Autor: Paweł Nowakowski
Wersja PDF, EPUB, MOBI

krytyce libertarianizmuWstęp

W eseju tym podejmę problem religijnie zorientowanej krytyki libertarianizmu, przedstawianej niekiedy przez jego przeciwników w tekstach aspirujących do miana naukowych. Sam fakt odrzucania pewnych koncepcji jako niespójnych z wyznawaną wiarą czy moralnością jest zjawiskiem całkowicie powszechnym i w pełni zrozumiałym. Libertarianizm często krytykuje się z tego rodzaju pozycji. Fakt ten nabiera jednak innego charakteru, kiedy argumenty religijne pojawiają się w dyskursie naukowym, pretendując tym samym do argumentów w debatach, w których decydujący głos ma być głosem, należącym wyłącznie do porządku rozumu.

Wydawać by się mogło, że problem, którym się tu zajmuję, jest anachroniczny. Czy w XXI wieku, kiedy o znaczeniu publikacji danego autora decydują różne parametry i indeksy, punkty ministerialne, publikacje w czasopismach z listy filadelfisjkiej i wskaźniki cytowań, jest jeszcze miejsce na nieporozumienia w zakresie relacji wiara — argumenty naukowe?

Wiara a argumenty naukowe

W historii intelektualnej Zachodu zajmowano odnośnie wspomnianego stosunku różne stanowiska. Różne bywały także obowiązujące wytyczne w procesie zdobywania wiedzy. Początkowo bogato odwoływano się do argumentów religijnych, choć w poszczególnych czasach i miejscach występowało to z różnym natężeniem. Czasami rozważania religijne mieszały się z rozumowaniem nieopartym na wierze — tak było np. w starożytnej Grecji. Innym razem, jak w myśli św. Augustyna, teologia miała jednoznacznie dominować filozofię. Święty Tomasz z kolei przyznał racjonalnej filozofii bardzo ważne miejsce — rozumowo odkrywane przez filozofa prawo naturalne miało wyjaśnić to, co na temat świata i człowieka mówi Objawienie. Tomizm został oficjalną doktryną Kościoła, a o potrzebie korzystania zarówno z treści Objawienia, jak i daru rozumu, by dzięki temu jak najpełniej być chrześcijaninem, nauczał np. św. Jan Paweł II, mówiący bez ogródek, że wiara bez rozumu jest zagrożona zabobonnością. Rozum nie miał tu zastępować wiary, lecz ją dopełniać i wzajemnie się z nią przenikać. Rezerwując inne narzędzia poznawcze dla praktyki wiary i rozumu, głoszono tedy ich wzajemność i komplementarność.

Nie wynikał z tego jednak postulat zmierzania do sytuacji, w której argumenty z zakresu wiary przenikałyby do dyskursu naukowego. Co więcej, można nawet uznać, że chrześcijanin próbując przemycać na grunt nauki argumenty nienaukowe (a więc odwołujące się do wiary), postępuje niewłaściwie. Mimo to na pytanie postawione we wstępie wypada odpowiedzieć twierdząco. Otóż tak — współcześnie zdarzają się przypadki, kiedy w ramach dyskursu pretendującego do miana naukowego pojawiają się błędy z zakresu relacji wiara — argumenty naukowe. Rzecz dotyczy nauk najbardziej podatnych na zagrożenia związane z tym problemem, tj. nauk społecznych i humanistycznych.

Libertarianie w sprzeczności z religią

W odniesieniu do libertarianizmu problem ten zauważa Jakub Wozinski (2010), słusznie krytykując Tomasza Teluka, który w swojej książce „Libertarianizm. Krytyka” (Teluk 2009) odrzuca libertarianizm przede wszystkim w oparciu o argumentację religijną. Dodatkową konsternację może wywoływać fakt, że pierwowzorem pracy Teluka jest jego rozprawa doktorska napisana na Uniwersytecie Jagiellońskim, a z tyłu okładki książki możemy przeczytać pozytywne recenzje znakomitych polskich filozofów, profesora Zbigniewa Raua i profesora Ryszarda Legutki. Nie oznacza to jednak, że wymienieni uczeni aprobują nienaukowe elementy wywodu Teluka, bowiem pojawiają się one dopiero w drugim wydaniu jego publikacji, oni zaś recenzowali wersję pierwszą. Stąd można wywnioskować, że także samej rozprawie doktorskiej obca jest argumentacja teologiczna. Niemniej jednak nazwiska dwóch uniwersyteckich autorytetów firmują również to drugie, „religijne” i słusznie krytykowane przez Wozinskiego wydanie pracy Teluka.

Istnieją niestety także inne przykłady nadużyć czy nieporozumień w zakresie dopuszczalnej argumentacji w dyskursie naukowym. Jednym z nich jest recenzja zamieszczona w czasopiśmie „Pro Fide Rege et Lege”, które pod szyldem naukowego ukazało się dotąd dopiero kilkakrotnie, wcześniej mając długą tradycję periodyku nienaukowego, formacyjnego. Już w naukowym numerze czasopisma Marcin Jendrzejczak (2012/2013), recenzujący pracę Hansa-Hermanna Hoppego pt. „Ekonomia i etyka własności prywatnej” stwierdza:

„Ponadto niemiecki filozof, jako agnostyk, pomija problem teologicznego uzasadnienia władzy (»inicjacja przemocy«). Nawet jeśli z czystko naturalnego punktu widzenia nie można znaleźć przekonującego uzasadnienia istnienia władzy człowieka nad człowiekiem, to takie uzasadnienie może dać wiara objawiona. Innymi słowy — choć człowiek sam z siebie nie ma uprawnienia do sprawowania niedobrowolnej władzy nad drugim, to takie uprawnienie posiada Bóg. Stwórca może je zaś scedować na swojego ludzkiego namiestnika i tak rzeczywiście robi, o czym poucza św. Paweł (»List do Rzymian« 13)” (tamże: 303).

Po pierwsze, trudno znaleźć jakiekolwiek poszlaki, które mogłyby rzucić światło na osobistą postawę Hoppego wobec kwestii transcendentnych, religijnych. Nie wiadomo zatem, skąd autor posiada informacje jakoby myśliciel ten był agnostykiem. Co więcej, tradycjonalista Jacek Bartyzel pisze (zob. Bartyzel 2004), że Hoppe jest… katolikiem (choć sam również nie podaje źródła, na podstawie którego tak twierdzi). Niemniej jednak z takiego postawienia sprawy przez Jendrzejczaka („jako agnostyk”), wynika ogólny wniosek, że za pomijanie w dyskursie naukowym „teologicznego uzasadnienia” odpowiedzialny jest agnostycyzm autorów. Nikogo nie trzeba chyba przekonywać, że jest to pogląd skrajnie błędny i wręcz niepoważny. Nawiasem mówiąc, wśród amerykańskich libertarian można wskazać katolików, a nawet osobę duchowną — ojca Jamesa Sadowsky’ego, na którego artykuł „Własność prywatna i kolektywna” (Sadowsky 2013) powołał się sam Rothbard w „Etyce wolności”.

Nie ma innej możliwości interpretacji zacytowanego fragmentu, jak ta, że stanowi on próbę zastąpienia argumentów naukowych przekonaniami religijnymi. O ile być człowiekiem wierzącym wolno, o tyle tego rodzaju argumentacja w czasopiśmie naukowym nie dodaje splendoru — ani autorowi, ani redakcji czasopisma. Rozróżnienie wiara — wiedza powinno być jednak w ramach dociekań o charakterze naukowym respektowane. Choćby z szacunku dla osób o innych inklinacjach transcendentnych albo takowych nieposiadających.

Podobny błąd, znów w odniesieniu do Hoppego, a także Rothbarda, można znaleźć w „Journal of Markets & Morality” wydawanego przez Centrum Personalizmu Ekonomicznego. W opublikowanym tam artykule Timothy D. Terrell (1999: 198) stwierdza:

Dla potwierdzenia praw własności prywatnej i zbliżenia się do rozwiązania problemu odpadów musimy zacząć uznawać, że właścicielem stworzenia jest Bóg. Chrześcijanie powinni zastąpić aksjomaty samoposiadania i pierwotnego zawłaszczenia dwoma aksjomatami wywodzącymi się z Biblii: (1) Bóg jest właścicielem stworzenia i (2) Bóg dostarcza systemu etyki, który musi rządzić pożytkowaniem przez nas tego, co stworzone. Ostatecznie, chrześcijanie chcący mieć spójny wkład do etyki własności prywatnej i konstruktywny wkład do teorii odpadów, muszą polegać na prawdzie biblijnej.

Ponownie, czymkolwiek ten fragment jest, nie jest to dyskurs naukowy. Warto zwrócić uwagę, że paradoksalnie autor szkodzi swojej sprawie. Przekonuje bowiem chrześcijan do wycofania się z rozumowego badania kwestii etycznych, przeciwstawiając się tym samym tradycji prawnonaturalnej, która stanowi jedyną względnie akceptowaną w dyskursie naukowym teorię metaetyczną, do której mogą nawiązywać wyznawcy Chrystusa, nie narażając się na sprzeczność w odniesieniu do relacji wiary i rozumu. To właśnie dzięki odwoływaniu się do prawa naturalnego chrześcijanie są silnie obecni w racjonalistycznych dyskusjach etycznych. Zawracanie ich z tej drogi w imię argumentacji opartej na wierze jest ze strony ich współwyznawcy błędem co najmniej strategicznym.

