Powrót
Ekonomia międzynarodowa

Block: W obronie importera 

0
Walter Block
Przeczytanie zajmie 16 min
Block_W obronie importera1
Pobierz w wersji
PDF

Źródło: mises.org 

Tłumaczenie: Jakub Juszczak 

 

Artykuł ten jest 23 rozdziałem książki Waltera Blocka Defending the Undefendable, wydanej przez Mises Institute w Alabamie w 2018 r.   

 

Międzynarodowy Związek Pracowniczy Kobiet Pracujących w Przemyśle Odzieżowym (International Ladies’ Garment Workers’ Union, ILGWU) rozpoczął niedawno niezwykłą, szeroko zakrojoną i kosztowną kampanię reklamową. Pod względem rasistowskiego i szowinistycznego charakteru nie ma ona sobie równych. Motywem przewodnim kampanii jest twierdzenie, że „obcokrajowcy” (nieuczciwi i niegodni zaufania) odbierają pracę Amerykanom (uczciwym, prawym i bezpośrednim). Być może najbardziej znaną reklamą z tej serii jest ta, która przedstawia amerykańską flagę nad napisem „Made in Japan”. Inna przedstawia zdjęcie rękawicy baseballowej z napisem „The Great Un-American Game” (Wielka nieamerykańska gra). Towarzyszący jej tekst wyjaśnia, że rękawice baseballowe i amerykańskie flagi są importowane. Powodem tych ostrych ataków na import jest, jak nam powiedziano, fakt, że powoduje on bezrobocie w Ameryce. Na pierwszy rzut oka argument ten wydaje się wiarygodny. W końcu każda flaga amerykańska lub rękawica baseballowa, a które mogłyby być wyprodukowane w kraju, ale zamiast tego zostały importowane, reprezentują pracę mogącą być wykonana przez Amerykanów. Oczywiście oznacza to mniej miejsc pracy dla amerykańskich pracowników, aniżeli byłoby to możliwe. Gdyby argument ograniczał się do tego aspektu, argumenty ILGWU za ograniczeniem, a nawet zakazem importu, byłyby dobrze uzasadnione. 

1. Argument ten jest błędny, a konsekwencje, doktórych logicznie prowadzi, są oczywiście nieuzasadnione. Przesłanka uzasadniająca protekcjonizm na poziomie krajowym uzasadnia go również na poziomie stanowym. Pominiemy polityczną niemożliwość (niezgodność z konstytucją) ustanowienia przez jeden stan ceł zachodzących między nim a innymi stanami. Nie ma to przecież znaczenia dla argumentacji ekonomicznej ILGWU przeciwko wolnemu handlowi. Teoretycznie każdy stan mógłby uzasadnić swoją politykę dokładnie w taki sam sposób, jak robi to państwo. Na przykład stan Montana mógłby zakazać importu z innych stanów, argumentując, że reprezentują one pracę, którą mogli realizować mieszkańcy Montany, ale jej nie otrzymali. W takim przypadku program „Kupuj produkty z Montany” byłby uzasadniony. Byłby on jednak równie nielogiczny i nieuzasadniony, jak kampania ILGWU „Kupuj produkty amerykańskie” 

Argument ten nie ogranicza się jednak do poziomu stanowego. Można go z równą słusznością zastosować do miast. Rozważmy import rękawicy baseballowej do miasta Billings w stanie Montana. Produkcja tego artykułu mogła stworzyć miejsca pracy dla mieszkańców Billings — tak się jednak nie stało. Zamiast tego stworzyła miejsca pracy, powiedzmy, dla mieszkańców Roundup w stanie Montana, gdzie została wyprodukowana. Władze miasta Billings mogłyby przyjąć stanowisko ILGWU i „patriotycznie” ogłosić moratorium na handel między mieszkańcami swojego miasta a zagranicznymi agresorami gospodarczymi z Roundup. Cło to, podobnie jak cła nakładane przez większe jednostki polityczne, miałoby na celu ratowanie miejsc pracy jego mieszkańców. 

