Autor: Dawid Megger
Zgodnie z teorią ekonomii konkurencyjna gospodarka rynkowa generuje tendencję do alokowania czynników produkcji w tych zastosowaniach, w których ich produktywność marginalna (wyrażona zyskiem pieniężnym) jest największa. Oznacza to, że swobodny obrót tytułów własności do dóbr kapitałowych (maszyn, narzędzi, budynków) i naturalnych (ziemi, przestrzeni, surowców) w połączeniu z mechanizmem selekcji rynkowej (procesem „wymuszającym” przerywanie przedsięwzięć, które przynoszą straty pieniężne), przyczynia się do tego, że użytkownikami środków produkcji będą te osoby, które organizują je najefektywniej w odpowiedzi na i w stosunku do – ciągle kształtującego się i kształtowanego – popytu konsumentów. W konsekwencji uczestnicy rynku będą osiągać korzyści z przewagi komparatywnej, tj. z faktu, że czynniki produkcji różnią się swoją produktywnością w poszczególnych zastosowaniach. Mówiąc inaczej, efektywność alokacyjna i poziom zaspokojenia preferencji konsumentów będą możliwie największe.
To samo dotyczy oczywiście najbardziej mobilnego czynnika produkcji – czyli ludzkiej pracy. Per analogiam, swobodny przepływ pracowników umożliwia zatrudnianie ich tam, gdzie ich względna produktywność marginalna jest największa. Dzięki temu wykształca się społeczny podział pracy, z którego korzystają konsumenci: dobra ekonomiczne stają się szerzej dostępne, tańsze i lepsze jakościowo. Ten argument wydaje się jednoznacznie przemawiać na rzecz wolności wyboru miejsca pracy – zarówno w skali kraju, jak i całego świata. Brak barier politycznych oraz granic państwowych powinien skutkować wzrostem produktywności, na którym skorzystają wszyscy.
Kwestia ta nie jest jednak taka prosta. Twierdzenie o korzyściach z przewagi komparatywnej obrazuje wprawdzie ścisłą matematyczną zależność, która jest równie niepodważalna, co twierdzenie Pitagorasa, jednak to, czy korzyści te będą faktycznie osiągane, nie jest niezależne od uwarunkowań instytucjonalnych, w ramach których działają ludzie. To zaś, jakie uwarunkowania instytucjonalne istnieją, nie jest niezależne od preferencji tych samych ludzi, którzy działają w ich ramach. Innymi słowy, instytucje społeczne – prawo, kultura, rynek – nie są nam dane „z góry”. Ich byt i sposób istnienia jest determinowany przez członków społeczeństwa, którzy nie są jedynie konsumentami, pracownikami czy przedsiębiorcami działającymi w ramach rynku. Mają oni także swoje preferencje i oczekiwania dotyczące reguł życia zbiorowego, w tym samego rynku. To właśnie za sprawą określonych postaw ludzkich instytucje społeczne w ogóle istnieją.
Ludwig von Mises wielokrotnie powtarzał, że aby korzyści ze społecznego podziału pracy mogły być osiągane, muszą być spełnione dwa warunki. Po pierwsze, konieczna jest gospodarka rynkowa, czyli układ instytucjonalny oparty na transferowalnej i rozproszonej własności prywatnej oraz pieniądzu. Po drugie, niezbędny jest pokój społeczny, ponieważ wojny domowe, zamieszki, rewolucje czy nawet mniej spektakularne formy łamania prawa niszczą owoce działania gospodarki rynkowej[1].
W tym eseju pokażę, jakie implikacje dla rozważań nad swobodą migracji i otwartymi granicami ma zarysowana powyżej perspektywa teoretyczna. Ponadto przedstawię swój pogląd na to, w jakim stosunku do tych kwestii pozostaje doktryna klasycznego liberalizmu oraz jakie rozwiązania w tym obszarze są warte rozważenia.
Migracja, różnorodność i preferencje polityczno-prawne
Różnorodność kulturowo-etniczno-narodowo-językowo-religijna w skali całego świata jest siłą rzeczy większa niż w obrębie jakiegokolwiek pojedynczego państwa. Choć teoretycznie migracja mogłaby doprowadzić do większego ujednolicenia ludności w poszczególnych krajach[2], to w praktyce bodźce ekonomiczne – tj. różnice w zarobkach, poziomie dobrobytu materialnego czy świadczeń socjalnych – nierzadko skłaniają ludzi do przenoszenia się do rejonów odmiennych kulturowo (np. z Afryki do Europy czy z Ameryki Południowej do Ameryki Północnej). Wskutek tego ludzka różnorodność w poszczególnych państwach – zwłaszcza w państwach rozwiniętych – wzrasta.
