Źródło: The Misesian, November/December 2025, s. 20-25.
Tłumaczenie: Jakub Juszczak
Artykuł ten powstał na podstawie wykładu wygłoszonego podczas szczytu sympatyków w 2025 r. w Delray Beach na Florydzie.
Chciałbym zacząć to wystąpienie od szczerego wyznania: uwielbiam spadające ceny. Uwielbiam deflację. Chciałbym, żeby wszystkie ceny spadły do pięciu centów.
To zdanie zapożyczyłem od Murraya Rothbarda. Nie inflacji powinniśmy się obawiać, lecz czegoś związanego z jej przeciwieństwem — deflacjofobii, czyli strachu przed spadkiem cen. Powinniśmy obawiać się deflacjofobii, ponieważ prowadzi ona do bardzo niebezpiecznej polityki pieniężnej: tzw. realizacji celu inflacyjnego.
Zacznę więc od kilku faktów dotyczących deflacji jako zjawiska ekonomicznego.
W dzisiejszym świecie deflacja to słowo oznaczające ogólny spadek cen i będę go używał w tym znaczeniu, mimo że nie jest to właściwie właściwy sposób zastosowania terminu „deflacja”. Powinien on być używany wyłącznie w odniesieniu do spadku podaży pieniądza. Spadające ceny są naturalnym skutkiem rozwoju gospodarki kapitalistycznej, w której jako pieniądz wykorzystuje się towar rynkowy, taki jak złoto.
Deflacjafobia odnosi się do zaburzenia poznawczego, w którym wiele osób, zwłaszcza ekonomistów, obawia się deflacji, ponieważ uważają ją za zjawisko szkodliwedla gospodarki.
Deflacja naturalna, którą nazywam także deflacją wzrostową, wynika z postępu technologicznego i rosnących inwestycji kapitałowych, które wprowadzają na rynek nowe produkty i obniżają koszty produkcji dóbrjuż istniejących. Skutkiem tego jest wzrost podaży zarówno nowych, jak i istniejących dóbr w gospodarce. Ponieważ w systemie standardu złota podaż pieniądza rośnie bardzo powoli[1], gwałtownie rosnąca podaż dóbr powoduje stopniowy spadek cen. Naturalna deflacja (czyli spadek cen) rozprzestrzenia się z powodu wzrostu podaży towarów, a tym samym rozprzestrzenia korzyści płynące ze wzrostu gospodarczego w całej gospodarce. Dzieje się tak, ponieważ spadające ceny zwiększają siłę nabywczą wszystkich wynagrodzeń, czynszów, odsetek i emerytur, nawet jeśli ich nominalna kwota nie ulega zmianie w danym czasie.
Z drugiej strony inflacja monetarna zapobiega naturalnemu spadkowi cen i kieruje większość dodatkowych dóbr do podmiotów, które otrzymują nowe pieniądze zanim większość cen wzrośnie. Należą do nich federalni urzędnicy, pracownicyrządowi, duże instytucje finansowe oraz beneficjenci pomocy społecznej dla przedsiębiorstw i osób fizycznych. Wszystkie te grupy otrzymują łupy, czyli większość nowych dóbr, które są produkowane w postępowej gospodarce kapitalistycznej. Tymczasem niewiele pozostaje dla produktywnych pracowników i przedsiębiorców, którzy nie otrzymują nowych pieniędzy od razu.
Deflacja idzie zatem w parze ze wzrostem gospodarczym oraz ogólnym wzrostem dochodów i poziomu życia. Ilustrują to doświadczenia Stanów Zjednoczonych z XIX wieku. W latach 1819–1860 ogólny poziom cen obniżył się o połowę, a dokładniej spadły one o 53%.
W latach 1870–1898 ceny ponownie spadły o prawie połowę. W tym okresie Stany Zjednoczone przeżywały swoją najlepszą dekadę wzrostu gospodarczego, wynoszącego prawie 4% rocznie. Były to lata 80. XIX wieku. W tym czasie gospodarka amerykańska przekształciła się z rolniczej w przemysłową.
