Wspieraj Instytut Misesa w 2025 roku!
19 2130 0004 2001 0253 7975 0001
Powrót
Handel zagraniczny

Sieroń: Czy powinniśmy bać się deficytu handlowego?

0
Arkadiusz Sieroń
Przeczytanie zajmie 16 min
Sieroń_Czy-deficyty-handlowe-są-szkodliwe
Pobierz w wersji
PDF
  • Niektórzy politycy (np. Trump) uważają deficyt handlowy za zagrożenie.  
  • Niesłusznie. Import nie pomniejsza bezpośrednio PKB. 
  • Deficyt handlowy również nie zmniejsza poziomu produkcji. 
  • Deficyt handlowy oznacza nadwyżkę kapitałową. 
  • Jeśli ten napływ kapitału zostanie niewłaściwie wykorzystany, to może prowadzić do kłopotów – tak samo jak nierozsądnie użyte zadłużenie. Deficyt handlowy jest wtedy jedynie symptomem problemów. 
  • Nie jest to więc problem, który trzeba rozwiązać przy pomocy ceł. Zresztą nie ma dowodów, że cła są w stanie zmniejszyć deficyty handlowe. Za to zarówno teoria, jak i empiria pokazuje, że negatywnie wpływają one na gospodarkę. 
  • Stany Zjednoczone utrzymują deficyt od kilkudziesięciu lat, co niekoniecznie oznacza słabość gospodarki czy bycie wykorzystywanym przez inne kraje. Deficyt utrzymuje się ze względu na rolę dolara jako waluty rezerwowej oraz ze względu na fakt, że USA stanowią atrakcyjne miejsce do inwestowania.  
  • Przekonanie o szkodliwości deficytu handlowego wynika z myślenia agregatowego („państwa handlują ze sobą”), nadmiernego skupiania się na eksporcie (w rzeczywistości eksport jest środkiem do celu w postaci importu) i na arbitralnie wybranej połowie dokonywanych transakcji.  
  • Mit deficytu handlowego wynika również z wiecznie żywego merkantylizmu (pieniądze są bogactwem) oraz z mylenia obrazu księgowego z rzeczywistością ekonomiczną. 

 

1. Wprowadzenie 

New York Times prowadził swego czasu rozbudowaną listę osób, rzeczy i miejsc,  
o których Donald Trump wypowiedział się niepochlebnie. Choć nie ma go na tej liście, nie ulega wątpliwości, że prezydent USA nienawidzi deficytu handlowego swego kraju. Uznał go nie tylko źródło osłabienia przemysłu krajowego, ale wręcz za zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego, czym uzasadniał wprowadzenie ceł na różne kraje, w tym nawet te zamieszkane wyłącznie przez pingwiny.   

 Obraz zawierający tekst, ptak, ptak wodny, pingwin

Zawartość wygenerowana przez AI może być niepoprawna.

Rysunek 1: Prezydent Trump wypowiada wojnę handlową Zjednoczonemu Królestwu Pingwinów;  
Źródło: https://www.onet.pl/styl-zycia/iwona-zielinska-sasiada/donald-trump-kontra-pingwiny-nowe-cla-na-lod-w-swiecie-polityki-czasem-trudno/6kw113r,30bc1058  

W tym artykule nie będę szczegółowo analizował polityki handlowej Trumpa. Zamiast tego wyjaśnię, dlaczego błędne jest postrzeganie deficytu handlowego jako czegoś z konieczności negatywnego dla krajowej gospodarki.   

2. Czy import bezpośrednio pomniejsza PKB? 

Zanim przejdę do szczegółowej analizy deficytu handlowego, pochylę się nad jednym z ważniejszych źródeł uprzedzenia względem niego, a mianowicie nad przekonaniem, że import pomniejsza PKB. 

Nieporozumienie wynika z niefortunnego sposobu przedstawiania równania PKB. Podręcznikowe ujęcie jest następujące:  

 

PKB = Konsumpcja + Inwestycje + Wydatki Rządowe + Eksport – Import 

 

Czy nie jest to oczywiste? Widać czarno na białym, że eksport powiększa PKB, zaś import je pomniejsza, w końcu jest ze znakiem minus. Deficyt handlowy to nadwyżka importu nad eksportem, zatem również zmniejsza produkcję. Prezydent Trump i jego akolici mają rację – można się rozejść.  