Nie ma jednak logicznego powodu, aby zatrzymywać się na poziomie miasta. Tezę ILGWU można logicznie rozszerzyć na dzielnice w Billings lub na dane ulice w obrębie dzielnic. „Kupuj na Elm Street” lub „Przestań eksportować miejsca pracy na Maple Street” mogłyby stać się hasłami protekcjonistów. Podobnie mieszkańcy dowolnej przecznicy na Elm Street mogliby zwrócić się przeciwko swoim sąsiadom z innej przecznicy tej samej ulicy. I nawet wtedy spór nie zakończyłby się. Musielibyśmy stwierdzić, że dotyczy to również jednostek. Jest bowiem oczywiste, że za każdym razem, gdy ktoś dokonuje zakupu, rezygnuje z samodzielnego wytworzenia danego produktu. Za każdym razem, gdy kupuje buty, spodnie, rękawicę baseballową lub flagę, stwarza on możliwości zatrudnienia dla kogoś innego, a tym samym pozbawia się własnych. W ten sposób wewnętrzna logika protekcjonistycznego argumentu ILGWU prowadzi do nalegania na absolutną samowystarczalność, do całkowitego interesu gospodarczego w rezygnacji z handlu z innymi ludźmi i samodzielnej produkcji wszystkich artykułów niezbędnych do zapewnienia dobrobytu. 

Oczywiście taki pogląd jest absurdalny. Cała struktura cywilizacji opiera się na wzajemnym wsparciu, współpracy i handlu między ludźmi. Opowiadanie się za zaprzestaniem wszelkiego handlu jest nonsensem, a jednocześnie wynika nieuchronnie z protekcjonistycznego stanowiska. Jeśli zaakceptuje się argument za zakazem handlu na poziomie krajowym, nie ma logicznego punktu zatrzymania na poziomie państwa, miasta, dzielnicy, ulicy czy bloku. Jedynym punktem zatrzymania jest jednostka, ponieważ jednostka jest najmniejszym możliwym bytem. Założenia, które nieuchronnie prowadzą do absurdalnego wniosku, same w sobie są absurdalne. Tak więc, niezależnie od tego, jak przekonujący może się wydawać argument protekcjonistyczny na pierwszy rzut oka, jest w nim coś strasznie nie tak. 

Istotą tego błędu jest niezrozumienie natury i funkcji wolnego handlu. Uważamy, że handel jako zjawisko przewyższa ogień, wynalezienie koła i ewolucyjny kciuk przeciwstawny w wyjaśnieniuwyższości człowieka nad zwierzętami. Tylko on bowiem umożliwia specjalizację i podział pracy. 

W swoim codziennym życiu ludzie konsumują setki tysięcy różnych produktów każdego roku. Gdyby nie specjalizacja, każda osoba byłaby zmuszona do samodzielnego wytwarzania tych produktów. Byłoby to fizycznie niemożliwe. W rzeczywistości ludzie nie byliby w stanie wyprodukować wystarczającej ilości żywności dla siebie, nie mówiąc już o wszystkich innych towarach, których mogliby zapragnąć. Efektywna produkcja żywności wymaga produkcji i zastosowania wielu innych rzeczy, w tym środków trwałych. Produkcja tych rzeczy wymagałaby zaangażowania każdej osoby w wytwarzanie wszystkich przedmiotów, które są obecnie rozdzielane między całą populację. Prawdą jest, że bez ognia, koła i przeciwstawnych kciuków ludzkość rzeczywiście byłaby w smutnym położeniu. Jednak bez specjalizacji pracy, ponieważ praktycznie nikt nie byłby w stanie nawet się wyżywić, wszyscy stanęliby w obliczu perspektywy głodu i śmierci.  

Dzięki specjalizacji każda osoba może ograniczyć swoje wysiłki do tych obszarów, w których osiąga najlepsze wyniki. Ale to handel jest podstawą, która spaja ten system. Bez możliwości handlu ludzie gromadziliby ogromne ilości bezużytecznych agrafek, spinaczy biurowych lub innych przedmiotów. Bez wymiany handlowej zniknęłaby motywacja do specjalizacji i podziału pracy. Każdy byłby zmuszony do podjęcia samobójczej próby samowystarczalności. 