W tym okresie ceny hurtowe również spadły o 34%. Każdego roku spadały średnio o prawie 2%. Ceny konsumpcyjne spadły średnio o 47%, czyli prawie 2,5% rocznie. Realny produkt krajowy brutto, czyli całkowita produkcja gospodarki, wzrastał o 4,5% rocznie, a część dodatkowych dóbr stanowiły dobra kapitałowe. Reszta to były dobra konsumpcyjne. Tak więc konsumpcja na mieszkańca wzrosła o 2,3% rocznie.
Jednak deflacja przynosiła korzyści nie tylko w XIX wieku. Procesy deflacyjne przyniosły również ogromne korzyści gospodarstwom domowym i przedsiębiorstwom w ramach obecnego standardu dolara fiducjarnego obecnego w ostatnich dziesięcioleciach, mimo że ich naturalny przebieg wzrostu został częściowo i celowo zahamowany przez inflacyjną politykę pieniężną Fed.
Podam tu trzy przykłady: komputery, telewizory i telefony komórkowe.
Weźmy na przykład komputer typu mainframe firmy IBM. W 1961 roku kosztował on 2,9 miliona dolarów. Ważył 10,4 tony i zajmował całe pomieszczenie. Dzisiaj laptop kosztuje średnio od 500 do 1000 dolarów i jest od 30 000 do bilionów razy szybszy, a także ma więcej pamięci niż starszy komputer mainframe IBM. W latach 1980–1999 ceny komputerów osobistych spadły o 90%, a mimo to branża przeżywała gwałtowny wzrost. W 1980 roku sprzedano zaledwie 750 000 komputerów osobistych. W 1999 roku sprzedano 113 milionów, a w 2024 roku 407 milionów.
Ceny spadły, zyski wzrosły, na rynek weszły nowe firmy, a produkcja ogromnie się zwiększyła, podnosząc siłę nabywczą naszych dolarów w odniesieniu do ilości komputerów. Cena za megabajt pamięci komputerowej wynosiła 411 milionów dolarów w 1957 roku. Szybko spadła do 5,2 miliona dolarów w 1960 roku. W 2014 roku wynosiła jeden cent za megabajt, a dziś to dwie dziesiąte centa. To fantastyczne, niemal cudowne. Nie żartowałem, kiedy mówiłem, że chcę, aby wszystkie ceny spadły do pięciu centów, a może nawet niżej.
Weźmy teraz pod uwagę telewizory. Obserwujemy stałą deflację w tym sektorze, gdzie w każdym roku od 2000 do 2021 r. ceny spadały o ponad 10%, a nawet do 25%. Według Bureau of Labor Statistics, ceny telewizorów w 2025 roku są o ponad 99% niższe niż w 1950 roku, przy średniej stopie inflacji wynoszącej 6,56% rocznie. Telewizory, które w 1950 roku kosztowały 1000 dolarów, w 2025 roku kosztowałyby 6,19 dolara, o ile udałoby się je znaleźć w sprzedaży.
Pomimo corocznego spadku cen telewizorów, branża telewizyjna odnotowała ogromny wzrost. W 2002 roku szacowana globalna sprzedaż wyniosła 150 milionów sztuk dla telewizorów o średniej przekątnej ekranu 27 cali. Liczba ta znacznie wzrosła pomimo spadających cen — a może właśnie dzięki spadkowi cen i kosztów — ponieważ ludzie kupowali więcej telewizorów o lepszej jakości. Do 2021 roku szacowana globalna sprzedaż wyniosła 221 milionów sztuk dla telewizorów o średniej przekątnej ekranu wynoszącej 50 cali. To dwukrotny wzrost. Nastąpiła więc ogromna poprawa jakości, a także ogromny spadek cen.
A co z cenami telefonów komórkowych? Brick (znany również jako DynaTAC), pierwszy telefon komórkowy wyprodukowany przez Motorolę, kosztował 3995 dolarów. Ceny tego produktu również szybko spadły. W 1996 roku nowy model Motoroli StarTAC był sprzedawany za 1000 dolarów. iPhone został wprowadzony na rynek w 2007 roku po cenie 499 dolarów, ale miał tylko cztery gigabajty pamięci. Dzisiaj nowo wprowadzony iPhone 17 kosztuje od 799 dolarów i ma 256 gigabajtów pamięci.
Pamiętajmy, że skumulowanainflacja w latach 2000–2021 wyniosła 65,5%, a wzrost ten odczuło wiele branż. Koszty opieki nad dziećmi wzrosły o około 112%; usługi medyczne — o 123%; usługi szpitalne — o 211%.
