Autor: David Gordon
Źródło: mises.org
Tłumaczenie: Tomasz Kugiel
Wersja PDF, EPUB, MOBI

Istnieje możliwość objęcia mecenatu nad książką Niepoprawny politycznie przewodnik po kapitalizmie.

przewodnikZachwycająca książka Roberta Murphy’ego to znacznie więcej niż typowa obrona kapitalizmu, choć Murphy zawarł w niej też standardowe tematy, np. wyjaśnia, dlaczego pensja minimalna oraz kontrola cen i czynszów nie sprawdzają się. Kiedyś wskazywanie mankamentów powyższych rozwiązań budziło kontrowersje, jednak dziś nawet podręczniki ekonomii głównego nurtu bez wahania je potępiają. Murphy wychodzi daleko poza te zagadnienia. Mierzy się z najtrudniejszymi, najbardziej kontrowersyjnymi zarzutami stawianymi wolnemu rynkowi i na każdy z nich ma przekonującą odpowiedź.

Niewiele spraw doprowadza do furii krytyków wolnego rynku równie skutecznie jak wysokie zarobki prezesów korporacji. Na przykład Paul Krugman w książce Conscience of a Liberal niemal nie kryje swojej zazdrości wobec tych, którzy mają czelność zarabiać więcej od niego[1]. Obrońcy wolnego rynku udzielają w tym przypadku oczywistej odpowiedzi: to, że rynek ustala pensje prezesów na wysokim poziomie, oznacza, że wypłacający te pensje spodziewają się po kierownictwie wygenerowania zysków uzasadniających wysokie wynagrodzenia. Krytykom proponuje się zwykle, by spróbowali założyć własne przedsiębiorstwo.

Tylko czy ta odpowiedź nie może zostać poddana krytyce? Według powyższego twierdzenia sukces finansowy uzasadnia wysokie pensje. Jak w takim razie można usprawiedliwić gigantyczne odprawy prezesów, którzy ponieśli porażkę? Czy da się tu powołać na efektywność rynku? Murphy podejmuje się tego wyzwania.

Zadaniem prezesa, inaczej niż kierownictwa niższego szczebla, często jest dokonywanie śmiałych innowacji. Gdyby zmiany konieczne, by zarabiać miliony dolarów, były takie „oczywiste”, to firma nie znalazłaby się w tarapatach. Kiedy nowy prezes przedstawia swój ambitny plan, to wie, że bardzo prawdopodobne jest jego niepowodzenie. Gdyby akcjonariusze stwierdzili, że zapłacą mu 20 milionów dolarów w razie powodzenia, ale nie zapłacą mu nic w przypadku porażki, to nie byłaby to dla niego zbyt atrakcyjna propozycja. A wynika to stąd, że osoba, która zostaje wybrana, by przewodzić wielkiej korporacji, mogłaby mieć pewne zarobki w wysokości setek tysięcy, jeśli nie milionów dolarów, na przykład za świadczenie usług konsultingowych, mniej ambitnych od bycia prezesem. (s. 21)

Murphy postępuje według tego samego wzoru, mierząc się z kolejnym problemem. Według często powtarzanego argumentu rynek nie może odpowiadać za dyskryminacje rasową. Jest dokładnie na odwrót. Osoby stosujące dyskryminację tracą. Jeśli pracodawca będzie odmawiał zatrudniania przedstawicieli jakiejś rasy lub religii, to będzie musiał ponieść tego konsekwencje.

Jeśli pracodawca ma wakat na stanowisku, na którym płaci 50 tysięcy dolarów pensji, dodatkowy przychód firmy z zatrudnienia chrześcijańskiego kandydata wyniesie 51 tysięcy dolarów, a z zatrudnienia muzułmańskiego kandydata — 55 tysięcy dolarów, to dyskryminowanie na tle religijnym tego drugiego kosztować będzie pracodawcę utratę 4 tysięcy dolarów potencjalnych zysków. (s. 31)

To spostrzeżenie, przedstawione z charakterystyczną dla Murphy’ego sprawnością, jest dobrze znane. Teraz musi obronić się przed zarzutami.