Uwagę zwraca również to, w jaki sposób Terrell rozumie termin „aksjomat”. Skoro posługuje się nim zarówno na określenie podstawowych założeń, przyjmowanych przez libertarian jako czysto rozumowe, jak również na określenie prawd wiary, oznacza to, że pojęcie aksjomatu jest dla niego równoważne z pojęciem dogmatu. Może więc to tutaj należy doszukiwać się powodu pomieszania porządku naukowego z porządkiem wiary. Być może, zdaniem Terrella, skoro tak libertarianizm, jak i katolicyzm, mają swoje aksjomaty, to oba należą do porządku wiary. Gwoli ścisłości — aksjomaty są rozumowe, natomiast dogmaty należą wyłącznie do porządku wiary. Co do zasady więc libertarianizm ocenia się tylko według porządku rozumu, a religię głównie według porządku wiary — choć według rozumu również, o czym wyżej już wspomniano.

Podsumowanie

Należy zdać sobie sprawę, że tak jak na egzaminie z języka niemieckiego nie otrzyma się punktów, kiedy w sytuacji braku znajomości danego słowa, użyje się jego odpowiednika w języku angielskim, tak i w dyskursie naukowym argumenty odwołujące się do wiary również nie pomogą. Nie oznacza to a priori, że wiara jest błędem, a wyłącznie nieadekwatność tego rodzaju argumentów w dyskusji naukowej.

Można przyjąć, że przedmioty wiary i przedmioty nauki dotyczą tej samej, obiektywnej rzeczywistości (rozumianej jako suma tego, co transcendentne i immanentne). Wydaje się, że wspomniane nauczanie Jana Pawła II można zobrazować takim porównaniem: tak jak w śniegu nie robi się kąpieli, tak z wody nie lepi się śnieżek, a przecież zarówno śnieg jak i woda są emanacją innych stanów tego samego związku chemicznego. Na gruncie wiary odpowiednie (i konieczne) są więc nieweryfikowalne zmysłowo ani rozumowo wierzenia, natomiast na polu nauki odpowiednie są narzędzia zapewniające intersubiektywną komunikowalność i intersubiektywną weryfikowalność.

Bez względu więc na to, czy ktoś jest zwolennikiem libertarianizmu czy nie; czy jest wyznawcą wiary katolickiej czy nie, rzetelność intelektualna wymaga, aby w dyskursie naukowym opierać się wyłącznie na argumentach rozumowych. Niestety nie dla wszystkich jest to prawda oczywista.

Teksty publikowane jako working papers wyrażają poglądy ich Autorów – nie są oficjalnym stanowiskiem Instytutu Misesa.

 

Literatura:

Bartyzel, Jacek (2004), W gąszczu liberalizmów. Próba periodyzacji i klasyfikacji, Lublin.

Jendrzejczak, Marcin, recenzja „Hans-Hermann Hoppe, »Ekonomia i etyka własności prywatnej. Studia z zakresu ekonomii politycznej i filozofii«, tłum. Marcin Zieliński, Fijorr Publishing, Warszawa 2011, 446 s., Pro Fide Rege et Lege, 2012/2013, nr 2 (70) [należy odnotować, że tłumaczem pracy jest Karol Nowacki, nie Marcin Zieliński — przyp. PN].

Teluk, Tomasz (2009), Libertarianizm. Krytyka, Gliwice 2009

Terrell, Timothy D. (1999), „Property Rights and Externality: The Ethics of The Austrian School”, Journal od Markets & Morality, nr 2 (jesień).

Sadowsky, James (2013), „Własność prywatna i kolektywna”, http://mises.pl/blog/2013/04/25/sadowsky-wlasnosc-prywatna-i-kolektywna/

Wozinski, Jakub (2010), „Krytyka krytyki”, mises.pl/blog/2010/05/04/wozinski-krytyka-krytyki/

47 odpowiedzi na „Nowakowski: Jak religia zastępuje naukę w krytyce libertarianizmu”

  • Szkoda czasu na fanatyków, na szczęście są też niezdogmatyzowani wierzący.

  • Intersubiektywna weryfikowalnosc to nie tylko fundament na ktorym opiera sie nauka – to fundament porzadku spolecznego.

    • eee, co proszę?
      Panie Tomaszu, nie rozumiem Pańskiego komentu – co to ? Co to ma być!

      • Pan nie musi rozumieć – Pan może nic nie rozumieć. Nic strasznego z tego faktu nie wynika. Ważne, żeby ludzie aspirujący do miana naukowców rozumieli, że ich wywody muszą być „intersubjectively valid”.

    • Co to jest „intersubiektywna weryfikowalność” ? Bo co to jest weryfikacja wiem, czym jest intersubiektywność rozumiem, ale zlepek taki, jakoś pobrzmiewa mi niczym więcej jak pisaniem pochlebnych recenzji kolegom z katedry na jakiejś uczelni…

      • Intersubiektywna weryfikowalność (intersubiektywna sprawdzalność) to obok intersubiektywnej komunikowalności podstawowy warunek/wyznacznik naukowości. Uczą się o tym studenci na wszystkich uniwersytetach. Warunek intersubiektywnej weryfikowalności oznacza, że aby jakiś fakt czy związek zjawisk można było uznać za istotny element poznania naukowego, musi on być możliwy do powtórzenia i sprawdzenia (czy rzeczywiście sprawy mają się tak i tak) potencjalnie przez każdego, kto chciałby się o tym przekonać. Przykład: X miał sen Y. Nie może to być element poznania naukowego, dlatego że nie da się tego snu powtórzyć (weryfikowalność) ani nie może on być udziałem innych osób poza X (intersubiektywność). Natomiast przykład: upuszczony przedmiot spada na ziemię/podłogę – spełnia ten warunek.

        • Szanowny Panie PN

          „Uczą się o tym studenci na wszystkich uniwersytetach.” – ja się nie uczyłem, choć metodologię nauk miałem. Może dlatego, że starano się używać innych terminów.

          Nadal nie podał Pan definicji intersubiektywnej weryfikowalności. Proszę o klasyczną wersję, czyli podanie rodzaju nadrzędnego i różnicy gatunkowej, bo póki co wyszedł przepełniony terminami, przykładami i argumentem z autorytetu bełkot. Nie chodzi przecież o tzw. erudycję ze słownikiem, niczym u postmodernistów, a o rzetelność.

          Tłumaczy Pan jaką funkcję według Pana pełni intersubiektywna weryfikowalność, a nie tłumaczy czym ona jest, a takie było pytanie. Później zaś bawi się Pan w tłumaczenie, co oznacza ów warunek weryfikowalności. Może będzie coś na temat?

          Jak już mówimy o tym, czego uczą na jakim stopniu edukacji, to mnie uczono czytania ze zrozumieniem i to już w szkole podstawowej.

          Na marginesie – używa Pan dużych kwantyfikatorów i wychodzi na to, że jedynie dziedziny, których owoce można poddać eksperymentowi uznajemy za naukę. Jest nieprawdą, bo co w takim razie z logiką? To już nie jest nauka?

          • Niespecjalnie czuję się w obowiązku tłumaczyć Panu to, co samo w sobie jest już tłumaczeniem (jak krowie na miedzy). Napisałem, czym jest i.w. i na czym polega. Podobne wyjaśnienie znajdzie Pan w literaturze – od podręczników po artykuły. Jeśli Pan nie jest w stanie tego zrozumieć, to możemy tylko w ciszy podumać, gdzie leży błąd w Pana edukacji, o której Pan wspomina. I też dziwię się, że znalazł się Pan wśród czytelników tego portalu. PS. Żadnych nowych, specyficznych i niepotrzebnych terminów nie użyłem („przepełniony terminami”), chyba że za takie uznaje Pan „sen”, „przedmiot”, „podłoga”, „poznanie” itd., ale wtedy proponuję to, co w zdaniu czwartym.

          • Szanowny Panie,

            Nie, nie napisał Pan czym jest intersubiektywna weryfikowalność w sensie definicyjnym, a o to prosiłem.

            To, że coś jest w podręczniku lub artykule nie oznacza, że jest sensowne/koherentne. Przykłady można mnożyć. Jeśli nie umie Pan zbudować poprawnej definicji (rodzaj nadrzędny + różnica gatunkowa, czyli np. człowiek jest to istota rozumna), to proszę się cofnąć do podstawowego kursu logiki, a nie dumać nad moimi zmyślonymi przez Pana błędami edukacyjnymi. Mam wrażenie, że po prostu nie ma Pan odpowiedniego „warsztatu” do tego typu dysput.

            Podana przez Pana definicja, jest definicją źle skonstruowaną. Pana definicja to: Intersubiektywna weryfikowalność to warunek naukowości. Per analogiam: opona to warunek działania roweru? Może na „chłopski rozum” coś w tym jest, ale jeśli chce Pan dyskutować w sposób naukowy, to proszę dyskutować racje, a nie intuicje. Nie mówiąc już o tym, że wycieczki ad personam, czy argumenty z autorytetu są żenujące i bez jakiejkolwiek wartości. Akurat o tym zapewne mówi się na każdej uczelni wyższej (choć ręki nie dam uciąć, bowiem z doświadczenia pedagogicznego wiem, że często nawet małpa może skończyć z tytułem magistra).

