Czytając prasę, odnieść można wrażenie, że po blisko 170 latach kolejne widmo krąży nad Europą.
Widmem tym jest jednak dawnaidea w nowych szatach, a mianowicie luddyzm. Tym razem uosabia ona strach przed rozwojem technologicznym sztucznej inteligencji oraz automatyzacją. Technologie te mają doprowadzić do masowego bezrobocia i uczynienia mas ludzkich „niepotrzebnymi”. W wersji delikatniejszej, sztuczna inteligencja uczyni, póki co, niepotrzebną pracę intelektualną, czego pierwszą ofiarą mieli stać się ... informatycy.
Za głośno wyrażanym, strachem idą już pierwsze działania. Politycy bowiem chętnie podchwytują hasła domagające się „by państwo coś zrobiło”, co prowadzi obydwie grupy mimochodem do wspierania siebie nawzajem. Jak pisze Jakub Bożydar Wiśniewski:
(...) luddyści wchodzą naturalnie w niezamierzony sojusz z technokratycznymi etatystami: dla tych pierwszych odpowiedzią jest przymusowe ograniczenie rozwoju technologicznego, a dla drugich inżynieria społeczna w ramach przymusowego systemu zasiłkowo-opiekuńczego.
Mamy więc pierwsze efekty tych działań. UE przyjęła Akt o AI, o którym już teraz wiadomo, że może ograniczać rozwój technologii sztucznej inteligencji w Europie, ale nie ograniczy skutecznie jej wykorzystania przez władze w celu np. inwigilacji.
Na polu krajowym również mamy propozycje neoluddystyczne. Dla przykładu, minister rodziny pracy i polityki społecznej Agnieszka Dziemianowicz-Bak w ramach resortu pracuje nad listą zawodów chronionych przed „zgubnym wpływem” technologii na zatrudnienie. Lista ta ma ograniczyć wykorzystanie technologii w wykonywaniu tychże zawodów
Czy jednak za tymi koncepcjami stoi jakaś teoria, zwłaszcza ekonomiczna, wykraczająca poza ochronę status quo?
Teoretyczne podstawy neoluddyzmu
Dość wspomnieć o recenzowanym na naszym portalu już Yuvalu Noahu Hararim, którego podejście posłużyć może jako pewien idealny model dotyczący obaw związanych z postępem technologicznym, reprezentowanych w tej czy innej formie, często wręcz nieuświadomionej, przez wielu komentatorów. Jego wizja przyszłości ludzkości z sztuczną inteligencją ma charakter wręcz dystopijny, sprowadzający się do gospodarki zrobotyzowanych korporacji produkujących na własne potrzeby tychże firm, zapominając jednocześnie o konsumencie. Tworzy to wpierw problem po stronie przekwalifikowania pracowników:
Kłopot, jaki wiąże się z tymi wszystkimi nowymi miejscami pracy, polega jednak na tym, że prawdopodobnie będą one wymagały wysokich kompetencji, i dlatego nie rozwiąże to problemów niewykwalifikowanych bezrobotnych pracowników fizycznych. Stworzenie nowych miejsc pracy może się okazać prostsze niż przekwalifikowanie ludzi, by rzeczywiście udało się ich w tych miejscach zatrudnić. W czasie poprzednich fal automatyzacji ludzie zazwyczaj umieli się przerzucić z jednego rutynowego, niewymagającego wielkich umiejętności zajęcia na inne.[1]
I dlatego:
(…) mimo że pojawi się wiele nowych miejsc pracy dla ludzi, możemy być świadkami powstania nowej, bezużytecznej klasy. Może nas nawet spotkać najgorsze: będziemy cierpieć jednocześnie z powodu wysokiego bezrobocia i braku wykwalifikowanej siły roboczej. Wielu ludzi może podzielić los nie dziewiętnastowiecznych woźniców – który przerzucili się na prowadzenie taksówek – lecz dziewiętnastowiecznych koni, które były coraz silniej wypychane z rynku pracy, aż wreszcie całkowicie z niego zniknęły.[2]
…Nic bardziej mylnego, czyli Prawem Saya w neoluddyzm!
Przyjmijmy więc, za Hararim, powyższe założenia. Wyobraźmy sobie gospodarkę, w której duża część (większość) produkcji tak usług, jak i podstawowych dóbr, produkowana jest przez automaty kierowane przez sztuczną inteligencję. Czy czyni to pracę ludzką zupełnie niepotrzebną, wyrzucając ludzi na bruk i przedstawiając im widmo śmierci głodowej? Czy produkty takie nie będą się sprzedawały z racji braku pracy i musi wkroczyć państwo, które zainterweniuje „bezwarunkowym dochodem podstawowym” albo zasiłkiem socjalnym, jak chce Harari[3]?