Jednak naturalne czynniki deflacyjne dynamicznej gospodarki kapitalistycznej nadal działały i zwiększały naszą siłę nabywczą w odniesieniu do cen niektórych towarów. Ceny usług telefonii komórkowej spadły o 40%; oprogramowania komputerowego o 72%; telewizorów o 97%; zabawek o 73%.
Jak widać, proces deflacji nadal trwa. Gospodarka kapitalistyczna jest mechanizmem, który powoduje spadek cen, a tym samym zwiększa realne dochody — przynajmniej o tyle, o ile nie jest on niwelowany przez inflacyjną politykę pieniężną.
Dlaczego więc ekonomiści obawiają się spadku cen? Ich analiza inflacji i deflacji opiera się na błędnym założeniu. Tym założeniem jest tak zwany ogólny poziom cen. Nie ma czegoś takiego jak poziom cen. Istnieją jedynie indywidualne ilości pieniądza i dóbr wymieniane przez dwie konkretne strony w danychmomentach w czasie.
Jak napisał Mises w Ludzkim działaniu, „Cena rynkowa to realne zjawisko historyczne, stosunek między określonymi ilościami dwóch określonych dóbr wymienionych przez dwie osoby w określonym miejscu i czasie”[2].
Każda wymiana rynkowa i każda cena jest wydarzeniem historycznym, podobnie jak wojna, wybory polityczne czy mecz piłki nożnej. Ekonomista nie może pominąć unikalnych cech milionów poszczególnych transakcji rynkowych i cen w ich ramach zawieranych, a następnie zebrać wszystkie ceny razem i uśrednić je w jeden ogólny wskaźnik.
Wyobraź sobie historyka, który próbowałby mówić o przeciętnej wojnie lub przeciętnych wyborach. Uznalibyśmy go za szaleńca. Cóż, to samo dotyczy ekonomisty mówiącego o poziomie cen, który jest średnią wszystkich tych różnych poszczególnych cen.
Pieniądz
Główny nurt ekonomii opiera koncepcję poziomu cen na fałszywej i mylącej analogii. Dla nich inflacja przypomina poziom wody w szklance, który podnosi się natychmiastowo i proporcjonalnie w miarę wlewania do niej większej ilości wody — symbolizującej pieniądze — by ostatecznie ustabilizować się na wyższym, równym poziomie.
Austriaccy ekonomiści — a w szczególności jeden, obecnie nieco zapomniany, bliski „Austriakom” ekonomista Arthur Marget, piszący w latach 30. i 40. — zaproponowali znacznie lepszą i dokładniejszą analogię. Inflacja przypomina rój pszczół, który unosi się wyżej, podczas gdy poszczególne pszczoły wznoszą się w różnym czasie i zmieniają pozycje względem siebie.
Tak więc, gdy do gospodarki wprowadzane są nowe pieniądze, z czasem wpływają one stopniowo na poszczególne ceny. Niektóre ceny rosną bardziej niż inne, a inne mogą spaść w stosunku do reszty. Ceny zmieniają się względem siebie, podobnie jak poszczególne pszczoły w roju, poruszające się razem w górę i w dół.
Ceny sprzedaży niektórych osób, w tym ich wynagrodzenia, nie rosną tak bardzo lub nie rosną od razu — rosną dopiero w późniejszym etapie tego procesu, ponieważ nowe pieniądze nie są wydawane na towary i usługi, które pomagają one wytwarzać i sprzedawać. W międzyczasie jednak ceny towarów, które kupują, mogą gwałtownie rosnąć, zmniejszając w ten sposób siłę nabywczą ich dochodów.
Tak więc fałszywa analogia między rzeczywistymi cenami a abstrakcyjnym ogólnym poziomem cen prowadzi do niebezpieczeństw związanych z deflacjofobią.
To właśnie błędne przekonanie dotyczące poziomu cen sprawia, że ekonomiści obawiają się deflacji i opowiadają się za polityką realizacji celu inflacyjnego. Gdyby bowiem wszystkie ceny i płace rosły równomiernie i proporcjonalnie do wzrostu podaży pieniądza, inflacja byłaby nieszkodliwa.
