Autor: Hans-Hermann Hoppe
Źródło: mises.org
Tłumaczenie: Tomasz Michalak
Wersja PDF, EPUB, MOBI

imperializmuPaństwo

Zazwyczaj państwo jest definiowane jako podmiot o dwóch unikalnych cechach. Po pierwsze, jest terytorialnym monopolistą w kwestii podejmowania ostatecznych decyzji (jurysdykcji). Znaczy to tyle, że jest finalnym rozjemcą w każdym przypadku konfliktu, włączając w to spory, w których samo jest stroną. Po drugie, państwo jest terytorialnym monopolistą podatkowym. To znaczy, że jednostronnie ustanawia daniny, które obywatele muszą uiszczać w zamian za zapewnienie im prawa oraz porządku.

Można zatem przewidzieć, że jeśli jedyną możliwością jest zwrócenie się do państwa o sprawiedliwość, sprawiedliwość ta będzie wypaczona na korzyść państwa. Zamiast rozwiązać spór, finalny monopolista decyzyjny sprowokuje konflikt w celu zaproponowania rozwiązania na własną korzyść. Co gorsza, podczas gdy jakość sprawiedliwości gwarantowanej przez monopolistę ulegnie pogorszeniu, jej cena wzrośnie. Zmotywowane jak nikt inny przez swoje interesy, lecz wyposażone w moc opodatkowywania, państwo stawia sobie zawsze ten sam cel: zmaksymalizować dochód oraz zminimalizować wysiłek produkcyjny.

Państwo, wojna oraz imperializm

Zamiast koncentrować się na wewnętrznych konsekwencjach wynikających z instytucji państwa, skupię się raczej na jego zewnętrznych skutkach, tj. na polityce zagranicznej, a nie krajowej.

Jako podmiot, który wypacza sprawiedliwość oraz nakłada podatki, każde państwo może utracić swoich obywateli. Szczególnie ci najbardziej produktywni mogą opuścić kraj dla uniknięcia płacenia podatków oraz wypaczeń prawnych. Żadne państwo tego nie lubi. Jednak wręcz przeciwnie, zamiast ograniczać zakres kontroli i stawek podatkowych, urzędnicy preferują ich rozrost. Proces taki prowadzi do konfliktu pomiędzy państwami. W przeciwieństwie do konkurencji pomiędzy „naturalnymi” podmiotami oraz instytucjami, rywalizacja pomiędzy państwami jest destrukcyjna. Znaczy to tyle, że może istnieć tylko jeden finalny monopolista decyzyjny oraz podatkowy na danym obszarze. W konsekwencji konkurencja pomiędzy różnymi państwami promuje tendencje w kierunku politycznej centralizacji oraz ostatecznie w kierunku jednego światowego państwa.

Co więcej, jako finalni monopoliści decyzyjni finansujący swoją działalność z podatków, państwa są z natury agresywnymi instytucjami. Podczas gdy „naturalne” podmioty oraz instytucje muszą ponosić koszty agresywnego zachowania (co może ich motywować do zaprzestania takiego postępowania), państwa mogą przenieść koszt takiego zachowania na podatników. Stąd urzędnicy państwowi są skłonni do stawania się prowokatorami czy agresorami, a proces centralizacji może się realizować za pomocą agresywnych starć, tj. wojen międzypaństwowych.

Ponadto biorąc pod uwagę, że państwa są na początku małe — obierając jako punkt startowy świat złożony z wielu niezależnych jednostek terytorialnych — można stwierdzić coś specyficznego w odniesieniu do warunku koniecznego do osiągnięcia sukcesu. Zwycięstwo lub porażka w działaniach wojennych pomiędzy państwami zależy oczywiście od wielu czynników, lecz jeżeli inne aspekty, takie jak rozmiar populacji, pozostają na tym samym poziomie, w dłuższym okresie decydującym czynnikiem staje się ilość zasobów gospodarczych pozostających do dyspozycji państwa. Poprzez opodatkowanie oraz regulacje państwa nie przyczyniają się w żaden sposób do pomnażania bogactwa ekonomicznego. Zamiast tego pasożytniczo żerują na istniejącym bogactwie. Jednakże rządy mogą wpływać negatywnie na ilość istniejącego dobrobytu. Przy pozostałych warunkach niezmiennych, im niższe obciążenie podatkowe oraz regulacyjne nałożone na gospodarkę krajową, tym bardziej gospodarka będzie się rozwijała oraz tym większy będzie zasób produkowanego na krajowym rynku bogactwa, dzięki któremu państwo może uwikłać się w konflikty z sąsiednimi rządami. Znaczy to tyle, że państwa, które opodatkowują oraz regulują swoje gospodarki w relatywnie niewielkim stopniu — państwa liberalne — wykazują tendencję to podbijania oraz ekspansji swoich terytoriów lub swojego zakresu hegemonicznej kontroli na koszt państw mniej liberalnych.