Z pomocą przychodzi nam tutaj szczególne prawo ekonomiczne, a mianowicie Prawo Saya, wyrażone przez francuskiego ekonomistę Jeana-Baptiste’a Saya. Nie jest to jednak to samo „prawo Saya”, które Keynes skracał do znanego „popyt rodzi podaż”, wyśmiewając potem przez fakt istnienia „nadprodukcji”.
Pierwotnie, za pomocą tego prawa, Say starał się odpowiedzieć, na częsty zarzut dotyczący „rzadkości pieniądza”. W swoistym quasi-dialogu z handlarzem, twierdzącym, że „sprzedaż nie idzie” bo „pieniądz jest rzadki”, odpowiada mu następująco:
Gdyby więc kupiec towarόw bławatnych chciał oświadczyć: <<Nie potrzebuję wcale innych produktόw w zamian za swoje, potrzebuję pieniędzy!>> - z łatwością można by go przekonać, że kupujący od niego nie byłby w stanie zapłacić mu pieniędzmi, gdyby nie towary, ktόre ze swej strony sprzedaje: <<Taki to dzierżawca – można by mu odpowiedzieć – zakupi wasze bławaty, jeśli jego zbiory dobrze wypadły; zakupi tym więcej, im więcej zboża wyprodukował. Nic nie kupi, jeśli nic nie zebrał z pola. Ty także jesteś w możności kupienia jego pszenicy i wełny tyle tylko, ileś wyprodukował bławatόw. Sam mόwisz, że potrzeba ci pieniędzy, ja zaś twierdzę, że potrzebujesz innych produktόw. Przyznaj, na co potrzebne ci pieniądze? Czy nie na to, żebyś mόgł kupić surowca dla swego przemysłu i żywności dla swego żołądka. Widzisz więc sam, że potrzebujesz produktόw, a nie pieniędzy. [4]
Po czym, nieco dalej, dodaje:
Kto więc powiada <<Sprzedaż nie idzie, bo pieniądz jest rzadki>>, bierze środek za przyczynę; popełnia się tu omyłkę pochodzącą stąd, że prawie wszystkie produkty wymienia się na pieniądze, zanim nastąpi wymiana ich na inne towary i dlatego, że towar występujący tak często, wydaje się prostakom towarem par excellence, celem wszystkich transakcji, podczas gdy jest on w rzeczywistości jedynie pośrednikiem. Nie powinno się mόwić: <<Sprzedaż nie idzie, bo pieniądz jest rzadki>>, lecz: <<dlatego, że rzadkie są produkty>>.[5]
Kieruje nas to do bardzo istotnej prawdy. Produkcja w gospodarce nie jest prowadzona „dla siebie samej”. Jej celem jest zaspokajanie potrzeb innych. Aby jednak produkcja opłacała się, konieczny jest popyt wyrażony za pomocą pieniądza. Jeżeli pieniądz ten nie będzie mógł być uzyskany poprzez wymianę, to produkty wyprodukowane przez zautomatyzowaną gospodarkę, niewykorzystującą prace ludzi, to nikt (albo mało kto) tych produktów nie kupi. A to oznacza, że wyżej dyskutowany model nie ma, delikatnie mówiąc, funkcji wyjaśniającej.
Produkcja bowiem, co u Saya nie przejawia się aż tak wyraźnie, ale wynika z efektów prac późniejszych ekonomistów, jak Carl Menger i Bohm-Bawerk, ma w istocie służyć zaspokojeniu potrzeb, a nie samej sobie. Wartość dóbr kapitałowych, potrzebnych do produkcji dobra, wynika nie z immanentnej wartości zawartej w tych dobrach, ale jak wskazuje zasada imputacji wartości wstecz, wynika z wartościowania dóbr konsumpcyjnych, które za ich pomocą są wytwarzane.
Ale kto kupi dobra automatów? Ty, Drogi Czytelniku
Pojawia się tu następny problem. Czy sam fakt pełnego albo wysokiego zautomatyzowania procesów produkcji dóbr i usług powoduje, że praca ludzka staje się niepotrzebna? Nie, a to dlatego, że sztuczna inteligencja i urządzenia automatyczne, jako dobra produkcyjne, wydłużają strukturę produkcji, co prowadzi do zwiększenia produkcji dóbr konsumpcyjnych albo podniesienia ich jakości.