Jeśli Twoje wynagrodzenie i dochody rosną tak szybko, jak ceny, to na niczym nie tracisz. Jedynymi osobami, które mogą ucierpieć w tym procesie, są ci, którzy naliczali odsetki od udzielonych pożyczek i nie przewidzieli wzrostu inflacji. Deflacja natomiast okazuje się szkodliwa, a nawet może mieć katastrofalne skutki dla całej gospodarki. Zwłaszcza może tak być gdydy ceny, a zwłaszcza stawki płac, osiągną pewien poziom, utknęły w miejscu lub nawet zamarzły. Zamiast więc spadku cen i płac następuje spadek zatrudnienia i produkcji, a w konsekwencji pojawia się recesja lub depresja. To tak, jakby woda w szklance zamarzła na obecnym poziomie. Każda próba obniżenia jej poziomu powoduje jedynie pęknięcie lub rozbicie szklanki, co stanowi analogię do depresji lub recesji.
Tak więc deflacjafobia to w rzeczywistości dezorientacja poznawcza ekonomistów, wprowadzanych w błąd innych poprzez fałszywą analogię a którzy potrafią pojąć prawdziwej natury i funkcji naturalnej deflacji w postępowej gospodarce kapitalistycznej.
Prawdziwym i aktualnym zagrożeniem dla naszej gospodarki jest obecnie poparcie ekonomistów dla realizacji tzw. celów inflacyjnych, czyli polityki celowego zwiększania podaży pieniądza i obniżania wartości dolara, aby za wszelką cenę uniknąć deflacji.
Jak wiele lat temu zauważył Mises, „polityka pieniężna” to po prostu eufemizm oznaczający celową inflację. Polityka pieniężna ma na celu zmniejszenie siły nabywczej dolara w porównaniu z tym, jaka byłaby ona w gospodarce kapitalistycznej. A strach przed deflacją wydaje się być chorobą postępującą, ponieważ niektórzy wybitni ekonomiści wzywają obecnie do podwyższenia stopy inflacji z 2% do 4% rocznie.
Gdyby inflacja wynosiła 4% rocznie przez 10 lat, ceny byłyby o 50% wyższe, a za dolara można by kupić towary o wartości zaledwie 67 centów w porównaniu z dzisiejszą wartością. Za 20 lat ceny byłyby o 119% wyższe — wzrosłyby ponad dwukrotnie. A za dolara można by kupić tylko 45% towarów, które można kupić dzisiaj.
Na zakończenie przytoczę artykuł opublikowany w zeszłym roku w Wall Street Journal zatytułowany „Amerykanie naprawdę, naprawdę nienawidzą inflacji — i to jest duży problem dla Fed”.
Zgadzam się. W artykule cytowani są znani ekonomiści, którzy popierają wyższy cel inflacyjny, ale nie wierzą, że Fed kiedykolwiek go wdroży do realizacji, ponieważ społeczeństwo amerykańskie by tego nie zaakceptowało.
Cytowani są również ekonomiści, którzy z nostalgią mówią o tym, jak wspaniale byłoby, gdybyśmy mogli podnieść cel inflacyjny do 4% lub 5%, ponieważ wtedy Fed miałby większe pole manewru do celów obniżenia stóp procentowych w przypadku recesji lub depresji.
Naprawdę? Mises już wiele, wiele lat temu opisał i przeanalizował te zjawiska kosztów, wykazując, że inflacja oddziałuje na gospodarkę stopniowo, a ceny zmieniają się względem siebie w odmienny sposób. Niektórzy na tym zyskują — ci, którzy jako pierwsi otrzymują nowy pieniądz — podczas gdy inni ponoszą straty.
Podsumowując, naturalna deflacja jest cechą charakterystyczną dynamicznej gospodarki kapitalistycznej, produkującej coraz szerszy asortyment towarów w coraz większych ilościach. Nagradza ona tych, którzy uczestniczą we wzroście gospodarczym większymi realnymi dochodami i wyższym standardem życia — dokładnie tak, jak widzieliśmy w przypadku komputerów, telewizorów i telefonów komórkowych. Strach przed deflacją prowadzi do wprowadzania „polityki pieniężnej”, która jest po prostu synonimem celowego podnoszenia cen i obniżania siły nabywczej naszego dolara.
Źródło ilustracji: pixabay.