            Jeśli nie czuje się Pan w obowiązku nic tłumaczyć, gdy zostanie Panu zadane konkretne pytanie, to nie rozumiem po co Pan pisze teksty w serwisie, w którym włączony jest system komentarzy. Co więcej – nie wiem dlaczego się Pan udziela w tych komentarzach. Rozdwojenie jaźni? Po tym, jak napisał Pan niżej o teologii jako nauce: „i może i nie może nią być”, spodziewam się po Panu wszystkiego. Skoro nie uznaje się zasady sprzeczności, to nie ma żadnej możliwości komunikacji, przed czym przestrzegał Arystoteles.

            P.S. użył Pan intersubiektywnej weryfikowalności zbędnie, ponieważ póki co, nie podał Pan definicji tego terminu. Skoro chodzi Panu tylko o eksperyment (w sensie Galileuszowym), to po co mnożyć terminy ponad miarę? Stosuje się brzytwę Ockhama i jest spokój, a tak wyszedł Panu bełkot i wtrącenia ad personam. Etat na państwowej uczelni byłby w Pana przypadku jak znalazł! 🙂

            P.P.S. Pan się dziwi, że ja znalazłem się wśród czytelników tego portalu, a ja dziwię się, jakim cudem syntetyczna i wymagająca znajomości logiki myśl Misesa znalazła swojego obrońcę w postaci kogoś, kto nie potrafi zbudować poprawnej definicji w sensie arystotelesowskim. Jeśli Pan przekartkował Metafizykę, to może tym bardziej zrozumie Pan moje zdziwienie. Nie podejrzewam Pana niestety o przeczytanie tegoż dzieła, bo nie byłoby wtedy podejmowanego problemu. Ale proszę się nie martwić – już Platon mawiał, że jedni nadają się do dysput intelektualnych, a inni do obróbki pola i nie ma w tym nic złego. Złe jest tylko zajmowanie się nieodpowiednim dla swoich predyspozycji fachem.

          • Czytam sobie właśnie eseje Ayn Rand i przy lekturze jednego z akapitów przyszła mi na myśl Pana osoba. W związku z Pana komentarzami chciałbym Panu zacytować fragment eseju Rand, w którym pisze ona m.in. o charakterze kształcenia filozoficznego: „Szczegółowe omawianie pozbawionych jakichkolwiek następstw drobiazgów; debaty poświęcone banałom wybranym na chybił trafił i wyrwanym z kontekstu; wstrząsy zwątpienia we własne władze umysłowe, gdy profesor przedstawia jako rewelacje fakty w rodzaju niezdolności studentów do zdefiniowania słowa >>ale<>Jakie znaczenie ma filozofia?<>Jakie znaczenie słowa ‚znaczenie’ ma pan na myśli?<>znaczenie<<, co wypełnia czas do końca zajęć; a przede wszystkim konieczność skurczenia swego pola widzenia do pchlich wymiarów i utrzymania go w takim stanie; to wszystko okaleczy najlepsze umysły, jeśli tylko będą one chętne do współpracy".

        • Ad vocem PN on 29 marca 2015

          Miło, że po 2 tygodniach Pan odpisał. To doskonale świadczy o tym, że próbuje Pan zabić dyskusję albo inwektywami, albo przemilczeniami, albo podbudowaniem własnego ego na zasadzie „nie widzi? no to mu jeszcze dokopię”. Akurat zaglądam tutaj co jakiś czas, więc ostatnie na pewno się Panu nie uda. 🙂

          Bardzo się cieszę, że moja osoba wbiła się Panu w pamięć na tyle, że przypomina sobie Pan o mnie przy lekturze Rand, której teksty nawet lubię czytać, choć ma „damski” sposób uprawiania filozofii. Trochę jak Kartezjusz. Niezbyt staranny i niezbyt systemowy, dlatego konsekwencje takiego filozofowania w sferze praktycznej, bywają często opłakane. Podobnie zresztą robi Rothbard, który mimo deklaracji o scholastycznym charakterze myśli, tak naprawdę czerpie garściami z Rousseau. A Jan Jakub jest osobnikiem wyjątkowo paskudnym i szkodliwym. Ale to tylko taka mała dygresja.

          Co zaś się tyczy przytoczonego fragmentu, to zgadzam się z nim, choć jest to straszne uproszczenie, przy czym w ogóle nie odnosi się to do tego, o czym rozmawialiśmy. Nie jestem fanem filozofii analitycznej, dlatego nie pytałem o esencję i sposób rozumienia pojęcia w sensie takim, jak robiłby to miłośnik koła wiedeńskiego. Wyraźnie poprosiłem o definicję w sensie klasycznym. Zwykła logika i komunikacja. Nie było nic o krzesłowatości krzesła czy inne dyrdymały, którymi zanudzają profesorowie prowadzący zajęcia z filozofii dla ludzi, którzy tej dyscypliny nie studiują. Znów targnął się Pan na uproszczenie i uszczypliwość, którą trafił Pan, jak kulą w płot. Nota bene zabawne jest, że sadzi Pan masę terminów, nie tworzy Pan systemowej filozofii, nie potrafi Pan obronić własnego tekstu, a jedynie „bije pianę” i to mnie zarzuca Pan zbędne babranie się w szczegółach.

          Następnym razem, aby celniej mi Pan „przywalił”, to powiem Panu, że uważam, że prawdziwa filozofia skończyła się w średniowieczu, dlatego niech mi Pan oszczędzi zarzutów o moim „współcześniackim” zacięciu. Ostatecznie z naszej dwójki, ja naukowo tylko „w połowie” param się współczesną myślą (libertarianizmem), natomiast Pan widzę, że robi to „w całości”. Może dlatego tak bardzo bije po oczach Pana brak warsztatu, jeśli chodzi o argumentację – ta święciła swoje triumfy do czasów scholastyki. Później to już tylko jakieś intelektualne popłuczyny.

          A wracając do sedna – co z tą POPRAWNĄ definicją? 😉

          Jakby miał Pan nadal jakiś problem z definiowaniem, polecam świetny podręcznik Czeżowskiego do logiki. W antykwariatach można kupić tę pozycję za grosze, a jest o niebo lepszy od tych nowych i fajnie tłumaczy podstawy.

          • Szanowny Panie Elmo,

            Ja nie tyle Panu odpisałem, co napisałem coś w stylu „post scriptum”. Zrobiłem to po 2 tygodniach, ponieważ właśnie po 2 tygodniach czytałem Rand. Gdybym jej nie czytał i nie skojarzył tego z Panem, to bym w ogóle nic już nie pisał. Jak napisałem wcześniej, nie będę wykonywał Pana poleceń, które w dodatku uznaję za czepliwe i bezsensowne. Tak więc żadnej dyskusji nie ma, toteż nie ma czego „zabijać”. Poza tym, gdybym nie myślał, że Pan przeczyta to, co napiszę, to bym tego nie pisał. Jeśli nie traktuje mnie Pan nawet na tyle poważnie, to nie wiem, po co Pan w ogóle pisze.
            Może Pan w kółko powtarzać swoje bezpodstawne zarzuty, ale one i tak nie staną się prawdziwe. Ani w moim tekście, ani w komentarzach nie ma żadnej „masy terminów”. Jeśli chodzi o zarzut, że nie tworzę systemowej filozofii, to wprawia mnie Pan w zakłopotanie, gdyż rozmawiamy o moim krótkim, prostym eseju na wąski temat… Co do tego, że nie potrafię obronić własnego tekstu, to chciałbym przypomnieć, że nie przedstawił Pan żadnego zastrzeżenia do mojego tekstu, a jedynie do tego, że w komentarzach do tego tekstu nie podałem definicji jednego z powszechnie używanych (również przez innych komentujących) pojęć wg Pana wytycznych. Z kolei co do zarzucania mi inwektyw, uszczypliwości itd., to pragnę Panu zwrócić uwagę, że Pan rozpoczął naszą rozmowę od zaczepek i ofensywnych zwrotów, więc proszę zastosować te uwagi raczej do siebie samego. Proszę też zwrócić uwagę na inne komentarze – przeciwnie niż w Pana przypadku, z innymi komentującymi normalna dyskusja była możliwa, gdyż zachowywali się oni kulturalnie.
            Poza wszystkim, nie cenię sobie opinii anonimów na temat mojego warsztatu, argumentacji itd. Jeśli byłby Pan tak uprzejmy, pragnąłbym zakończyć naszą rozmowę w tym miejscu, aby nie spamować strony Instytutu tak nieistotnymi, prywatnymi sporami. Ja w każdym razie ostatecznie kończę.

          • Szanowny Panie,

            czemu ciągle próbuje mnie Pan wciągnąć w swoje manipulacje? Najpierw próbuje mi Pan wmówić, że odpowiedź na moje zarzuty, choć podparta argumentami z Rand i rzekomą późniejszą refleksją, jest jedynie jakimś post scriptum. Później próbuje mi Pan wmówić, że moja prośba o definicję klasyczną jest jakimś poleceniem i to dodatkowo czepliwym oraz (a jakże!) bezsensownym. Jeszcze dalej twierdzi Pan, że dyskusji nie ma i tutaj albo specjalnie próbuje Pan uciekać się do czasu teraźniejszego, żeby zamaskować, że takowa dyskusja miała miejsce (w końcu odpisywał mi Pan), albo jest to zwykłe przejęzyczenie, w które staram się wierzyć. Może zacznie Pan łaskawie operować faktami, a nie na modłę pierwszego posta do mnie, w którym rzucił Pan coś z kapelusza o moim wykształceniu, będzie Pan sobie zmyślał.