Powyższy argument opiera się na założeniu, że celem przedsiębiorców jest maksymalizacja zysku, a czy nie wymaga to od nich, by starali się spełnić oczekiwania swoich klientów? W tym miejscu pojawia się poważny problem. Co jeśli to klienci mają uprzedzenia? Czy poddanie się ich oczekiwaniom nie byłoby w interesie przedsiębiorcy? Przypuśćmy, że klienci pewnej restauracji nie chcą być obsługiwani przez czarnych. Dlaczego restaurator zainteresowany zyskiem miałby narażać się na utratę interesu, zatrudniając czarnoskórą kelnerkę? Murphy ponownie udziela przekonującej odpowiedzi na ten zarzut.

Również w takiej sytuacji wolny rynek […] karze za dyskryminację — tyle że tym razem „opłatę za rasizm” ponosi klient: Klient płaci dodatkowo (w postaci gorszej obsługi) za to, iż podaje mu do stołu biała kelnerka, która gorzej wykonuje swoją pracę od czarnoskórej kobiety o wyższych kwalifikacjach. (s. 32)

Nie oznacza to, że ludzie nie zgodzą się zapłacić tej ceny, ale koszty narzucone przez rynek na ogół ograniczają dyskryminację. (Można tu wytknąć, że w przypadku czarnoskórej kelnerki, która pracuje równie dobrze jak biała konkurentka, ten argument nie ma zastosowania. Czy w takiej sytuacji klienci mogą oddawać się swoim uprzedzeniom bez ponoszenia kosztów? W tym przypadku to właściciel ma motywację do zatrudnienia czarnoskórej kelnerki w zamian za niższą pensje. Jeśli strata jego przedsiębiorstwa zostanie zrównoważona przez niższe koszty, to podejmie właśnie taką decyzję.)

Kolejny zarzut wobec wolnego rynku oczarował nawet kilku libertariańskich, choć niezbyt ortodoksyjnych, ekonomistów. Można wśród nich wymienić Tylera Cowena. W jaki ludzkość mogła by dotrzeć na księżyc tylko dzięki wolnemu rynkowi? Jakie prywatne przedsiębiorstwo wsparłoby misję Apollo albo resztę programu kosmicznego? Ktoś pewnie odpowie, że konsorcjum złożone z wielu przedsiębiorstw w końcu mogłoby sfinansować program kosmiczny. Tylko czy nieuchronne problemy z koordynacją nie oznaczałyby, że nasze postępy w tej dziedzinie przebiegałyby wolniej?

Murphy odpowiada, podważając ukryte założenie tego argumentu. Dlaczego mamy uważać, że program kosmiczny powinien rozwijać się szybciej, niż umożliwiliby to konsumenci na nieskrępowanym rynku? Murphy w ślad za Bastiatem zauważa:

By stwierdzić, czy dany program jest sensowny, musimy porównać korzyści z kosztami. Zużywając rzadkie zasoby na program kosmiczny (lub budowę stadionów sportowych), rząd daje namacalne korzyści, ale również niszczy niewidoczne możliwości wykorzystania tych zasobów do stworzenia alternatywnych produktów i usług. Krytykom kapitalizmu wydaje się (niesłusznie), że test zysków i strat jest przypadkowy i prymitywny. Jest jednak zgoła inaczej: to niezbędny barometr preferencji konsumentów co do rozlokowania zasobów. (s. 119)

Murphy wznosi się na wyżyny talentu, broniąc wolnego handlu przed całą gamą zwodniczych argumentów. Wielu dyletantów narzeka, że wolny handel odbiera pracę amerykańskim robotnikom. Czyż zwolennicy wolnego handlu nie chcą poświęcić interesów Amerykanów w imię ślepej pogoni za zyskiem? Zawarty w tym pytaniu pogląd jest popularnym mitem, którego fałszywość została już wielokrotnie wykazana. Murphy udziela na nie świetnej odpowiedzi, pokazując przy tym talent do znajdywania świetnych przykładów. Zauważa on, że cła mogą pomóc określonym pracownikom, ale są szkodliwe dla ogółu.