To, jak ocenimy to zjawisko, zależy od naszego systemu wartości. Nacjonaliści uznają je zapewne za negatywne, a zwolennicy multikulturalizmu za pozytywne. Niezależnie jednak od naszego subiektywnego stosunku do różnorodności jako takiej, możemy powiedzieć coś o jej obiektywnych konsekwencjach. Z grubsza rzecz biorąc, rozmaite badania wspierają wniosek o pozytywnym wpływie różnorodności na innowacyjność i negatywnym na spójność społeczną[3]. Innowacyjność bez wątpienia dobrze wpływa na rozwój gospodarczy. Jednak spadek spójności społecznej oznacza wzrost międzyludzkiej nieufności, niepewności i kosztów zawierania transakcji. Wydaje się zatem, że z ekonomicznego punktu widzenia różnorodność ma zarówno pozytywne, jak i negatywne skutki.
Jednak pojęcie „różnorodności” jest tak ogólne, że aż dziw bierze, w jak bezwiedny sposób szarżuje się nim czasem w debacie publicznej. Kiedy słyszy się słowo „różnorodność” wypowiedziane in abstracto, chce się zapytać: różnorodność czego? Możemy przecież mówić choćby o różnorodności talentów, umiejętności, poglądów, narodów czy religii. Oczywiste jest, że każdy z tych rodzajów różnorodności będzie niósł inne skutki społeczne. Różnorodność talentów i umiejętności z całą pewnością pozwala na większą specjalizację i gwarantuje większe korzyści ze społecznego podziału pracy. Różnorodność poglądów lub preferencji co do dóbr konsumpcyjnych nie powinna być żadnym problemem społecznym – dzięki prawu własności prywatnej każdy podejmuje decyzje we własnym imieniu. Konsument decyduje się na zakup Mazdy lub Forda czy też pieczywa pszennego lub żytniego, nie wchodząc w konflikt z konsumentami o odmiennych preferencjach.
Inaczej jest jednak w przypadku poglądów na pożądany sposób organizacji sfery publicznej. Jeśli członkowie tej samej wspólnoty politycznej mają różne preferencje co do reguł życia zbiorowego, to niezależnie od tego, z czego one wynikają (z uwarunkowań psychologicznych, wyznawanej religii, uznawanej ideologii, przynależności narodowej czy otrzymanej edukacji bądź indoktrynacji), będą one źródłem nieuchronnych konfliktów społecznych.
Przez konflikt nie rozumiem tutaj koniecznie przemocy czy łamania prawa. Partie polityczne, które legalnie ze sobą konkurują w wyścigu o władzę czy implementację swojego programu, też są w tym sensie w sytuacji konfliktowej. W praktyce konflikt preferencji polityczno-prawnych oznacza, że aby osiągnąć pokój, trzeba zawrzeć kompromis – pogodzić się z faktem, że nasza wizja świata nie zostanie zrealizowana w pełni. Jednak rozbieżność między status quo a rozmaitymi wizjami życia zbiorowego zawsze będzie miała jakieś obiektywne skutki. Niektórzy ludzie mogą po prostu odczuwać niezadowolenie, a inni – angażować się w aktywność polityczną, organizację protestów albo, co gorsza, w działalność przestępczą bądź wzniecanie rozruchów i buntów społecznych.
Niespójność preferencji polityczno-prawnych, tj. preferencji dotyczących zasad, które mają być zbiorowo przestrzegane (do czego zalicza się także np. respektowanie praw własności prywatnej), musi być źródłem takich czy innych napięć społecznych. Oczywiście całkowita spójność w tym zakresie jest praktycznie niemożliwa do osiągnięcia. W takich przypadkach reguły życia zbiorowego byłyby zresztą przestrzegane przez wszystkich dobrowolnie, w związku z czym egzekwowane przymusem prawo byłoby zbędne. Przymus jest konieczny dla zachowania porządku publicznego właśnie dlatego, że ludzie mają i demonstrują różnorodne preferencje co do reguł społecznych.
