Źródło: mises.org
Tłumaczenie: Jakub Juszczak
Podczas trwania kryzysu oszczędnościowo-kredytowego lat 80. i 90. w programie The Phil Donahue Show miała miejsce interesująca wymiana zdań, która jest przykładem wystąpienia kilku błędów popełnianych przez kolektywistów. Wymiana zdań została opisana w Washington Post z 4 czerwca 1989 r., a tematem dyskusji były kwoty miliardów dolarów, które kryzys miał kosztować podatników. Jeden z mężczyzn zapytał z oburzeniem: „Dlaczego rząd nie może spłacić tych długów zamiast podatników?”. Pytanie to spotkało się z entuzjastyczną reakcją kilkusetosobowej, rozgniewanej publiczności. Donahue odpowiedział: „Ponieważ to my jesteśmy rządem (...) To będą nasze pieniądze”. Donahue miał rację co do jednego – amerykańscy podatnicy z pewnością zapłacą.
W pierwszym przypadku rozgniewany pytający pomija źródło, z którego rząd czerpie dochody, zanim cokolwiek opłaci – przymusowe opodatkowanie. Z drugiej strony Donahue – choć ma rację, uznając, że kiedy rząd płaci, to my płacimy – popełnia kolejny błąd przesunięcia kategorialnego, utożsamiając ludzi z kastą polityczną przy władzy: „my jesteśmy rządem”.
Ogólnie rzecz biorąc, łatwo jest używać zaimków w liczbie mnogiej – „my”, „nas”, „nasz” itp. – które często są zrozumiałe i odpowiednie w zależności od kontekstu, ale taki język jest często używany do mówienia o całym „narodzie”, a nawet o działaniach państwa politycznego. Ta niechlujna abstrakcja nie tylko zaciemnia prawdę, ale także uczy ludzi myślenia w kategoriach zbiorowych, w których państwo i jego działania stają się synonimami „społeczeństwa”, „ludu”, „wspólnej woli”, „wspólnego dobra”, „my”, „nas”, „nasz” lub innych eufemizmów.
Dotyczy to zwłaszcza tak zwanej „demokracji”, choć nie jest to wyłączny format rządów. (Dotyczy to zarówno demokracji bezpośredniej, demokracji przedstawicielskiej, jak i sytuacji, w których termin ten pełni rolę terminologicznego zamiennika odnoszącego się do świętej instytucji, która pozwala obywatelom głosować nad aspektami funkcjonowania reżimu). Demokracja – rządy ludu – istnieje oczywiście od czasów starożytnych, jednak stała się szczególnie powszechna od czasów I wojny światowej. Spośród państw świata około 74 uznaje się za demokracje (częściowe lub pełne). Nawet niektóre z najbardziej autorytarnych reżimów chcą przynajmniej zachowania pozorów lub nazwy demokracji, ponieważ demokracja jest przez wielu uważana za bezwarunkowe dobro, zwłaszcza we współczesnym Zachodzie. Paradygmat ten pozwala rządom – niezależnie od ich działań – wygodnie twierdzić, że to lud jest rządem, a zatem wszystko, co robią elity państwowe, zostało wcześniej legitymizowane przez ludzi.
Takie nastawienie sprawia, że przymusowe interwencje państwa wydają się bardziej subtelne, a nawet są bronione i chwalone przez społeczeństwo. Przy takim nastawieniu ludzie traktują krytykę rządu lub polityki jako krytykę skierowaną osobiście przeciwko nim. Przejawia się to często zarówno na lewicy, jak i na prawicy politycznej. Na lewicy złe działania lub polityka rządu są często wykorzystywane do wzbudzania nienawiści do „Ameryki” zamiast do państwa. Na prawicy krytyka działań lub polityki rządu jest często uznawana za krytykę „Ameryki”, ale również na prawicy dobra wiara, jaką obywatele często darzą Amerykę, jest często wykorzystywana do usprawiedliwiania państwa. Lewica, jeszcze bardziej skłonna do kolektywistycznego sposobu myślenia, nieustannie kategoryzuje ludzi na grupy, dlatego też może na przykład kojarzyć białego mężczyznę z Ohio w 2025 roku z działaniami Kolumba.