Nie tak szybko! PKB mierzy przecież wartość produkcji krajowej. Import, czyli produkcja zagraniczna, nie jest tutaj w ogóle uwzględniany. To dlaczego widzimy go w równaniu? Wynika to z tego, że gdy mierzymy wydatki na konsumpcję, inwestycje i wydatki rządowe, to uwzględniamy w nich wszystkie dobra i usługi: zarówno krajowe, jak i zagraniczne. Gdy w Polsce kupuje się japońskie auta, niemieckie maszyny przemysłowe czy amerykańskie czołgi, to wrzucane są one do jednego worka razem z wydatkami (konsumpcyjnymi, inwestycyjnymi i rządowymi) na dobra i usługi wyprodukowane w Polsce. Przy mierzeniu wydatków, trudno oddzielić wydatki na krajowe i importowane dobra, dlatego zliczane są wszystkie razem, a potem odejmuje się od nich import, tak aby została nam finalnie krajowa produkcja.  

Aby to zrozumieć, zapiszmy PKB w bardziej zdezagregowany sposób. 

 

PKB = Konsumpcja krajowa + Konsumpcja zagraniczna + Inwestycje krajowe + Inwestycje zagraniczne + Wydatki rządowe krajowe + Wydatki rządowe zagraniczne + Eksport – Import  

 

Zdefiniujmy Import jako Konsumpcję zagraniczną + Inwestycje zagraniczne + Wydatki rządowe zagraniczne. Wtedy równanie można zapisać  
następująco: 

 

PKB = Konsumpcja krajowa + Inwestycje krajowe + Wydatki rządowe krajowe + Eksport + Import – Import  

 

Jak teraz jasno widać, import jest najpierw dodawany (tak łatwiej mierzyć wydatki) – tylko że uwzględniony jest w innych elementach równania – a potem jest odejmowany. Zatem tak naprawdę nie ma go w PKB (albo jest on dla niego neutralny). 

Nie jesteście ciągle przekonani? To dla pełnej jasności rozważmy jeszcze nierealistyczny przypadek bazy na Marsie, która byłaby w 100% zależna od importu z Ziemi (przykład zaczerpnąłem od Noaha Smitha). Załóżmy, że w ciągu roku niczego ona nie produkuje, ale konsumuje importowane towary o wartości $400 mln. Czy gospodarka ma się świetnie, tylko wyniszcza ją ten okropny deficyt handlowy?  

 Obraz zawierający tekst, niebo, zrzut ekranu, pustynia

Zawartość wygenerowana przez AI może być niepoprawna.

Rysunek 2: Gospodarka Marka Watneya;  
Źródło: Opracowanie własne na bazie https://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:PIA23302-FirstHumansOnMars-ArtistConcept.jpg 

Nie, właściwsze jest stwierdzenie, że trudno mówić o gospodarce marsjańskiej – przynajmniej pod względem produkcji. Policzmy może PKB, podstawiając liczby do naszego zdezagregowanego równania z poprzedniej strony: 

 

PKB = 0 + 400 + 0 + 0 + 0 + 0 + 0 – 400 = 0 

  

A co się stanie, gdy import i ten straszny deficyt handlowy podwoi się do $800 mln?  

 

PKB = 0 + 800 + 0 + 0 + 0 + 0 + 0 – 800 = 0 

  

Nic. Jak widać, PKB się nie zmieniło. Nic dziwnego: import nie zmniejsza PKB,  
a deficyt handlowy nie zubaża kraju! 

3. Czy import i deficyt handlowy pośrednio uderzają w gospodarkę? 

Dobrze, import i deficyt handlowy nie pomniejszają automatycznie PKB, ale przecież pieniądze wydane na zagraniczne dobra mogłyby zostać wydane na dobra i usługi w ojczyźnie i wspierać tym samym krajową produkcję, prawda? Czy nie jest tak, że gdy mamy deficyt w handlu, to tracimy pieniądze na rzecz innych państw?  

Cóż, nie. Jest to merkantylistyczne myślenie, które ekonomiści już dawno temu obalili. Przeanalizujmy wszystkie błędy zawarte w tym podejściu.  