Co do zasady jest oczywiście możliwe, że różnorodność preferencji polityczno-prawnych będzie stosunkowo duża wśród przedstawicieli jednego narodu, a stosunkowo mała wśród reprezentantów kilku narodów (podobnie z rasami, religiami itd.). Nie ulega jednak wątpliwości, że przynależność kulturowa, wiara religijna czy pochodzenie w pewnym zakresie kształtują te preferencje. Co więc w związku z tym należy zrobić?
Liberalizm a sfera publiczna
Liberalizm postuluje, by aparat państwa nie wkraczał do sfery prywatnej. To, co człowiek robi ze swoją własnością „u siebie”, nie powinno podlegać żadnym regulacjom ani interwencjom tak długo, jak nie dochodzi do naruszeń praw innych osób. Wielu ludzi jest skłonnych zaakceptować ten pogląd (choć kontrowersje na tym tle budzi choćby kwestia traktowania zwierząt). Zasadniczo można go nawet uznać za możliwy do pogodzenia z zaleceniami rozmaitych religii, a przynajmniej katolicyzmu. Znacznie większym wyzwaniem społecznym jest organizacja sfery publicznej.
W tej sprawie liberalizm postuluje „neutralność” czy też „świeckość”. Rodzi to jednak przynajmniej dwa problemy. Po pierwsze, kwestia organizacji sfery publicznej nie ogranicza się do spraw religijnych, a dotyczy też choćby takich tematów, jak dozwolony ubiór (bo gdy wychodzimy z domu, staje się on sprawą publiczną – to inni ludzie na nas patrzą!), możliwość używania określonych haseł i symboli (politycznych czy ideologicznych) czy legalność określonego typu reklam (narkotyki, wulgaryzmy itd.). Nawet sami zwolennicy „świeckości” sfery publicznej nierzadko mają inne zdania na te tematy.
Po drugie, choć liberalizm mówi, że religia jest „sprawą prywatną”, to żadna z tzw. wielkich religii monoteistycznych tak nie uważa. Każda z nich – katolicyzm, islam, judaizm – domaga się jakichś form kultu publicznego, począwszy od takich spraw, jak kalendarz (dla chrześcijan zaczynający się od narodzin Chrystusa), przez dni wolne od pracy w święta (np. Bożego Narodzenia), po publiczne manifestowanie wiary (np. przez organizację procesji Bożego Ciała ulicami miast i wsi). Wyznawcy różnych religii będą więc mieli różne preferencje polityczno-prawne przynajmniej w tym aspekcie.
Warto przy tym podkreślić, że liberalny postulat „neutralności” nie jest wcale żadnym rozwiązaniem sporu o organizację sfery publicznej. Jest on raczej jednym ze stanowisk w ramach tego sporu (przypomnijmy, że piewcy sekularnej rewolucji, która toczyła Francję końca XVIII wieku, próbowali choćby zastąpić chrześcijański kalendarz rewolucyjnym). Liberalizm oferuje po prostu inną koncepcję sfery publicznej niż katolicyzm, islam czy judaizm. „Neutralność” musi prowadzić albo do wymuszania publicznej świeckości i innych reguł życia zbiorowego (ubiór, symbole, reklamy) wedle określonej doktryny (np. hedonizmu, humanizmu etc.), albo do przyzwolenia na konflikty w przestrzeni publicznej. Nie jest możliwe, aby sfera publiczna była całkowicie i trwale „neutralna”.
Ekonomia polityczna: państwo jako dobro klubowe
Powyższe rozważania prowadzą nas ku odwiecznym pytaniom filozofii politycznej: jak możemy żyć razem – tworzyć jedną wspólnotę polityczną – mimo dzielących nas różnic? Czy istnieją korzyści z istnienia państwa? Czy bez stosowania przymusu moglibyśmy żyć w pokoju?
Ponieważ ortodoksyjni libertarianie mają skłonność do postrzegania państwa wyłącznie przez pryzmat faktu, że jest ono terytorialnym monopolistą na stosowanie instytucjonalnego przymusu, przypisują jego działalności wyłącznie negatywny wpływ na społeczny dobrobyt. Klasyczny liberalizm, jako doktryna mniej radykalna, dostrzegał jednak w działaniu państwa coś pozytywnego: zapewnianie przez nie obrony terytorialnej, bezpieczeństwa wewnętrznego czy stabilnego prawa, były przezeń widziane w dobrym świetle, nawet przy uwzględnieniu faktu, że rząd nakłada w tych celach podatki na obywateli.