Murray Rothbard trafnie zauważył, że użycie niektórych zaimków – „my”, „nas”, „nasz” itp. – maskuje działania kasty politycznej, jej egzekutorów i beneficjentów netto. Co więcej, język ten ma tendencję do subtelnego legitymizowania przeszłych, obecnych lub przyszłych działań państwa. Pisze on:
Wraz z powstaniem demokracji, utożsamianie Państwa i społeczeństwa uległo znacznemu wzmocnieniu tak, że w końcu można powszechnie zauważyć emocje wyrażane w sposób zadający gwałt podstawom rozumu i zdrowego rozsądku, w takich stwierdzeniach jak: „my jesteśmy rządem”. Przydatny kolektywny termin „my” umożliwił rozpostarcie ideologicznego kamuflażu na rzeczywistość życia politycznego. Jeśli to „my jesteśmy rządem”, zatem cokolwiek rząd czyni wobec jednostki nie jest jedynie przeciwieństwem aktu tyranii, ale wręcz „dobrowolnością” ze strony jednostki, której ów akt dotyczy.
Bastiat również dostrzegł wspomniane utożsamianie państwa ze społeczeństwem. Takie skojarzenie niesłusznie szkodzi reputacji społeczeństwa i wielu innych podmiotów, a jednocześnie niesłusznie poprawia reputację państwa. Jeśli chodzi o iluzję dobrowolności w „demokracji”, należy zwrócić uwagę, że wyborca należący do mniejszości – niezależnie od tego, czy głosuje na „tak”, „nie”, czy wstrzymuje się od głosu – uzyskuje ten sam wynik i uznaje się, że poparł istniejący system polityczny lub utracił prawo do zgłaszania skarg na niego. W demokracji przedstawicielskiej, w ramach systemu państwowego (tj. nie głosując dobrowolnie, gdzie zjeść z przyjaciółmi), nawet jeśli wybrany przedstawiciel musiałby reprezentować tylko dwie osoby, musi on wybierać między reprezentowaniem, a nie reprezentowaniem 50 procent swojego okręgu wyborczego, jeśli są one diametralnie przeciwne w danej kwestii. Im liczniejsza jest populacja państwa demokratycznego, tym mniej do powiedzenia ma każdy wyborca i nie ma gwarancji, że wybrani będą realizować wolę wyborców, którzy na nich głosowali. Rothbard podaje kilka uderzających przykładów tej logiki, które przywodzą na myśl dziecinne pytanie „dlaczego sam się bijesz?”.
Jeśli rząd zaciąga ogromny dług publiczny, który musiałby zostać spłacony poprzez opodatkowanie jednej grupy z korzyścią dla drugiej, to ów ciężar rzeczywistości zostaje ukryty poprzez stwierdzenie, iż „sami jesteśmy to sobie dłużni”; jeśli rząd powołuje człowieka do wojska lub zamyka go w więzieniu za odmienne poglądy, to w gruncie rzeczy człowiek ten „sam to sobie robi”, zatem nic niestosownego się nie zdarza. Zgodnie z tym rozumowaniem, żadni Żydzi zamordowani przez rząd nazistów zamordowani nie zostali; musieli zamiast tego „popełnić samobójstwo”, gdyż to oni byli rządem (który został demokratycznie wybrany), zatem wszystko, co rząd wobec nich uczynił, było z ich strony dobrowolne. Roztrząsanie tego twierdzenia nie wydaje się być konieczne, a jak na razie wszechogarniająca większość ludzi trzyma się tego złudnego mniemania w większym lub mniejszym stopniu.
Po konwencji w Filadelfii (1787) i w okresie ratyfikacji Konstytucji, podobne obawy wyrażali jej przeciwnicy lub sceptycy. Jeśli nowy rząd federalny i narodowy mógłby przemawiać w imieniu „My, Naród” – choć pierwotnie brzmiało to „My, Stany”, ale zostało zmienione, ponieważ ratyfikacja przez wszystkie stany nie była gwarantowana – kto mógłby kwestionować jego legitymację lub działania? Mogłoby to zapewnić elitom politycznym zasiadającym w rządzie konstytucyjnym – wybranym lub nie – nadrzędne i niekwestionowane uprawnienia. Gdyby pojedyncze państwo – a dokładniej osoby w tym państwie – zgłosiły sprzeciw, ich wola mogłaby zostać łatwo unieważniona przez rząd krajowy, który rzekomo reprezentuje wszystkich obywateli. Oznaczałoby to, że przyczyna niedawnej rewolucji amerykańskiej – secesja stanów i uniezależnienie się od Wielkiej Brytanii – zostałaby teraz odrzucona, a stany i ich mieszkańcy podlegaliby elicie politycznej działającej w rządzie Stanów Zjednoczonych, który miałby teraz wyjątkową zdolność przemawiania w imieniu „ludu”. 4 czerwca 1788 r. Patrick Henry – główny przeciwnik ratyfikacji nowej konstytucji – zgłosił sprzeciw w swoim przemówieniu otwierającym konwent ratyfikacyjny w Wirginii.