3.1. Błąd myślenia agregatowego 

Po pierwsze, powinniśmy pamiętać, że bilans handlowy stanowi statystyczną wypadkową dobrowolnych działań jednostek i firm działających na rynku. Zarówno eksporterzy, jak i importerzy handlują dla zysku. Tylko kupują i sprzedają dobra w różnych miejscach. Dlaczego zatem tylko eksport miałby być korzystny dla gospodarki? Ludzie zawierają transakcje, aby poprawić swoją sytuację. Jeśli kupuję japoński aparat fotograficzny, to dlatego, że jest dla mnie cenniejszy od płaconej kwoty. Deficyt handlowy rośnie, ale co z tego, skoro obie strony transakcji na niej skorzystały?  

Myślenie w kategoriach państw zaciemnia tę fundamentalną prawdę. Aby to sobie uzmysłowić, załóżmy, że Dolny Śląsk ma deficyt handlowy z Podlasiem, ponieważ „importuje” z niego mnóstwo miodu pitnego. Czy powinien wprowadzić cła, aby chronić swoją gospodarkę?  

Co więcej, ja utrzymuję chroniczny deficyt handlowy z osiedlową piekarnią! Całkowicie mi to jednak odpowiada, bo chleb jest dla mnie cenniejszy od tych kilku złotych (dla piekarni jest na odwrót) – dlatego go w niej kupuję. I wolałbym jednak świat bez ceł na chleb, bo – tak między nami – uważam, że już jest dostatecznie drogi. Właściwie muszę się przyznać – nie mówcie Trumpowi – że mam deficyt handlowy w każdym sklepie, w którym wydaję pieniądze; jedynie z moim pracodawcą mam nadwyżkę handlową.  

3.2. Błąd przeceniania eksportu 

Widać teraz też wyraźnie, że moim celem jest posiadanie deficytu handlowego. Pracuję po to, aby konsumować. Innymi słowy: eksportuję moją usługę pracy, dzięki czemu mam statystyczną nadwyżkę handlową z pracodawcą, aby importować od innych sprzedawców różne dobra i usługi.  

Ten, tak fetyszyzowany przez niektórych, eksport jest tylko środkiem do importu. Mówiąc szczerze, gdybym mógł, to chciałbym zachować mój import bez konieczności chodzenia do pracy i eksportowania moich usług pracowniczych. Tak samo byłoby miło, gdyby Chińczycy i Japończycy wysyłali do Polski różnego rodzaju dobra i nie żądali niczego w zamian, nawet jeśli oznaczałoby to wzrost deficytu handlowego, prawda?  

Jak już dawno temu pisał Bastiat w „Bilansie handlowym”, istnieje bardzo prosty sposób na poprawę bilansu handlowego. Wystarczy zatapiać wszystkie statki wracające do macierzystego portu z importowanymi towarami. Dostarczyły eksportowane dobra zagranicznym kontrahentom, więc odnotujemy eksport, za to importu już nie zarachujemy. Voilà, oto przepis na osiągnięcie przez naród bogactwa!  

Eksport jest środkiem do importu, ale oczywiście nie płacimy bezpośrednio eksportowanymi dobrami za te importowane. Nie żyjemy w barterze, lecz  
w gospodarce monetarnej, w której za dobra płaci się pieniędzmi. Piszę o tym, bo z jakichś przyczyn uwaga skupia się na eksporcie towarów. Gdy płacę za chleb  
6 zł, to mam z piekarnią deficyt handlowy (bo zaimportowałem chleb, a nie wyeksportowałem żadnego innego towaru), ale jednocześnie statystycznie mam „nadwyżkę pieniężną”, gdyż wyeksportowałem więcej pieniędzy do piekarni niż ona do mnie. Piekarnia ma sytuację odwrotną, czyli nadwyżkę handlową oraz deficyt pieniężny. Jeśli wydaje wam się dziwne, że nabycie potrzebnych dóbr określa się mianem deficytu handlowego, zaś ich sprzedaż nadwyżką handlową, to macie rację. Niemniej wszystko się bilansuje! 

