Głośnym tematem ostatnich dni jest zaproponowane przez prezydenta Nawrockiego ograniczenie przyznawania 800+ dla dzieci Ukraińców. W wyniku prezydenckiej odmowy podpisania ustawy, przyznawanie zasiłku będzie miało miejsce jedynie w sytuacji, gdy wnioskodawca wykaże zatrudnienie.. Pomimo krytyki tego posunięcia z ust niektórych zwolenników wolności, pomysł ten jako liberałowie musimy ocenić pozytywnie. Stojące za tym argumenty przedstawię w poniższym tekście. Składał się on z dwóch elementów. W pierwszej części przyjrzę się argumentom osób, które bronią prawa do 800+ dla bezrobotnych cudzoziemców. W części drugiej przedstawię argument pozytywny za ograniczeniem tego programu.
Argumenty za utrzymaniem socjalu
Argumenty za utrzymaniem świadczeń dla niepracujących Ukraińców zazwyczaj opierają się na jednej z dwóch linii narracji. Pierwsza z nich powołuje się na rachunek kwot występujących w polskim budżecie, które mogą być powiązane z tą sytuacją. Druga – nieco mocniejsza – jest mniej rachunkowa, a bardziej filozoficzna. Warto przyjrzeć się obu.
Argument pierwszy opiera się na twierdzeniu, że Ukraińcy dokładają do budżetu wielokrotnie więcej, niż z niego czerpią, a sama kwota, jaka zostanie zaoszczędzona dzięki ograniczeniu 800+, jest nieznaczna w porównaniu z kosztem całego programu. Argument ten jest więc dwuelementowy. Każdy z tych elementów jest jednak problematyczny z austrolibertariańskiego punktu widzenia.
Popieranie świadczeń socjalnych dla cudzoziemców argumentem, że zdecydowana większość z nich pracuje i płaci podatki, to jawny kolektywizm. Dlaczego fakt, że jedna osoba pracuje, miałby uzasadniać dawanie pieniędzy innej, niepracującej osobie, której wspólną cechą z pierwszą jest jedynie pochodzenie z tego samego kraju? Produktywni Ukraińcy dokładający się do polskiej gospodarki i bezrobotni Ukraińcy, którzy mieliby otrzymywać 800+, to dwie różne grupy. Nie powinniśmy przywilejów dla jednych uzasadniać zasługami drugich. Być może jednak osoby używające tego argumentu nie rozróżniają obu grup i uważają, że status zatrudnienia nie ma wpływu na wartość dodaną dla gospodarki. Być może są też zdania, że bezrobotni cudzoziemcy generują wartość dodaną w Polsce, ponieważ wydają otrzymane od państwa transfery. Takie twierdzenie wymagałoby jednak przyjęcia założenia, że wydatki socjalne państwa są inwestycjami napędzającymi gospodarkę z określonym mnożnikiem, co – delikatnie mówiąc – jest mało uzasadnione ekonomicznie. Krótko mówiąc, argument, że A powinien dostać zasiłek w wysokości X, bo B produkuje więcej niż X, jest pozbawiony sensu.
Z kolei argument, że wypłacanie 800+ niepracującym cudzoziemcom niewiele kosztuje, sprowadza rozważania z poziomu jakościowego na ilościowy. Interwencja państwa jest rzeczywiście mniej szkodliwa, gdy jest mniejsza. Czy jednak na tej podstawie libertarianie mogą opowiadać się za drobnymi wydatkami państwa, które mogłyby w ogóle nie wystąpić? W okresie 01.06–31.05 koszty 800+ dla dzieci cudzoziemców wyniosły 215 mln zł, co stanowiło 4,3% kosztów całego programu. W skali budżetu państwa to rzeczywiście niewielka kwota. Czy jednak sam ten fakt usprawiedliwia taki wydatek? Zgadzając się na niego tylko dlatego, że jest niski, należałoby równie dobrze zaakceptować zmarnowanie 60 mln zł przez byłego ministra Jacka Sasina na wybory, które się nie odbyły. W jeszcze większym stopniu należałoby też popierać bezsensowne inwestycje samorządowe w wielu polskich miastach, opiewające na setki tysięcy złotych. Rozmiar wydatku nie ma tu jednak znaczenia – libertarianie powinni sprzeciwiać się politycznemu marnotrawstwu niezależnie od jego skali.
