Autor: Adam Heydel
Wersja PDF, EPUB, MOBI

 „Czas” 1921 nr 38–39, Artykuł wchodzi w skład książki „Dzieła zebrane”, którą można nabyć w formie papierowej lub elektronicznej.

I
cudzoziemcy

Wszystkie katarynki grały już żałosną piosenkę o naszym obecnym położeniu gospodarczym. Zniszczenia wojenne warsztatów pracy, rozluźnienie się psychologii robotniczej, fatalny stan, w jakim okupanci pozostawili nam sieć komunikacyjną — wszystkie te przyczyny doprowadziły do wyschnięcia źródeł wytwórczości. Kraj skazany został na pokrywanie większości swoich potrzeb przez dowóz z zagranicy. Wojna z Bolszewią z konieczności prowadzona wyłącznie prawie przy pomocy materiałów zagranicznych — przeważyła decydująco szalę. Gospodarka naszego państwa i naszego społeczeństwa prowadzona jest sposobem bankruta — na rachunek wzrastających wciąż olbrzymich długów.

Czy trzeba ostrzegać przed skutkami tego rodzaju gospodarki? Oczywiste są one dla każdego. Już dzisiaj deprecjacja naszej marki, obok zmory niebotycznych cen przygnębiającej konsumenta, uniemożliwiać poczyna wszelki kredyt — hamuje inwestycje konieczne dla zremontowania spustoszonych warsztatów, odcina nas coraz wyżej wyrastającym murem od zagranicy, która jest z konieczności głównym źródłem naszego obecnego życia ekonomicznego. Pieniądz, zamiast być oliwą ułatwiającą obrót kół naszego gospodarczego mechanizmu, wciska się jak piasek wzmacniający tarcie między jego tryby i sam przez się — niezależnie od dalszych niebezpieczeństw zadłużenia się i uzależnienia od obcych — hamuje, wyniszcza i uboży nas z dniem każdym. Sytuacja jest bardzo ciężka. Rada w niej może być tylko jedna: podnieść wytwórczość kraju do takich granic, by mogła chociaż z grubsza zaspokoić potrzeby społeczeństwa, oraz zdobyć się na krok zdecydowany, uruchamiając wszystkie nasze skarby, które możemy rzucić na rynki zagraniczne. Tą drogą, przez zmniejszenie popytu na towary zagraniczne z jednej strony, przez wywołanie za granicą zapotrzebowania na naszą markę — z drugiej, moglibyśmy istotnie zatrzymać się na tej równi pochyłej, która wiedzie nas w przepaść, a której końca doprawdy nie widać.

Niestety, droga ta jest dla nas samych zamknięta. Należy zdać sobie sprawę, że Polska, która już przed wojną nie była zdolna rozwijać wielkiego przemysłu bez pomocy kapitałów obcych, przy obecnym układzie stosunków marzyć nie może o remoncie swojego rolnictwa i przemysłu, o doprowadzeniu do porządku komunikacji oraz o zorganizowaniu jednoczesnym na większą skalę eksportu, wyłącznie o własnych siłach. Koniecznością stało się sprowadzenie do Polski kapitałów obcych oraz nawiązania jak najściślejszych stosunków handlowych z zagranicą przez organizację naszego eksportu z udziałem zagranicznych kapitalistów. Myśli te nie są oczywiście nowe. Od dawna już u części opinii publicznej i u władz naszych ustaliło się przekonanie o tej konieczności. O ile nam wiadomo, poza nielicznymi wyjątkami (fabryki broni w Starachowicach np.) kapitał obcy nie korzystał dotychczas z tych „zaprosin”. Warto rozpatrzyć się w przyczynach tego tak niepocieszającego faktu.

Niepewność sytuacji politycznej, związana z wojną, rzekome nieustalenie się stosunków społecznych jest w splocie czynników oczywiście pierwiastkiem wielkiej wagi. Nie jest jednak momentem ani jedynym, ani decydującym. Pomimo bowiem tego politycznego i społecznego ryzyka kapitały obce interesowały się wcale poważnie Polską. Nęcą cudzoziemców surowce polskie, drzewo, nafta, szczecina itp., nęci je względna taniość pracy. Sympatie polityczne dla nowo powstającego państwa, potrzeba zastąpienia Rosji w systemie gospodarki europejskiej, którą to rolę mogła Polska częściowo odegrać, a przede wszystkim chęć zbadania siły odbiorczej naszego kraju dla zachodnioeuropejskich produktów — wszystkie te motywy kierowały dość liczne szeregi kupców i ajentów handlowych do konsulatów i poselstw naszych za granicą i do Polski.