3.3. Błąd pomijania bilansu kapitałowego 

Przechodzimy tym samym do kluczowej kwestii. Bilans handlowy pokazuje jedynie wycinek rzeczywistości, jest tylko częścią bilansu płatniczego. Bilansu płatniczego, który jest zawsze zbilansowany, zgodnie z zasadą podwójnego zapisu księgowego1. Gdy Joe z Teksasu kupuje toyotę za $30 tys. to w amerykańskim bilansie płatniczym bilans handlowy ma debet z powodu importu auta, ale za to  
w bilansie kapitałowym widnieje kredyt w postaci wzrostu aktywów zagranicznych („eksport” depozytu bankowego w związku z zaksięgowaniem środków Joe’a na koncie Toyoty w amerykańskim banku).  

Wszystko jest jak na razie zbilansowane. Co dalej? Toyota ma teraz kilka opcji. Może dolary wymienić na jeny, ale wtedy ich sprzedawca ma dolary, z którymi może zrobić kilka rzeczy. Może je zostawić na koncie albo wypłacić i trzymać fizyczną gotówkę, ale nie bardzo wiadomo, dlaczego miałaby to robić – w każdym razie nie byłby to problem ani dla Joe’a ani dla USA (ostatecznie za zielone papierki po kraju jeździ nowe auto, a deficyt handlowy byłby zrównoważony w bilansie płatniczym zmianą w wielkości rezerw dolarowych). Może kupić za nie jakieś amerykańskie dobra – wtedy również nie będzie problemu, bo nie będzie deficytu. Wreszcie, jeśli nie chce amerykańskich towarów albo usług, może zainwestować je w aktywa finansowe denominowane w dolarach (np. w obligacje skarbowe, akcje amerykańskich przedsiębiorstw, nieruchomości w Teksasie). 

Jasno teraz widać, że deficyt handlowy implikuje nadwyżkę na rachunku kapitałowym (czyli napływ kapitału netto – więcej kapitału napływa do kraju niż z niego wypływa). Jeśli Ameryka ma deficyt handlowy z Japonią, to znaczy, że Japończycy trzymają dolary albo inwestują je w amerykańskie aktywa denominowane w dolarach. Dlaczego? Skoro Amerykanie kupili od Japończyków więcej dóbr niż Japończycy od Amerykanów, to Japończykom zostały dolary otrzymane w ramach zapłaty. Gdyby wszystkie te dolary wydali na amerykańskie dobra, to Japonia nie miałyby nadwyżki handlowej, a Amerykanie deficytu. 

Nie ma jednak powodu oczekiwać, że Japończycy (albo Chińczycy) wydadzą dokładnie taką samą kwotę na amerykańskie dobra co Amerykanie na towary wyprodukowane w Japonii (Chinach). Skoro tak i część tych dolarów Azjaci nie wydają na towary, to znaczy, że wolą je jakoś inaczej spożytkować. Na przykład kupując amerykańskie aktywa. Innymi słowy, jeśli Japończycy (czy Chińczycy) chcą inwestować w USA, to nie mogą wydać wszystkich pieniędzy na dobra i usługi. Czyli deficyt handlowy oznacza tak naprawdę napływ netto kapitału! Prawda, że brzmi lepiej? 

 

Rysunek 3: Deficyt handlowy to nadwyżka kapitałowa – bilans płatniczy USA w latach 1983-2024:  
Źródło: https://x.com/Mark_J_Perry/status/1895257045236097259   

Właściwie to można odwrócić to rozumowanie i powiedzieć, że dopóki obcokrajowcy chcą inwestować u nas więcej niż my chcemy inwestować za granicą, dopóty nasz bilans handlowy pozostanie ujemny. Jeśli powiedzmy, Amerykanie inwestują u nas 100 mld USD, a my u nich tylko 80 mld USD, to zostaje nam, Polakom, 20 mld USD do wykorzystania. Jeśli kupimy za tę kwotę amerykańskie dobra, np. samoloty, to wykażemy deficyt handlowy. Można to ująć następująco: 

 

Bilans handlowy + bilans kapitałowy = 02 

    

