy postmodernizmem.

        • No nie, proszę, tylko bez Hoppego. 🙂 Tu masz, nie chwaląc się, trochę lepszy artykuł o możliwości ukonstytuowania teorii klas na podstawie libertarianizmu:
          http://liberalis.pl/2009/06/05/krzysztof-sledzinski-ku-libertarianskiej-teorii-klas/

          Lecz kwestia podstawowa: pojęcie klasy nie jest charakterystyczne dla marksizmu jako takiego, lecz to marksizm zapożyczył je od ekonomii klasycznej (która postrzegała rzeczywistość często dość kolektywistycznie). Dążę tutaj do tego, że sam fakt, iż libertarianie czy austriacy wytworzyli jakąś teorię klas, nie stanowi z automatu odwołania do marksizmu, lecz bardziej nawiązuje do tradycji liberalnej, z którą – co tu ukrywać – libertarianizm ma znacznie więcej wspólnego. Swego czasu czytałem ten tekst na wspomniany temat:
          http://mises.org/library/classical-liberal-roots-marxist-doctrine-classes

          Co do ostatniego fragmentu Twojej wypowiedzi, to stanowi to jedno z podstawowych założeń Foucaulta, wyjaśniające też rewolucyjny potencjał jego myśli. Foucault dowodził bowiem, że skoro wszystko jest ukonstytuowane historycznie, to znaczy, że mogło było, pod wpływem innych czynników zewnętrznych i w innej sytuacji kulturowej, ukonstytuować się inaczej, a przede wszystkim, że również w przyszłości może wytworzyć się coś zupełnie innego. Co do tego zgoda, ale moim zdaniem ma to dość ograniczone zastosowanie do libertarianizmu. A to dlatego, że cokolwiek by nie powiedzieć o libertarianizmu jego walor rewolucyjny jest dość ograniczony, przez co rozumiem, że nie proponuje on podważenia założeń, na jakich opiera się współczesne społeczeństwo, lecz tylko inne rozłożenie akcentów. Jeśli chodzi o zmianę w postrzeganiu, o której piszesz, to znacznie bardziej owocne byłoby spojrzenie z perspektywy zajmujących się metodologią filozofów nauki, np. Kuhna czy Feyerabenda.

      • No nie, proszę, tylko bez Hoppego. 🙂 Tu masz, nie chwaląc się, trochę lepszy artykuł o możliwości ukonstytuowania teorii klas na podstawie libertarianizmu:
        http://liberalis.pl/2009/06/05/krzysztof-sledzinski-ku-libertarianskiej-teorii-klas/

        Lecz kwestia podstawowa: pojęcie klasy nie jest charakterystyczne dla marksizmu jako takiego, lecz to marksizm zapożyczył je od ekonomii klasycznej (która postrzegała rzeczywistość często dość kolektywistycznie). Dążę tutaj do tego, że sam fakt, iż libertarianie czy austriacy wytworzyli jakąś teorię klas, nie stanowi z automatu odwołania do marksizmu, lecz bardziej nawiązuje do tradycji liberalnej, z którą – co tu ukrywać – libertarianizm ma znacznie więcej wspólnego. Swego czasu czytałem ten tekst na wspomniany temat:
        http://mises.org/library/classical-liberal-roots-marxist-doctrine-classes

        Co do ostatniego fragmentu Twojej wypowiedzi, to stanowi to jedno z podstawowych założeń Foucaulta, wyjaśniające też rewolucyjny potencjał jego myśli. Foucault dowodził bowiem, że skoro wszystko jest ukonstytuowane historycznie, to znaczy, że mogło było, pod wpływem innych czynników zewnętrznych i w innej sytuacji kulturowej, ukonstytuować się inaczej, a przede wszystkim, że również w przyszłości może wytworzyć się coś zupełnie innego. Co do tego zgoda, ale moim zdaniem ma to dość ograniczone zastosowanie do libertarianizmu. A to dlatego, że cokolwiek by nie powiedzieć o libertarianizmu jego walor rewolucyjny jest dość ograniczony, przez co rozumiem, że nie proponuje on podważenia założeń, na jakich opiera się współczesne społeczeństwo, lecz tylko inne rozłożenie akcentów. Jeśli chodzi o zmianę w postrzeganiu, o której piszesz, to znacznie bardziej owocne byłoby spojrzenie z perspektywy zajmujących się metodologią filozofów nauki, np. Kuhna czy Feyerabenda.