2. Kolejnym ważnym powodemodrzucenia argumentu protekcjonistycznego jest to, że nie uwzględnia on eksportu. To prawda, że każda flaga amerykańska lub rękawica baseballowa importowana do tego kraju powoduje utratę niektórych miejsc pracy w kraju. Jednak protekcjoniści wygodnie zapominają, że każde miejsce pracy utracone w przemyśle krajowym z powodu konkurencji z importem może zostać zastąpione miejscem pracy w przemyśle eksportowym. 

Załóżmy, że stany Vermont i Floryda są samowystarczalne. Oba produkują między innymi syrop klonowy i pomarańcze. Ze względu na różne warunki klimatyczne syrop klonowy jest mniej powszecny i drogi na Florydzie, a pomarańcze są rzadzkiei są drogie w Vermont. Pomarańcze z Vermont muszą być uprawiane w szklarniach, a syrop klonowy z Florydy pochodzi z drzew klonowych uprawianych w dużych chłodniach. 

Co by się stało, gdyby nagle pomiędzy tymi dwoma stanami rozpoczęto wymianę handlową? Vermont oczywiście zacząłby importować pomarańcze, a Floryda syrop klonowy. Gdyby na scenie pojawiła się ILGWU lub jakakolwiek inna protekcjonistyczna grupa nacisku, szybko zwróciłaby uwagę, że import syropu klonowego na Florydę zrujnowałby niewielki sektor produkcji syropu klonowego w tym stanie, a import pomarańczy do Vermont zrujnowałby tamtejszy sektor produkcji pomarańczy. Protekcjoniści zignorowaliby fakt, że w stanie Floryda powstałyby miejsca pracy w przemyśle produkcji pomarańczy, a w stanie Vermont — w przemyśle syropu klonowego. Skupiliby naszą uwagę na miejscach pracy utraconych z powodu importu i całkowicie zignorowaliby miejsca pracy powstałe dzięki eksportowi. Oczywiście prawdą jest, że w stanie Vermont utracono by miejsca pracy w przemyśle pomarańczowym, a w stanie Floryda — w przemyśle syropu klonowego. Ale nie mniej prawdziwe jest to, że liczba miejsc pracy wzrośnie w przemyśle syropu klonowego w stanie Vermont i w przemyśle pomarańczowym na Florydzie. 

Liczba miejsc pracy w wymienionych branżach w obu stanach może być mniejsza, ponieważ uprawa pomarańczy wymaga mniejszego nakładu siły roboczej na Florydzie niż w Vermont, a syrop klonowy można produkować wydajniej w Vermont niż na Florydzie. Nie jest to bynajmniej negatywny skutek, lecz jedna z korzyści płynących z handlu! Pracownicy zwolnieni z tych branż mogą teraz podjąć się realizacji projektów, które wcześniej nie były możliwe. Na przykład, gdyby nie istniał nowoczesny system transportu, a przemysł musiałby polegać na osobach przenoszących na plecach ładunki o wadze 100 funtów, praca seteki tysiący ludzi musiałyby zostać wycofane z innych dziedzin, aby zaspokoić potrzeby przemysłu transportowego. W związku z tym wiele projektów i gałęzi przemysłu musiałoby zostać porzuconych. Dzięki nowoczesnym metodom potrzeba mniej pracowników. Dodatkowi pracownicy mogą zatem przenieść się do innych dziedzin, co przynosi społeczeństwu wiele korzyści. 

To, czy ostatecznie w branży produkcji syropu pomarańczowego i klonowego w Vermont i na Florydzie będzie mniej miejsc pracy, zależy od tego, w jaki sposób ludzie będą chcieli wydawać swoje nowo uzyskane dochody. Całkowite zatrudnienie w tych dwóch branżach nie ulegnie zmianie po rozpoczęciu wymiany handlowej tylko, jeśli konsumenci zdecydują się przeznaczyć całość nowych dochodów na dodatkowe zakupy syropu pomarańczowego i klonowego. Wówczas ta sama liczba pracowników będzie produkować więcej syropu klonowego i pomarańczy. Bardziej prawdopodobne jest jednak, że ludzie zdecydują się przeznaczyć część swoich nowych dochodów na te dwa towary, a resztę na inne towary. W takim przypadku zatrudnienie w tych dwóch obszarach nieco spadnie (chociaż ta zmniejszona siła robocza nadal będzie w stanie produkować więcej niż dotychczas), ale wzrośnie zatrudnienie w branżach, których produkty są najbardziej poszukiwane przez konsumentów. 

