Źródło: thedailyeconomy.org
Tłumaczenie: Jakub Juszczak
Najnowsze uderzenie w wzrost gospodarczy ubrane jest w moralną retorykę. Jego zwolennicy obiecują zmniejszenie ubóstwa, większą równość i bezpieczniejszy klimat. Ich polityka doprowadziłaby jednak do spadku produkcji, inwestycji i możliwości. To jest kontrolowany upadek, a nie dobrobyt.
Wspierany przez ONZ dokument pt. „Roadmap for Eradicating Poverty Beyond Growth” („Plan działania na rzecz wyeliminowania ubóstwa poza ramy wzrostu gospodarczego”) proponuje 80 działań mających na celu zmniejszenie zależności społeczeństwa od wzrostu gospodarczego. Osobny raport „Global Justice Report”, opracowany pod kierownictwem Thomasa Piketty’ego i naukowców z World Inequality Lab, uzasadnia tę wizję danymi liczbowymi.
Raporty te różnią się między sobą, ale łączy je ten sam zasadniczy błąd — traktują wzrost gospodarczy jako przeszkodę dla sprawiedliwości, a nie jako siłę, która wyciągnęła z ubóstwa miliardy ludzi.
Co oznaczałby „degrowth”
Model opracowany pod kierownictwem Piketty’ego doprowadziłby do tego, że do 2100 r. bogate kraje osiągnęłyby poziom produktywności wynoszący około 60 000 euro na osobę, czyli około 69 000 dolarów. Utrzymałby on roczny wzrost na osobę w zamożnych regionach na poziomie bliskim zeru. Liczba ta wymaga umieszczenia w kontekście.
PKB na mieszkańca w USA wynosił około 89 962 dolarów w 2025 r. Proponowany poziom jest o około 21 000 dolarów niższy, czyli mniej więcej o 23 procent poniżej obecnego amerykańskiego PKB per capita. PKB per capita to nie to samo, co wynagrodzenie pracownika. Mierzy on całkowitą wartość wytworzoną w gospodarce podzieloną przez liczbę ludności. Dla porównania, dochód osobisty na mieszkańca wynosił na początku 2026 roku blisko 77 800 dolarów.
Nie poprzestając na spowolnieniu osiągnięcia jakiegoś odległego, przyszłego nadmiaru wzrostu, plan ten przedstawia wizję Ameryki, która produkuje mniej niż obecnie. Model ten ograniczyłby również roczną liczbę godzin pracy o ponad połowę, powodując odejście siły roboczej z branży budowlanej i produkcyjnej. Jak zauważa Veronique de Rugy, „kompleksowy program globalnego, kontrolowanego regresu (…) powodujący zubożenie wszystkich” to nie tylko prawdopodobna prognoza — to cała koncepcja tego planu.
Jednak budowanie mniejszej liczby domów nie rozwiąże problemu niedoboru mieszkań. Produkcja mniejszej ilości towarów nie sprawi, że artykuły pierwszej potrzeby staną się bardziej przystępne cenowo. Ograniczenie pracy nie pomoże rodzinom próbującym poprawić swoją sytuację.
Wzrost gospodarczy to postęp ludzkości
Wzrost gospodarczy to nie tylko krzywa na rządowym wykresie. To proces, dzięki któremu ludzie tworzą większą wartość z ograniczonych zasobów. Proces ten zapewnia nam lepsze leki. Sprawia, że żywność staje się bardziej przystępna cenowo. Pozwala pracownikom zarabiać więcej, poświęcając mniej godzin na wytwarzanie tych samych towarów.
Wydajność jest motorem wzrostu poziomu życia. Kiedy pracownik wytwarza więcej wartości na godzinę, płace i czas wolny mogą rosnąć jednocześnie. Degrowth odwraca ten proces, ograniczając produkcję i licząc, że ludzie będą zadowoleni z tej straty.
Emile Phaneuf i Christopher Lingle jasno przedstawili stawkę w artykule „Degrowth zabija ludzi – dosłownie”. Bogatsze społeczeństwa są zdrowsze, bezpieczniejsze i lepiej radzą sobie w obliczu kryzysów. Niedobór wiąże się z kosztami ludzkimi.
Bilans walki z ubóstwem jest jednoznaczny
Najsilniejszym argumentem przeciwko podejściu degrowth jest to, co wzrost gospodarczy już osiągnął. W 1950 roku około 60 procent światowej populacji żyło w skrajnym ubóstwie. Do 1990 roku odsetek ten spadł do około 40 procent. Bank Światowy szacuje obecnie, że w 2024 roku spadł on do 10,4 procent, a w 2026 roku może spaść do 10 procent.
