Zanim przejdę do samej recenzji książki, Szanowny Czytelniku, zaproszę Cię do pewnego eksperymentu myślowego. Jest rok 1997. Wracasz wieczorem do domu po pracy. Na stoliku znajdujesz książkę. Otwierasz ją i dowiadujesz się, że w perspektywie najbliższego wieku Ty i potencjalnie Twoje dzieci zobaczą takie instytucje i wynalazki jak: 1) oparty o rozważania F.A. von Hayeka cyfrowy pieniądz, którego nie kontroluje państwo i który pozwala na przenoszenie wartości poza systemem bankowym; 2) wirtualne spółki działające w nowo powstałym internecie (o którym mogłeś coś słyszeć, ale niekoniecznie z niego korzystać); 3) prywatne miasta o obywatelstwie oparte na umowie. Spadnie znaczenie państw, natomiast wzrośnie znaczenie jednostek i przedsiębiorstw. Polityka, rozumiana jako zmagania partii w ramach systemu demokratycznego, stanie się niezrozumiałym reliktem przeszłości, same jednostki państwowe zaś będą ulegać dezintegracji. Okres ten zostanie poprzedzony jednak pewnym czasem „wzmożenia”, podczas którego do władzy dochodzić będą populiści i neoluddyści.
Czytelniku, czy uwierzyłbyś w taką wizję? Czy uznałbyś ją za rojenia fantastów albo scenariusz filmu z gatunku science fiction? Niewykluczone. Sam jednak fakt, jak wiele elementów będących dzisiaj codziennością stanowiło prognozę autorów omawianej w tym tekście książki, stanowi dowód, że choć pozycja ta dotyczy predykcji poczynionych pod koniec lat 90., jest ona po dziś dzień aktualna. Co więcej, proces ten najprawdopodobniej nie uległ zakończeniu, a nabierze prędkości. Aktualność potwierdzana jest przez drugie wydanie z 2020 r. (z przedmową Petera Thiela) i szerokie grono miłośników, zwłaszcza w kręgach zwolenników szeroko rozumianej wolności.
Zanim jednak przejdę do opisu książki i jej najważniejszych tez, parę słów trzeba powiedzieć o autorach. Wspólnie napisali kilka wpływowych książek, w których z perspektywy wolnorynkowej i libertariańskiej analizowali niestabilność systemów finansowych oraz długofalowe zmiany cywilizacyjne. Były to kolejno: Blood in the Streets (1987), The Great Reckoning (1991) oraz najsłynniejsza The Sovereign Individual (1997), która właśnie została wydana przez Freedom Publishing jako Suwerenna jednostka.
William Rees-Mogg (1928–2012) był brytyjskim dziennikarzem, publicystą i politykiem konserwatywnym, przez wiele lat pełniącym funkcję redaktora naczelnego dziennika „The Times” oraz dożywotnim członkiem Izby Lordów, a także ojcem Jacoba, który również został politykiem Partii Konserwatywnej i jej reprezentantem w parlamencie brytyjskim.
Drugi autor jest jednak z perspektywy libertariańskiej nawet ciekawszy, dlatego poświęcę mu nieco więcej miejsca. James Dale Davidson to amerykański publicysta, inwestor i analityk gospodarczo-polityczny, współzałożyciel National Taxpayers Union i wieloletni wydawca newslettera „Strategic Investment”. Swego czasu działał także w ruchu libertariańskim: pisywał do „Libertarian Forum” (przedstawiając krytyczną, ale pragmatyczną recenzję książki Waltera Blocka), czy do „Journal of Libertarian Studies” (krytykując pewne założenia Nozicka). Znał i kontaktował się ze znanymi postaciami ruchu, takimi jak Murray Rothbard. Lektura tekstów Davidsona wskazuje dobitnie, że jest on oczytany w literaturze libertariańskiej i doskonale zna założenia tej doktryny. Swoje rozważania prowadzi jednak w sposób niekonwencjonalny i zdecydowanie niedogmatyczny — co widać szczególnie w treści recenzowanej książki.