Sir, proszę mi pozwolić zapytać, jakie mieli prawo mówić „My, Naród” (...) Kto upoważnił ich do używania sformułowania „My, Naród” zamiast „My, Stany”? Stany są cechą charakterystyczną i duszą konfederacji. Jeśli stany nie są podmiotami tego porozumienia, musi być to jeden wielki, skonsolidowany rząd narodowy wszystkich stanów. (...) Lud nie dał im prawa do używania swojej nazwy. (Patrick Henry, cytat za: Bernard Bailyn, red., The Debate on the Constitution, część druga (Nowy Jork: Library of America, 1993), s. 596, pogrubienie dodane przez Autora artykułu)
Podobnie słynny Samuel Adams napisał w liście do Richarda Henry'ego Lee z 3 grudnia 1787 r.
Wyznaję, że wchodząc do budynku [Konstytucji], potykam się o próg [preambuła: „My, Naród…”]. Zamiast federalnej unii suwerennych stanów spotykam rząd narodowy. Nie jestem w stanie pojąć, dlaczego mądrość konwentu skłoniła ich do przedłożenia tego pierwszego nad to drugie. Jeśli kilka stanów w Unii ma stać się jednym narodem, podlegającym jednej władzy ustawodawczej, której uprawnienia będą obejmowały wszystkie dziedziny ustawodawstwa, a jej prawa będą miały charakter nadrzędny i będą kontrolowały całość, idea suwerenności tych stanów zostanie zatracona.
Nawet Michaił Bakunin – współczesny Marksowi anarchista, który zerwał z komunizmem, ponieważ dostrzegł, że skupia on władzę w rękach państwa i jedynie zastępuje jedną elitę rządzącą inną w imię „ludu” – wygłosił przejmujące ostrzeżenie:
Poza tym, państwo (...) z samej swojej natury jest wielkim ofiarnikiem istot żywych. Jest arbitralnym bytem, w którego sercu wszystkie pozytywne, żywe, wyjątkowe i lokalne interesy ludzi spotykają się, zderzają, niszczą się nawzajem, zostają wchłonięte przez abstrakcję zwaną wspólnym interesem, wspólnym dobrem lub dobrem publicznym, i gdzie wszystkie rzeczywiste wole znoszą się nawzajem w tej abstrakcji, która nosi nazwę woli ludu. Wynika z tego, że tak zwana wola ludu jest niczym innym jak negacją i poświęceniem wszystkich rzeczywistych woli ludu, tak jak tak zwany interes publiczny jest niczym innym jak poświęceniem ich interesów. Ale aby ta wszystkożerna abstrakcja narzuciła się milionom ludzi, musi być reprezentowana i wspierana przez jakąś rzeczywistą istotę, jakąś żywą siłę. Cóż, siła ta zawsze istniała. W Kościele nazywa się ją duchowieństwem, a w państwie klasą rządzącą lub sprawującą władzę.
Innymi słowy, Bakunin ostrzegał, że kiedy elity państwowe uzasadniają swoje działania jako „wolę ludu”, to jest to tylko abstrakcja dla woli niektórych elit państwowych, wygodnie maskująca się jako skuteczne reprezentowanie woli ludu. Dlatego też, kiedy państwo ignoruje wolę jednostek lub narusza prawa wobec prawdziwych jednostek, to nadal jest to uzasadnione, ponieważ ci, którzy to robią, robią to w imieniu całego narodu. W rzeczywistości, ponieważ „my jesteśmy rządem”, osoby te robią to sobie samym.
Należy pamiętać o kluczowym fakcie:
Dlatego też musimy podkreślić, że „my” nie jesteśmy rządem; rząd nie jest „nami”.
Z tego też powodu, Rothbard kładzie duży nacisk na ostrożne używanie zaimków.
Źródło ilustracji: pixabay