Tłumaczy to na przykład dlaczego Europa Zachodnia zdominowała resztę świata, nie zaś odwrotnie. Precyzyjniej rzecz ujmując, tłumaczy to, dlaczego najpierw Holendrzy, potem Brytyjczycy, oraz ostatecznie w XX wieku Stany Zjednoczone stały się dominującą siłą imperialną, oraz dlaczego Stany Zjednoczone, wewnętrznie jedno z najbardziej liberalnych państw, prowadzi najbardziej agresywną politykę zagraniczną, podczas gdy na przykład były Związek Sowiecki ze swoją całkowicie nieliberalną (represyjną) polityką wewnętrzną angażuje się w relatywnie pokojową oraz ostrożną politykę zagraniczną. Stany Zjednoczone wiedzą, że militarnie mogą pokonać każdego; stąd stały się agresywne. Przeciwnie do Związku Sowieckiego, który wiedział, że stoi na straconej pozycji w przypadku konfliktu wojennego z którymkolwiek z państw o znaczącej sile, chyba że przypuściłby szturm, który dałby mu zwycięstwo w przeciągu kilku dni czy tygodni.

Od monarchii i wojen armii do demokracji i wojen totalnych

Pierwotnie, większość państw była monarchiami rządzonymi przez absolutystycznych lub konstytucyjnych królów czy też książąt. Należałoby zapytać, dlaczego tak się działo, jednakże w tym miejscu muszę pozostawić to pytanie bez odpowiedzi. Wystarczy wspomnieć, że państwa demokratyczne (również tzw. monarchie parlamentarne), rządzone przez prezydentów lub premierów, bywały zjawiskiem rzadkim aż do rewolucji francuskiej, a stały się wiodącym ustrojem dopiero po I wojnie światowej.

Podczas gdy wszystkie państwa powinny postępować w miarę konieczności agresywnie, łatwo dostrzec, iż królowie sugerowali się zupełnie innymi czynnikami motywującymi do działań zbrojnych aniżeli współcześni prezydenci na tyle, że można pokusić się o wyróżnienie dwóch rodzajów wojen. Podczas gdy królowie postrzegali siebie jako prywatnych właścicieli terytorium pod swoją kontrolą, prezydenci uważają się za tymczasowych stróżów. Właściciel kapitału jest zatroskany o dochodowość tegoż kapitału oraz dochodu w nim ucieleśnionego. Jego zaangażowanie jest długoterminowe, z troską o zachowanie oraz poprawę wartości kapitału wpisanego w jego kraj. Wręcz przeciwnie, stróż zasobu (postrzeganego raczej jako własność publiczna, nie prywatna) jest przede wszystkim zainteresowany jego obecnym źródłem dochodu i nie przykłada zasadniczo uwagi do wartości kapitału.

Empirycznym rezultatem tej jakże różniącej się struktury bodźców jest to, że wojny monarchiczne miały tendencję do bycia tymi „łagodnymi” oraz „konserwatywnymi” w zestawieniu z demokratycznymi działaniami wojennymi.

Wojny monarchiczne bądź co bądź wynikały z konfliktów dziedzicznych wywoływanych przez skomplikowaną sieć interdynastycznych małżeństw. Charakteryzowały się rzeczywistymi celami terytorialnymi. Nie były to w żadnym razie spory motywowane ideologicznie. Społeczeństwo postrzegało wojnę jako prywatną sprawę króla, finansowaną oraz prowadzoną przy pomocy jego własnych pieniędzy i wojska. Co więcej, w konfliktach pomiędzy dynastiami królowie poczuwali się do zachowywania różnicy pomiędzy żołnierzami a cywilami, a celem ich działań wojennych byli wyłącznie oni sami oraz ich posiadłości. Historyk wojenny Michael Howard wypowiadał się następująco na temat XVIII-wiecznych działań wojennych:

Handel, podróże, wymiana kulturalna i naukowa odbywały się podczas działań wojennych niemal bez zakłóceń. Wojny były wojnami królów. Obowiązkiem każdego dobrego obywatela było płacenie podatków, a zdrowa ekonomia polityczna zalecała, by go pozostawić w spokoju swoich poddanych, by mógł zdobywać pieniądze na nie. Nie wymagano, aby uczestniczył w podejmowaniu decyzji, które rodziły konflikty, ani by brał w nich udział, chyba że popychało go do tego pragnienie młodzieńczej przygody. Były to arcana regni, które dotyczyły wyłącznie osoby panującej. [Wojna w dziejach Europy, Wrocław 2007, 82]

Podobną rzecz zaobserwował odnośnie wojen armii Ludwig von Mises:

W wojnach armii, armia walczy, podczas gdy obywatele niebędący członkami armii wiodą normalny tryb życia. Obywatele ponoszą koszty działań wojennych; płacą za utrzymanie oraz wyposażenie armii, lecz poza tym pozostają poza wydarzeniami wojennymi. Naturalnie może się zdarzyć, że działania wojenne zrównają z ziemią ich domy, zdewastują ich ziemie, oraz zniszczą ich jakąkolwiek inną własność; ale to również jest częścią kosztów wojny, które muszą zostać poniesione. Może się także zdarzyć, że zostaną ograbieni lub przypadkowo pozbawieni życia przez żołnierzy — być może nawet przez tych z „ich” armii. Jednakże są to przypadki, które nie mogą być postrzegane jako nieodłączna część działań wojennych jako takich; raczej utrudniają, aniżeli pomagają w działaniach przywódców armii i nie są przez nich tolerowane. Państwo wojenne, które uformowało, wyposażyło oraz utrzymało armię uważa grabież przez żołnierzy za przestępstwo; zostali oni zatrudnieni do walki, nie do grabienia dla własnych korzyści. Państwo chce utrzymać życie obywateli w zwyczajnym toku, ponieważ chce zachować zdolności płatnicze podatników; z kolei podbite terytoria są uważane jako własna domena zwycięzców. System gospodarki rynkowej jest utrzymywany podczas wojny dla obsłużenia wymogów takiej wojny [Nationalökonomie, 725-26].

W przeciwieństwie do ograniczonych działań wojennych ancien regime’u, erę wojen demokratycznych — która zaczęła się od rewolucji francuskiej oraz wojen napoleońskich, trwała w XIX wieku w formie amerykańskiej wojny secesyjnej, a osiągnęła swój szczyt podczas XX-wiecznych wojen światowych — należy charakteryzować jako erę wojen totalnych.

Zacierając rozróżnienie pomiędzy rządzącymi a rządzonymi („rządy ludu”), demokracja umocniła identyfikację społeczeństwa z konkretnym państwem. Bardziej niż konflikty na tle własności dynastycznych, które mogły zostać rozwiązane poprzez podbicie i okupację, wojny demokratyczne stały się walkami ideologicznymi; starcia cywilizacji, które mogły być jedynie rozwiązane za pomocą kulturowej, językowej, czy też religijnej dominacji, podporządkowania oraz, jeśli konieczne, eksterminacji. Stało się nadzwyczaj trudne dla członków społeczeństwa uwolnić się od osobistego zaangażowania w działania wojenne. Opór przeciwko wyższemu opodatkowaniu na cele finansowania wojny był uważany za zdradę. Ponieważ państwa demokratyczne, nie to co monarchie, były „własnością” ludu, pobór stał się raczej zasadą, aniżeli wyjątkiem. Z nadejściem masowych armii tanich i stąd łatwo dostępnych poborowych walczących o narodowe cele i ideały, wspartych zasobami gospodarczymi całego narodu, jakakolwiek dystynkcja pomiędzy żołnierzami a cywilami stała się mitem. Poboczne szkody nie były już niechcianym skutkiem ubocznym, lecz stały się integralną częścią działań wojennych. Jak stwierdził Michael Howard:

Z chwilą gdy państwo przestano uważać jako „dynastyczną własność” królów, stało się ono instrumentem w ręku potężnych sił oddanych tak oderwanym pojęciem, jak wolność, naród lub rewolucja. Pojęcia te sprawiły, że wielu ludzi zaczynało się dopatrywać w państwie ucieleśnienia absolutnego dobra, dla którego żadna cena nie była zbyt wysoka, żadne poświęcenie zbyt wielkie; „Umiarkowane i niezdecydowane wojny” wieku rokoka zdawały się absurdalnym anachronizmem. [ibid. 85—86]

Podobne obserwacje zostały dokonane przez historyka wojennego i generała J.F.C. Fullera:

Wpływ ducha narodowości, tj. demokracji, na wojnę był głęboki, […]  spotęgował emocje wokół wojny oraz, w konsekwencji, zbrutalizował ją; […] Armie narodowe zwalczają narody, armie królewskie zwalczają armie im podobne, te pierwsze są zawsze podporządkowane obłąkanemu tłumowi, drugie zazwyczaj poczytalnemu królowi […] Wszystko to wypełzło z Rewolucji Francuskiej, która to również podarowała światu pobór wojskowy — masowe działania wojenne oraz masowe powiązanie z finansami i handlem stały się nowym wymiarem wojny. Kiedy cały naród walczy, cały dochód narodowy staje się dostępny na cele wojny. [War and Western Civilization, 26—27]

William A. Orton z kolei podsumował:

Jeszcze dziewiętnastowieczne wojny były utrzymywane w ryzach przez tradycję — dobrze rozpoznawaną w prawie międzynarodowym — że własność prywatna obywateli oraz ich działalność pozostawały poza sferą walk. Środki społeczeństwa nie podlegały czasowemu zajęciu czy też przejęciu na stałe, a poza takimi terytorialnymi i finansowymi zastrzeżeniami jakie jedno państwo mogło nałożyć na drugie, życie kulturowe i gospodarcze państw znajdujących się w stanie wojny było kontynuowane bez zakłóceń. Dwudziestowieczne praktyki zmieniły wszystko. Podczas obu wojen światowych nieograniczony przemyt połączony z jednostronnymi deklaracjami prawa morskiego postawiły każdy rodzaj handlu w stan zagrożenia. Zakończenie pierwszej wojny zaznaczyło się przez zdeterminowany i udany wysiłek spowolnienia gospodarczej odbudowy przegranych państw oraz zagrabienia pewnej części własności cywilnej. Podczas drugiej wojny posunięto się do zniesienia prawa międzynarodowego. Rząd niemiecki przez lata opierał politykę konfiskaty na teorii rasowej, która nie znajdowała poszanowania dla prawa cywilnego, międzynarodowego, ani  etyki chrześcijańskiej; gdy wybuchła wojna, na nic zdały się prawa stanowione przez kraje biorące udział w działaniach wojennych. Przywództwo angloamerykańskie, zarówno w mowie, jak i w czynie, uruchomiło krucjatę, która za nic miała sobie czy to prawne, czy terytorialne postanowienia ograniczające użycie siły. Koncepcja neutralności została potępiona zarówno w teorii, jak i w praktyce. Nie tylko zasoby wroga, ale zasoby jakiejkolwiek strony, nawet krajów neutralnych, stał się łupem państw wojujących; dodatkowo zasoby państw neutralnych oraz ich obywateli, które znalazły się w polu działań wojennych, traktowano praktycznie w ten sam sposób jak własność prywatną wrogów narodu. Zatem „wojna totalna” stała się typem wojny, przed którą obywatele nie mogli już uciec, a te „narody kochające pokój” wyciągnęły oczywiste wnioski. [The Liberal Tradition: A Study of the Social and Spiritual Conditions of Freedom, 251—52]

Excursus: Doktryna demokratycznego pokoju

Wytłumaczyłem, w jaki sposób instytucja państwa doprowadza do wojny; dlaczego, choć wydawałoby się to paradoksalne, wewnętrznie wolnościowe państwa mają skłonności do stawania się siłami imperialistycznymi; oraz jak duch demokracji przyczynił się do decywilizacji w działaniach wojennych.

Dokładniej, wyjaśniłem powstanie Stanów Zjednoczonych jako głównej siły imperialistycznej; a w konsekwencji ich stopniowej transformacji od republiki arystokratycznej do nieograniczonej demokracji masowej, której początków należy szukać w wojnie secesyjnej, i pełniącej rolę coraz bardziej aroganckiego, obłudnego i fanatycznego podżegacza wojennego.

Co zdaje się stawać na drodze pokoju i cywilizacji, znajduje się ponad państwem i demokracją, a szczególnie ponad światowym modelem demokracji: czyli Stanami Zjednoczonymi. Jak na ironię, jeśli nie ku wielkiemu zdumieniu, to właśnie Stany Zjednoczone twierdzą, że są rozwiązaniem na bolączki dzisiejszego świata pogrążonego w konfliktach wojennych.

Powodem takiego twierdzenia jest doktryna pokoju demokratycznego, której śladów możemy się doszukać w czasach Wodorowa Wilsona oraz I wojny światowej, która została ożywiona przez George’a W. Busha oraz jego neokonserwatywnych doradców, a teraz stała się intelektualnym folklorem nawet w kręgach liberalno-libertariańskich. Teoria ta stwierdza:

  • Demokracje nie prowadzą ze sobą wojen.
  • Dlatego w celu zapewnienia długotrwałego pokoju cały świat musi być demokratyczny.

Oraz jako tego następstwo:

  • Obecnie w wielu państwach nie ma demokracji i opierają się one wewnętrznym reformom demokratycznym.
  • Dlatego należy rozpocząć wojnę z tymi państwami, aby przekształcić je w demokracje i w ten sposób zbudować długotrwały pokój.

Brak mi cierpliwości, by całościowo krytykować tę teorię. Ograniczę się zatem jedynie do zwięzłej krytyki jej wyjściowej przesłanki oraz końcowego wniosku.

Po pierwsze: Czy demokracje nie wojują między sobą? Jako że demokracje nie istniały praktycznie przed XX wiekiem, odpowiedzi należy szukać w ostatnich stu latach. W rzeczywistości większość dowodów na korzyść tej tezy oparta jest na fakcie, że kraje Zachodniej Europy nie wstępowały na wojenną ścieżkę przeciwko sobie od czasów II wojny światowej. Podobnie w regionie Pacyfiku, Japonia i Korea Południowa nie walczyły ze sobą w tym okresie. Czy dowodzi to jednak prawdziwości tej tezy? Teoretycy demokracji uważają, że tak. Jako „naukowcy” są oni zainteresowani dowodem „statystycznym” i jak to rozumieją, jest masa przypadków, z których wynika prawdziwość ich tezy: Niemcy nie walczyły przeciwko Francji, Włochom, Anglii etc.; Francja nie walczyła z Hiszpanią, Włochami, Belgią etc. Co więcej, Niemcy nie zaatakowały Francji, ani Francja nie zaatakowała Niemiec etc. Mamy zatem, wydawałoby się, dziesiątki przykładów — przez ostatnie 60 lat — i ani jednego kontrprzykładu. Ale czy w rzeczywistości dysponujemy tyloma potwierdzającymi przypadkami?