            Próbuje mi Pan również wmówić, że nie traktuję Pana na tyle poważnie, żeby sądzić, że napisany przez Pana komentarz zostanie przeze mnie przeczytany. Nie wiem co ma do tego wszystkiego powaga, niemniej zaręczam Panu, że traktuję Pana na tyle poważnie, żeby dyskutować, ale na temat. W momencie, kiedy zbacza Pan z niego, proszę się nie spodziewać poklasku. Zresztą wyraźnie zaznaczyłem, że to był jedynie mój domysł (jeden z wielu), tym bardziej dziwi mnie Pana poruszenie.

            Dla Pana coś jest bezpodstawne dlatego, że Pan tak uważa. Akurat tak się składa, że poprosiłem o coś, co mieści się w zakresie logiki formalnej, czyli nauki o charakterze obiektywnym, dlatego za przeproszeniem, guzik ma Pan w tej materii do gadania. To nie jest politykowanie ani ekonomia – tu się liczą konkrety, które można zapisać rachunkiem zdań czy zweryfikować odpowiednim szablonem. Nie podał Pan definicji klasycznej, o którą poprosiłem, ergo mam podstawę by prosić ponownie, a mój zarzut opiera się wyłącznie na prostym stwierdzeniu faktu, że nie umie Pan dopasować swojej „definicji” do definicji w sensie arystotelesowskim. Jak ma Pan z tym problem, to proszę się udać do najbliższej katedry logiki i może ktoś inny lepiej Panu to wyjaśni.

            Jak sam Pan zauważył, Pana tekst jest krótki. Pojawiają się w nim terminy, które według mnie wymagają doprecyzowania/wyjaśnienia w sposób, jaki zostało to przyjęte w logice. Może „masa” to była lekka hiperbolizacja, ale chyba wiadomo o co chodzi.

            Co do zarzutu o systemowej filozofii – prześledziłem dokładnie komentarze pod tym tekstem, targa się Pan na ontologię, epistemologię, filozofię polityki bez żadnego ładu i składu. Nie chodziło mi o sam tekst – mea culpa.

            Nieumiejętność obrony tekstu nie polega jedynie na tym, że ktoś ów tekst obali w całości. Nie potrafi Pan obronić części tego tekstu, a dokładniej terminów, które są, delikatnie mówiąc, dziwne, stąd ten zarzut i jest on całkowicie uprawniony. Jeśli poprawi to Panu samopoczucie, to mogę napisać, że nie umie Pan obronić części swojego tekstu.

            Argument z powszechności użycia czegoś absolutnie na mnie nie działa. Dla przykładu: od blisko dwóch pokoleń w historii idei używa się terminu „totalitaryzm” w sposób, jaki został narzucony przez Arendt i zupełnie nie odpowiada temu, o co w istocie chodziło, ponieważ został utożsamiony z „zamordyzmem”. To, że literatura używa tego terminu w taki sposób, nie oznacza dosłownie nic. Stąd pojęcia należy precyzować, a dyskusje podpierać racjami, nie zaś autorytetami czy argumentami para-demokratycznymi. A pragnę Panu przypomnieć, że nie jestem jedyną osobą, która zapytała o to, co ja.

            Oczywiście na zakończenie również Pan kłamie, że to niby ja zacząłem Panu ubliżać. Ja jedynie zarzuciłem Panu wykręcanie się od odpowiedzi i bełkotliwy charakter tego, co Pan napisał. Nie ma tutaj obrazy. Uszczypliwość – odrobinę, ale ta w dyskusji potrafi być owocna, jeśli jest w pewnych ramach. Ja tych ram nie przekroczyłem – nie było wycieczek ad personam, a jedynie niewulgarna krytyka tego, co Pan napisał. Pan natomiast w odpowiedzi ucieka się do obrażania mnie poprzez wytykanie moich rzekomych błędów edukacyjnych oraz zdziwienie, że znalazłem się wśród czytelników tego portalu, czym zasugerował Pan elitarny charakter swojego poletka i moje doń niedopasowanie. Bardzo brzydko szanowny Panie. Przyznam szczerze, że w dawnych czasach, gdyby taka dyskusja toczyła się na żywo, dostałby Pan po męsku w twarz od kogoś, do kogo tak by się Pan odezwał.

            Bardzo się cieszę, że z innymi rozmawia Pan inaczej, ale tutaj odsyłam do powyższego fragmentu mojego komentarza. Nie ja zacząłem – trzeba było się nie egzaltować tak i zaakceptować, że może brakuje Panu wiedzy, a nie zarząć bezczelnie mi ubliżać. Zapewniam Pana, że dyskusja potoczyłaby się z mojej strony zgoła odmiennie, jeśli chodzi o wymowę, co zaś się tyczy kwestii merytorycznych – te nadal zostają.

            Zauważyłem, że nie ceni sobie Pan opinii. Pan ceni sobie autorytety, cytaty z literatury i takie właśnie śmieszne przerzucanie się nimi w myśl „kto da więcej, ten wygrywa”. Pachnie mi to jakąś politologią czy prawem. Z tego się wyrasta po pierwszym roku filozofii szanowny Panie, bowiem mógłbym być nawet cieślą, ale fakt pozostaje faktem – nie podał Pan poprawnej definicji, a to jest racja. W logice nie ma cytatów czy autorytetów. Są czyste rachunki, dlatego niektórzy z zacięciem do współczesnej (tfu!) humanistyki, mają z tym problem i taplają się w bełkocie. Ale nawet mnie to nie dziwi, bowiem „naukowcy” robią w taki sposób habilitacje mimo, że główna teza ich pracy zawiera błąd idem per idem (autentyk!).

            Pozdrawiam serdecznie i skoro składa Pan broń w definicyjnej walce, pozostanę w niewiedzy odnośnie użytego przez Pana terminu. Niczym z nicościującą nicością, z której również nic nie wynika 😉

  • Niech autor tekstu wpisze sobie w wyszukiwarkę słowo „wydział teologiczny” i wyskoczy mu wiele takich wydziałów na (świeckich) uniwersytetach. Niech sobie wpisze „czasopisma punktowane teologiczne” i też znajdzie takowe (np. STUDIA THEOLOGICA VARSAVIENSIA 8 punktów) nieraz wyżej punktowane niż pisma z innych dyscyplin. Argumenty, które tu autor krytykuje jako „nienaukowe” są po prostu argumentami z nauki teologicznej. Można więc mówić, że nie są to argumenty filozoficzne czy ekonomiczne,ale nie że nie są naukowe w ogóle. Autor może sobie mieć prywatny sąd innego typu, ale niech się nie wypowiada autorytatywnie, z punktu widzenia jakiś oczywistych poglądów na naukowość, tylko przyzna,że reprezentuje własną kontrowersyjną tezę.

  • co do agnostycyzmu Hoppego, może tu popełniłem błąd, jeśli tak to przepraszam.
    ten i powyższy komentarz jest mój-Marcin Jendrzejczak

    • Niestety Pana kontrargumentacja jest w całości błędna. Po pierwsze, w swoim tekście celowo unikałem używania terminu „teologia”, a w zamian za to używałem głównie pojęcia „religii”. Ponieważ na pytanie, czy teologia jest nauką, można odpowiedzieć: i jest, i nie jest. Z jednej strony odpowiedź zależeć będzie od tego, jaki konkretny dział teologii bierze się pod uwagę lub nawet od tego, jaki konkretny problem badawczy ma się na myśli. Przykładowo porównanie jakiegoś zagadnienia występującego w różnych Ewangeliach jest nie tylko możliwe przy zachowaniu pełnej zgodności z prawidłami procesu naukowego – przestrzeganie rygoru badawczego (naukowego) jest tu wprost pożądane. Ponadto część problemów badawczych teologii pozostaje również w zainteresowaniu innych nauk i dyscyplin: filozofii, etyki, antropologii filozoficznej, historii idei i innych. Z drugiej strony teologowie mają prawo w swoich badaniach zakładać przesłankę, której nie powinni explicite zakładać naukowcy innych specjalności. Przesłankę tę stanowi dogmat o istnieniu Boga. Można się spotkać także z takim twierdzeniem, że filozof chrześcijański od filozofa różni się tym, że tylko ten pierwszy co do zasady nie wystawia na filozoficzną wątpliwość istnienia Boga. Jak ujął tę kwestię ksiądz profesor Bronk – jest chrześcijaninem, ponieważ wierzy, a filozofem, ponieważ chce rozumieć.

      Podsumowując, w teologii jest miejsce zarówno na religię, jak i na naukę. W tak rozumianej teologii (czyli zawierającej elementy nauki i religii) religia odpowiada za założenia (Bóg istnieje), a nauka wyznacza sposoby dociekań (np. hermeneutyczna analiza treści, krytyka źródeł, logika i spójność wywodu itd.). Można nawet powiedzieć, że niektóre części teologii da się zasadniczo uprawiać w sposób czysto naukowy, niczym analizę dzieł literackich. Teologia jest więc nauką na tyle, na ile nie jest religią. Religia nauką nie jest, a Pan odwołuje się do założeń typowo religijnych, a nie do naukowych elementów występujących (obok religijnych) w teologii.