        • Nie sądzę, aby postulat wyrugowania Hoppego z nomen omen dyskursu nt. libertarianizmu był funkcjonalny.
          I co by nie powiedzieć, jednak pojęcie klasy j e s t charakterystyczne dla marksizmu jako takiego, a fakt, że pojawiło się wcześniej gdzieś indziej, nie ma tu absolutnie nic do rzeczy, bo nie taki jest sens słowa „charakterystyczne”, żeby fakt ten miał tu coś do rzeczy. W każdym razie, pojęciem (lub logiką) klasy posługują się zarówno marksiści, jak i libertarianie, i to jest niezaprzeczalnie jeden z ich punktów wspólnych.
          Co do ostatniego fragmentu, to ja w ogóle nie podkreślałem w swojej wypowiedzi rewolucyjnego, lecz pro-pluralistyczny charakter postmodernizmu. Pisałem o „wielości perspektyw” i o tym, że gdyby dekonstrukcji uległa ta perspektywa, którą większość wyobraża sobie jako jedyną, to libertarianizm skorzystałby na tym w ten sposób, że zająłby jedno z otwartych w ten sposób okienek, w którym umieściłby swoją propozycję organizacji porządku społecznego. Tu dostrzegam pewną przystawalność (co nie znaczy, że podobieństwo) postmodernizmu i libertarianizmu – pierwszy jest pluralistyczny i chcąc nie chcąc robi miejsce m.in. dla drugiego (który nota bene poprzez odwołanie się do dobrowolności jest również dość pluralistyczny). Ponadto przywoływałem tezę, że państwo jest niekonieczne, a nie, że konieczna jest anarchia (bo dopiero to byłaby teza rewolucyjna, podczas gdy tamta – tj. „państwo jest niekonieczne” – jest po prostu pluralistyczna). Poza wszystkim, nie uważam, że miernikiem słuszności teorii jest jej rewolucyjność. Podobało mi się, jak kiedyś JKM (nie chodzi o osobę, tylko o argument, więc proszę nie pisać: „tylko nie JKM”) powiedział, że poglądy Nowej Prawicy nie są radykalne, tylko normalne – radykalna (w sensie: radykalnie różna od tego, co normalne) jest rzeczywistość.

          • Ja Hoppego wykluczam z dyskursu, bo nie ma on nic ciekawego do powiedzenia, już przede wszystkim w tym tekście. To, że ktoś korzysta z pojęcia klasy, nie czyni go automatycznie marksistą ani nie stanowi to nawiązania do marksizmu (a przynajmniej nie większego niż do szkolnictwa czy matematyki). W związku z tym: nie, pojęcia klasy nie jest charakterystyczne dla marksizmu, lecz dla socjologii, w którym to kontekście jest ono dziś przede wszystkim używane. To, że libertarianie zazwyczaj postrzegają je jako marksistowskie, to tylko libertariańskie spaczenie.

            Inna sprawa, że libertarianie niezwykle rzadko posługują się logiką klas czy też pojęciem klasy w socjologicznym znaczeniu. Bliższa jest im perspektywa marksistowska w tym sensie, że np. u Rothbarda czy Konkina mamy równie dualistyczny podział co u Marksa, z tym jednak zastrzeżeniem, że u Marksa wszystko to zbudowane było na solidnych, filozoficznych fundamentach.

            Tak, postmodernizm jest pluralistyczny, ale za nic tego aspektu nie widzę w libertarianizmie (a to temat na szerszą dyskusję, na którą nie mam teraz czasu). Chyba że chodzi Ci o to, że postmodernizm dzięki swojemu pluralizmowi umożliwia udział libertarianizmu w dyskursie społeczno-politycznym. Ale przecież z tym mamy do czynienia również teraz.