Ekonomia standardowo wyjaśnia możliwość efektywnego ekonomicznie działania państwa przez teorię dóbr publicznych, tj. takich, które podlegają zbiorowej konsumpcji, a jednocześnie towarzyszy im wysoki koszt wykluczania z użytkowania osób nieponoszących kosztów ich produkcji. Wszyscy mieszkańcy kraju korzystają z obrony terytorialnej, ale gdyby nie przymus podatkowy, to pojawiłby się problem „jazdy na gapę”: każdy chciałby być bezpieczny, lecz nikt nie widziałby powodu, aby płacić, skoro mogliby to robić inni. Wskutek tego dobro publiczne nie zostałoby wyprodukowane w dostatecznej ilości.
Ekonomiści, którzy nie wierzą w możliwość utrzymania się gospodarki rynkowej bez zaangażowania państwa, uważają, że realną alternatywą wobec przymusu podatkowego nie jest brak jakiegokolwiek przymusu, lecz opisywana przez Thomasa Hobbesa bellum omnium contra omnes („wojna wszystkich ze wszystkimi”). W związku z tym argumentują, że istnienie państwa wraz z jego terytorialnym monopolem na stosowanie przymusu i przemocy jest mimo wszystko korzystne społecznie – przynajmniej w porównaniu do stanu anarchii.
Tę perspektywę można rozszerzyć o ekonomiczną teorię klubów, wprowadzoną przez Jamesa M. Buchanana w artykule An Economic Theory of Clubs (1965). W tym rozumieniu klub to grupa osób, która wspólnie angażuje się w jakieś przedsięwzięcie, dzieląc się kosztami. Przynależność do klubu może generować mniejsze lub większe korzyści. Przykładowo, aby cieszyć jazdą na łyżwach, możemy być skłonni wykupić dostęp do lodowiska wspólnie, ponieważ indywidualnie by nas to za dużo kosztowało. Jednak jako członkowie grupy mamy różne preferencje co do sposobu jego używania. Niektórzy są gotowi wpuścić na nie większą liczbę osób (powiększyć „klub”), aby obniżyć wielkość składki. Inni wolą płacić wyższą składkę przy mniejszym zatłoczeniu. Ponadto, niektórym osobom zależy na treningu łyżwiarstwa szybkiego, w związku z czym będą chciały, aby wszyscy poruszali się w tym samym kierunku. Inni chcieliby uprawiać łyżwiarstwo figurowe, a jeszcze inni pojeździć spokojnie z dziećmi. Wszystko to wymaga ustalenia reguł, które panują na lodowisku. Im większa będzie liczba łyżwiarzy określonego typu w porównaniu z innymi, tym większa będzie ich siła głosu, a tym samym większe będzie prawdopodobieństwo ustalenia reguł, które są mniej pożądane przez pozostałych.
Przez – z natury niedoskonałą – analogię możemy zastosować podobne rozumowanie do życia w społeczeństwie. Wprawdzie generuje ono rozmaite korzyści – w tym korzyści z podziału pracy – jednak poszczególne osoby są niejednakowo zadowolone z istnienia określonych reguł życia zbiorowego. Z jednej strony każda pracująca osoba przyczynia się do wzrostu produktywności gospodarki, ale z drugiej, gdy jej preferencje wpływają na kształt sfery publicznej, to mogą generować koszty zewnętrzne, tj. odbijać się negatywnie na zadowoleniu innych członków społeczeństwa.
Kto ma prawa do własności publicznej?
Powyższe rozważania dają podstawy do myślenia o tym, jak migracja może wpływać na dobrobyt jednostek. Nie dostarczają jednak jeszcze uzasadnienia dla takich lub innych rozwiązań dotyczących swobody migracji. Po pierwsze, warto zauważyć, że możliwe jest posiadanie preferencji wobec tego, jak żyją mieszkańcy innych krajów – nie znaczy to jednak, że daje to nam prawo do ingerowania w ich sprawy. Po drugie, ktoś mógłby argumentować ze stanowisk pryncypialnych („deontologicznych”), że całkowicie otwarte (lub całkowicie zamknięte) granice są słusznym rozwiązaniem bez względu na ich skutki (bo np. uznaje migrację za nienaruszalne prawo człowieka).