      PS. Teza, którą przypominam w swoim eseju nie jest kontrowersyjna, tylko oczywista i powszechnie znana (i przyjmowana przez Kościół – vide tomizm, nauczanie Jana Pawła II). Jestem jak najdalszy od pretensji do jakiegoś nowatorstwa teoretycznego w tej kwestii. Zareagowałem jedynie na przypadki nieporozumień, które szkodzą wszystkim stronom debaty i wypaczają ją. Również warunki naukowości są znane i niekontrowersyjne – na czele ze wspomnianymi przeze mnie intersubiektywną weryfikowalnością i intersubiektywną komunikowalnością. Jeżeli chce się zgłaszać pretensje do naukowości, to należy zrezygnować z odwołań do „wiary objawionej” (takiego zwrotu używa Pan w swojej recenzji). I nie jest to moja wykładnia nauki – na tym po prostu nauka polega (każda) i to są rzeczy podstawowe. I na koniec: istnienie czasopism punktowanych samo w sobie o niczym nie świadczy, gdyż teksty, które krytykuję również opublikowano w czasopismach posiadających status naukowego – i tu jest nota bene cały problem.

  • Zasada jest prosta: teoria naukowa nie może mówić, że coś jest „ciepłe”, bo to słowo może oznaczać dla różnych osób różne sytuacje (co innego będzie oznaczało dla mieszkańca Kairu, a co innego dla mieszkańca Irkucka). Teoria naukowa musi posługiwać się terminami ścisłymi (np. 85 st. Fahrenheita), które oznaczają dla innych uczestników świata nauki tą samą rzecz. „Wiara objawiona” („nieobjawiona” zresztą też) takim terminem nie jest, dlatego też nie ma dla niej miejsca w artykule naukowym. Co oczywiście nie oznacza, że nie ma dla niej miejsca w innych dziedzinach kultury.

  • PS. Mam pytanie do autora tekstu: czy „prawo naturalne” jest intersubiektywnie weryfikowalne i intersubiektywne komunikowalne? Ja mam w tej materii wątpliwości, bo o ile badanie norm społecznych (konwencji) może być możliwe „do powtórzenia i sprawdzenia (czy rzeczywiście sprawy mają się tak i tak) potencjalnie przez każdego, kto chciałby się o tym przekonać”, o tyle nie bardzo wiem, jak można tę zasadę – z którą jako metodologiczny zwolennik Poppera i Hayeka się zresztą całkowicie zgadzam – zastosować do „prawa naturalnego”.

    De Jasay w tekście „Freedoms, ‚Rights’ and Rights” ujmuje to tak:
    „Where does this argument leave morals? It is a constantly recurring theme of the philosophy of law and politics that rules are not really chosen, because (at least in a well-ordered polity) the choice is strongly conditioned by antecedent rules or perhaps meta-rules, laws intrinsic to human nature that have been there all along, that are „natural”. Natural law, then, is recognized by introspection and by the consideration of man’s essential nature. Actual law corresponds to natural law and if it does not, it ought to. This is agreeable rhetoric and it satisfies the desire for rules to have moral foundations. However, the grim epistemological truth is that statements about man’s essential nature and his natural rights are neither falsifiable nor verifiable. They are matters of belief, opinion and sentiment, and have no descriptive-ascertainable content. Whether the introduction of such notions as natural law and natural rights is helpful in forming clear concepts or will rather confuse the issues is a question that should find its answer as we go along. At this point, it is sufficient to say that once we recognize the role of conventions in sorting out free acts from unfree ones, we have a firm, clearly ascertainable basis for the concept of freedom. It does not seem to matter very much whether, in addition, we also profess some belief about these conventions conforming to, or expressing, some deeper moral requirement that has to do with human nature and „rights”, – although it is only fair to say that Occam’s razor would make short work of such beliefs.”

    http://www.dejasay.org/bib_journals_detail.asp?id=55

  • 1. Pan Kłosiński: tak, tekst naukowy powinien posługiwać się pojęciami,które wszyscy rozumieją tak samo. Tekst z Pro fide pisałem dość dawno i nie będę się upierał,że jest bezbłędny. Owszem,przyznaję,że pojęcie „wiara objawiona” może być rozumiane różnorako. Powinienem napisać wiara objawiona w rozumieniu katolickim.

    2. Argument z katolicyzmu ma znaczenie dla katolika,a dla kogo innego już nie. Jest to argument teologiczny. Św. Tomasz na początku Summy argumentuje,że teologia jest nauką. Później na kartach Summy zastanawia się np. nad tym,jaki ustrój jest sprawiedliwy, używając zarówno argumentów rozumowych jak i biblijnych. Wychodząc od przyjęcia prawdziwości chrześcijaństwa (założenie teologii) argumentuje np.,że własność prywatna jest zasadniczo sprawiedliwa,a najlepszy ustrój do regimen commixum. Podobnie ja wychodząc od założenia od prawdziwości chrześcijaństwa argumentuję,że anarchizm sensu stricte jest z nim sprzeczny, gdyż:
    Przesłąnki: 1 chrz. jest prawdziwe,a Pismo objawione. 2. Św. Paweł pisze,by słuchać się władzy i płacić podatki 3. Anarchizm twierdzi coś przeciwnego Wniosek: Anarchizm jest sprzeczny z chrześcijaństwem.
    To przykład uprawiania teologii. Jeśli przesłanki są prawdziwe, to i argument taki jest (valid argument). Można kwestionować czy jest to argument rozstrzygający (sound argument) kwestionując przesłanki. Niewątpliwie największe dyskusje można toczyć nad przesłanką 1, będącą założeniem teologii. W każdym razie zarówno rozważania św. Tomasza nad ustrojem i własnością w Summie jak i moje niedoskonałe rozważania nad libert. należą do teologii.
    4. Napisałem o uznawalności teologii za naukę powołując się na

    • 1. Jak Pan słusznie zauważa:
      „Argument z katolicyzmu ma znaczenie dla katolika,a dla kogo innego już nie. Jest to argument teologiczny.”
      Na to ja odpowiadam:
      „Argument z rozumu ma znaczenie dla człowieka ,a dla kogo innego już nie. Jest to argument naukowy”.
      To jest sedno. W swoim tekście upominałem się m.in. właśnie o ogólnoludzki charakter nauki.

      2. To, czy Pan by napisał „wiara objawiona w rozumieniu katolickim” zamiast pozostać przy „wiara objawiona” nie ma dla mnie znaczenia, bo problemem jest tu przede wszystkim odwołanie się do Objawienia, a nie precyzyjność, o jakie objawienie chodzi.

      Nauka to nie jest proces produkcji wiedzy w oparciu o dowolne przesłanki, dlatego sam rozumowy proces argumentacyjny nie wystarcza, aby teorię uznać za naukowa. Same przesłanki też podlegają racjonalnym ograniczeniom, dlatego nie może być naukową teoria, która jest wywidzona na podstawie nierozumowych przesłanek (proszę zwrócić uwagę na to, co napisałem w tekście w kontekście aksjomatów i dogmatów jako przesłanek).

  • Powstaje więc pytanie-czy teologia może być nauką skoro nie wszyscy przyjmują jej założenia? Otóż może,gdyż
    a) powołał się Pan na „różne parametry i indeksy, punkty ministerialne, publikacje w czasopismach z listy filadelfisjkiej i wskaźniki cytowań”, toteż napisałem,że są twórcy tych wskaźników uznają teologię za naukę. Dlatego też twierdzenia przeciwne są nowatorstwem i czymś sprzecznym z obowiązującymi nadal w nauce zasadami.
    2. Twierdzenie,że teologia jest i nie jest nauką jest wewnętrznie sprzeczne. Nie jest też prawdą,jakoby teologia była nauką pod warunkiem wolności od założeń rel. Do dziedziny teologii należy np. teologia fundamentalna i dogmatyczna, a więc niewątpliwie przyjmująca założenia religijne (dogmaty). Taki wydział jest np. na świeckim UMK
    http://www.home.umk.pl/~webteol/WT2012/index.php/struktura-wydzialu-teologicznego-umk/teologia-fundamentalna-i-religiologia

    Teologią i nauką może być także namysł nad sprawiedliwością różnych ustrój z punktu widzenia Pisma Św.

    3. Teologia przyjmuje założenia, które nie przez wszystkich są podzielane. To czyni ją nauką specyficzną. Ale specyficzne są też inne nauki. Czy inne nauki nigdy nie przyjmują założeń nieweryfikowalnych, które nie każdy podziela?

    4. Może Pan twierdzić,że założenie o istnieniu Boga to ślepa wiara, a założenia innych nauk już nie. Otóż niekoniecznie. Istnieje wiele rozumowych argumentów za istnieniem Stwórcy, podanych przez takich twórców jak obecnie np. Alvin Platinga czy Richard Swinburne. Są one poważane i poważnie brane pod uwagę,a nie z góry dyskredytowane jako przejaw ślepej wiary.

    • Jeśli o mnie chodzi, to ja uważam, że brzytwa Ockhama doskonale sobie radzi ze wszystkimi założeniami, które nie są falsyfikowalne i intersubiektywne, ergo, które przyjmuje się na wiarę, a które jednocześnie nie są nauce niezbędne do wyjaśnienia danego zjawiska.