Co miałoby być złego w tym, że Polska przyciąga amerykański kapitał? Podobnie można argumentować, że deficyt handlowy Stanów Zjednoczonych wynika z faktu, że inwestorzy na całym świecie uważają ten kraj za atrakcyjne miejsce do inwestowania. Innymi słowy, napływ zagranicznego kapitału inwestycyjnego i deficyt handlowy są odzwierciedleniem możliwości uzyskania satysfakcjonującej stopy zwrotu z inwestycji w USA. Albo jeszcze inaczej, towary płyną do tego kraju jako zapłata za przewagę komparatywną w sferze inwestycji i finansów. Warto podkreślić, że inwestorzy generalnie nie inwestują w gospodarki o złej kondycji, zatem stały napływ kapitału netto – który odpowiada utrzymującemu się deficytowi handlowemu – oznacza, że inwestorzy postrzegają dany kraj jako szczególnie obiecujące miejsce do lokowania swoich funduszy. Rzeczywiście, przerażające! 

4. Czy deficyt handlowy nigdy nie może być jednak problemem? 

Czasem może być – w pewnym sensie. Jak wspomniałem wcześniej, utrzymuję deficyty handlowe ze wszystkimi innymi sprzedawcami („indywidualnymi krajami”). Nie są one problematyczne, ponieważ finansuję je nadwyżką z moim pracodawcą. Jeśli jednak nie miałbym pracy i wziął pożyczkę konsumpcyjną na pokrycie moich wydatków (mojego „importu”), to moja sytuacja zaczęłaby się robić niepokojąca. Ale problemem nie byłby tak naprawdę deficyt handlowy per se, tylko sposób jego finansowania. Deficyt byłby tylko symptomem. Albo patrząc z perspektywy napływu zagranicznego kapitału – kluczową kwestią jest to, na co się go wykorzysta: czy na finansowanie konsumpcji, czy na finansowanie inwestycji podnoszących wydajność pracy. Jeśli zaciągnę kredyt studencki na pokrycie studiów medycznych, to będzie to dużo lepszą sytuacją niż wzięcie chwilówki na sfinansowanie wystawnego wesela.  

Na tym polegał problem Grecji przed wybuchem kryzysu w strefie euro, czy wcześniej krajów Ameryki Łacińskiej – te kraje swoje deficyty handlowe finansowały w większej mierze mniej stabilnymi krótkoterminowymi długami, które – z powodu braku strukturalnych reform – niekoniecznie przeznaczały na produktywne inwestycje3.    

A co z tezą, że deficyt handlowy USA również jest problematyczny, ponieważ nie jest tak naprawdę przejawem siły gospodarki amerykańskiej, ale wyłącznie tego, że dolar amerykański cieszy się statusem światowej waluty rezerwowej, wobec czego jest chętnie przyjmowany jako zapłata za towary? Cóż, to niewątpliwie prawda, że Stany Zjednoczone odnoszą korzyści z tego, że mogą płacić za towary walutą, która stanowi walutę rezerwową świata. Dzięki temu, że istnieje silny popyt na dolara i aktywa denominowane w dolarach, USA mogą utrzymywać większe deficyty handlowe niż w sytuacji, gdyby światową walutą rezerwową było złoto albo polski złoty.  

Trzeba sobie jednak zadać pytanie, dlaczego utrzymuje się silny popyt na dolara i aktywa denominowane w dolarach i czy być może nie ma to związku z siłą amerykańskiej gospodarki? Z jakichś przyczyn inwestorzy wolą inwestować w amerykańskie raczej niż w chińskie aktywa – być może dostrzegają w USA więcej możliwości inwestycyjnych niż w ich własnych krajach. Może znaczenie ma to, że USA rozwijają się szybciej niż inne kraje rozwinięte? Według oddziału Fedu w Dallas, w latach 1992–2022 realne PKB rosło średnio o 2,45% rocznie (w dolarach z 2010 r. skorygowanych o parytet siły nabywczej), czyli ponad dwukrotnie więcej niż 0,99% w krajach G7 (bez USA) i Hiszpanii. 

Warto też zwrócić uwagę, że deficyt handlowy USA nie jest nowym zjawiskiem. Występował on przez większość XIX wieku, gdy kraj uprzemysławiał się przy pomocy inwestycji europejskich i importował dobra przemysłowe. Zaznaczmy, że gospodarka szybko się wtedy rozwijała. Innymi słowy, dane nie pokazują, że deficyty handlowe prowadzą do recesji – przeciwnie, rosną one podczas ożywienia gospodarczego i kurczą się podczas kryzysów (np. podczas Wielkiego Kryzysu czy Wielkiej Recesji, jak pokazują poniższe wykresy), co osłabia tezę, że są one przejawem słabości gospodarczych. 