Druga linia narracji, jak już zaznaczyłem, jest mniej rachunkowa. Co więcej, jej plusem jest również to, że próbuje ona uciec od błędu kolektywizmu. Nie twierdzi już ona, że programy socjalne powinny należeć się cudzoziemcom ze względu na ich produktywny wkład lub niewielkie obciążanie budżetu. W ogóle nie porusza ona kwestii narodowości beneficjentów ani ich wkładu do budżetu. Linia ta podnosi raczej, że zaproponowane zmiany są niekorzystne, ponieważ bezrobotni są grupą, która powinna być wykluczana z programów socjalnych w ostatniej kolejności. Jeśli już należy komuś zabrać 800+, to nie bezrobotnym, a pracującym, którzy zarabiają dobre pieniądze. Należałoby jednak zadać pytanie o podstawy takiego twierdzenia. Skąd założenie, że dawanie pieniędzy komuś, kto ma ich mało, jest moralnie lepsze lub ekonomicznie bardziej uzasadnione od dawania ich komuś kto ma dużo? Każdy, kto miał do czynienia z rzetelną ekonomią wie, że niemożliwa jest odpowiedź na pytanie o to czy lepiej zabrać bogatemu czy biednemu[1]. Co więcej, nie ma również podstaw, żeby przypuszczać, że sytuacja najuboższych cudzoziemców ulegnie pogorszeniu wskutek odebrania im państwowych transferów. Nie brakuje teoretycznych argumentów za tym, że w przypadku braku publicznych transferów, prywatna dobroczynność doskonale radzi sobie z dbaniem o potrzebujących. Doświadczenie potwierdza tę teorię. Polacy już niejednokrotnie, nawet w ciągu ostatnich lat, pokazali, że mają ogromne i chętne do pomocy serca. Wyraz tego dali chociażby przyjmując całkowicie bezinteresownie tysiące Ukraińców pod dachy swoich domów. Nie ma podstaw by przypuszczać, że akurat tym razem biedni cudzoziemcy zostaną bez pomocy.
Ekonomiczne argumenty, za utrzymaniem transferów socjalnych w ramach programu 800+ dla jakiejkolwiek grupy są w najlepszym wypadku słabe, a w najgorszym wewnętrznie sprzeczne.
„Socjal” jest zawsze zły
W poprzedniej części odparłem argumenty przeciwko wprowadzaniu zmian w zakresie wypłacania 800+. W tym miejscu należałoby przedstawić pozytywny argument za tym, że faktycznie warto ograniczyć ten program. Literatura argumentująca przeciwko programom socjalnym jest jednak na tyle rozbudowana, że nie ma tu miejsca, by chociaż pobieżnie przejrzeć wszystkie argumenty. Nie będę tu zatem poświęcał uwagi ani dyskusji o nieefektywności rządowych transferów, ani o ich szkodliwości nawet dla beneficjentów[2]. Jedynie kilka słów ofiaruję dla skomentowania tej jednej konkretnej, zaproponowanej przez prezydenta Nawrockiego, zmiany.
W sytuacji, gdy dochody rządu nie są równe jego wydatkom, to jako miarę państwa w ujęciu ekonomicznym można przyjąć większą z tych wartości[3]. Z racji, że rząd wykazuje deficyt budżetowy, jako miarę państwa należy przyjąć jego wydatki. W takiej sytuacji każde cięcie wydatków musi być poparte jako ograniczenie państwa. W obecnej sytuacji to właśnie cięcie wydatków jest kluczowe dla zmniejszania obciążenia, jakim dla gospodarki jest państwo. Poza tym 800+ (a wcześniej 500+) jest programem najbardziej ze wszystkich świadczeń zbliżonym do bezwarunkowego dochodu podstawowego. Na temat szkodliwości tego pomysłu i dlaczego nie należy go wprowadzać, powstała szeroka literatura ekonomiczna Ograniczenie 800+ do dzieci pracujących (nawet gdyby wszyscy pracowali, więc w praktyce liczba beneficjentów by się nie zmieniła) sprawia, że przestaje być ono bezwarunkowe, więc jest nieco lepszym programem. Poza tym ograniczenie 800+ dla bezrobotnych Ukraińców – ze względu na swoją ewidentną wybiórczość – pociąga za sobą już teraz pytania o ograniczenie go dla pozostałych niepracujących obcokrajowców. Jest zatem szansa, że kiedyś może zaowocować ograniczeniem go również dla bezrobotnych Polaków, a finalnie – być może – dla wszystkich.
Podsumowanie
Ograniczenie 800+ to nie tylko mniejsze państwowe wydatki. To przede wszystkim warty doceniania krok w stronę, tak rzadkiego w naszej krajowej polityce, ograniczania transferów socjalnych. Oczywiście szkoda, że cięcia wydatków są wybiórcze i niewielkie, jednak nie zmienia to ich słuszności. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że walka polityczna pomiędzy prezydentem a rządem będzie w dalszym ciągu przynosić – być może nawet niezamierzone – owoce w postaci zmniejszania rozmiaru państwa i ograniczania rozdawnictwa.
Źrodło ilustracji: pixabay.com