          • (Jako że Trikster kliknął w „anuluj pisanie odpowiedzi”, pozostało mi napisać tę odpowiedź przy swoim poście.)
            Oczywiście, że używanie przez kogoś pojęcia „klasa” nie czyni go marksistą, ani też używanie pojęcia „klasa” nie jest automatycznym nawiązaniem do marksizmu. Tyle, że ja nigdzie nie napisałem nic takiego. Napisałem, że klasowość jest koncepcją, która jest obecna zarówno w libertarianizmie, jak i w marksizmie. Pojęcie klasy owszem jest charakterystyczne dla socjologii (i typowo socjologicznie używał go przecież Mises), ale jest również charakterystyczne dla marksizmu. Należy przy tym odróżnić dwa poziomy refleksji: naukowy (socjologia) i ideologiczny (marksizm, libertarianizm). Próbowałem zwrócić uwagę na znaczenie słowa „charakterystyczne”, bo to chyba złe rozumienie tego słowa jest tu źródłem nieporozumienia. Można więc powiedzieć, że jedzenie kiełbasy jest charakterystyczne dla Polaków i to wcale nie oznacza, że nie może być również charakterystyczne dla Niemców albo w ogóle ludzi („charakterystyczne dla x” to nie znaczy „charakterystyczne wyłącznie dla x”). Tak samo więc odwoływanie się do klasy jest charakterystyczne tak dla marksizmu, jak i dla socjologii. Warto przy tym odróżnić znaczenie „klasy” w socjologii, gdzie „klasa” ma znaczenie techniczne, od znaczenia w marksizmie i w libertarianizmie, w ramach których to ideologiach „klasa” ma znaczenie (również?) ideologiczne. I to głównie na patrzeniu na świat przez pryzmat teorii klasowej polega podobieństwo libertarianizmu i marksizmu (por. art. Hoppego). W obu ideologiach są dwie przeciwstawne sobie klasy: dobra i zła, wyzyskująca i wyzyskiwana. Chodzi właśnie o wspomnianą i charakterystyczną dla obu tych ideologii dychotomię (klasową), którą libertarianie przejęli w pewnym sensie od, nota bene socjologa, F. Oppenheimera. A więc nie jest trafne stwierdzenie, że „libertarianie niezwykle rzadko posługują się logiką klas”. Przecież w libertarianizmie logika dychotomicznych klas jest obecna prawie tak silnie jak w gnostycyzmie czy augustynizmie. Chodzi mi o ideologiczną teorię klasową, a nie techniczne pojęcie klasy. Warto odróżniać politykę od nauki – brak tego rozróżnienia był widoczny również we wcześniejszym komentarzu nt. kwestii rewolucyjności libertarianizmu (sens polityczny słowa „rewolucja”) i postmodernizmu (głównie filozoficzny i metodologiczny sens słowa „rewolucja”, choć jak pokazuje praktyka polityczna aplikowany do polityki).
            I właśnie w tym kontekście – politycznym – należy rozumieć również pluralizm libertarianizmu. Filozoficznie libertarianizm jest esencjalistyczny, ale politycznie dość pluralistyczny. Gwarantuje to dobrowolność jako zasada regulatywna, czyli „fundament pod utopie”. Nie ma chyba innej filozofii politycznej, która uznawałaby, że etycznie uprawomocniony jest zarówno dobrowolny komunizm, jak i dobrowolny leseferyzm. Tu właśnie jest pluralizm libertarianizmu (pluralizm polityczny, bo o taki, a nie o filozoficzno-naukowy, mi chodzi).

  • Tomasz Sz.
    „Czy jest jakakolwiek teza naukowa, którą do ekonomii wprowadziło zastosowanie postmodernizmu? Nie znam, chętnie poznam.”
    Nie mam pojęcia, co to ma znaczyć (w sumie wszystko: „teza”, „naukowa”, „ekonomia”, „zastosowanie”, „postmodernizm”), więc trudno mi udzielić odpowiedzi na tak zadane pytanie. Jeśli mam strzelić w jakąś aproksymację tego, co mogłeś przez to rozumieć, to nie do końca, ale owo „nie do końca” jest właśnie wybitnie postmodernistyczne. Trochę poważniej: z nurtów, które czynią podobne nawiązania i odwołują się do podobnych tradycji, obadaj np. McCloskey (ekonomia retoryczna) i ekonomię hermeneutyczną (Ludwig Lachmann z austriaków i Don Lavoie z nie-austriaków).

    • McCloskey jest dosyć jasna i klarowna. Uprawia dobrą rozwiniętą klasyczną ekonomię. Lachmann opisuje problemy modelowania, a Lavoie opisuje problemy pomiarowe subiektywnych informacji (coś ala Hayek). Całą trójka robi to w świetny obiektywny sposób. Dalej nie wiem, co do tego ma mieć „postmodernizm”. Może dlatego, że nie wiem, czy ten postmodernizm jest i ja akurat aproksymacji nie zaryzykuję 😉

      • Wyszukaj proszę te dwa terminy, które zresztą podałem w poprzednim komencie: „ekonomia retoryczna” i „ekonomia hermeneutyczna”. Co jak co, ale googlować za Ciebie nie zamierzam.