Odpowiedź brzmi nie: w rzeczywistości mamy jeden taki przypadek. Z końcem II wojny światowej zasadniczo cała — na tę chwilę demokratyczna — Europa Zachodnia (oraz demokratyczne Japonia i Korea Południowa w regionie Pacyfiku) stała się częścią amerykańskiego imperium, co potwierdza obecność jednostek amerykańskich w praktycznie wszystkich europejskich krajach. Zatem to, co powojenny okres pokoju udowadnia, to nie fakt, iż demokracje nie idą na wojnę przeciwko sobie, ale to, że hegemoniczna, imperialistyczna siła, jaką stały się Stany Zjednoczone nie pozwoliła swoim koloniom wojować przeciwko sobie (oraz oczywiście sam hegemon nie widzi potrzeby stosowania przemocy wobec swoich satelitów — ponieważ pozostają one podporządkowane — i nie widzą potrzeby lub nie mają odwagi przeciwstawić się swojemu panu).

Co więcej, jeżeli sprawy są postrzegane w ten sposób — raczej opierając się na historii niż na naiwnej wierze, że ponieważ jakaś jednostka nazywa się inaczej niż druga, ich zachowanie musi być od siebie niezależne — staje się jasne, że przedstawiony dowód nie ma nic wspólnego z demokracją, lecz z hegemonią. Przykładowo, żadna wojna nie wybuchła pomiędzy końcem II wojny światowej a końcem lat 80., tj. podczas hegemonicznych rządów Związku Sowieckiego, pomiędzy Wschodnimi Niemcami, Polską, Czechosłowacją, Rumunią, Bułgarią, Litwą, Estonią, Węgrami, etc. Czy działo się tak, ponieważ były to komunistyczne dyktatury, a takowe nie wojują przeciwko sobie? Taki wniosek musiałby płynąć z ust „naukowców” kalibru teoretyków demokratycznego pokoju! Aczkolwiek taki wniosek jest błędny. Wojna nie wybuchła, ponieważ Związek Sowiecki nie pozwolił na to — podobnie jak zachodnie demokracje nie uciekały się do wojen między sobą, ponieważ Stany Zjednoczone na to nie zezwoliły. Dla pewności, Związek Sowiecki interweniował na Węgrzech i w Czechosłowacji, ale również Stany Zjednoczone w dogodnych momentach czyniły to w Ameryce Środkowej, np. w Gwatemali (Nawiasem mówiąc: co z wojnami pomiędzy Izraelem, Palestyną i Libanem? Czy one nie są demokracjami? Albo czy kraje arabskie są z definicji niedemokratyczne?).

Po drugie: Co z demokracją jako remedium na wszystko, nie wspominając już o pokoju? Tutaj przykład teoretyków demokratycznego pokoju wydaje się jeszcze bardziej niedorzeczny. Istotnie brak historycznego zrozumienia wykazywanego przez nich jest naprawdę przerażający. Poniżej tylko kilka ich fundamentalnych błędów:

Po pierwsze, ta teoria zawiera koncepcyjne połączenie demokracji z wolnością, co jest skandaliczne, szczególnie gdy wychodzi z ust samozwańczych libertarian. Podstawą i kamieniem węgielnym wolności jest instytucja własności prywatnej, a prywatna — wyłącznie — własność naturalnie nie może współgrać z demokracją, czyli rządami większości. Demokracja nie ma nic wspólnego z wolnością. Demokracja jest miękkim wariantem komunizmu i rzadko w historii idei była brana za coś zgoła innego. Nawiasem mówiąc, przed pojawieniem się wieku demokratycznego, tj. aż do początku XX wieku, rządowe (państwowe) wydatki budżetowe (wliczając wszystkie poziomy rządu) w krajach Europy Zachodniej stanowiły circa 7-15 procent produktu narodowego, a w jeszcze młodych Stanach Zjednoczonych nawet mniej. Mniej niż 100 lat rozkwitłych rządów większości powiększyło tę wielkość do około 50 procent w Europie i 40 procent w Stanach Zjednoczonych.

Po drugie, teoria demokratycznego pokoju rozróżnia istotnie jedynie pomiędzy demokracją a nie-demokracją, kolektywnie postrzeganą jako dyktatura. Zatem nie tylko znikają wszelkie arystokratyczno-republikańskie ustroje, ale co ważniejsze dla celów tego o czym piszę, również monarchie tradycjonalistyczne. Są one zrównane z dyktaturami Lenina, Mussoliniego, Hitlera, Stalina, Mao. W rzeczywistości jednak monarchie tradycjonalistyczne mają niewiele wspólnego z dyktaturami (podczas gdy demokracja oraz dyktatura są ściśle powiązane).