 

Rysunek 4: Korelacja między wzrostem gospodarczym a deficytem handlowym jest... dodatnia;  
Źródło: https://econofact.org/is-the-trade-deficit-a-drag-on-growth  

Historia gospodarcza sugeruje zatem, że amerykański bilans handlowy nie jest wyłącznie kwestią systemu monetarnego, ale wynika również ze zmian strukturalnych zachodzących w gospodarce światowej, takich jak przesunięcie przewagi komparatywnej w produkcji towarów wymagającej dużego nakładu siły roboczej ze Stanów Zjednoczonych do krajów o tańszej sile roboczej. 

Obraz zawierający tekst, linia, Wykres, Czcionka

Zawartość wygenerowana przez AI może być niepoprawna. 

Rysunek 5: Historia bilansu handlowego USA;  
Źródło: https://www.stlouisfed.org/on-the-economy/2019/may/historical-u-s-trade-deficits   

5. Co zatem z cłami? 

Cóż, skoro deficyt handlowy nie jest problemem samym w sobie, bo wcale nie pomniejsza PKB, to cła nie mają żadnego uzasadnienia. Cła mogą zmniejszyć import i deficyt handlowy, ale tak samo zakaz handlu zagranicznego i ogłoszenie autarkii – tylko w ten sposób realnie szkodzi się gospodarce, próbując rozwiązać nieistniejący problem.  

Jeśli chcemy, by inne kraje od nas więcej kupowały, to cła, czyli opodatkowanie importu, tego nie sprawi. Co więcej, import i eksport są ze sobą nierozerwalnie połączone, więc zmniejszenie importu przełoży się na spadek eksportu. Dlaczego? Pieniądze wysłane jako zapłata za dobra importowane muszą przecież w jakiejś formie wrócić do kraju importującego. Jeśli będziemy mniej importować, to cudzoziemcy będą mieć mniej środków na ich import, czyli na nasz eksport.  

Do tego znaczna część dóbr importowanych to są dobra pośrednie, które są wykorzystywane do produkcji krajowej, w tym dóbr produkowanych na późniejszy eksport. Zatem mniejszy import oznacza mniejszą produkcję i eksport.  

Obraz zawierający tekst, zrzut ekranu, Czcionka, diagram

Zawartość wygenerowana przez AI może być niepoprawna. 

Rysunek 6: Ponad połowa importu do USA to surowce i zaopatrzenie dla przemysłu oraz dobra kapitałowe (bez aut) 
Źródło: https://www.cato.org/policy-analysis/updated-case-free-trade#economic-case   

Wreszcie trzeba zauważyć, że cła podwyższają ceny i uderzają w nabywców dóbr obłożonych cłami. Konsumenci mają wtedy mniej pieniędzy na zakup innych dóbr i usług. Chociaż firmy z sektora obłożonego cłami mogą na nich korzystać (dzięki nim produkty zagranicznej konkurencji są droższe), firmy wykorzystujące dobra obłożone cłami (w tym eksporterzy) borykają się z wyższymi kosztami produkcji. Te negatywne efekty są generalnie dużo większe. Przykładowo, cła na stal wprowadzone przez prezydenta Busha w 2002 r. wykreowały około tysiąca miejsc pracy w krajowym przemyśle stalowym. Jednocześnie jednak zniszczyły około 75 tys. miejsc pracy w firmach wykorzystujących stal w ich procesach produkcyjnych.  

Właściwie to ochrona krajowych producentów nie jest korzystna gospodarczo w długim okresie, ponieważ wspiera nieefektywnych producentów krajowych, co oznacza marnotrawstwo rzadkich zasobów i niewykorzystywanie potencjału międzynarodowego podziału pracy. Jeśli zatem problemem jest niska produktywność, to cła tylko ją pogłębiają. Dodatkowo, mogą one prowadzić do ceł odwetowych i wojen handlowych, zaburzeń w globalnym handlu i łańcuchach dostaw oraz kosztownych realokacji, a także do wzrostu niepewności. Generalnie oczekiwanie, że wzrost podatków zwiększy produkcję i dobrobyt, nie znajduje oparcia w teorii ekonomii i należy je włożyć między bajki. Okazuje się, że nie ma nawet przekonujących dowodów na to, że cła wpływają na deficyty handlowe. 