Główna teza książki głosi, że era informacji to innowacja o skali, której wciąż w pełni nie pojmujemy. Nie chodzi tylko o technologię, ale o fundamentalną zmianę opłacalności modeli politycznych. Według autorów państwo opiekuńcze XX wieku było „punktem równowagi” między produkcją bogactwa a jego efektywną grabieżą przez aparat urzędniczy. Jednak decentralizacja, jaką niesie internet i kryptografia, niszczy ten układ. Państwa tracą monopol na kontrolę kapitału i informacji, co prowadzi je do desperackich prób ratowania budżetów, a społeczeństwa pcha w objęcia populizmu i neoluddyzmu.
Wraz bowiem z rozwojem technologii, państwa nie będą w stanie kontrolować przepływu kapitału i ucieczki ludzi do mniej represyjnych fiskalnie systemów prawnych. Będą pogrążać się w kryzysie finansów publicznych, narastać będą też nastroje populistyczne oraz neoluddystyczne, obwiniające o ten stan rzeczy wszystkich dookoła — ale nie podstawy filozoficzne systemu interwencjonizmu państwowego.
Najciekawszą z perspektywy libertarian predykcją jest (oprócz przewidzenia powstania kryptowalut, dzięki którym książka ta uzyskała dużą popularność w kręgu zwolenników bitcoina) prognoza dotycząca powstania niezależnych podmiotów suwerennych, które będą równe państwom, ale nie będą miały czynnika terytorialnego bądź będzie on obecny w znacznie mniejszym stopniu. Kiedyś, w średniowieczu, takimi suwerennościami były np. zakony rycerskie (w szczególności maltański, który status ten zachował po dziś dzień), ale był to tylko przypadek szczególny pośród dziesiątek tysięcy niezależnych terytoriów, wolnych miast i osób prawnych będących, jeśli nie równymi królom, to faktycznie niezależnymi w podejmowaniu istotnych decyzji. Jak piszą Davidson i Rees-Mogg, te czasy wrócą i stanie się to jeszcze w XXI w. Konsekwencją będzie świat „Tysiąca Liechtensteinów”, w którym polityka stanie się tak nieważna dla przeciętnego człowieka, jak spory teologiczne po wiekach inkwizycji i wojen religijnych.
Na czym polega jednak owa niezwykłość tez autorów? Głównym powodem jest użycie nie tyle analogii historycznych, co połączenie analizy historycznej z ekonomiczną. Davidson i Rees-Mogg opierają swoją analizę na koncepcji Frederica C. Lane’a. Wedle niej, zmiany polityczne wynikają z kosztów użycia siły. Jeśli obrona własności staje się tańsza od ataku (agresji państwa), centralizacja władzy słabnie. Najlepiej wytłumaczyć to dość analityczne rozumowanie autorów na przykładach. Koniec średniowiecza współistnieje, jak wskazują, z upowszechnieniem użycia prochu czarnego. Do użycia broni palnej, znacznie tańszej od wyposażenia ciężkozbrojnego jeźdźca, nie były konieczne lata treningu, Można było tworzyć oddziały złożone z tysięcy naprędce wyszkolonych członków pospolitego ruszenia — co było niemożliwe w przypadku kawalerii. Broń palna okazała się też wyjątkowo skuteczna w walce z ciężkozbrojną konnicą, czyniąc dziesiątki kilogramów pancerza bezużytecznymi. Ponadto świeżo powstała artyleria uczyniła obronę miast znacznie trudniejszą. Wszystkie te czynniki wsparły powstanie monarchii absolutnych i centralizację władzy. Centralizacja władzy i bogactwa zmieniła ponadto pole bitwy — od tego momentu liczyła się nie jakość, a ilość, co osiągnęło apogeum w XX w. Starcia wygrywały państwa będące w stanie wykorzystać efekt skali. Do tego stosowały one też ważne uzasadnienie ideologiczne, pozwalające im obniżać koszty mobilizacji — a więc doktryny republikańskie czy nacjonalizm obywatelski i etniczny, kładące nacisk na dobro wspólne, ale też „ujednolicające” (z wydatną pomocą upaństwowionej oświaty) populacje pod kątem językowym i ideologicznym. Ograniczyły też swobodę poruszania się między państwami, czyniąc emigrację trudną.