By to zrozumieć, przypuśćmy, że rząd nakłada grzywnę w wysokości 10 dolarów za każdorazowe zjedzenie obiadu w domu. Takie rozwiązanie z pewnością zwiększyłoby sprzedaż i płace w gastronomii. Czy jednak można to uznać to za dobry pomysł z perspektywy całego kraju? W jaki niby sposób podatek od potraw przyrządzonych w domu mógłby przyczynić się do wzrostu naszego bogactwa? (s. 148)

Współcześni zwolennicy Hamiltona mogą odpowiedzieć, że choć ten argument jest poprawny, to może zostać nadużyty. Co jeśli wolny handel doprowadzi do całkowitego zniszczenia krajowej produkcji? Konsumenci mogą na tym skorzystać ale wielkość naszego kraju opiera się na produkcji masowej. Nawet jeśli wolny handel w ogólnym rozrachunku przynosi korzyści, to angażując się w niego, należy zachować powściągliwość  Murphy kompletnie się z tym nie zgadza:

Nawet gdyby tezy o rzekomym kryzysie przemysłu były prawdziwe, to co z tego? Miejsca pracy w przemyśle nie są żadną świętością. Z pewnością nikt nie spodziewa się, że na przykład w 2050 roku setki tysięcy Amerykanów będą zaangażowane w montaż samochodów. […] Na potrzeby argumentacji przyjmijmy jednak, że kraj powinien mieć silny przemysł. Nawet jeśli tak, to istotne jest nie zatrudnienie w przemyśle, lecz produkcja przemysłowa. […] Kiedy zatem ktoś mówi o spadku zatrudnienia w przemyśle w porównaniu — na przykład — z latami pięćdziesiątymi, to nie wolno nam choćby przez sekundę uwierzyć w to, że nasza gospodarka produkuje obecnie mniej niż sześćdziesiąt lat temu.[2] (s. 159–160)

W takim razie co z deficytem handlowym? Czy i tak już bezprecedensowo wysoki deficyt handlowy Stanów Zjednoczonych może dalej wzrastać bez ograniczeń? Zwyczajowa odpowiedź, udzielona również przez Murphy’ego brzmi: deficytu handlowego nie należy się bać. „Jeśli obcokrajowcy są na tyle nierozsądni, by co roku wysyłać nam towary, nie kupując w zamian tylu samo dóbr amerykańskich, to w czym problem”? (s. 156) Murphy ma jednak jeszcze jedną odpowiedź:

Merkantyliści nie dostrzegają bowiem tego, że bilans płatniczy musi się zawsze bilansować. To nie teoria ekonomii, lecz księgowy truizm. Jeśli Amerykanie kupują japońskie towary o wartości biliona dolarów, podczas gdy japońscy konsumenci wydają tylko 850 miliardów dolarów na towary ze Stanów Zjednoczonych, to co się dzieje z brakującymi 150 miliardami dolarów? […] Abstrahując od tych obcokrajowców, którzy dosłownie upychają dolary amerykańskie po materacach, pieniądze wypływające z kraju (w wyniku deficytu handlowego) muszą jakimś kanałem do kraju wrócić. (s. 157)

A wrócić mogą na przykład dzięki inwestycjom zagranicznym. Można znaleźć pewną dozę ironii w tym, że ludzie, którzy protestują przeciw deficytowi handlowemu, często protestują również przeciw inwestycjom zagranicznym. Wygląda na to, że źle dzieje się, zarówno kiedy pieniądze opuszczają Amerykę, jak i kiedy do niej wracają.

Murphy wciąż trzyma się swojego wzoru. Rozprawia się nie tylko z popularnymi antyrynkowymi mitami, ale również z nowymi i trudnymi zarzutami. Paul Craig Roberts stwierdził, że typowe argumenty ekonomiczne za wolnym handlem są przestarzałe. David Ricardo już dawno pokazał, że wolny handel jest korzystny, nawet jeśli jeden z partnerów jest lepszy od drugiego w produkcji dowolnego towaru. Bardziej produktywne państwo powinno specjalizować się w tym, co robi najlepiej. Dysponujący mniejszymi możliwościami partner będzie miał „przewagę komparatywną” w dziedzinie w której dzieli go najmniejszy dystans od lepszego partnera. Roberts wytyka, że teoria kosztów komparatywnych jest prawdziwa, tylko jeśli kapitał jest przywiązany do danego kraju. Jeśli kapitał może przepływać z kraju do kraju, jak dzieje się to dzisiaj, to ten argument za wolnym handlem zostaje podważony.