Monarchie są półorganicznym następstwem hierarchicznie ustrukturyzowanego naturalnego — bezpaństwowego — porządku społecznego. Królowie są głowami rozbudowanych rodzin, klanów, plemion, narodów. Mają w posiadaniu ogrom naturalnej, uznanej władzy, odziedziczonej i dzierżonej przez wiele generacji. W ramach takiego porządku (również arystokratycznych republik) liberalizm pierwotnie rozwinął się i rozkwitł. Demokracje — wręcz przeciwnie — są egalitarne i redystrybucyjne; stąd wyżej wspomniany rozrost władzy państwowej w XX wieku. Co znamienne, przejściu z wieku monarchicznego do demokratycznego, poczynając w drugiej połowie XIX wieku, towarzyszył stały spadek w sile i znaczeniu partii liberalnych oraz jednoczesne wzmacnianie się wszelkiej maści socjalistów.

Po trzecie, wynika to z tego, że pogląd, jaki teoretycy demokratyczno-pokojowi mają na tragedię I wojny światowej, musi być uważany za groteskowy, przynajmniej z punktu widzenia kogoś rzekomo doceniającego wolność. Dla nich ta wojna była istotnie wojną demokracji przeciwko dyktaturze — dlatego poprzez zwiększanie liczby demokracji, była to progresywna, pokojowo nastawiona i usprawiedliwiona wojna.

„Demokracja nie ma nic wspólnego z wolnością. Demokracja jest miękkim wariantem komunizmu, i rzadko w historii idei była brana za cokolwiek zgoła innego”.

W rzeczywistości sprawy wyglądają zupełnie inaczej. Z pewnością przedwojenne Niemcy i Austria może i nie kwalifikowały się tak na demokrację, jak chociażby Anglia, Francja, czy też Stany Zjednoczone w tamtych czasach. Ale Niemcy i Austria na pewno nie były dyktaturami. Były (coraz bardziej osłabionymi) monarchiami, przynajmniej tak liberalnymi jak ich odpowiedniczki demokratyczne. Na przykład w Stanach Zjednoczonych agitatorzy antywojenni byli wsadzani do więzienia, język niemiecki był zasadniczo wyjęty spod prawa, a obywatele niemieckiego pochodzenia byli otwarcie szykanowani i często przymuszani do zmiany nazwisk. Nic podobnego nie miało miejsca ani w Niemczech ani w Austrii.

Jednak w każdym przypadku rezultat krucjaty o uczynienie świata demokratycznym był mniej liberalny, od tego co istniało wcześniej (a dyktat pokoju wersalskiego tylko przyśpieszył II wojnę światową). Nie tylko władza państwa rozrastała się szybciej po wojnie aniżeli przed nią. W szczególności traktowanie mniejszości pogorszyło sytuację w międzywojennym okresie demokratycznym. Przykładowo w nowo ustanowionej Czechosłowacji Niemcy byli notorycznie źle traktowani (aż do momentu, kiedy zostali ostatecznie wypędzeni w milionach i pomordowani w dziesiątkach tysięcy po II wojnie światowej) przez większość czeską. Nic podobnego nie przydarzyło się Czechom podczas wcześniejszych rządów Habsburgów. Relacji między Niemcami a południowymi Słowianami w przedwojennej Austrii w porównaniu do powojennej Jugosławii była podobna.

Nie był to również żaden odosobniony przypadek. Na przykład za czasów monarchii Habsburgów w Austrii mniejszości były również traktowane w sposób uczciwy przez Otomanów. Jednak gdy wielokulturowe imperium Otomańskie zdezintegrowało się w ciągu XIX wieku i zostało zastąpione przez quasi-demokratyczne państwa narodowe takie jak Grecja, Bułgaria etc. Muzułmanie otomańscy zostali wypędzeni, a miejscami nawet wymordowani. Podobnie rzecz miała się po tym, jak demokracja zatriumfowała w Stanach Zjednoczonych po tryumfie nad Konfederacją, rząd Unii szybko przystąpił do likwidacji rdzennych Indian. Mises wspomniał, że demokracja nie jest w stanie funkcjonować w wieloetnicznych społeczeństwach. Nie prowadzi do pokoju, zamiast tego promuje konflikt i ma z założenia tendencje ludobójcze.

Po czwarte, teoretycy twierdzą, że demokracja reprezentuje stabilną „równowagę”. Zresztą Francis Fukuyama wyraził to w sposób najoczywistszy, określając nowy demokratyczny świat jako „koniec historii”. Jednak wiele dowodów wskazuje na to, że jest to oczywistą nieprawdą.