    • 1. Pan mówi o zasadach naukowości na podstawie struktury organizacyjnej uniwersytetów i biurokratycznej parametryzacji. Ja mówię o zasadach naukowości z punktu widzenia filozofii nauki i metodologii. Pozwalam sobie dostrzegać przewagę mojego podejścia. „Obowiązujące w nauce zasady” to są zasady rozumu, a nie zasady administratorów: jak zorganizują wydziały itd. – a przecież są też wydziały sztuki (i co z nimi? Sztuka jest nauką?). Jednak nawet gdyby oprzeć się na Pana argumentacji, to proszę pamiętać, że Pana tekst, o którym rozmawiamy, został opublikowany przez czasopismo, które ani nie jest teologiczne, ani też nie jest afiliowane przy żadnym wydziale teologicznym. Jeśli więc w dyskursie teologicznym argumenty z „wiary objawionej” uchodzą, to poza nim już nie. W czasopiśmie nieteologicznym wypadałoby zaznaczyć w przypisie: „Argumentacja, którą się posługuje nie jest argumentacją rozumową, lecz religijną”. Ale czy wtedy poza czasopismem teologicznym takie argumenty mają jakąś rację bytu? Moim zdaniem nie, a i w czasopiśmie teologicznym są one argumentami nie naukowymi, a właśnie religijnymi.
      2. Co do rzekomej sprzeczności mojego stwierdzenia: „na pytanie, czy teologia jest nauką, można odpowiedzieć: i jest, i nie jest”, to jest to zupełnie wyrwane z kontekstu. Oczywiście, że nie chodzi o to, że neguję zasadę niesprzeczności. Przecież w kolejnych zdaniach wyjaśniam, że chodzi o to, że pewne gałęzie teologii (czy nawet problemy badawcze teologii) są bardziej naukowe od innych. I w tym sensie teologia „i jest, i nie jest” nauką, bo zależy, jaką gałąź teologii (czy jaki problem badawczy) ma się na myśli. To wszystko napisałem, a nawet więcej, więc zarzuty o sprzeczność są zupełnie bezpodstawne.
      I znów, to, że podaje Pan argument ze struktury uczelni, nie ma znaczenia dla wyznaczania kanonów naukowości, którymi zajmuje się filozofia nauki i metodologia. Dorobek filozofów nauki > decyzje administracyjne biurokratów.
      3. Nie wszystkie teorie pretendujące do miana nauki, są naukowe. Ale marne to pocieszenie, że „inni też”. Jednak otwarte odwoływanie się do religii jest przypadkiem skrajnym (skrajnej nienaukowości).
      4. Jeśli jakieś przesłanki są kontrowersyjne (a co dopiero religijne) a ktoś chce dowieść, że tak naprawdę są one rozumowe, to oczywiście wolno mu próbować. Jeśli jednak ktoś przyjmuje te próby za zasadne, mimo że społeczność naukowa – powiedzmy optymistycznie – jeszcze tego nie odnotowała, to przydałby się choćby przypis w stylu: „Opieram się na założaniach uznawanych przez środowisko uczonych za religijne, jednak podążając śladem ostatnich badań XYZ, w swoim artykule uznaje te założenia za rozumowe”.
      Tylko, że wtedy trzeba by było zdecydować się, czy religia należy do porządku wiary czy rozumu.
      Poza tym, proszę mieć na uwadze arcyważną kwestię, że sam argument rozumowy na rzecz istnienia Stwórcy (choćby w postaci Demiurga) nie mówi jeszcze nic o tym, że z istnienia Stwórcy wynikają jakieś normy, w oparciu o które można oceniać choćby ustroje społeczne.

  • Proponowałbym (choć nie zakładam, że moja propozycja jest wolna od błędów) następujący tok rozumowania (oczywiście w uproszczeniu): 1) człowiek zyskuje świadomość swojej odrębności od innych ludzi oraz świadomość swojej inności; 2) ludzie uznają się nawzajem za równych pod względem ontycznym, ale jednocześnie za niepowtarzalnych (by użyć przykładu Rothbarda – nie są wymienialni jak mrówki); 3) uznają też, że mają rozum, który cechuje (co do zasady) wszystkich ludzi; 4) na tym poziomie mogą podjąć refleksję nad naturalnymi uprawnieniami ludzi. Mogą komunikować sobie różne pomysły na ten temat i oceniać je rozumowo – indywidualnie oraz w dyskusji, znajdującej zasadną podstawę w tym, co uznane zostało za wspólne, a więc równość ontyczna i rozumność ludzi. Co do komunikowalności, to sprawa wydaje się jasna. Co do weryfikowalności, to kiedy instrumentem poznania prawa naturalnego (oraz oceny, czy taka koncepcja jest w ogóle zasadna) jest rozum, oznacza to, że co do zasady każdy jest w stanie zrozumieć argument, skonfrontować go z wlasnym rozumem oraz przyjąć go albo podać w wątpliwość formułując kontrargument – i w ten sposób odwołać się do tych samych właściwości rozumowych rozmówcy. Te same argumenty można powtarzać i dyskutować w różnym miejscu i czasie oraz każdy człowiek może co do zasady je zrozumieć i rozumowo ocenić ich spójność i przystawalność do struktury ontycznej ludzi.

    Bardziej problematyczne są dalsze kryteria obiektywnego (a nie tylko subiektywnego) potwierdzania bądź odrzucania argumentu spełniającego podstawowe warunki pretendowania do poprawnego argumentu naukowego. Chodzi tu o wspomnianą przez De Jasaya weryfikowalność i falsyfikowalność. Zaznaczę jednak, że nie jestem szczególnym zwolennikiem krytycznego racjonalizmu. Tak bym to widział na gorąco. Oczywiście jest jeszcze kwestia gilotyny Hume’a.

  • No właśnie, dla Pana „prawo naturalne” jest czymś innym niż dla pana Marcina Jendrzejczaka. Dla mnie „prawo naturalne” z kolei w ogóle nie istnieje. Falsyfikowalność rozstrzyga tego typu spory.

    Wszyscy trzej widzimy obserwowalną kulturę naszego społeczeństwa – w tej kulturze wyłoniły się zwyczaje (oraz została nam narzucona państwowa legislacja), które określają nasze obowiązki i uprawnienia. Cześć tych uprawnień i obowiązków jest zwyczajowa, a część wynika z naszych zobowiązań umownych (zresztą respektowanie zobowiązań umownych samo w sobie jest zwyczajem, jak zauważył David Hume w „Traktacie o naturze ludzkiej”). Nie ma w tych uprawnieniach nic „naturalnego”, za wyjątkiem faktu, że reguły te są w dużej mierze pochodną naturalnej rzadkości dóbr i naturalnych cech ludzkiego charakteru. Ale to nic nie zmienia, bo te konwencjonalne reguły są faktami historycznymi bądź antropologicznym, które można falsyfikować. W związku z tym nie musimy przyjmować abstrakcyjnych założeń, żeby określić które uprawnienia są prawomocne, a które nie. Moim zdaniem, wobec powyższego faktu (istnienia obserwowalnych konwencji społecznych określających reguły funkcjonujące w społeczeństwie) brzytwa Ockhama nie pozostawia zbyt wiele miejsca dla rozważań nad „prawami naturalnymi”.

    • Co więcej problem z „prawami naturalnymi” jest dokładnie taki sam jak z „prawami człowieka” – i jedne, i drugie są w dużej mierze wynikiem wiary, emocji, subiektywnych opinii i preferencji politycznych. Zabawne jest to, że prawica nie uznaje tych drugich, lewica nie uznaje tych pierwszych, a ja nie uznaję żadnych: bo ja w ogóle kwestionuję niefalsyfikowalne, niespójne logicznie i redundantne względem wymagań nauk społecznych przesłanki.

      • Panie Tomaszu,
        sądzę, że w kwestii teorii prawa naturalnego popełnia Pan jeden błąd. Najpierw należy sobie odpowiedzieć – czym jest prawo, by twierdzić, że np. prawo naturalne nie istnieje, jest nieweryfikowalne, czy też ‚metafizyczne’…
        Prawo to wg większości definicji z jakimi się na studiach spotkałem – tyle co zbiór norm.
        Swoje argumenty już raz w tej kwestii przytaczałem, też w dyskusji właśnie z Panem.
        Prawidłowości zachowań wspólne dla ludzi a nawet zwierząt stadnych są prawem naturalnym. Każdy broni swojego życia i posiadania – TO WSZYSTKO – cała teoria prawa naturalnego w praktyce.

        • „Każdy broni swojego życia i posiadania.”

          Trudno w tym wypadku mówić o jakichkolwiek regułach czy normach, które takie prawo implikuje. Ludzie w stanie dzikim napadali na siebie – to oznacza, że atak na niewinną osobę jest prawem naturalnym? To, co Pan napisał, to jest oczywiście teza falsyfikowalna i można ją badać, nawet empirycznie testować, ale to nie to zwykle filozofowie mają na myśli, gdy mówią o „prawie naturalnym”. Np. Rothbard uważał, że prawem naturalnym jest własność i prawo do jej dobrowolnej wymiany, prawo do samoposiadania, prawo do owoców pracy, a zabójstwo i kradzież jest pogwałceniem tegoż prawa (choć w naturze występują częściej niż poszanowanie własności i cudzej autonomii). Są to oczywiście reguły godne pochwały dla liberała, ale całkowicie arbitralne z punktu widzenia nauki – nie da się ich sfalsyfikować. „Prawa naturalne” w filozofii oznaczają zestaw reguł, który jest niezależny od kultury i wspólny wszystkim ludziom (a przynajmniej powinien być). A ja za Davidem Hume’m powtarzam tylko, że nie da się wnioskować co powinno być, na podstawie tego co jest. Owszem, zwierzęta bronią swojego życia i posiadania, ale też popełniają cudzołóstwo, zabijają własne młode i praktykują kanibalizm. Dlaczego akurat tylko posiadania przekładamy na nasze normy moralne, a resztę nie? „Normy prawne” wyciągane z natury są albo arbitralne, albo niespójne.