Murphy udziela tu odkrywczej odpowiedzi:

Roberts i inni nie dostrzegają, że mobilność kapitału zwiększa jego produktywność. Uchwalając ustawy uniemożliwiające wywóz obrabiarek do Bangladeszu, rząd Stanów Zjednoczonych może co prawda (przynajmniej tymczasowo) utrzymać płace amerykańskich robotników, którzy z obrabiarek korzystają, jednak te sztuczne ograniczenia równocześnie wpływają negatywnie na zarobki amerykańskich właścicieli obrabiarek. Co więcej, straty właścicieli przeważają nad (tymczasowymi) korzyściami pracowników. Z powodu rządowych ograniczeń Ameryka staje się w kategoriach netto biedniejsza. […] Rządowe ograniczenia eksportu kapitału niszczą bogactwo, ponieważ uniemożliwiają zastosowanie najbardziej efektywnych sposobów organizacji globalnej produkcji. (s. 168–169)

Nawet jeśli tak jest w rzeczywistości, to czy mobilność kapitału nie czyni sytuacji robotników niemożliwą do obrony? Łatwo udzielić zwyczajowej odpowiedzi, że robotnicy zwolnieni z powodu importu mogą znaleźć pracę w innym miejscu, ale czy outsourcing nie zmienia diametralnie sytuacji? Jeśli przedsiębiorstwo przenosi całą fabrykę za granicę, by zatrudnić w niej słabo opłacanych pracowników, to czy nie oznacza to, że obcokrajowcy w praktyce zostali włączeni do amerykańskiej siły roboczej? W jaki sposób można w takich warunkach utrzymać amerykański poziom płac na obecnym poziomie?

Murphy odpowiada tu podobnie jak w przypadku kapitału:

Zwolnieni robotnicy amerykańscy są pokrzywdzeni, przynajmniej w krótkim okresie. Będą musieli znaleźć pracę gorzej płatną (albo też podrzędną pod jakimś innym względem) od swojej wcześniejszej pracy. […] Jednakże ich strata jest skompensowana z nawiązką przez korzyść odnoszoną przez akcjonariuszy korporacji [będącej właścicielem fabryki przenoszonej za granicę], którzy też są Amerykanami. […] Gdyby spadek płac robotników wynikający ze zmiany zatrudnienia był większy od oszczędności korporacji na kosztach produkcji, wówczas korporacja nie przeniosłaby miejsc pracy za granicę. Bardziej by się jej opłacało obniżyć płace robotnikom amerykańskim i kontynuować swoją działalność w Stanach Zjednoczonych. (s. 163)

Do argumentu Murphy’ego można zgłosić następujący sprzeciw: Argument pokazuje, że eksport kapitału, w ekonomicznym żargonie, spełnia kryterium efektywności Kaldora-Hicksa. Zyski zwycięzców kompensują straty przegranych. Tylko dlaczego to właśnie ta efektywność ma być testem dla prowadzonej polityki? Murphy mógłby na to odpowiedzieć, że przeciwnicy wolnego handlu często twierdzą, że ich propozycja zwiększą efektywność. W rzeczywistości dzieje się na odwrót. Jeśli uznamy, że pomyślność robotników ma większe znaczenie niż ekonomiczna efektywność, to opodatkowanie przedsiębiorstw i dotacje dla robotników mogą zmienić sytuację. Oczywiście Murphy nie popiera takich prób „poprawy” rynku. Podniosłem tę kwestię tylko po to, by pokazać, że argument Murphy’ego nie zostanie odparty, nawet jeśli przyjmiemy fałszywe założenie, że państwo powinno dbać o dobrobyt jednej grupy społecznej kosztem innych, a właśnie na tym założeniu opierał się sprzeciw wobec tego argumentu.

To nie byłby The Mises Review, gdyby nie udało mi się znaleźć żadnego błędu, choć Murphy postarał się, by moje zadanie było trudne. W quizie, od którego rozpoczyna się książka, pada pytanie o liczbę zgonów, którą powinny powodować wytwarzane przez przedsiębiorcę produkty. Murphy wskazuje na kontrowersyjną odpowiedź mówiącą, że ma to być liczba przynosząca największy zysk. W zamierzeniu chodzi tu o słuszną uwagę: zasady bezpieczeństwa tworzą dodatkowe koszty, które trzeba zestawić z innymi uwarunkowaniami. Konsument na wolnym rynku może zdecydować się na zakup tańszego samochodu, który jest gorszy od innych pod względem bezpieczeństwa. Stwierdzenie w tej sytuacji, że producenci samochodów powodują określoną liczbę zgonów, uważam za niewłaściwe wykorzystanie języka. Słowo spowodować nasuwa „skojarzenie” z akcją zmierzającą do tego rezultatu. Murphy popełnia błąd, łącząc w jedno powód i możliwe do przewidzenia konsekwencje. W innym miejscu sformułowania użyte przez Murphy’ego sugerują, że Ricardo, i być może również Bastiat, bronili wolnego handlu w XVIII i XIX w. Poza tym nie mam innych zastrzeżeń. Książka Murphy’ego to wspaniałe dzieło poświęcone ekonomii.