Na polu teoretycznym: w jaki sposób demokracja może być stabilna, jeśli — co się często zdarza — przeobrazi się demokratycznie w dyktaturę, tj. system, który jest uważany za niestabilny? Odpowiedź: to nie trzyma się kupy!

Co więcej, z empirycznego punktu widzenia demokracje nie są stabilne. Jak wskazano powyżej, w wielokulturowych społeczeństwach demokracja zawsze prowadzi do dyskryminacji, opresji, czy nawet wypędzeń i eksterminacji mniejszości — o stabilności mowy być nie może. Z kolei w etnicznie homogenicznych społeczeństwach, demokracja zawsze prowadzi do walk klasowych, które prowadzą do kryzysu ekonomicznego, który następnie doprowadza do dyktatury. Pomyślmy na przykład o postcarowskiej Rosji, międzywojennych Włochach, weimarskich Niemcach, Hiszpanii, Portugalii i o bardziej współczesnych Grecji, Turcji, Gwatemali, Argentynie, Chile i Pakistanie.

Nie tylko ta bliska korelacja pomiędzy demokracją a dyktaturą jest problematyczna dla teoretyków demokratycznego pokoju — co gorsza, muszą oni pogodzić się z faktem, że dyktatury wyłaniające się z kryzysów demokracji w żadnym wypadku nie są gorsze, zgodnie z klasyczno-liberalnym czy libertariańskim poglądem, od tych, które powstałyby inaczej. Można z łatwością wyliczać przypadki dyktatur, które okazały się lepszym rozwiązaniem od demokracji. Choćby Włochy Mussoliniego, czy Hiszpania Franco. Dodatkowo, jak obrońcy demokracji zamierzają pogodzić swoją wiarę w wyższość demokracji z faktem, że dyktatorzy, zupełnie inaczej niż królowie, którzy zawdzięczali swoją rangę przypadkowi urodzenia, są zwykle faworytami mas i w tym sensie są demokratyczni? Wystarczy pomyśleć o Leninie czy Stalinie, którzy byli z pewnością bardziej demokratyczni niż Car Mikołaj II, lub Hitlerze, który był zdecydowanie bardziej demokratycznym przywódcą i „człowiekiem ludu” niż cesarz Wilhelm II lub Franciszek Józef.

Według teoretyków demokratycznego pokoju wydawałoby się, że powinniśmy walczyć przeciwko zagranicznym dyktatorom, czy to królom, czy demagogom, w celu zainstalowania w ich państwach demokracji. Następnie przeobrażają się one we współczesne dyktatury — aż wreszcie przypuszczalnie i Stany Zjednoczone zmienią się w dyktaturę wskutek rozrostu wewnętrznej władzy państwa, który wynika z niekończących się „stanów zagrożenia” powstających w wyniku zagranicznych wojen.

Odważę się powiedzieć, że lepiej brać pod uwagę radę Erika von Kuehnelt-Leddihn i zamiast starać się czynić świat bezpieczniejszym w demokracji, starajmy się uchronić go od demokracji — wszędzie, lecz przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych.

4 odpowiedzi na „Hoppe: Paradoks imperializmu”

  • Sovieci mniej agresywni niż Hamerykany? Nieźle ten Hoppe miesza. Zach Europa kolonią USA? Zasadniczy błąd w rozumowaniu Hoppego to personifikacja państw jest też kilka pomniejszych.

  • @idared

    To prawda Zach Europa jest kolonią USA. Kto w czasie zimnej wojny decydował o wojnie lub pokoju? Gdzie zapadała ostateczna decyzja? Berlin? Paryż? Czy może jednak Waszyngton! Proszę posłuchać mec. J. Bartosiaka. Personifikacja? Gdzie? Kiedy?

  • Personifikacja jest wtedy gdy autor pisze że państwo robi to lub tamto. Takie coś jest do przyjęcia w monarchii/dyktaturze lub w silnym systemie prezydenckim. W Polsce na ten przykład i innych ‚demokracjach’ mamy do czynienia z całą klasą polityczną udzielnych książąt i trudno traktować politykę, decyzje kraju jako coś jednostkowego skoordynowanego. Jeśli nawet zgodzę się co do kolonializmu ZachE to trzeba powiedzieć że to jest wersja soft. Co do innych rzeczy Hoppe myli poziom potencjału ze sposobem jego wykorzystania. Państwo liberalne ma większy potencjał ale to nie oznacza automatycznie agresywnego zachowania. Ciężarówka jest duża ale to nie oznacza że można nią kierować tylko agresywnie a małym fiatem tylko łagodnie. Ja uważam że dużo zależy od kierowcy. Ponadto można na przykład agresywnie szarpnąć dziecko które wbiega na jezdnię pod samochód i to jest OK. A można też kogoś delikatnie pogłaskać brzytwą po szyi i to nie jest OK. Wielu złych agresywnych ludzi zachowuje się bardzo łagodnie gdy widzą lufę pistoletu. I tak było z ZSRR. Hoppe pisze że demokracja to soft komunizm ale nie wyciąga konsekwencji że w takim razie komunizm jest gorszy/agresywniejszy od demokracji. Najbardziej mnie wkurza Hoppe’owskie podejście do historii. Opowieściami o tym jak Pepiki prześladowały Niemców a Bałkańcy Turków można bajać przedszkolaków a nie ludzi dorosłych. Dlaczego Hoppe nie wspomniał jak to niewinna jak lelija niemiecka młodzież z gimnazjum imienia Rudolfa Barbarossy pod dyrekcją von Paulusa wybrała się na wycieczkę krajoznawczą do Stalingradu i jak tam wpadła w szpony krwawych oprawców? Żeby nie sięgać tak daleko w przeszłość. W Skandynawii przetrzymywany jest na 12 m2 niejaki Brejvik i tak ma być do końca jego życia. Why? Przecież Skandynawowie słyną z dobrotliwego, opiekuńczego państwa. Hoppe podaje skutek bez przyczyny pomija różne fakty. To nie jest dobry sposób korzystania z Historii. Ogólnie natomiast zgadzam się że wojny monarchów były w większości przypadków łagodniej prowadzone niż wojny demokracji.