Jakież ich spotykało przyjęcie? Od drzwi naszych przedstawicielstw zagranicznych odchodzili, z rzadkimi chyba wyjątkami, niezadowoleni. Niewyszkolenie urzędników, brak dostatecznych materiałów statystycznych, zmieniające się z tygodnia na tydzień stosunki reglamentacji w kraju, ale przede wszystkim zasadniczo niedostateczne postawienie działu informacji i propagandy gospodarczej — sprawiało, że wiadomości wartościowych w znaczeniu kupieckim dostać tam mogli bardzo, ale to bardzo niewiele. Najczęściej… zwracali się wówczas gdzie indziej. Kupcy drzewni na przykład szli do konsulatów czeskich. Ci, którzy się tam dostali, byli doskonale obsłużeni, nawiązywali kontakt z mało znanym dotychczas dostawcą, zawierali kontrakty i dawali początek, a potem szerzyli reklamę doskonale rozwijającemu się eksportowi drzewa z Czechosłowacji…

Ale inni bywali bardziej uparci. Czy to wiedzeni mirażem niskiej waluty polskiej, czy naszej wysokiej kultury — ruszali w lśniących i czystych wagonach, niezaczepiani, niebadani na żadnej granicy, poprzez spokojne, geometrycznie precyzyjne Niemcy do Polski. Przepisy celne, a zwłaszcza ich wykonanie zaraz na granicy pouczało ich dobitnie o grozie pobytu w państwie wiodącym wojnę. Godzinne wyczekiwanie „w ogonku” było zaledwie preludium wobec gorliwości badań, przetrząsań, osobistych rewizji, z naddatkiem groźnych pobrzękiwań szablą i ostrogami „władz wojskowych” i srogich gestów oraz bardzo donośnych głosów dostojników młodej, ale postępowej demokracji! Z trudem przedostawali się do wnętrza kraju. Zetknięcie się ze strefami handlowo-przemysłowymi pobudzało ich nadzieje, w biurach ministerialnych słyszeli komplementy, czułości, obietnice i różowo zabarwione informacje o bogactwach polskich, toteż pierwsze tygodnie spędzali w błogim nastroju, wychwalając polską uprzejmość, taniość, obfitość produktów itp. Barometr ich usposobienia spadał gwałtownie z chwilą, gdy próbowali dotrzeć do sfinalizowania swych interesów.

Miałem sposobność obserwować kilku takich cudzoziemców — Francuzów, Belgów, Włochów, Holendrów. Przykro było patrzeć na ich szamotania się coraz głębsze w pajęczej sieci naszych przepisów reglamentacyjnych, biur ministerialnych, zakazów, pozwoleń, obietnic niewypełnianych, niedotrzymywanych terminów. Oto Belg, który opatrzony papierami urzędowymi przybył zakupić większą partię drzewa dla magistratu jednego z miast zniszczonych przez wojnę; drzewo zakupił, w wagony własne naładował, i w chwili gdy miał je wywozić za granicę — jak grom z jasnego nieba spadła nań wiadomość, że 30 procent zakupionego drzewa oddać ma półdarmo naszemu ministerstwu robót publicznych. Oto Francuz, którego drzewo, spławiane wodą, „zachwycono” po drodze i zużytkowano na „odbudowę kraju”. Oto Włoch, który przywiózł transport gum samochodowych do Polski. Transport ten zarekwirowała wojskowość i wzbrania się wypłacić mu należną sumę. Zrażony cudzoziemiec opuszczał „nieszczęśliwą Polskę” z głębokim przekonaniem, „qui’ils ne sont pas sérieux ces gens la”, i… przenosił się do Czech, Jugosławii, Austrii, Niemiec, gdzie z większym powodzeniem dokonywał transakcji lub lokował w przedsiębiorstwach swoje kapitały.