Próbując odpowiedzieć na pytanie, jak powinna być zarządzana sfera publiczna, nie możemy uciec od filozofii politycznej. Czy postulat ograniczonej imigracji jest zgodny z zasadami klasycznego liberalizmu? Wydaje się, że tak – przynajmniej, jeśli weźmie się pod uwagę dwie rzeczy. Po pierwsze, według tej doktryny jednym z fundamentalnych celów istnienia państwa (co jest akurat zgodne z poglądami myślicieli politycznych od Arystotelesa po Misesa) jest gwarantowanie pokoju społecznego. Z tego względu Mises był zwolennikiem demokracji – nie dlatego, że ma ona „szczęśliwszą rękę przy doborze osób do kierowania urzędami państwowymi niż autokracja i arystokracja”[4], lecz dlatego że jest to system rządów, „który jest w stanie utrzymać pokój”[5], zapewniając rządy zgodne z wolą większości obywateli[6]. Migracja może się niewątpliwie przyczynić do wzrostu napięć społecznych, co nietrudno dostrzec, obserwując bieżące wydarzenia. Można oczywiście twierdzić, że przyczyną tego stanu rzeczy są uprzedzenia narodowe, rasowe czy religijne (czy też jakiś „plemienny atawizm”, jak nieżyczliwie to określają niektórzy publicyści). Jednak nawet jeśli tak jest faktycznie i nawet jeśli nam się te postawy nie podobają, to nie możemy ignorować tego, że one istnieją. Roztropność – także ta polityczna – wymaga z kolei uwzględniania w decyzjach nie tylko wartości, lecz także faktów. W takich sytuacjach ograniczenie migracji może być więc środkiem do osiągnięcia celu, dla którego istnieje państwo.
Po drugie, klasyczny liberalizm zakłada zasadę samostanowienia czy też suwerenności jednostek, sprzeciwiającą się poglądowi określanemu dziś mianem „paternalizmu”, zgodnie z którym ktoś, kto „wie lepiej”, co uszczęśliwi drugiego człowieka (zazwyczaj rząd), ma prawo narzucać mu swoją wolę. Zasada samostanowienia jest przejrzysta, gdy mówi się o sferze prywatnej. Streszcza sie ona w przysłowiu: „wolnoć Tomku w swoim domku”. Innymi słowy, ze swoim życiem i własnością, tak długo, jak nie naruszasz praw innych osób, masz prawo robić, co chcesz (i poniesiesz tego konsekwencje, nie przerzucając ich kosztów na innych). Zasada samostanowienia nastręcza nieco więcej trudności w odniesieniu do sfery publicznej.
Niektórzy libertarianie uważają, że z punktu widzenia prawa naturalnego czy też etyki (libertariańskiej) tzw. własność publiczna jest niczyja[7]. Na gruncie tego poglądu przypadkowo wybrany obywatel jakiegokolwiek innego państwa – Tajwanu, Nikaragui czy Kanady – ma takie same moralne prawa względem polskiej infrastruktury, obronności czy opieki zdrowotnej, jak obywatel Polski, który odprowadza w niej podatki. Przeciwny pogląd głosi, że państwo – związana z nim własność publiczna – jest własnością jego obywateli[8]. Bryan Caplan w Otwartych granicach zbywa ten punkt widzenia, sugerując, że uznawanie państwa za własność jego obywateli to socjalizm[9]. Jest to jednak błędne twierdzenie, ponieważ socjalizm to nie zasada, w świetle której własność publiczna należy do obywateli, lecz ustrój, w którym środki produkcji są własnością państwa. Uznanie, że własność publiczna – infrastruktura, policja, muzea – należy do obywateli państwa, nie jest sprzeczne z uznaniem, że środki produkcji są prywatną własnością obywateli.