Biorąc pod uwagę całość sytuacji, otwarcie handlu między tymi dwoma regionami jest korzystne dla obu stron. Chociaż zatrudnienie spadnie w branżach wypartych przez import, wzrośnie ono w branżach eksportowych oraz w nowych branżach rozwijających się dzięki dostępności pracowników. Protekcjoniści nie są jednak całkowicie w błędzie. Handel rzeczywiście powoduje problemy w wypartych branżach, a niektórzy pracownicy poniosą straty w perspektywie krótkoterminowej. Na przykład nie będzie już dużego popytu na produkty mieszkańców Vermontu specjalizujących się w produkcji pomarańczy ani na produkty mieszkańców Florydy produkujących syrop klonowy. Dla tych osób znajdą się miejsca pracy w innych branżach, ale ponieważ będą musiały rozpocząć pracę od podstaw, prawdopodobnie będą musiały pogodzić się z obniżką wynagrodzenia. Być może będą też potrzebowały gruntownego przekwalifikowania się. 

Powstaje więc pytanie: kto ma zapłacić za przekwalifikowanie i kto ma ponieść straty związane z niższymi wynagrodzeniami w nowej branży? Protekcjoniści oczywiście opowiadają się za tym, aby rachunek pokrył rząd lub kapitaliści. Nie jest to jednak uzasadnione. 

Po pierwsze, należy zauważyć, że jedynie wykwalifikowani pracownicy ponoszą straty finansowe w wyniku przejścia do nowej branży. Pozostali pracownicy przechodzą do nowej branży na podobnym poziomie specjalizacji, na jakim funkcjonowali w poprzedniej. Zamiast zamiatać podłogi w fabryce syropu klonowego, będą zamiatać podłogi np. w fabryce tekstylnej. Natomiast wykwalifikowany pracownik posiada konkretne umiejętności, które są bardziej przydatne w jednej branży niż w innej. Nie jest on równie przydatny w nowej branży i nie może oczekiwać takiego samego wynagrodzenia.   

Po drugie —o czym warto pamiętać — wykwalifikowany pracownik, podobnie jak kapitalista, również jest inwestorem. Kapitalista inwestuje w rzeczy materialne, pracownik natomiast inwestuje w swoje umiejętności. Wszyscy inwestorzy mają jedną wspólną cechę, a mianowicie zwrot z ich inwestycji jest niepewny. W gruncie rzeczy im większe ryzyko, tym większy zysk może inwestor osiągnąć. W podanym przykładzie jednym z powodów, dla których wykwalifikowani plantatorzy pomarańczy w Vermont oraz wykwalifikowani producenci syropu klonowego na Florydzie zarabiali wysokie pensje przed pojawieniem się handlu między stanami, było ryzyko, że pewnego dnia taki handel mógłby się rozpocząć. 

Czy wykwalifikowani plantatorzy pomarańczy, opuszczający teraz branżę, w której byli wysoko opłacanymi specjalistami, powinni otrzymać dotacje przeznaczone na przekwalifikowanie się i na obniżki wynagrodzeń, które muszą zaakceptować w okresie przejściowym? Czy też powinni sami ponieść koszty i straty? Wydaje się oczywiste, że wszelkie dotacje byłyby próbą utrzymania wykwalifikowanego pracownika w stylu życia, do którego się przyzwyczaił, bez wymagania od niego ponoszenia ryzyka, które umożliwiło mu tak wysoki standard życia. Co więcej, takie dotacje, pochodzące z podatków płaconych głównie przez osoby ubogie, stanowiłyby przymusowe dotacje dla bogatych wykwalifikowanych pracowników ze strony ubogich, niewykwalifikowanych pracowników. 

3. Rozważmy teraz sytuację, która na pierwszy rzutoka wydaje się spełnieniem koszmaru protekcjonistów. Wyobraźmy sobie, że istnieje kraj, który może przewyższyć inne kraje we wszystkich gałęziach przemysłu. Załóżmy, że Japonia (straszak ILGWU) może produkować wszystko bardziej efektywnie niż Ameryka — nie tylko flagi, rękawice baseballowe, radia, telewizory, samochody i magnetofony, ale dosłownie wszystko. Czy twierdzenie ILGWU, że powinniśmy siłą ograniczać handel, byłoby wtedy słuszne? 