II

Tak to źle bywało najczęściej z cudzoziemcami, którzy dostali się w kraju w labirynt pułapek reglamentacyjnych, w skrzypiące tryby niechętnej działalności naszych urzędów. Ale państwo samo czyniło za granicą poważne zakupy. Jakże zareklamował się ten tak bardzo poważny odbiorca na rynkach międzynarodowych? Przerzucanie kompetencji, spory międzywydziałowe i międzyministerialne i ciągła gorączkowa inicjatywa prawodawcza były tymi zatrzaskami, w które wpadał kupiec wewnątrz kraju; brak odwagi w ponoszeniu odpowiedzialności, nieśmiałość i ciągłe cofanie się przed ryzykiem charakteryzują gospodarkę zakupów państwowych za granicą. Więc na przykład półroczną akcję dyplomatyczną, do której wciąga się naszych sprzymierzeńców — kosztowne zabiegi o zakup dużej partii materiałów wojskowych — przerywa w chwili przychylnej decyzji strony przeciwnej cofnięcie się rządu polskiego. Misje rzeczoznawców przebywają za granicą długie, wystawne i kosztowne tygodnie, by powrócić, nie czyniąc żadnych zakupów. Mało jest chyba wypadków wypełnienia do końca jakiegoś kontraktu w terminie i według warunków umówionych — dziesiątki można by wyliczyć zerwanych, zmienionych, niedotrzymanych. A cóż dopiero inicjatywa zbyt gorliwych urzędników! Owe zakupy najmniej potrzebnych towarów, których rząd nie przyjmuje, narażając się na procesy i wielomilionowe straty. Konkurencja, jaką wytwarzają sobie delegaci różnych urzędów działających na własną rękę i bez porozumienia obok siebie, w tym samym kraju, w tym samym nieraz mieście!

A skutki? Znana jest ogółowi niechęć polityczna Anglii, znany jest kupiecki zmysł tego narodu, brak tylko w świadomości społeczeństwa jednego członu sylogizmu dla zrozumienia obojętności Anglii, a co za tym idzie, wielu naszych niepowodzeń: „Polska nie jest business like”, nie jest „zdolną do interesów” — mówią powszechnie Anglicy. Zaczynają to mówić Francuzi, Włosi, Holendrzy. A nam trudno zdać sobie sprawę, skąd to pochodzi. Wszak posiadamy poważne i wyrobione sfery kupieckie, przemysłowe, rolnicze. Wszak utrzymywaliśmy ożywione stosunki z zagranicą przed wojną. Na przykre to zjawisko złożyło się kilka różnorodnych przyczyn.

Międzynarodowy chaos walutowy, chaos w naszym gospodarczym życiu w szczególności, trudności dostaw, obecne stosunki socjalne obniżają z pewnością w dużej mierze naszą solidność gospodarczą, bez naszej może winy. W większym stopniu wpływa destrukcyjnie na atmosferę sprawności handlowej i ogólnoekonomicznej nieskrystalizowanie się państwa, brak wyrobionych urzędników i owa nerwowa, gorączkowa inicjatywa ustawodawcza, związana z etatyzmem. Owe coraz to nowe przepisy, nakazy i zakazy, urzędy, opłaty, pozwolenia — z których każde wynikło z innej myśli gospodarczej, każde weszło w życie w formie kompromisu sprzecznych tendencji i najczęściej niezdolne do życia sterczy jako bezużyteczna zawada na drodze rozwoju gospodarczego.

Jako przykład konkretny niech tu posłuży działalność dwóch instytucji, z których jedna została szczęśliwie w ostatnich czasach skasowana, a i nad drugą pono wisi wyrok śmierci. To państwowy urząd przywozu i wywozu i państwowy urząd eksportu drzewa. Pierwszy pomyślany był przede wszystkim jako sito, które miało przeszkadzać zalewowi kraju przedmiotami zbytku, za które płaciliśmy ogromne sumy za granicą, a oprócz tego miał regulować wywóz z Polski w słusznej trosce, by kraj nie wyprzedawał się za granicą z towarów niezbędnych. W praktyce życia okazało się, że szereg towarów zbytecznych musimy do kraju dopuścić ze względów politycznych, innym udało się zamknąć wejście do Polski, zostały te układy dokonane poza urzędem eksportu, urząd zaś w ich ramach udzielał poszczególnych pozwoleń wwozowych. Zła organizacja czy niedołęstwo pracy wykonawczej sprawiło, że na pozwolenia te należało czekać całymi tygodniami i miesiącami, co oczywiście przy zmieniającej się wciąż koniunkturze i kryzysie pieniężnym najczęściej odbierało im wszelką wartość. Toteż urząd stał się źródłem narzekań i niechęci cudzoziemców w stopniu najwyższym. Ta strona działalności nie wychodziła jednak bezpośrednio na szkodę państwa polskiego.