Liczba osób żyjących w skrajnym ubóstwie również gwałtownie spadła, mimo że liczba ludności świata wzrosła. Zgodnie z zaktualizowanym przez Bank Światowy standardem 3 dolarów dziennie, w 2024 roku w skrajnym ubóstwie pozostawało około 847 milionów ludzi. To wciąż zdecydowanie za dużo. Jednak kierunek zmian ma znaczenie.
Od 1990 r. około 1,5 mld ludzi wydostało się z skrajnego ubóstwa. Znaczna część tego postępu miała miejsce w Azji, gdzie kraje rozszerzały handel, przyciągały inwestycje i zezwalały na większą działalność prywatną. Nie stały się one bogatsze dzięki zamykaniu fabryk.
Bank Światowy stwierdza również, że po 1990 r. tempo ograniczania ubóstwa uległo przyspieszeniu. Średni spadek ubóstwa podwoił się z około pół punktu procentowego rocznie przed 1990 r. do około jednego punktu rocznie po tej dacie. Wszystko to nie byłoby możliwe bez uwolnienia gospodarek.
Ubóstwo to nie to samo co nierówność
Zwolennicy degrowthu często mylą pojęcia ubóstwa i nierówności, jakby oznaczały one to samo. Tak jednak nie jest.
Biedna rodzina nie zyskuje na tym, że bogata rodzina traci pieniądze. Pracownikowi nie poprawia się sytuacja tylko dlatego, że fabryka zostaje zamknięta, a wykres nierówności wygląda na bardziej zrównoważony. Mniejsza produkcja towarów nie sprawi, że artykuły pierwszej potrzeby staną się tańsze. Równość osiągnięta poprzez niszczenie bogactwa to wspólne pozbawienie.
Jak argumentowałem w AIER, lepszym pytaniem jest: dlaczego polityka rządu uniemożliwia ludziom zarabianie, inwestowanie i awans społeczny? Celem powinno być poszerzanie możliwości, a nie karanie za sukces. Wzrost gospodarczy nie gwarantuje, że wszystkie wyniki będą równe. Stwarza jednak ludziom większe możliwości poprawy jakości życia. Stagnacja utrudnia mobilność społeczną.
Plan podważa sam siebie
Propozycja Piketty’ego opiera się na globalnym funduszu finansowanym z podatków od dochodów i majątku. Osłabiłaby ona jednak gospodarki, które miałyby ten fundusz finansować. Zakłada ona również, że biedniejsze kraje mogą nadal się rozwijać, podczas gdy bogate kraje będą mniej konsumować i inwestować. Jest to wewnętrznie sprzeczne.
Kraje rozwijające się potrzebują kapitału. Potrzebują również klientów. Jeśli Stany Zjednoczone i Europa popadną w stagnację, zarówno kapitału, jak i klientów będzie coraz mniej. Plan rozwoju nie może odnieść sukcesu poprzez osłabianie największych światowych źródeł inwestycji i popytu.
Ograniczanie wzrostu gospodarczego powoduje również problem polityczny. Ktoś musi zdecydować, ile ludzie mogą pracować. Ktoś musi wybrać, które branże ulegną kurczeniu, a które towary nie będą już produkowane. Te decyzje nie będą ograniczać się wyłącznie do modelu teoretycznego.
Rynki koordynują miliony wyborów poprzez ceny i dobrowolną wymianę. Żadna ogólnoświatowa komisja nie dysponuje wystarczającą wiedzą, by zastąpić ten proces. Kontrolowany niedobór ostatecznie prowadzi do kontrolowanego życia.
Dobrobyt jest lepszą drogą
Odrzucenie idei „degrowth” nie oznacza ignorowania zanieczyszczenia środowiska ani innych realnych szkód. Prawa własności mają znaczenie. Podobnie jak odpowiedzialność. Innowacje mogą ograniczyć szkody środowiskowe bez cofania społeczeństwa w rozwoju.
Jak wyjaśnił Joakim Book w swojej recenzji „Manifestu kapitalistycznego”, zamożne społeczeństwa dysponują większymi zasobami, by dostosować się i inwestować w czystsze technologie. Ubogie społeczeństwa muszą skupiać się na przetrwaniu. Najbiedniejsi ludzie na świecie nie potrzebują wygodnie żyjących naukowców, którzy decydują, że osiągnęli już „wystarczająco”. Potrzebują wolności do pracy, oszczędzania, inwestowania i budowania.
Degrowth to luksusowa ideologia, ponieważ jej zwolennicy już teraz cieszą się dostatkiem, który chcieliby ograniczyć. Ubóstwa nie da się przezwyciężyć poprzez racjonowanie niedoborów. Przezwycięża się je dzięki wolności gospodarczej, która pozwala ludziom tworzyć dostatek.
Źródło ilustracji: pixabay