        • Czytałem dzieła McCloskeya i przed, i po zmianie płci. Czytałem kiedyś prawie wszystkie dzieła Lachmanna. Lavoia dwie najważniejsze książki. Nie widzę związku flirtu na gruncie filozoficznym (na który ci autorzy czasami się powołują) z sensownymi tezami naukowymi, które ci naukowcy przedstawiali.
          McCloskey robi dobrą ekonomię klasyczną w teorii wzrostu, krytykuje narzędzia modelowania, podobnie jak Mises, Lachmann – wysuwają te same argumenty, a Lavoi rozwija problemy wiedzy zdecentralizowanej niczym Hayek.

          Dlatego ponawiam pytanie: Czy jest jakakolwiek teza naukowa, którą do ekonomii wprowadziło zastosowanie postmodernizmu? Żadne z odkryć naukowych McCloskeya, Lachmanna ani Lavoia nie jest produktem postmodernizmu, skoro podobne rzeczy zaoferowali „moderniści” pokroju Misesa, Rothbarda, Hayeka. Ani Feyerabend, ani Foucault nic tam nie wnieśli. Tylko bez ripost o Googlu 🙂 Konkrety. Gdzie jest wartość dodana postmodernizmu do wiedzy ekonomicznej?

          • Po pierwsze, jeśli szukasz w postmodernizmie, hermeneutyce, filozofii analitycznej czy jakiejkolwiek innej tradycji filozoficznej jakiejś koncepcji ekonomicznej wyrażonej przykładowo w postaci wzoru, wykresu czy jakiejkolwiek innej formie, jaką przyjmują koncepcje ekonomicznej, to wiadomo, że nie znajdziesz, bo szukasz pod złym adresem. Postmodernizm nie jest gotową teorią czy koncepcją, a zapewnia raczej okulary, przez które patrzy się na rzeczywistość. Jasne więc, że nie zawiera żadnej tezy naukowej, bo sam nie jest nauką – przyjmując dość łopatologiczne rozumienie nauki.

            Po drugie, to, że McCloskey czy Lachmann jako ekonomiści nie oferowali żadnych odstępstw od paradygmatu panującego w ekonomii sensu stricto, przyjmowali odmienne od powszechnych interpretację ekonomii jako nauki (odpowiednio: z punktu widzenia retoryki i hermeneutyki). Jest to – można by ująć – poziom meta, ale dla mnie jest to wystarczające, żeby stwierdzić, iż postmodernizm dał jakiś wkład w ekonomię, gdyż myślenie o ekonomii jako nauce, a więc filozofię ekonomii, ujmuję w ramach ekonomii. Odpowiadając więc na Twoje pytanie z tej perspektywy, postmodernizm – a według niektórych koncepcji, np. Lyotarda czy Toulmina, hermeneutykę i stanowisko retoryczne można by uznać za postmodernistyczne – daje nam pewien ogląd na to, jak ekonomia jest uprawiana czy jak powinno się ją uprawiać, jaki jest jest status (tu również Foucault, Rorty i inni), jakie są jej konsekwencje, a także oferuje zupełnie nowe podejścia (postkonsumpcjoznim, ekonomia feministyczna).

            Dlatego ja też ponawiam swoją wypowiedź: „Nie mam pojęcia, co to ma znaczyć (w sumie wszystko: „teza”, „naukowa”, „ekonomia”, „zastosowanie”, „postmodernizm”), więc trudno mi udzielić odpowiedzi na tak zadane pytanie” – zwyczajnie odpowiedź może brzmieć „tak”, „nie”, „może” i inne w zależności od tego, co rozumiesz przez te słowa, a wszystkich możliwych perspektyw analizować mi się nie chce.

          • Ok. Na poziomie gier metodologicznych, językowych, filozoficznych – w porządku. Ale jeśli chodzi o samą treść, konkretną wiedzę, bądź nawet wiedzę „miękką”, to ekonomia jest jedna 🙂 Choć wiele osób (tak samo Austriaków) robi wszystko, żeby ją podzielić.

  • 1. Żeby nie było: nic nie klikałem. Inna sprawa, że system dodawania komentarzy jest na portalu szalenie niewygodny.