I tu wchodzi technologia informacyjna. Odwraca ona owo równanie kosztów. Jak twierdzą, tak jak upowszechnienie prochu i artylerii pogrzebało potęgę rycerstwa i wyniosło do władzy monarchów absolutnych, tak dziś technologia informacyjna czyni państwową kontrolę w długim okresie zbyt drogą i nieefektywną. Od tego momentu centralizacja władzy, choć może jeszcze się rozwinąć, nigdy nie będzie „stanem równowagi” i nie będzie w stanie znaleźć oparcia ani w ideologii, ani w gospodarce. Globalizacja uniemożliwia zatrzymanie najzdolniejszych obywateli w kraju i „zaprzęgnięcie” ich do ponoszenia kosztów instnienia państwa opiekuńczego, pozwoli za to szukać im oparcia w nowych strukturach działających jak raje podatkowe. Szyfrowanie utrudni kontrolę rozmów i transakcji. Destabilizacja, jak piszą Davidson i Rees-Mogg, jest tuż za rogiem. I choć początkowo środki, jakie stosuje państwo w celu kontroli i inwigilacji, mogą się nasilić, trudno będzie je utrzymać i uzasadnić. Upadek państw narodowych będzie upadkiem gospodarczym, ale przede wszystkim kulturowym i ideologicznym — doktryna opiekuńczego państwa narodowego stanie się po prostu nieatrakcyjna.
Książka napisana jest czytelnym językiem i opatrzona bogatą bibliografią. Mamy tam więc Rothbarda, Hayeka, ale też obficie cytowanego Johana Huizingę, autora Jesieni średniowiecza, czy wspomnianego historyka Frederica C. Lane’a. Angielski oryginał jest bardzo analityczny i czyta się go dość długo. Polskie tłumaczenie zdaje się być płynniejsze i nie traci jednocześnie na precyzji, a sama lektura sprawia dużą przyjemność. Duża w tym zasługa tłumacza, Witolda Falkowskiego, którego czytelnicy mogą znać jako tłumacza Ludzkiego działania Ludwiga von Misesa. Zanim zabrałem się do lektury, jego nazwisko upewniło mnie, że tłumaczenie oddano w dobre ręce.
Dobrym ruchem jest też przeniesienie przypisów w główny korpus książki, co pozwala na wygodniejsze śledzenie literatury przedmiotu. W sensie technicznym oceniam więc wydanie polskie za nieco przewyższające angielski oryginał. Osoby znające oryginał nie zawiodą się ponowną lekturą w języku polskim.
Ostateczna myśl, jaka pozostaje po lekturze, nie jest trudna do odgadnięcia — Davidson i Rees-Mogg w sposób niezwykle udany przewidzieli dużą część wydarzeń pierwszego ćwierćwiecza XXI w. Czy można im jednak wierzyć co do reszty przewidywań, zwłaszcza co do propozycji miast prywatnych i upadku państwa opiekuńczego? To musi ocenić już każdy czytelnik samodzielnie. Dotychczasowe sukcesy autorów są wręcz oszałamiające, ale nie powinny przysłonić tego, że z przeszłych obserwacji społecznych trudno jest jednoznacznie wnioskować o przyszłości. Życie ludzkie to nie rzut monetą, a nawet wtedy, jak pisał Richard von Mises, brat patrona Naszego Instytutu, seria „reszek” nie oznacza z konieczności, że następny rzut da „orła”. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że mamy do czynienia z nasileniem się kontroli państwa, co do której istnieją wątpliwości, czy będzie długoterminowo skuteczna. I mam wrażenie, że to właśnie model Davidsona i Rees-Mogga najlepiej opisuje potencjalne konsekwencje tych procesów. Ostatecznie pozostaje nam tylko… poczekać.
Podsumowując — jeżeli mielibyście przeczytać w nadchodzącym roku tylko jedną książkę, to Suwerenna jednostka powinna (wraz z książkami Instytutu, oczywiście!) znaleźć się bardzo wysoko na Waszej liście potencjalnych lektur.
Źródło ilustracji: wydawnictwofp.pl