Jak pisze Per Bylund,
Sztuczną inteligencję najlepiej sklasyfikować jako dobro kapitałowe, które jest wykorzystywane do zwiększania produktywności pracy (większa wartość produkcji na godzinę zainwestowanej pracy) poprzez umożliwianie realizacji bardziej okrężnych (bardziej efektywnych) struktur produkcyjnych. Ogólnie rzecz biorąc, dobra kapitałowe pełnią jedną (lub obie) z dwóch funkcji: sprawiają, że istniejące procesy produkcyjne są bardziej efektywne poprzez zwiększenie ich produktywności lub umożliwiają rozpoczęcie nowych rodzajów produkcji, które wcześniej nie były możliwe. Sztuczna inteligencja spełnia oba te kryteria.
W takim ujęciu, praca człowieka nie jest w pełni zastępowana. Jej jednostkowy udział w strukturze produkcji maleje, ale dlatego, że uzbrajana (wyposażana) jest w coraz lepsze narzędzia, pozwalające jej produkować z mniejszym wykorzystaniem energii ludzkiej, lepiej i więcej. Jako że, w obliczu rosnącej produktywności, ta sama praca przy większym uzbrojeniu produkuje więcej, to koszt płacy dla pracodawcy maleje relatywnie do innych kosztów. To właśnie to zjawisko odpowiedzialne było za niesamowity wzrost produktywności w XIX w., za którym „gonił” wzrost wynagrodzeń.
Na tym dobrych wieści nie koniec. W warunkach zakładających wzrost produktywności i brak inflacji (albo chociaż inflację mniejszą aniżeli wzrost produktywności), realne wynagrodzenie rośnie. Oznacza to, że ceny produktów spadają i stają się one bardziej przystępne dla każdego z nas, a w szczególności dla osób, których nie było na nie stać wcześniej — w długim okresie zyskują oni bowiem więcej z samego tylko faktu bycia członkiem społeczeństwa rozwijającego się pod względem techcznicznym. Pokazuje to bardzo dobrze historia XIX wieku i postępu technologicznego, przeciwko któremu protestowali pierwotni luddyści. Jak pisze McCloskey:
W epoce innowacji biedni – wbrew temu, co się zwykle mawia – nie zubożeli. Wręcz przeciwnie, ubodzy byli głównymi beneficjentami współczesnego kapitalizmu. Ta obserwacja historyczna jest niezaprzeczalnie prawdziwa, ale trudno ją dostrzec, gdyż utrudnia to logiczny fakt zdobywania zysków z innowacji w pierwszym etapie zazwyczaj przez bogatych burżuan. Ale w drugim etapie, co wielokrotnie znajdowało swoje historyczne potwierdzenie, pojawiają się inni burżuanie, którzy zwęszyli interes. Ceny spadają względem wynagrodzeń, czyli na każdą osobę zaczyna przypadać coraz więcej towarów i usług, a sytuacja ubogich w kategoriach realnych się poprawia. Takie istotne, długookresowe rozpraszanie się zysku nie jest tylko prawdą logiczną albo jakimś nieuzasadnionym neoliberalnym dogmatem. To fakt historyczny, który od początku XIX wieku, czyli od początku Burżuazyjnego Ładu, zachodził wielokrotnie „Pozwól, że się wzbogacę, tanio kupując innowacje i sprzedając je drogo (i proszę, nie okradaj mnie i nie ingeruj w moje sprawy), a ja sprawię, że i Ty się wzbogacisz”. To właśnie nastąpiło w historii gospodarki. To dlatego zarabiasz i wydajesz o tyle więcej niż 3 dolary dziennie.[6]
No ale przecież ktoś musi stracić, prawda?
Wracamy tutaj do punktu wyjścia, ale i też do bardziej umiarkowanego scenariusza wyłonienia się bezrobocia technologicznego, które nie pochodzi już z opowieści science-fiction.
Skoro luddyści w XIX w. protestowali przeciwko utracie pracy i zastąpieniu ich przez maszyny, bo sami byli zastępowani, możemy spodziewać się tego samego i teraz, prawda?