 

Rysunek 7: Brak wyraźnej korelacji między cłami a bilansem handlowym; 
Źródło: https://www.dallasfed.org/research/economics/2025/0904   

6. Podsumowanie, czyli merkantylizm wiecznie żywy 

Dostrzegam dwa podstawowe źródła fetyszyzowania deficytu handlowego. Pierwszym jest merkantylizm. Według tego poglądu pieniądz stanowi bogactwo, zatem import stanowi jego wypływ. Deficyt handlowy jest wyciekiem, przez który inne kraje okradają nas z pieniędzy. Należy go czym prędzej zatamować.   

Tezy te już dawno zostały obalone. Bogactwem są realne dobra i usługi, przy czym wartość nie jest wyłącznie kreowana poprzez produkcję fizycznych towarów, ale także przez usługi finansowe. Pieniądze, za które nabywane są towary, wracają w ten czy inny sposób do kraju. A nawet jeśli nie i Chińczycy trzymają dolary pod materacem, to cóż, to już ich problem.  

Drugim źródłem mitu deficytu handlowego jest niezrozumienie filozoficznych nauk Bruce’a Lee. Ten mistrz ekonomii i jeet kune do podkreślał, aby nie mylić księżyca z palcem wskazującym na niego. Niestety księgowość i rachunki narodowe wciąż zasłaniają wielu ekonomiczny charakter zdarzeń gospodarczych. Wzrost importu – i deficytu handlowego – nie pomniejsza PKB. Właściwie to jego spadek może negatywnie przełożyć się na wzrost gospodarczy, np. poprzez swój wpływ na eksport. Bilans handlowy to zagregowana statystyka na dany moment, która niewiele nam mówi o rzeczywistych zjawiskach gospodarczych  
i powiązaniach między nimi. Jest jak palec wskazujący na księżyc, który przesłania nam fundamentalną prawdę o tym, że wymiana handlowa nie polega na wymienianiu się dobrami o równej wartości, ale jest korzystna dla obu stron.  

 

Rysunek 8: Kadr z filmu Wejście smoka; Źródło: https://www.youtube.com/watch?v=4O9o4CKTGzQ   

Deficyt handlowy sam w sobie nie musi być wcale powodem do obaw. Jeśli jednak ktoś wciąż bardzo chciałby go zmniejszyć, to istnieją lepsze alternatywy niż wprowadzanie ceł i ograniczanie wolumenu handlu. Mowa o redukcji deficytu fiskalnego oraz politykach ukierunkowanych na wzrost oszczędności. Deficyt handlowy odpowiada bowiem różnicy między inwestycjami krajowymi a oszczędnościami sektora prywatnego i publicznego, która pokrywana jest napływem kapitału zagranicznego. Jeśli zatem administracji Trumpa tak bardzo zależy na redukcji deficytu handlowego, to byłoby ze wszech miar lepiej, gdyby skupiła się na cięciu wydatków publicznych zamiast na rozpętywaniu kolejnych wojen handlowych. 

 

Kategorie
Handel zagraniczny Teksty


Nasza działalność jest możliwa dzięki wsparciu naszych Darczyńców, zostań jednym z nich.

Zobacz wszystkie możliwości wsparcia

Wesprzyj Instytut, to dzięki naszym Darczyńcom wciąż się rozwijamy

Czytaj również

Sieroń_3 najgorsze wymówki, aby nie oszczędzać

Finanse osobiste

Sieroń: 3 najgorsze wymówki, aby nie oszczędzać

Najpopularniejsze argumenty by nie oszczędzać są równie powszechne co błędne

Sieroń_500+ nie działa_To zwiększmy do 800+

Ekonomia pracy i demografia

Sieroń: 500+ nie działa? To zwiększmy do 800+!

Waloryzacja stanowi potencjalnie niebezpieczny precedens...


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz samodzielnie określić warunki przechowywania lub dostępu plików cookie w Twojej przeglądarce.