Należy odpowiedzieć, że ograniczenie handlu między dwojgiem dorosłych osób, a nawet między grupami dorosłych osób, nigdy nie jest uzasadnione, a już na pewno nie z powodu tego, że handel ten może zaszkodzić jednej ze stron. Gdyby jedna ze stron uznała handel za szkodliwy, po prostu zrezygnowałaby z niego. Zakaz nie byłby potrzebny. A jeśli obie strony wyrażają zgodę na handel, jakie prawo miałaby jakakolwiek strona trzecia, aby go zakazać? Zakaz byłby równoznaczny z zaprzeczeniem dorosłości jednej lub obu stron handlu, traktując je jak nieletnich, którzy nie mają rozsądku ani prawa do zawierania zobowiązań umownych. 

Niezależnie od wszystkich tych argumentów natury moralnej, protekcjoniści nadal chcieliby zakazać handlu, argumentując, że w przeciwnym razie nastąpi katastrofa gospodarcza. Przyjrzyjmy się sytuacji, jaka panowałaby między Stanami Zjednoczonymi a Japonią w przedstawionych koszmarnych warunkach. Załóżmy, że Japonia eksportowałaby towary i usługi, nie importując niczego ze Stanów Zjednoczonych. Miałoby to przynieść dobrobyt japońskiemu przemysłowi, a naszemu kryzys. Ostatecznie Japonia miałaby zaspokajać wszystkie nasze potrzeby, a ponieważ nie byłoby eksportu, który mógłby to zrównoważyć, amerykański przemysł uległby całkowitemu zastojowi produkcyjnemu. Bezrobocie miałoby osiągnąć rozmiary epidemii, a my stalibyśmy się całkowicie zależni od Japonii. 

Powyższy opis może wydawać się nieco absurdalny, jednak historia protekcjonizmu w Stanach Zjednoczonych oraz sukces kampanii ILGWU wskazują, że takie „koszmary” są bardziej powszechne, niż mogłoby się wydawać. Możliwe, że ten przerażający sen przeważa, ponieważ łatwiej jest wycofać się z przerażeniem, niż stawić mu czoła. 

Rozważając ten straszny scenariusz, pojawia się pytanie, czym Amerykanie będą płacić za japońskie towary. Nie mogą używać złota (ani żadnego innego cennego metalu monetarnego), ponieważ złoto samo w sobie jest towarem. Gdyby Amerykanie używali złota do opłacania importu, w efekcie eksportowaliby złoto. Wówczas, to zrównoważyłoby utratę miejsc pracy spowodowaną importem i wrócilibyśmy do sytuacji wyjściowej. Amerykanie mogliby stracić miejsca pracy w radio i telewizji, ale zyskać je w kopalniach złota. Amerykańska gospodarka przypominałaby gospodarkę Republiki Południowej Afryki, która płaci za import głównie eksportem złota. 

Jedynym innym środkiem płatniczym byłyby dolary amerykańskie. Ale co Japończycy zrobiliby z dolarami? Istnieją tylko trzy możliwości: mogliby zwrócić nam te dolary jako zapłatę za eksportowane do nich towary, mogliby zatrzymać te dolary lub mogliby wydać je na produkty krajów innych niż Stany Zjednoczone. Gdyby zdecydowali się na tę ostatnią opcję, kraje, z którymi prowadzą handel, uzyskałybyte same trzy możliwości: wydanie w Stanach Zjednoczonych, gromadzenie lub wydanie w innych krajach, i tak dalej w przypadku krajów, z którymi te kraje prowadzą handel. Jeśli podzielimy świat na dwie części — Stany Zjednoczone i wszystkie inne kraje — widzimy, że trzy możliwości sprowadzają się do dwóch: albo wysłane przez nas papierowe pieniądze wracają, aby kupić nasze towary, albo tak się nie dzieje. 