          • W skrócie: Pana „prawo naturalne” to po prostu kilka wybranych faktów biologii, które próbuję Pan rzutować na kulturowe normy ludzkich społeczeństw. Nawet gdyby faktycznie teza o tym, że „Każdy broni swojego życia i posiadania” wybroniłaby się w toku badań nad nią, to i tak po prostu ustalilibyśmy pewien fakt biologiczny. Nie wynika z niej żadna norma prawna: ten fakt nie formułuje żadnego zakazu lub nakazu określonego postępowania. Uznanie takiego nakazu/zakazu na podstawie tego faktu jest kwestią czysto arbitralną. Podobnie jest z prawem naturalnym u wszystkich innych filozofów: jest to po prostu ich stanowisko etyczne, które oni czysto arbitralnie uznają za obowiązujące powszechnie.

            Inaczej jest z efektywnie egzekwowanymi nakazami i normami – te obowiązują albo dzięki ustanowionemu zwyczajowi (konwencji społecznej) albo dzięki aparacie rządowym wcielającym w życie legislację. Egzekwowanie tych nakazów i zakazów w danym społeczeństwie można badać naukowo – podlegają falsyfikacji. Dzięki temu możemy obiektywnie zdefiniować obowiązujący w danym społeczeństwie zbiór reguł (zwyczajowych bądź legislacyjnych) ograniczających sferę faktycznej swobody. Jaki z takiej obserwacji wynika wniosek dla liberalizmu? Ano zwyczaje społeczeństwo adaptuje dobrowolnie – w przeciwieństwie do legislacji, która jest narzucona przez rząd. Jeśli nie da się wykazać legitymizacji rządu i jego narzucania reguł (a ja nie znam przekonującego dowodu), to legislacja jest uzurpacją. Sprawiedliwością wtedy jest kwestią egzekwowania zwyczajowych norm prawnych – nauka nie mówi nic o tym, jaka powinna być treść tych norm, ale z oczywistych dla hayekistów względów (ład spontaniczny), mają one tendencję do pokrywania się z przekonaniami liberalnymi. Ja uważam, że to w zupełności wystarcza i „prawo naturalne” nie jest nam potrzebne do wykazania prawowitości (a tym bardziej wyższości czysto użytecznej) wolności nad niewolą i sprawiedliwości nad niesprawiedliwością.

  • Panie PN Pana wypowiedź weszła między moje 2 posty stanowiące całość, choć je podzieliłem. Dlatego proponuję by Pan odniósł się do całości. Powiem tylko,że istotnie argument z rozumu jest do przyjęcia dla wszystkich (w zasadzie) ludzi, a argument teologiczny (założenie istnienia Stwórcy) już nie.Ale nie wszystkie argumenty naukowe są argumentami z czystego rozumu i do przyjęcia dla wszystkich. Np. w dyskusji wewnątrz-libertartiańskiej są odwołania do autorytetu Misesa albo do aksjomatów o nieagresji. One też nie mają znaczenia dla kogoś kto nie jest libertarianinem ani misesowcem. Czy uważa Pan że w poświęconych libertarianizmowi periodykach absolutnie nie ma miejsca na takie argumenty?

    • Odniosłem się do całości, jak Pan teraz już na pewno widzi (po prostu komentarz do drugiej części Pana wypowiedzi napisałem później – wczoraj popołudniu – i nie załapał się on już na wczorajszą moderację i umieszczenie na stronie przez administratora). Owszem nie wszystkie argumenty naukowe są dla wszystkich do przyjęcia, ale wynika to stąd, że ktoś może dostrzegać błędy w naukowej procedurze, która doprowadziła do wyłonienia tych argumentów, niemniej jednak jest jedna kluczowa różnica – naukowe argumenty są *adresowane* do wszystkich – i dlatego w przeciwieństwie do religijnych mogą aspirować do miana naukowych (jeśli spełniają dodatkowo inne warunki naukowości). Co do odwołań do autorytetu Misesa, to jeśli ktoś uważa, że wystarczającym powodem przyjęcia jakiegoś poglądu jest to, że tak napisał Mises (czy ktoś inny), to oczywiście nie ma racji naukowej. Nie twierdzę przecież, że dyskusja wewnątrz-libertariańska (zwłaszcza w sieci) jest wolna od różnych zarzutów, także tych, o których wspominam. I nie mam żadnego problemu zwrócić uwagę na nienaukowość jakiegoś wywodu, pochodzącego z ust libertarianina/leseferysty (zresztą w innych miejscach zwracałem na to uwagę). Owszem, im też się to zdarza (choć nie tak skrajnie – bo nie powołują się na Boga), ale to nie jest żaden argument w naszej dyskusji, dlatego że oznacza on wyłącznie tyle, że zarzuty o nienaukowość mogą dotyczyć nie tylko odwoływania się do religii. A ja nigdy nie twierdziłem inaczej. Zaś co do aksjomatów, to znów odwołam się do swojego tekstu, gdzie wyjaśniłem krótko różnicę między aksjomatem a dogmatem. Oczywiście ktoś może się mylić i uznawać za aksjomat coś, co nim nie jest. Ale w tym wypadku przynajmniej można dyskutować wyłącznie w oparciu o zdolności rozumowe.

  • Jak to Ludwig von Mises ujął w „Ludzkim działaniu”:
    „Niektórzy wywodzą zasadność instytucji prywatnej własności środków produkcji z pojęcia prawa naturalnego. Inni powołują się na prawo naturalne, by uzasadnić zniesienie prywatnej własności produkcji. Idea prawa naturalnego jest całkowicie subiektywna, toteż takie dyskusje prowadzą donikąd.”

    Ja utylitarystą, w przeciwieństwie do Misesa, nie jestem, ale w kwestii „prawa naturalnego” całkowicie się z nim zgadzam.

  • Rozumowe przesłanki za istnieniem Stwórcy nie są argumentami za naukowością teologii chrześcijańskiej. Moim zdaniem rozstrzygający w tej sprawie jest tekst Anthonego Flew pt. „Teologia a falsyfikacja”.

    • A co jeśli wysuwamy argumenty za istnieniem Stwórcy – jak Anthony Flew w późniejszym okresie życia 🙂 – w oparciu o fizykę, programowanie, biologię, naukę o języku? Abstrahując od samej poprawności/niepoprawności argumentów.

      • Nie widzę w tym nic niewłaściwego – istnieją rozumowe uzasadnienia za istnieniem Boga. Problem widzę w rozumowaniu przytaczanym przez autora artykułu.

        Moim zdaniem rozważania tego typu mają swoją wartość, jako literacka i filozoficzna twórczość katolicka i ogólnie dziedzictwo kultury europejskiej, ale nauką tego bym nie nazwał. Uważam, że nauka powinna kierować się zasadą minimalizmu i spójności w kwestii przyjmowania założeń. Parafrazując Ockhama: „Nie wolno przyjąć niczego bez uzasadnienia, że ono jest, musi ono być oczywiste albo znane na mocy doświadczenia”.

  • Pozwolę sobie jeszcze zacytować de Jasaya w tej sprawie:

    „Genuine propositions are capable of being corroborated, and are criticized by a
    process of confrontation with the ascertainable facts of the case. This is the test
    of falsifiability, for which Popper is perhaps best known. Statements that are
    not propositions about ascertainable facts of the case cannot be criticized in this
    sense. However, they do not escape scot-free, for they can at least be tested for
    consistency. A proposition that is a deduction from another proposition must
    obey the rules of logical inference and a mistaken deduction, a non sequitur, is
    as a rule not allowed to survive adversarial debate.
    A statement of preference or, more broadly, a subjective ordering along some
    value dimension is harder to test. Yet, contrary to the well-known and
    somewhat facile injunction against the disputing of tastes, it, too, can be
    “tested.” The test is not the demanding one of truth or, in Popperian
    fashion, provisional acceptance pending further challenges. It is the less
    demanding one of formal consistency. Admittedly, it is absurd to claim that
    John is “mistaken” in putting tea before coffee, Stendhal above Flaubert, justice
    ahead of welfare. But if his ordering can be shown to be incoherent (he prefers
    Stendhal to Flaubert, Flaubert to Maupassant and Maupassant to Stendhal), he
    can be confronted to this prima facie self-contradiction and his explanation of it,
    if he has one, can be tried by the canons of rational argument. Moreover, if he
    professes preferences that, taken together, make nonsense of any possible
    hierarchy of values—he wants property to be inviolable, political power to be
    limited, and economic inequality to be abolished—his inconsistency can be
    discovered and demonstrated with the aid of fairly elementary economics and
    jurisprudence.
    That is ultimately unfalsifiable, immune to rational criticism and useless except
    as a piece of gratuitous self-expression, is the stand-alone, ad hoc value
    judgment. The latter tends to be pragmatic, eclectic, and is not inserted into a
    coherent hierarchy. Not only can stand-alone value judgments not be tested for
    their empirical content; they would not be value judgments if they could. More
    awkwardly, they cannot be tested for formal consistency either, because they
    are not part of any system and need in no way fit in with the logical structure of
    one. They escape the requirements of coherence, of mutual consistency.”

    http://www.libertarianismo.org/livros/apaj.pdf

  • Przy okazji, skoro już zahaczamy o temat, to polecę świetną krytykę austriackiej epistemologii pióra Gerarda Radnitzky’ego:
    http://againstpolitics.com/pdfs/Gerard%20Radnitzky%20-%20Hoppe.pdf

    • Panie Tomaszu, chyba Pan ze mną polemizuje na swoim blogu =D
      http://klosinski.liberte.pl/sekularna-prawica-i-prawo-naturalne/
      W każdym razie, to co Mises rzekł o pr. naturalnym jest jego osobistą opinią, a Austriak nie był nieomylny.
      Zwolennicy teorii prawa naturalnego jak Pan wie, na ogół wywodzili z niej prawo własności – czy słusznie? Nie chcę komentować, zgadzam się z Panem, że to pojęcie ma bardzo dużą metafizyczną nadbudowę.
      Ale, wg Pańskich określeń, są w biologii pewne fakty – wewnątrz społeczności ludzkich czy nawet stad zwierzęcych – wyjątkiem od reguły jest zabijanie swoich czy naruszanie posiadania współplemieńców/pozostałych członków stada. Najbardziej podstawową zasadą każdej zbiorowości jest troska o jej wspólne interesy – obrona życia i posiadania swoich.

