Jaki jest fundamentalny, deklarowany cel wszechobecnego w aktualnej polityce oraz działalności organizacji międzynarodowych i państwowych programu zrównoważonego rozwoju? W opublikowanym w 1987 roku Raporcie Światowej Komisji ds. Środowiska i Rozwoju pt. Nasza wspólna przyszłość (Our Common Future) napisano:
Zrównoważony rozwój to rozwój, który zaspokaja potrzeby teraźniejszych pokoleń bez narażania zdolności przyszłych pokoleń do zaspokojenia ich własnych potrzeb.(s. 41)
Na pierwszy plan wysuwa się tu zatem postulat solidarności międzypokoleniowej: nie mamy moralnego prawa obciążać przyszłych pokoleń kosztami naszej nadmiernej, aktualnej konsumpcji. Stoi za tym przekonanie, że zbyt gwałtowny wzrost gospodarczy mógłby doprowadzić do eksploatacji zasobów naturalnych (i być może także kapitału społecznego, kapitału ludzkiego oraz dóbr kapitałowych), wskutek czego „ci, którzy przyjdą po nas” nie będą mogli żyć tak dostatnio jak my. W związku z tym musimy ograniczyć tempo bieżącego wzrostu gospodarczego do akceptowalnego poziomu.
O dziwo (a może właśnie spodziewanie?), logika ta nie jest widoczna w kontekście decyzji podejmowanych przez polityków w obszarze finansów publicznych. Zgodnie z danymi dostępnymi na stronie Ministerstwa Finansów, dług publiczny Rzeczypospolitej Polskiej na przestrzeni ostatnich dekad systematycznie rośnie (zob. Wykres 1.):
Wykres 1. Zadłużenie sektora finansów publicznych w Polsce. Źródło: https://www.gov.pl/web/finanse/zadluzenie-sektora-finansow-publicznych
Biorąc pod uwagę trendy demograficzne (niska dzietność, starzejące się społeczeństwo), oznacza to zarazem wzrost zadłużenia per capita: każdy polski podatnik ma na głowie coraz większy dług – zaciągany na niego przez osoby stojące na czele aparatu państwa.
I tak, jeśli podzielimy aktualne (2025 r.) zadłużenie sektora finansów publicznych (1 713,3 mld zł) przez liczbę mieszkańców Polski (37 mln), okazuje się, że nominalne zadłużenie przypadające na mieszkańca wynosi obecnie ok. 46 305 zł. Polska jest tu oczywiście tylko jednym z przykładów, a nie wyjątkiem – podobne zjawisko możemy zaobserwować w wielu innych państwach.
Można zapytać: co to ma wspólnego z przyszłymi pokoleniami? W końcu, jak głosił znany ekonomista o socjalistyczno-keynesowskich sympatiach, Abba Lerner, (wewnętrzny) dług publiczny nie jest problemem, bo „jesteśmy go winni samym sobie”: obywatele są wprawdzie obciążeni kosztami spłaty długu, ale przecież także czerpią korzyści ze wzrostu wydatków publicznych (przeznaczanych na infrastrukturę, opiekę zdrowotną, zasiłki itd.)[1].
Inaczej na ten problem patrzył ekonomista o zdecydowanie bardziej prorynkowych inklinacjach, James M. Buchanan. To w dużej mierze dzięki niemu do debaty publicznej trafił argument mówiący o tym, że zadłużenie publiczne obciąża przyszłe pokolenia[2]. Biorąc bowiem pod uwagę kruchość i „krótkość żywota” ludzkiego, nietrudno dostrzec, że beneficjenci aktualnych wydatków rządowych są inną grupą społeczną niż osoby, które dopiero za kilka lat lub dekad wkroczą w dorosłość i wejdą na rynek pracy, spłacając za pośrednictwem pobieranych od nich podatków zaciągnięty wcześniej dług publiczny.