Przedstawiciel ekonomicznej analizy prawa, Armen A. Alchian, przekonywał, że najistotniejszą różnicą między własnością prywatną i publiczną jest fakt, że ta druga jest niezbywalna, tj. nie można zrzec się praw do niej bez zmiany miejsca zamieszkania[10]. Charakteryzuje się ona także tym, że jest posiadana zbiorowo. Jednak ta druga cecha dotyczy także choćby spółek akcyjnych oraz innych form prywatnej własności wspólnej (jak np. wspólnie posiadana nieruchomość), do których prawa są zbywalne. Własność publiczna – z wyjątkiem cechy zbywalności – ma wszystkie istotne cechy współwłasności. Po pierwsze, obywatele są jej użytkownikami i mogą czerpać z niej korzyści. Po drugie, ponoszą konsekwencje jej istnienia i używania: zarówno są obciążeni kosztami jej utrzymania (przez płacenie podatków) i niszczenia (uszkodzone drogi gorzej nadają się do jazdy i niszczą zawieszenie samochodów), jak i czerpią korzyści ze wzrostu jej wartości (w zadbanym mieście nieruchomości są droższe). Wreszcie, obywatele mogą także – za pośrednictwem mechanizmów politycznych – decydować o sposobie zarządzania własnością publiczną.
Uznanie, że państwo – własność publiczna – jest własnością obywateli, wpisuje się w kontraktualistyczną wizję polityki, w świetle której członkowie wspólnoty politycznej są jednocześnie jej decydentami. Jest to jednocześnie wizja, która pozwala postrzegać politykę jako sztukę zawierania wzajemnie korzystnych kompromisów, w której chodzi o to, by wypracować takie reguły życia zbiorowego, które choć nie są idealne dla nikogo, to są akceptowalne dla (niemal) wszystkich. Uznanie, że obywatele mają prawo do decydowania o zasadach korzystania z własności publicznej – w tym także do decydowania o dostępie do niej przez ustalanie reguł przekraczania granicy czy nadawania praw politycznych – wydaje się zatem spójne z kontraktualistycznym duchem klasycznego liberalizmu.
Polityczne implikacje – czyli jak możemy żyć razem szczęśliwi na świecie?
Po pierwsze, handel międzynarodowy. Teoria ekonomii pokazuje, że handel – w tym handel międzynarodowy – jest obustronnie opłacalny. Specjalizując się w produkcji dóbr, w których mamy względnie niższy koszt alternatywny (przewagę komparatywną), i wymieniając się nimi, osiągamy korzyści ekonomiczne: z perspektywy uczestników rynku łączna wartość produkcji jest większa, niezależnie od tego, czy jest się mieszkańcem biednego czy bogatego kraju. Ponadto, dzięki dokonywaniu outsourcingu oraz inwestycji zagranicznych – przez zakup akcji czy zakładanie firm lub ich oddziałów – w krajach o niższych płacach wzrasta ilość kapitału, co jest pozytywnie skorelowane z płacami realnymi, czyli tym, ile można faktycznie kupić za zarabiane pieniądze. Handel międzynarodowy i inwestycje zagraniczne prowadzą więc do międzynarodowego wyrównywania się płac. To zaś oznacza, że zmniejszają one presję migracyjną motywowaną czynnikami ekonomicznymi. Bariery handlowe – cła, sankcje, subsydia – ograniczają tę tendencję, zachęcając mieszkańców biedniejszych państw do emigracji do państw bogatszych, niezależnie od ich preferencji polityczno-prawnych. Wolny handel międzynarodowy nie tylko nie jest sprzeczny z ograniczoną migracją, lecz także zmniejsza skalę migracji stricte ekonomicznej.
Po drugie, pożegnanie z państwem opiekuńczym. Caplan, jako zwolennik otwartych granic, przytacza badania, z których wynika, że w latach 2000–2016 statystyczny imigrant popierał aktywność rządu o ok. 15% bardziej niż statystyczny rodowity mieszkaniec USA, stwierdzając przy tym, że jest to niewielka różnica[11]. Jednak z całą pewnością jest to różnica, która może istotnie wpłynąć na wynik wyborów. Warto przy tym zauważyć, że USA prowadziły we wskazanym okresie politykę ograniczonej imigracji, nakierowanej na wykwalifikowanych pracowników. Wyciąganie jakichkolwiek wniosków na temat skutków otwartych granic z badań prowadzonych w sytuacji, gdy migracja jest regulowana, jest błędem formalnym (non sequitur).