  • Wciąż nie jestem przekonany, czy „wojny królów” były mnie destrukcyjne dla poddanych. Mamy przecież przykłady „wojen królów” niezwykle wyniszczających, zostawiających za sobą totalną pożoge, bywało, że po takich wojnach niektóre regiony pozostawały totalnie wyludnione na wiele dekad, wioski spalone, miasta zniszczone, ludność wybita. Ot choćby wojna trzydziestoletnia czy potop szwedzki. Nie wiem też, czy wrażenie, że „wojny dmeorkatyczne” są gorsze nie jest spowodowane tym, że po prostu współcześnie walczące państwa mają do dyspozycji wysoką technologie. Jak wyglądałyby wojny dawnych królów gdyby dać im do dyspozycji czołgi, samoloty, karabiny, bombowce? Chyba równie tragicznie jak wojny XX wieku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • google
  • facebook
  • twitter
  • youtube
Zapisz się na newsletter:

Wybierz listę(y):

Cytat:
  • Prakseologia zajmuje się działaniami jednostek. Dopiero na późniejszym etapie badań pojawiają się w niej zagadnienia związane ze współpracą i działaniem społecznym, które stanowią szczególny przypadek ogólnej kategorii ludzkiego działania. Ludwig von Mises
Mecenasi
Wspieraj Nas>>
W kwietniu wsparli nas:
Pan Wojciech Bielecki
Pan Rafał Boniecki
Pani Dominika Buczek
Pani Julia Bula
Pan Marcin Dabkus
Pan Michał Dębowski
Pan Paweł Drożniak
Pan Dariusz Dziadkowski
Pan Maciej Gorzelak
Pan Stanisław Gruszka
Pan Jarosław Grycz
Pan Adrian Grzemski
Pan Maciej Grzymkowski
Państwo Paulina i Przemysław Hys
Pan Miłosz Janas
Pan Łukasz Jasiński
Pan Dominik Jaskulski
Pan Paweł Jegor
Pan Tomasz Jetka
Pan Gustaw Jokiel
Pan Dominik Jureczko
Pan Paweł Jurewicz
Pan Jan Kłosiński
Pan Jan Kochman
Pan Kamil Kopeć
Pan Andrzej Koźlik
Pan Jacek Kubica
Pan Wojciech Kukla
Pan Jerzy Kustowski
Pan Stanisław Kwiatkowski
Pan Tomasz Malinowski
Pan Miłosz Mazurkiewicz
Pani Magdalena Moroń
Pan Marcin Moroń
Pan Piotr Musielak
Pan Maksym Mydłowski
Pan Tomasz Netczuk
Pan Filip Nowicki
Pani Karolina Olszańska
Pan Zbigniew Ostrowski
Pan Rafał Parol
Pan Mikołaj Pisarski
Pani Agnieszka Płonka
Pan Bartłomiej Podolski
Pan Paweł Pokrywka
Pan Michał Puszkarczuk
Pan Jakub Sabała
Pan Adam Skrodzki
Pan Michał Sobczak
Pan Radosław Sobieś
Pan Piotr Sowiński
Pan Łukasz Szostak
Pan Franciszek Szterleja
Pan Michał Szymanek
Pan Szymon Truszczyński
Pan Krzysztof Turowski
Pan Jan Tyszkiewicz
Pani Anna Wajs
Pan Adam Wasielewski
Pan Karol Więckowski
Pan Waldemar Wilczyński
Pan Jakub Wołoszyn
Pan Karol Zdybel
Pan Dawid Żabiński
Speednet
Łącznie otrzymaliśmy 7 451,48 zł . Dziękujemy wszystkim Darczyńcom!
Znajdź się na liście>>
Lista mecenasów>>