    2. Wskazałeś – przywołując artykuł Hoppego – że są pewne punkty styczne między marksizmem a ASE. Ja w odpowiedzi napisałem, że używanie terminu „klasa” nie oznacza z automatu czerpania z marksizmu. Chodziło mi o to, że w swoim tekście Hoppe sprawia wrażenie, że nawiązuje do marksizmu, ale zwróć proszę uwagę, że w drugiej części (przedstawiającej austriacką teorię wyzysku) nie korzysta on z marksistowskiego pojęcia klasy, tylko wyprowadza swoje własne, inkorporowane na potrzeby libertarianizmu, a więc posiadające inne znaczenie, co prowadzi do wniosku, że posługuje się homonimem do klasy w rozumieniu marksistowskim. Podkreślam: to, że ktoś używa socjologicznego czy jakiegokolwiek – poza marksistowskim – pojęcia klasy, nie oznacza, że jest to jakiś „punkt styczny” z marksizmem, bo te pojęcia to homonimy (chyba że dla Ciebie „punktem stycznym” między lewiatanem a telewizorem jest to, że oba zawierają frazę „lew”, to wtedy faktycznie mój wywód wydaje się nieuzasadniony).

    3. Pisząc: „libertarianie niezwykle rzadko posługują się logiką klas” miałem na myśli dokładnie to, co powyżej. W sensie: libertarianie nie korzystają zazwyczaj z marksistowskiego pojęcia klasy ani Heglowskiego, ani Weberowskiego, ani socjologicznego, a w języku przyjęło się kojarzyć „klasę” z tymi myślicielami i tradycjami myślowymi. Skoro zaś tak jest, to libertarianie niezwykle rzadko posługują się logiką klas (bo są wyjątki: np. Roderick Long, coś mi się jeszcze kojarzy Chris Sciabarra, ale nie wiem, czy mnie pamięć nie zawodzi). Tobie z kolei chyba chodzi o to, że o libertarianach – skoro wymyślili swoje pojęcie klasy niemające szczególnie dużo wspólnego z wyżej wymienionymi – można w rzeczy samej powiedzieć, iż korzystają z logiki klas. Jeśli tak – spoko; wszystko mi jedno, jaką siatką terminologiczną posługują się libertarianie, więc równie dobrze może się w niej znaleźć pojęcie klasy.

    4. Pytanie w zakresie pluralizmu libertarian brzmieć będzie, czy dobrowolność postępowania zgodnie z esencjalistycznymi zasadami ustalonymi na gruncie teorii libertariańskiej będzie wystarczającym warunkiem do nazwania czegoś pluralistycznym. Dla mnie nieszczególnie, bo problem z doktrynami/teoriami/koncepcjami politycznymi jest taki, że są one bardzo często uniwersalizujące (przykładem libertarianizm), tzn. obejmują swoim zakresem pewną klasę faktów politycznych. Jasne więc jest, że dwie teorie obejmujące swoim zakresem tę samą klasę faktów politycznych będą ze sobą niekompatybilne. W tym sensie libertarianizm nie będzie mógł być pluralistyczny, bo nie wyraża on zgody (w znaczeniu braku kompatybilności) na poglądy, które są sprzeczne z jego – jak to ująłeś – zasadą regulatywną; chyba że ustanawiasz tak nisko poprzeczkę, że za cechę pluralizmu uznajesz zgadzanie się tylko na ten pogląd, który się jest z Twoim kompatybilny. Tylko jak dla mnie to trochę niehalo.

    • Faktycznie tekst Hoppego jest raczej intelektualnym grypsem niż argumentem zupełnie na serio. Z drugiej jednak strony mógłbym spytać przewrotnie – a czym możemy być pewni co Marks miał na myśli mówiąc o „klasach”, skoro:
      1. Sam nie wyprowadził ich definicji.
      2. Inaczej pojmował klasy w teorii, a inaczej w historii
      ?

  • Odnoszę podobne wrażenie co do Hoppego. A odpowiadając na Twoje pytanie: nie, nigdy nie możemy być niczego pewni, ale z tego, co widzę, nigdzie w tej dyskusji argument z pewności nie został podniesiony.

    • Z tą pewnością nie chodziło mi o poziom meta, że niczego nie możemy być pewni.
      Ja czytając historyczne (nie teoretyczne) dywagacje Marxa mam wrażenie, że to faktycznie jest mocno kompatybilne z libertarianizmem, ponieważ on pisze o pierwotnej akumulacji, która polegała na podboju i podporządkowaniu z mieczem w ręce. To dlatego marksiści śmieją się z bajek o pierwotnym zawłaszczeniu w stylu Locke’a. Bo dla nich pierwotna akumulacja historycznie dokonywała się mieczem. A skoro tak, to kompatybilność jest spora, nie?