Załóżmy, że wydarzy się „najgorszy” scenariusz — żadne pieniądze nie wrócą do nas, aby pobudzić nasz eksport. Wbrew twierdzeniom protekcjonistów, nie będzie to wcale katastrofa, ale prawdziwe błogosławieństwo! Papierowe dolary, które wysyłalibyśmy za granicę, byłyby tylko papierem — bezwartościowym papierem. Nie musielibyśmy nawet „marnować” zbyt wiele papieru — wystarczyłoby po prostu dodrukować dolary z dodatkowymi zerami. W tym koszmarnym scenariuszu ILGWU Japonia wysyłałaby nam produkty swojego przemysłu, a my wysyłalibyśmy Japonii jedynie zielone papierki z wieloma zerami. Byłby to doskonały przykład rozdawania prezentów. Odmowa wymiany dolarów przez obcokrajowców oznaczałaby ogromny prezent dla Stanów Zjednoczonych. My otrzymywalibyśmy produkty, a oni bezwartościowy papier! 

Wbrew fantazjom ILGWU i innych grup protekcjonistycznych, odbiorcy dużych darowizn zazwyczaj nie cierpią niewyobrażalnych męczarni. Izrael od wielu lat otrzymuje reparacje od Niemiec oraz darowizny od Stanów Zjednoczonych, nie odczuwając żadnych wyraźnych negatywnych skutków ekonomicznych. Kraj otrzymujący darowizny nie musi zaprzestać realizacji własnej produkcji. Potrzeby ludności są bowiem nieskończone. Gdyby Japończycy podarowali każdemu mieszkańcowi Stanów Zjednoczonych samochód marki Toyota, wkrótce wszyscy chcieliby mieć dwa, trzy lub wiele samochodów tej marki. Oczywiście nie do pomyślenia jest, aby Japończycy (lub ktokolwiek inny) byli na tyle gotowi do poświęcej, aby próbować zaspokoić wszystkie pragnienia Amerykanów bez żadnej rekompensaty. Jednak tylko gdyby udało im się wykonać to niewykonalne zadanie, krajowy przemysł upadłby, ponieważ wtedy każdy miałby wszystko, czego pragnął. 

Jednak w tym wyimaginowanym przypadku upadek krajowego przemysłu byłby czymś godnym pochwały, a nie potępienia. Mieszkańcy Stanów Zjednoczonych zaprzestaliby wszelkiej produkcji tylko wtedy gdyby czuli, że mają wystarczającą ilość dóbr materialnych oraz będą mieli ich wystarczająco dużo w przyszłości. Taka sytuacja nie tylko nie byłaby straszna, ale zostałaby przyjęta przez Amerykanów z radością jako coś najbliższego utopii. 

W rzeczywistości Japończycy i inne narody nie zadowoliliby się gromadzeniem dolarów, które otrzymali od nas w zamian za swoje produkty. Gdy tylko ich salda dolarowe przekroczyłyby ustalony przez nich pożądany poziom, wymieniliby te dolary, stymulując w ten sposób eksport produktów przemysłowych ze Stanów Zjednoczonych. Mogliby kupować amerykańskie towary, pobudzającw ten sposób bezpośrednio amerykański eksport. Mogliby też zażądać złota za swoje dolary („zaatakować” dolara), co spowodowałoby konieczność dewaluacji, dzięki czemu amerykański eksport stałby się bardziej konkurencyjny na rynkach światowych. W każdym razie dolary wróciłyby do Stanów Zjednoczonych, a nasze krajowe gałęzie przemysłu eksportowego zostałyby pobudzone. Utrata miejsc pracy spowodowana importem zostałaby zrównoważona wzrostem zatrudnienia w innych sektorach, tak jak w przypadku Vermontu i Florydy. 