      • Panie Marku, nie polemizuję, po prostu zebrałem swoje posty, ubrałem je w odpowiednie słowa, nadałem im myśl przewodnią i opublikowałem jako jednolitą notatkę. 🙂

      • „w biologii pewne fakty – wewnątrz społeczności ludzkich czy nawet stad zwierzęcych – wyjątkiem od reguły jest zabijanie swoich czy naruszanie posiadania współplemieńców/pozostałych członków stada. Najbardziej podstawową zasadą każdej zbiorowości jest troska o jej wspólne interesy – obrona życia i posiadania swoich.”

        Gdybyśmy mieli wyciągnąć wnioski z życia stadnego różnego rodzaju drapieżników, to nie otrzymalibyśmy prawa naturalnego mającego cokolwiek wspólnego z klasycznym liberalizmem (prędzej z szowinizmem, nacjonalizmem). Moim zdaniem popełnia Pan błąd naturalistyczny i powtórzę jeszcze raz za Humem: nie nie da się wnioskować co powinno być, na podstawie tego co jest. W takim wypadku i tak każdy znajdzie sobie swoje „prawo naturalne”: pedofile będą powyływać się na praktyki seksualne małp bonobo, a wolnorynkowa prawica na zachowania terytorialne niektórych zwierząt. Ustalanie reguł sprawiedliwości na podstawie takich, czy innych faktów biologicznych zawsze prowadzi do arbitralnego wybierania tych faktów, które się nam podobają i odrzucania innych.

        • Panie Tomaszu,
          OK, rozumiem Pana argumenty, ale taki fragment znalazłem:
          »Niemniej trzeba się zastanowić czy sprawiedliwość i wolność racjonalniej jest traktować jako „prawo naturalne”. Taka strategia może prowadzić na manowce, bo o ile sprawiedliwość i wolność to pojęcia intersubiektywnie poprawne i weryfikowalne (a więc naukowe), o tyle „prawo naturalne” takim pojęciem nie jest. «
          IMHO „wolność”, a jeszcze bardziej „sprawiedliwość” są pojęciami jeszcze bardziej niejasnymi i wieloznacznymi!
          O tych pojęciach mówili NS w III Rzeszy, bolszewicy, maoiści, najrozmaitsi monarchiści i inne nurty antyliberalne/kolektywistyczne.
          A contrario – prawo naturalne daje się zobiektywizować, obserwując normy występujące u ludzi czy nawet zwierząt stadnych.

          • PS
            No i szczęśliwych świąt i smacznego jajka dla Pana i reszty redakcji IM
            😀

          • Odwrotnie, to sprawiedliwość i wolność da się zobiektywizować – sprawiedliwość to stan równowagi, w którym łamanie obiektywnie obowiązujących reguł w danym społeczeństwie jest karane; wolność to zbiór działań, które nie naruszają reguł. To nie ma żadnego znaczenia, że ludzie mają MORALNE INTUICJE względem tego, co jest sprawiedliwe a co nie, albo względem tego, kiedy ludzie się czują wolni a kiedy nie. „Prawa naturalnego” z kolei nie da się zobiektywizować, bo natura niczego nam nie mówi o tym, co wolno a co nie. Mało tego – natura wydaje nam sprzeczne sygnały, bo u jednych gatunków jedno zachowanie jest dopuszczalne, a u innych gatunków ono nie jest dopuszczalne. Jeśli mamy być konsekwentni, to musielibyśmy zaakceptować fakt, że zjadanie młodych jest ok, albo – co gorsze – że „prawo naturalne” może być sprzeczne wewnętrznie, w zależności od tego na jakie zachowania i na jaki gatunek się powołamy.

          • Przytacza Pan inną definicję sprawiedliwości niż cytowana na blogu – arystotelowskie „oddanie każdemu co mu się należy”. Wolność i sprawiedliwość to pojęcia abstrakcyjne i ogólne – można tylko szukać najbardziej akceptowalnych dla większości znaczeń tych haseł.
            Jeśli chodzi o rozumienie wolności, to za Hayekiem skłaniałbym się za rozumieniem jej jako niezależności i braku przymusu. »Wolność to zbiór działań, które nie naruszają reguł« to bardziej def. prawa podmiotowego – sfera możności działania.
            Sprawiedliwość IMHO to to, co jest etycznie pozytywne. Jednak to też pozostawia spore pole do dyskusji.
            Z etyką, jest trochę tak jak z prawem naturalnym. Z obserwacji życia mrówek najprawdopodobniej wywnioskować można czysty, idealny komunizm. Dlatego bardziej zasadne wg mnie jest obserwowanie norm istniejących w zbiorowościach małp naczelnych czy delfinów bądź ludzi – najbardziej inteligentnych organizmów.
            A w etyce, raczej skupiać się należy na moralności rozwiniętych społeczności, by móc wyciągnąć sensowne wnioski.

    • A który konkretnie argument Radnitzkiego do Pana trafia?

      • Panie Mateuszu, uważam, że Hoppe wprowadza w błąd swoich czytelników robiąc z popperyzmu czysty empiryzm. Popperyzm w przeciwieństwie do empiryzmu sprzeczny wewnętrznie nie jest i może być stosowany względem samego siebie. Poza tym zgadzam się z Radnitzky’m, że epistemologia justyfikacjonizmu musi być albo dogmatyczna, albo względnie arbitralna i (zbyt) otwarta na przyjmowanie różnych założeń, jako fundamentu, z którego następnie będzie się dowodzić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • google
  • facebook
  • twitter
  • youtube
Zapisz się na newsletter:

Wybierz listę(y):

Cytat:
  • Ekonomia nie może być wyrzucona do klas szkolnych i biur statystycznych, nie może być nauką ezoteryczną. Jest to filozofia ludzkiego życia i ludzkiej aktywności, odnosi się ona do każdego i do wszystkiego. Ludwig von Mises
Mecenasi
Wspieraj Nas>>
W maju wsparli nas:
Pan Łukasz Angowski
Pan Wojciech Bielecki
Pan Piotr Bigaj
Pan Rafał Boniecki
Pani Dominika Buczek
Pani Julia Bula
Pan Marcin Dabkus
Pan Michał Dębowski
Pan Paweł Drożniak
Pan Dariusz Dziadkowski
Pan Maciej Gorzelak
Pan Stanisław Gruszka
Pan Jarosław Grycz
Pan Adrian Grzemski
Pan Maciej Grzymkowski
Pan Steve Harwatek
Państwo Paulina i Przemysław Hys
Pan Miłosz Janas
Pan Łukasz Jasiński
Pan Dominik Jaskulski
Pan Paweł Jegor
Pan Tomasz Jetka
Pan Gustaw Jokiel
Pan Dominik Jureczko
Pan Paweł Jurewicz
Pan Jan Kłosiński
Pan Jan Kochman
Pan Andrzej Koźlik
Pan Andrzej Krzeptowski-Sabała
Pan Jacek Kubica
Pan Wojciech Kukla
Pan Konrad Kukulski
Pan Stanisław Kwiatkowski
Pan Tomasz Malinowski
Pan Miłosz Mazurkiewicz
Pan Dawid Megger
Pani Magdalena Moroń
Pan Marcin Moroń
Pan Mateusz Musielak
Pan Piotr Musielak
Pan Maksym Mydłowski
Pan Tomasz Netczuk
Pan Krzysztof Nowak
Pan Filip Nowicki
Pani Karolina Olszańska
Pan Zbigniew Ostrowski
Pan Łukasz Pappelbon
Pan Rafał Parol
Pan Mikołaj Pisarski
Pani Agnieszka Płonka
Pan Bartłomiej Podolski
Pan Paweł Pokrywka
Pan Artur Puszkarczuk
Pan Michał Puszkarczuk
Pan Jacek Rusiecki
Pan Jakub Sabała
Pan Adam Skrodzki
Pan Michał Sobczak
Pan Radosław Sobieś
Pan Piotr Sowiński
Pan Piotr Szewc
Pan Łukasz Szostak
Pan Franciszek Szterleja
Pan Michał Szymanek
Pan Krzysztof Turowski
Pan Jan Tyszkiewicz
Pani Anna Wajs
Pan Adam Wasielewski
Pan Karol Więckowski
Pan Waldemar Wilczyński
Pan Jakub Wołoszyn
Pan Karol Zdybel
Stowarzyszenie Libertariańskie
Łącznie otrzymaliśmy 4 003,56 zł . Dziękujemy wszystkim Darczyńcom!
Znajdź się na liście>>
Lista mecenasów>>