 

Podobał Ci się ten artykuł? Wesprzyj redakcję IM. Dzięki Twojej darowiźnie opublikujemy więcej wartościowych komentarzy, tłumaczeń i innych ciekawych tekstów.

 

[1] Patrz moja recenzja w The Mises Review, Styczeń 2008.

[2] Obronę protekcjonizmu, która podkreśla role produkcji można znaleźć w książce Patricka J. Buchanana Day of Reckoning (St. Martins, 2007).

Jedna odpowiedź na „Gordon: Niepoprawny politycznie przewodnik po kapitalizmie Roberta Murphy’ego”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • google
  • facebook
  • twitter
  • youtube
Zapisz się na newsletter:

Wybierz listę(y):

Cytat:
  • Wszelkie odmiany ingerencji (rządowej) w zjawiska rynkowe nie tylko nie pozwalają osiągnąć zamierzonego przez ich autorów celu, ale na dodatek powodują, że zaistniała sytuacja nawet z ich punktu widzenia jest mniej pożądana, niż poprzednia, którą zamierzali zmienić Ludwig von Mises
Mecenasi
Wspieraj Nas>>
W sierpniu wsparli nas:
Pan Wojciech Bielecki
Pan Rafał Boniecki
Pani Dominika Buczek
Pani Julia Bula
Pan Marcin Dabkus
Pan Michał Dębowski
Pan Paweł Drożniak
Pan Dariusz Dziadkowski
Pan Maciej Gorzelak
Pan Jarosław Grycz
Pan Adrian Grzemski
Pan Maciej Grzymkowski
Państwo Paulina i Przemysław Hys
Pan Miłosz Janas
Pan Łukasz Jasiński
Pan Dominik Jaskulski
Pan Paweł Jegor
Pan Tomasz Jetka
Pan Gustaw Jokiel
Pan Dominik Jureczko
Pan Paweł Jurewicz
Pan Jan Kłosiński
Pan Jan Kochman
Pan Piotr Koziołkiewicz
Pan Kamil Krzeszowski
Pan Wojciech Kukla
Pan Konrad Kukulski
Pan Stanisław Kwiatkowski
Pan Mateusz Łukomski
Pan Tomasz Malinowski
Pani Magdalena Moroń
Pan Marcin Moroń
Pan Piotr Musielak
Pan Maksym Mydłowski
Pan Tomasz Netczuk
Pan Filip Nowicki
Pani Karolina Olszańska
Pan Zbigniew Ostrowski
Pan Rafał Parol
Pan Tomasz Piasek
Pan Bartosz Pisarski
Pan Mikołaj Pisarski
Pani Agnieszka Płonka
Pan Dominik Pobereszko
Pan Bartłomiej Podolski
Pan Paweł Pokrywka
Pan Artur Puszkarczuk
Pani Elżbieta Puszkarczuk
Pan Michał Puszkarczuk
Pan Jakub Sabała
Pan Adam Skrodzki
Pan Michał Sobczak
Pan Radosław Sobieś
Pan Piotr Sowiński
Pan Michał Szymanek
Pan Krzysztof Turowski
Pan Jan Tyszkiewicz
Pani Anna Wajs
Pan Adam Wasielewski
Pan Karol Więckowski
Pan Waldemar Wilczyński
Pan Jakub Wołoszyn
Pan Tomasz Wyszogrodzki
Pan Karol Zdybel
Pan Marek Zemsta
Pan Dawid Żabiński
Certus Investment
Ek-Miro Mirosław Cierpich
Poland TSI
Łącznie otrzymaliśmy 5 643,95 zł . Dziękujemy wszystkim Darczyńcom!
Znajdź się na liście>>
Lista mecenasów>>