      • Nie pisałem, że między libertarianami i marksistami nie ma podobieństw, tylko że one nie dotyczą pojęcia klasy. I jednak, jakbyś przyjrzał się dokładniej wynurzeniom niektórych libertarian (polecam np. Kevina Carsona), ta Locke’owska bajeczka u nich pokutuje. Wiadomo, nie u wszystkich, ale znajdzie się spora grupa (niestety również najbardziej obecna w mediach, np. Woods, Block), która zdecydowanie zrywa z proponowaną przez Marska interpretacją wydarzeń z XVIII i XIX wieku.
        A co masz na myśli, pisząc, że Marks „Inaczej pojmował klasy w teorii, a inaczej w historii”?

        • Chodziło mi o to, że w historycznym opisie jest bliższy narracji libertariańskiej, skupia się na feudalizmie, podboju, imperializmie, kolonializmie, nieładnej „akumulacji pierwotnej”.
          A w teorii mówi o relacji kapitalista-robotnik, gdzie nie mamy podboju, tylko jest swoboda umów.

  • Niekoniecznie bym się zgodził, że jest bliższy narracji libertariańskiej, ale bardziej interesuje mnie ten fragment Twojej wypowiedzi: „w teorii mówi o relacji kapitalista-robotnik, gdzie nie mamy podboju, tylko jest swoboda umów”, z którym się dosyć głęboko nie zgadzam. Mógłbyś podać jakieś źródło?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • google
  • facebook
  • twitter
  • youtube
Zapisz się na newsletter:

Wybierz listę(y):

Cytat:
  • Ekonomiczny problem społeczeństwa nie dotyczy zatem po prostu alokacji „danych” zasobów – jeśli słowo „danych” ma znaczyć: danych jednemu umysłowi świadomie rozwiązującemu problem stawiany przez te dane. Jest to raczej problem zapewnienia najlepszego wykorzystania zasobów znanych każdemu spośród członków społeczeństwa w celach, których względne znaczenia jemu tylko są znane. Krótko mówiąc, jest to problem wykorzystania wiedzy, która w całej swej pełni nikomu nie jest dana. Friedrich von Hayek
Mecenasi
Wspieraj Nas>>
W lipcu wsparli nas:
Pan Wojciech Bielecki
Pan Piotr Bigaj
Pan Rafał Boniecki
Pani Dominika Buczek
Pani Julia Bula
Pan Robert Ciborowski
Pan Leszek Ciesielski
Pan Jakub Czuchnowski
Pan Marcin Dabkus
Pan Wojciech Dąbek
Pan Michał Dębowski
Pan Paweł Drożniak
Pan Dariusz Dziadkowski
Pan Maciej Gorzelak
Pan Jarosław Grycz
Pan Adrian Grzemski
Pan Maciej Grzymkowski
Państwo Paulina i Przemysław Hys
Pan Miłosz Janas
Pan Łukasz Jasiński
Pan Dominik Jaskulski
Pan Paweł Jegor
Pan Tomasz Jetka
Pan Gustaw Jokiel
Pan Dominik Jureczko
Pan Paweł Jurewicz
Pan Jan Kłosiński
Pan Jan Kochman
Pan Wojciech Kukla
Pan Konrad Kukulski
Pan Witold Kwaśnicki
Pan Stanisław Kwiatkowski
Pan Tomasz Malinowski
Pan Miłosz Mazurkiewicz
Pani Magdalena Moroń
Pan Marcin Moroń
Pan Piotr Musielak
Pan Maksym Mydłowski
Pan Tomasz Netczuk
Pan Filip Nowicki
Pani Karolina Olszańska
Pan Zbigniew Ostrowski
Pan Rafał Parol
Pan Mikołaj Pisarski
Pani Agnieszka Płonka
Pan Dominik Pobereszko
Pan Bartłomiej Podolski
Pan Paweł Pokrywka
Pan Michał Puszkarczuk
Pan Jakub Sabała
Pan Adam Skrodzki
Pan Michał Sobczak
Pan Radosław Sobieś
Pan Piotr Sowiński
Pani Marzena Starnawska
Pan Mikołaj Stempel
Pan Łukasz Szostak
Pan Michał Szymanek
Pan Krzysztof Turowski
Pan Jan Tyszkiewicz
Pani Anna Wajs
Pan Adam Wasielewski
Pan Waldemar Wilczyński
Pan Jakub Wołoszyn
Pan Karol Zdybel
REWSOFT
Łącznie otrzymaliśmy 3 785,30 zł . Dziękujemy wszystkim Darczyńcom!
Znajdź się na liście>>
Lista mecenasów>>