Sytuacja nie jest do tak oczywista jak zdawałoby się na pierwszy rzut oka. Okazuje się, że nie ma zgody co do tego, że „rewolucja” sztucznej inteligencji w rzeczywistości zachodzi aż tak gwałtownie. Ciekawe zdanie wyraził w październiku 2024 r. Daron Acemoglu. Choć należy on raczej do osób, ostrzegających przed nowymi technologiami, jest zdania, że zmiany nie zajdą szybko i choć przekwalifikowanie części pracowników będzie konieczne, mamy na to czas. Jak pisał w artykule dla The New York Times:
Sztuczna inteligencja to technologia informatyczna. Nie upiecze ciasta ani nie skosi trawnika. Nie przejmie też zarządzania firmami ani prowadzenia badań naukowych. Może raczej zautomatyzować szereg zadań kognitywnych, które są zwykle wykonywane w biurach lub przed komputerem. może również dostarczać lepszych informacji ludzkim decydentom — być może pewnego dnia znacznie lepszych.
Ale nic z tego nie nastąpi tak prędko.
Na podstawie modelu ekonometrycznego, Acemoglu prognozuje, że w ciągu 10 lat wzrost PKB wynikający z użycia technologii sztucznej inteligencji wynieść ma ... od 0,93 do 1,16% PKB za cały okres, przy skromnych inwestycjach, do 1,5% przy inwestycjach wysokich:
(...) moje obliczenia sugerują, że wzrost PKB w ciągu najbliższych 10 lat powinien być również skromny, w przedziale 0,93% - 1,16% łącznie w ciągu 10 lat, pod warunkiem, że wzrost inwestycji wynikający z AI będzie skromny, i w przedziale 1,4% - 1,56% łącznie, jeśli nastąpi duży boom inwestycyjny. (s. 43)
Podawany na wstępie przykład branży informatycznej, gdzie doszło do dużych redukcji zatrudnienia, skupia się na tym co widać na pierwszy rzut oka, a więc redukcjach w konkretnych zakładach produkcyjnych. Nie widać jednak mniej „atrakcyjnych” medialnie wzrostów zatrudnienia w tej branży, przynajmniej w Polsce. Sam negatywny wpływ sztucznej inteligencji na zapotrzebowanie na pracę nie jest do końca oczywisty — w końcu, narzędzie to upraszcza pracę, a przez to pozwala osobom posiadającym mniej umiejętności wykonywać swoją pracę lepiej, szybciej i bardziej produktywnie, na co zaczynają zwracać uwagę sami badacze. W ujęciu netto, liczba pracujących nie musi wcale spadać, choć wymagane mogą być nieco inne kompetencje.
By uczynić sytuację bardziej pogwatmaną, warto zwrócić uwagę na badanie Jamesa Bessena, w którym analizuje on zatrudnienie w branży tekstylnej, motoryzacyjnej i stalowej dla USA od lat 50 do początków XXI w. w kontekście możliwego wpływu rozwoju sztucznej inteligencji na zatrudnienie w ciągu najbliższych 10-20 lat. I wnioski, do których dochodzi, choć ostrożne, idą w kontrze do narracji neoluddystycznej. Jak wskazuje, wraz z wzrostem produktywności tych branż, spadła cena produktów przez nie produkowanych, popyt rósł zaś na tyle, że konieczne było zatrudnienie nowych pracowników, a nie zmniejszanie zatrudnienia. Jak pisze sam autor:
Powód, dla którego automatyzacja w przemyśle tekstylnym, stalowym i motoryzacyjnym doprowadziła do silnego wzrostu zatrudnienia, ma związek z wpływem technologii na popyt, o czym piszę poniżej. Nowe technologie nie tylko zastępują siłę roboczą maszynami, ale na konkurencyjnym rynku, a także w hutach stali, wielkich piecach i walcowniach, automatyzacja obniża ceny. Co więcej, technologia może poprawić jakość produktu, dostosować go do potrzeb klienta lub przyspieszyć dostawę. Wszystko to może zwiększyć popyt. Jeśli popyt wzrośnie wystarczająco, zatrudnienie wzrośnie, nawet jeśli zapotrzebowanie na siłę roboczą na jednostkę produkcji spadnie. (s. 2-3)
Dlatego — wracając do przykładu oferowanego przez McCloskey — rozsądnym jest oczekiwanie, że wraz z wzrostem produktywności spadną realne ceny produktów.
Koniec końców, niewykluczone, że zarówno neoluddyści, jak i optymiści technologiczni będą w błędzie — neoluddyści dlatego, że kompletnie nie rozumieją wpływu technologii na gospodarkę i życie, a optymiści dlatego, że nie docenili pozytywów wynikających z postępu. Jak widać, na wolnym rynku nikt nie musi stracić, każdy może zaś zyskać.
Źródło ilustracji: pixabay