Wygląda jednak na to, że ci sami politycy, którzy mają na ustach hasła zrównoważonego rozwoju (sustainable development), nie mają zwykle problemu z uchwalaniem niezrównoważonego budżetu (unbalanced budget), mimo że w obu przypadkach decyzje publiczne w znacznej mierze dotyczą losu przyszłych pokoleń – nieuczestniczących jednak w procesie ich aktualnego podejmowania. Warto zauważyć, że ograniczanie obecnego wzrostu gospodarczego może nawet utrudniać spłatę długu przez obecne pokolenia, co tym bardziej uderzy w te przyszłe. Politycy, inspirowani ideą zrównoważonego rozwoju, dążą więc do zapobiegania potencjalnym szkodom wobec przyszłych pokoleń (których nota bene skalę trudno ocenić, biorąc pod uwagę choćby dynamikę i nieprzewidywalność rozwoju technologicznego, mogącego „rekompensować” koszty środowiskowe), jednocześnie aktywnie przyczyniając się do obciążania ich zobowiązaniami fiskalnymi, które są oczywiste, mierzalne i nieuniknione. Jak wyjaśnić tę sprzeczność?
Jeśli posłużymy się ramami interpretacyjnymi zaproponowanymi przez jednego z pionierów teorii wyboru publicznego (ekonomicznej analizy polityki), Anthony’ego Downsa, odpowiedź narzuca się sama. Budując swoją teorię demokracji, Downs postulował, by do analizy procesów politycznych wykorzystać założenia podobne do tych, które przyjmujemy w standardowej (a zatem „neoklasycznej”) analizie ekonomicznej[3]. Ściślej rzecz biorąc, zbudował on model funkcjonowania sfery politycznej opierający się na założeniu, że jednostka to homo oeconomicus („człowiek ekonomizujący”). W tej perspektywie ani partie polityczne, ani „rząd” nie są dobroczynnymi ciałami kolektywnymi działającymi na rzecz dobra wspólnego, lecz organizacjami składającymi się z jednostek, które – zarówno w sferze prywatnej, jak i publicznej – dążą przede wszystkim do realizacji własnych interesów, tj. maksymalizacji bogactwa, prestiżu i władzy.
Wyjaśnienie, którego mógłby dostarczyć model Downsa, sugerowałoby więc, że zarówno retoryka zrównoważonego rozwoju, jak i praktyka niezrównoważonego budżetu służą temu samemu celowi: maksymalizacji osobistych korzyści z uczestnictwa w procesie podejmowania decyzji publicznych. Partie rządzące mają oczywiste bodźce do wdrażania programów spełniających oczekiwania bieżących pokoleń – to one bowiem mają aktualnie prawa wyborcze i zadecydują o ich ewentualnej reelekcji. Z tego powodu korzystny politycznie jest dla nich wzrost wydatków publicznych. Tendencję tę nasila zjawisko, które możemy nazwać altruizmem politycznym. Jak zauważa w Micie racjonalnego wyborcy współczesny amerykański ekonomista, Bryan Caplan, w polityce łatwo kierować się altruizmem: jego koszty ponoszą bowiem inni. Dlatego też rozmaite programy socjalne często popierają osoby, które nie są ich bezpośrednimi beneficjentami. Wyborca dokonuje „dobrego uczynku”, oddając głos na „altruistycznych” polityków, którzy z kolei dokonują „dobrych uczynków” pieniędzmi podatników[4]. Wydaje się, że podobnie politycy mogą wykorzystywać – skądinąd szlachetne – hasło troski o zrównoważony rozwój.
Planowanie wydatków publicznych ponad wielkość wpływów budżetowych stało się permanentnym zjawiskiem w skali ogólnoświatowej. Według Buchanana (zdeklarowanego demokraty) to demokracja w połączeniu z upowszechnieniem keynesizmu przyczyniła się do rozpadu dawnych reguł odpowiedzialności fiskalnej i wytworzenia systematycznej tendencji do wzrostu zadłużenia publicznego, którego kosztami będą obarczone przyszłe pokolenia. Czy można trwale zapobiec temu problemowi? W tym celu Buchanan postulował wprowadzenie konstytucyjnego wymogu zrównoważonego budżetu, a więc zakazu uchwalania budżetu z deficytem. Ale czy etyka ma szansę wygrać z logiką hominis oeconomici w sferze polityki?
Źródło ilustracji: pixabay


Jakieś 10 lat temu Marek Belka, ówczesny prezes NBP, zapytany o to, gdzie jest granica, do której państwa mogą się zadłużać, odrzekł: "Nie ma takiej granicy". Bronił wtedy tezy, że to banki centralne uratowały świat przed kryzysem 2.0
Odpowiedz