Inaczej było ze sprawą eksportu z Polski. Konieczność wywozu jest ogólnie uznana. Dla zorganizowania jednej z głównych gałęzi eksportu tworzy minister Grabski państwowy urząd eksportu drzewa. Wypadki wojenne, trudności komunikacyjne, walka o „kompetencje” z ministerstwem rolnictwa sprawiają, że nie może ten urząd podjąć na większą skalę eksportu drzewa z lasów rządowych na Kresach. Pozostaje mu opieka i pomoc dla wywozu z lasów prywatnych. Eksporterzy prywatni drzewa muszą jednak otrzymywać niechętnie udzielane pozwolenia z urzędu przywozu i wywozu, muszą uzyskać ponadto zgodę na sprzedaż drzewa za granicą ze strony ministerstwa robót publicznych. Więc oto cała energia urzędu eksportu drzewa koncentruje się teraz na walce z tamtymi dwoma instytucjami. Ta walka, bezskuteczna zazwyczaj, staje się jedyną racją jego istnienia. Stworzono specjalny urząd do walki z dwoma innymi. Ten węzeł gordyjski, acz jeden z jaskrawszych przykładów, nie jest wyjątkiem w dotychczasowej polityce ekonomicznej naszego rządu.

Polityka ta na szczęście zmienia swój kierunek coraz wyraźniej pod wpływem p. Steczkowskiego: skasowano szereg urzędów, zniesiono wiele ograniczeń. Im rzadsze będą oka sieci państwowych urzędów i przepisów, tym mniej oczywiście sposobności do owych tarć, zahaczeń i niezadowoleń, tym bardziej pewny grunt pod nogami czuć będzie cudzoziemiec w Polsce. Traktaty handlowe, jakie mają być zawarte z Francją i innymi państwami, ustalenie pokoju i granic, wpłyną niewątpliwie na wyrównanie wielu dotychczasowych braków i zawikłań. Nie wydaje mi się jednak, aby to załatwiało sprawę w zupełności. Szereg bowiem nieporozumień ma swoje źródło poza narzędziami państwowymi, w samej psychice społeczeństwa.

Społeczeństwo polskie zaskoczone jest niejako szerokością zadań, jakie przed nim stanęły. Geograficznie po prostu nie dorasta jego przygotowanie do nawiązania stosunków poprawnych i trwałych z krajami tak dla ogółu „egzotycznymi”, jak Francja, Anglia czy Holandia. Stare nawyki siłą bezwładności pchają Kongresówkę do stosunków z Rosją i Niemcami, Małopolska zawsze łatwiej trafi do Wiednia niż do Brukseli lub Paryża, z pewnością też poznańczyk dogada się łatwiej z berlińczykiem aniżeli z Anglikiem czy Holendrem. Może to wyglądać na paradoks, ale wyczuwam w pojęciu społeczeństwa coś jakby podział na cudzoziemców dalszych i bliższych swoich, ci swoi to właśnie ci, z którymi stosunków utrzymywać dziś nie możemy (Rosja) lub powinniśmy się wystrzegać (Niemcy, Austria).

Obok owej podświadomej niechęci czy bierności gra tu rolę po prostu brak znajomości zwyczajów kupieckich, języków, ba, miar, wag i monety — cały ten ogromny niedostatek wykształcenia i obycia handlowego polskiego społeczeństwa. Tak jest z pewnością nawet wśród tych sfer, które potrzebę ekonomicznego zbliżenia z Zachodem żywo odczuwają i rozumieją, ale istnieje w społeczeństwie polskim poważny ilościowo odłam ogarnięty prawdziwą ksenofobią gospodarczą. Psychologia niewoli, ta sama, która nie chciała dopuścić do armii polskiej wpływów oficerów francuskich, ta psychologia widzi w podobnym zbliżeniu same niebezpieczeństwa zagrażające życiu gospodarczemu. Obcy kapitalista wykupi surowce, domy, kopalnie, ziemię, wykupi Polskę, wyzyska robotnika, omota politykę polską swą siecią pajęczą, zdławi jej niezawisłość.