Dlaczego Japończycy mieliby handlować z krajem, u którego produkcja jest mniej wydajna niż ich własna? Z uwagi na różnicę między tzw. przewagą absolutną a przewagą komparatywną. Handel odbywa się między dwiema stronami (krajami, stanami, miastami, miasteczkami, dzielnicami, ulicami, osobami) nie zgodnie z ich absolutną zdolnością do produkcji, ale zgodnie z ich względną zdolnością produkcyjną. Klasycznym przykładem sytuacja, gdy najlepszy prawnik w mieście jest również najlepszym piszącym na maszynie. Osoba ta ma przewagę absolutną nad swoją sekretarką w zakresie świadczenia usług prawnych i maszynowych. Niemniej jednak prawnik decyduje się specjalizować w dziedzinie, w której ma przewagę komparatywną — prawie. Załóżmy, że jest on 100 razy lepszym prawnikiem niż jego sekretarka, ale tylko dwa razy bardziej wydajnym maszynistą. Dla niego bardziej opłacalne jest wykonywanie zawodu prawnika i zatrudnienie (wymiana usług z) maszynistką. Sekretarka ma przewagę komparatywną w zakresie pisania na maszynie: ma tylko 1% skuteczności w realizacji zadań związanych z prawem w porównaniu ze swoim pracodawcą, ale jest o połowę lepsza od niego w pisaniu na maszynie. Jest w stanie zarabiać na życie dzięki wymianie usług, mimo że jest gorsza od niego w obu dziedzinach. 

Japonia, którą sobie wyobrażamy, ma absolutną przewagę w produkcji wszystkich towarów. Ale kiedy Japończycy zwrócą nam nasze dolary w zamian za nasze towary, Ameryka będzie eksportować towary, w ramach których produkcji ma przewagę komparatywną. Jeśli jesteśmy o połowę gorsi od Japończyków w produkcji pszenicy, ale tylko o jedną czwartą gorsi w produkcji radioodbiorników, będziemy eksportować pszenicę w zamian za import radioodbiorników. I wszyscy na tym zyskamy. 

W ten sposób, niezależnie od wyobrażonej sytuacji — nawet tej skrajnej — argument protekcjonistyczny okazuje się błędny. Jednak ze względu na emocjonalną siłę swojego oddziaływania, importerzy od dawna są oczerniani. Ze względu na swoją wytrwałość w realizacji zadania, które jest z natury pomocne, importerzy powinni być postrzegani jako wielcy dobroczyńcy. 

Źródło ilustracji: pixabay

Kategorie
Ekonomia międzynarodowa Teksty


Nasza działalność jest możliwa dzięki wsparciu naszych Darczyńców, zostań jednym z nich.

Zobacz wszystkie możliwości wsparcia

Wesprzyj Instytut, to dzięki naszym Darczyńcom wciąż się rozwijamy

Czytaj również

Tłumaczenia

Galles: Olimpiada a przewaga komparatywna

Tworzenie analogii między rywalizacją sportową a rynkową może prowadzić do wielu błędów. W ich uniknięciu pomaga przypomnienie pojęcia przewagi komparatywnej. Jak pisał Mises: Społeczną funkcją konkurencji katalaktycznej z pewnością nie jest ustalenie, kto jest najbystrzejszym chłopcem i nagrodzenie go tytułem i medalami. Jej funkcją jest zabezpieczanie jak największej w danych warunkach satysfakcji konsumentów.

Komentarze

Machaj: Eksport ponad wszystko

Kandydat na wiceprezesa Narodowego Banku Polskiego, Witold Koziński, zapowiedział niedawno, że w przypadku dalszego umocnienia się złotówki, nie należy wykluczyć możliwości przeprowadzenia interwencji walutowych. Interwencji, które ją osłabią i wspomogą eksport. Uzupełnijmy jego wypowiedź, pokazując, jakie wiążą się z tą operacją koszty, o których nie raczył wspomnieć.

liga_male.jpg

Handel zagraniczny

Tyszkiewicz: Nasz wróg import

Koncepcja mówiąca, że to co obce z założenia jest wrogie i szkodzi jakiemuś „rodzimemu” kolektywowi sięga zapewne czasów epoki kamienia, gdy zaczęły się tworzyć pierwsze większe grupy łowiecko-zbierackie. Od tamtych czasów pojawia się ona w różnych postaciach, czasem uzasadnionych, czasem nie, w wielu różnych grupach z różną siłą. W różnych społeczeństwach ta idea jest mniej lub bardziej żywa aż do dziś, co automatycznie otwiera niszę dla działalności różnych politycznych demagogów.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz samodzielnie określić warunki przechowywania lub dostępu plików cookie w Twojej przeglądarce.