Nie ulega wątpliwości, że przy wyborze miejsca zamieszkania ludzie kierują się nie tylko bodźcami ekonomicznymi, lecz także preferencjami polityczno-prawnymi. Państwa opiekuńcze, które szeroko udzielają rozmaitych świadczeń socjalnych, nie tylko stwarzają dodatkowe ekonomiczne bodźce do migracji, lecz także przyciągają osoby o etatystycznych poglądach. Ekonomiści tacy jak Milton Friedman czy James M. Buchanan argumentowali, że nie można godzić państwa opiekuńczego z nieograniczoną imigracją. Aby zapobiec rozrostowi państwa opiekuńczego (i jego negatywnym konsekwencjom, takim jak deficyt budżetowy, zastój gospodarczy czy upadek etyki zaradności i zapobiegliwości), należy podejmować działania na rzecz wolnorynkowych reform i radykalnych cięć wydatków publicznych. Wolnorynkowy kraj będzie w mniejszym stopniu przyciągał zwolenników etatyzmu i socjalizmu.
Po trzecie, rozwój instytucjonalny. Ekonomia – i teoretyczna, i empiryczna – nie pozostawia wątpliwości co do tego, że o długofalowym wzroście gospodarczym decydują takie instytucje, jak własność prywatna, pieniądz i rynek oraz praworządność czy stabilność prawa. Kraje, które borykają się z biedą (w Afryce, Ameryce Południowej czy Azji), potrzebują przede wszystkim rozwoju instytucjonalnego. Wielką tragedią jest to, że mieszkańcom tych krajów – wskutek historycznych wydarzeń – kapitalizm kojarzy się z kolonizacją i wyzyskiem, w związku z czym kwitną w nich idee etatystyczne i socjalistyczne. Najnowsza historia – na przykładach tzw. azjatyckich tygrysów (Korei Południowej, Singapuru, Tajwanu i Hongkongu), a także Botswany (od lat 60.), Chin (od lat 70.) czy Indii (od lat 90.) – udowadnia skuteczność reform prorynkowych w rozmaitych kręgach kulturowych. Rozprzestrzenianie instytucji gospodarki rynkowej i kultury przedsiębiorczej jest kluczem do wyciągnięcia z biedy milionów ludzi.
Po czwarte, decentralizacja. Nie jest przypadkiem, że wśród 20 krajów o najwyższym PKB per capita znajdują się prawie same kraje małe (Liechtenstein, Luksemburg, Makau, San Marino, Hong Kong[12]), względnie małe (Irlandia, Islandia, Singapur, Dania, Holandia) lub federacyjne (Szwajcaria, Stany Zjednoczone, Australia, Austria, Niemcy). Głosujemy nie tylko dosłownie, wrzucając karty do urn wyborczych, lecz także metaforycznie, zmieniając miejsce zamieszkania („głosujemy nogami”). Oba działania wymuszają konkurencję polityczno-prawną między różnymi terytoriami. Jako że z niewielkiego kraju – czy też obszaru jurysdykcyjnego – łatwiej wyjechać, to jego włodarze mają silniejsze bodźce do ustanawiania praw, które są bardziej korzystne dla jego mieszkańców. Ponadto, na małych obszarach ludzie często są bardziej zżyci – łączy ich kultura i doświadczenie historyczne. Jeśli zatem reguły życia zbiorowego są ustalane w bardziej lokalny niż centralny sposób, to jest większa szansa, że będą one bardziej zbieżne z preferencjami członków danej społeczności. Mówiąc językiem ekonomii, umacnianie praw politycznych lokalnych wspólnot umożliwia tworzenie mniejszych i lepiej dostosowanych do preferencji jednostek „klubów” oraz wzmacnia proces konkurencji jurysdykcyjnej[13]. W mniejszym klubie jednostka ma względnie większą siłę głosu. Decentralizacja musi oczywiście być połączona z otwartością granic na zewnątrz, co zapewnia możliwość opuszczania „klubów” i warunkuje skuteczność funkcjonowania konkurencji polityczno-prawnej.
Tego rodzaju rozwiązania sprzyjają społecznemu pokojowi i dobrobytowi, nie prowadząc do erozji dobrze pojętej wolności. Co więcej, pozwalają one zachować prawdziwie różnorodny świat, który – jak to określił austriacki konserwatywny pisarz, Erik von Kuehnelt-Leddihn – nie wygląda jak „dobrze wymieszany koktajl”, lecz „wielobarwna mozaika złożona z mocno osadzonych kamieni”[14]. W takiej rzeczywistości każda wspólnota polityczna może zachować reguły zgodne z preferencjami jej członków („spójność społeczną”), jednocześnie uczestnicząc w korzyściach ze społecznego podziału pracy w skali globalnej.
Źródło ilustracji: pexels.com