Takie zaściankowe zrozumienie najżywotniejszych problemów kołacze się po głowach tych dziennikarzy, którzy alarmują społeczeństwo z powodu każdego wagonu cukru sprzedanego za granicę. Ono to wywołuje opozycję przeciw najracjonalniejszym planom eksportu drzewa z Kresów, ono podszeptuje urzędnikom szykanowanie i niechęć do cudzoziemców i łudzi, że w ten sposób uratować można niezależność polskiej gospodarki i Polski. Nie dostrzegają ci dyletanci ekonomiczni, że nie ma niezależności, póki źródła naszej siły gospodarczej, finansowej, militarnej leżą właśnie za granicą, póki nie zdobędziemy tej laski czarnoksięskiej, której uderzenie dobędzie z Polski odżywczy strumień gospodarczej twórczości — kapitału. Nie dostrzegli, że świat przesunął się w sferę stosunków handlowo-kupieckich, że w życiu międzynarodowym (w czasie pokoju oczywiście) interesuje przede wszystkim i prawie wyłącznie ten, kto zdolny jest wiele kupić i wiele ma do sprzedania.

W sferze tych obecnych stosunków nic nie dostaje się za darmo, a bardzo niewiele za komplementy, za czołobitności i podziękowania; do ut des — oto najprzemożniejsza jego zasada. Toteż Polska musi poświęcić niejedną swoją ambicję (i zysk niejeden), aby wprowadzić wreszcie swoje życie w głębokie i trwałe zazębienie z międzynarodową gospodarką — uczynić to zaś może jedynie przez duże koncesje, zapewnione kapitałem obcym. Zyska na tych koncesjach jedno, co je z pewnością opłaci: straci ową opinię dziwnego kraju, „który niezdolny jest nic kupić i z którego nic wywieźć nie można”, tak bardzo dzisiaj rozpowszechnioną. Opinia, że jest krajem rządnym i bogatym, wraz z rozwojem jej życia ekonomicznego, będzie podstawą tej powagi, jaką winna Polska pozyskać w życiu międzynarodowym w otwierającej się przed nią, chcemy wierzyć, epoce pokojowej pracy.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • google
  • facebook
  • twitter
  • youtube
Zapisz się na newsletter:

Wybierz listę(y):

Cytat:
  • Zysk jednego jest zyskiem drugiego. Frédéric Bastiat
Mecenasi
Wspieraj Nas>>
We wrześniu wsparli nas:
Pan Wojciech Bielecki
Pan Rafał Boniecki
Pani Dominika Buczek
Pani Julia Bula
Pan Marcin Dabkus
Pan Michał Dębowski
Pan Paweł Drożniak
Pan Dariusz Dziadkowski
Pan Maciej Gorzelak
Pan Marek Górecki
Pan Stanisław Gruszka
Pan Jarosław Grycz
Pan Adrian Grzemski
Pan Maciej Grzymkowski
Państwo Paulina i Przemysław Hys
Pan Miłosz Janas
Pan Łukasz Jasiński
Pan Dominik Jaskulski
Pan Paweł Jegor
Pan Tomasz Jetka
Pan Gustaw Jokiel
Pan Dominik Jureczko
Pan Paweł Jurewicz
Pan Jan Kłosiński
Pan Jan Kochman
Pan Wojciech Kukla
Pan Stanisław Kwiatkowski
Pan Tomasz Malinowski
Pan Miłosz Mazurkiewicz
Pani Magdalena Moroń
Pan Marcin Moroń
Pan Piotr Musielak
Pan Maksym Mydłowski
Pan Tomasz Netczuk
Pan Łukasz Nieroda
Pan Filip Nowicki
Pani Karolina Olszańska
Pan Zbigniew Ostrowski
Pan Rafał Parol
Pan Paweł Pasternak
Pan Mikołaj Pisarski
Pani Agnieszka Płonka
Pan Dominik Pobereszko
Pan Bartłomiej Podolski
Pan Paweł Pokrywka
Pan Michał Puszkarczuk
Pan Adam Skrodzki
Pan Michał Sobczak
Pan Radosław Sobieś
Pan Piotr Sowiński
Pan Adam Staszyński
Pan Łukasz Szostak
Pan Michał Szymanek
Pan Jan Tyszkiewicz
Pan Adam Wasielewski
Pan Waldemar Wilczyński
Pan Jakub Wołoszyn
Pan Tomasz Wyszogrodzki
Pan Karol Zdybel
Pan Marek Zemsta
Pani Mariola Zabielska-Romaszewska
Pan Piotr Żółkiewicz, Zolkiewicz & Partners
Pracownik Santander Bank
Łącznie otrzymaliśmy 6 307,21 zł . Dziękujemy wszystkim Darczyńcom!
Znajdź się na liście>>
Lista mecenasów>>