Autor: Arkadiusz Sieroń
- Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego przygotowało projekt ustawy o dopłatach dla artystów do składek na ubezpieczenia społeczne, argumentując, że wielu artystów mało zarabia i pracuje na nieoskładkowanych umowach, co rodzi problem ich zabezpieczenia emerytalnego.
- Sprzeciw wobec projektowanej ustawy nie oznacza niechęci wobec artystów i sztuki w ogólności.
- Państwowe dotacje dla kultury siłą rzeczy oznaczają redystrybucję dochodu i jako takie nie wspierają wzrostu gospodarczego, który to sprzyja finansowaniu potrzeb wyższego rzędu.
- Wbrew zapewnieniom rządu, proponowane dopłaty do składek nie muszą ograniczać się do najbardziej potrzebujących artystów ani zapewniać godnych emerytur w przyszłości.
- Projektowana ustawa stanowi przejaw nie kompleksowych rozwiązań, lecz doraźnych działań ukierunkowanych na zadowolenie tej czy innej grupy wyborczej.
- Projekt dopłat dla artystów nie jest naprawą systemu – jest jedynie próbą zaleczenia ran wywołanych przez państwowy monopol emerytalny za pomocą plastra kupionego za pieniądze innych podatników.
1. Wprowadzenie, czyli opis projektu
Rząd przyjął projekt ustawy o zabezpieczeniu socjalnym artystów, który wzbudził sporo kontrowersji w dyskursie publicznym[1]. Na czym polega pomysł rządu? Projekt Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego zakłada dopłaty do składek na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne dla osób wykonujących zawód artystyczny.
Chodzi o to, że ze względu na specyfikę zawodów artystycznych znikoma część artystów pracuje na umowę o pracę i płaci składki na ubezpieczenia społeczne. Ministerstwo powołuje się tutaj na dane z opracowania zespołu badawczego SWPS, według których tylko 43,6% z ponad 62 tys. twórców i artystów objętych jest ubezpieczeniami (umowy o pracę, umowy zlecenie oraz działalność gospodarcza), zaś większość z nich to osoby pracujące na umowę o dzieło lub bez żadnego tytułu prawnego[2].
Drugi problem ma być taki, że artyści mają często nieregularne i niewystarczające dochody. Według przytaczanego już badania, około 69% artystów „ma przychody poniżej średniej krajowej, natomiast około 30% osiąga średnie przychody poniżej minimalnego wynagrodzenia”.
W konsekwencji duża część artystów albo w ogóle nie jest ubezpieczona, albo płaci składki w stopniu niewystarczającym nawet na uzyskanie minimalnej emerytury w przyszłości. Tym samym projektowana ustawa ma na celu większe włączenie artystów do systemu zabezpieczenia społecznego poprzez dopłaty do składek do poziomu składek wynikających z minimalnego wynagrodzenia za pracę.
Co ważne, dopłata nie ma być dla wszystkich artystów, tylko dla tych, którzy uzyskają status artysty zawodowego, czyli wykażą osiągnięcie dochodów w związku z wykonywaniem zawodu artystycznego w każdym z poprzednich trzech lat podatkowych, zaś ich dochód osiągany w tym okresie nie będzie mógł przewyższać średniorocznie 125% wynagrodzenia minimalnego w roku złożenia wniosku. Zatem założenie jest takie, że pieniądze trafią wyłącznie do 34 tys. najbardziej potrzebujących artystów (a właściwie nie do nich, tylko bezpośrednio na ich konta w ZUS-ie).
2. Czy potrzebujemy sztuki i artystów?
Zanim przeanalizuję projekt ustawy, chciałbym wyraźnie oddzielić od siebie trzy różne kwestie, które wybrzmiewają w debacie publicznej. Po pierwsze, czy potrzebujemy sztuki? Po drugie, czy państwo powinno dotować sztukę? Po trzecie, czy państwo powinno dopłacać artystom do składek?
Zwracam na to uwagę, aby było jasne, że sprzeciw wobec ustawy nie oznacza automatycznie niechęci wobec artystów i sztuki w ogólności. Wiele osób oburzyło się negatywnymi opiniami na temat projektu ustawy oraz krytyką wspierania przez państwo artystów i zaczęło zarzucać swoim przeciwnikom, że ci są przeciwni sztuce w ogóle[3]. Jest to niestety częsty zabieg retoryczny, który tak błyskotliwie wyśmiał już Frédéric Bastiat w swoim słynnym eseju „Co widać i czego nie widać”.
Jednak drogą fałszywego i niesprawiedliwego rozumowania, pod adresem ekonomistów padają zarzuty. O co się nas oskarża? O to, że odrzucając dotację, odrzucamy jednocześnie samą rzecz, która ma podlegać dotacji, że jesteśmy wrogami wszelkiego rodzaju działalności, ponieważ chcemy, by ta działalność była z jednej strony wolna, a z drugiej sama poszukiwała dla siebie zapłaty. Kiedy domagamy się, by państwo nie interweniowało, za pośrednictwem podatków, w sferę religii – jesteśmy ateistami; kiedy żądamy, by państwo nie wkraczało w sferę edukacji – jesteśmy wrogami nauki; kiedy głosimy, że państwo nie może przez podatki sztucznie zawyżać wartości ziemi bądź jakiejś gałęzi przemysłu – jesteśmy wrogami własności i pracy; kiedy sądzimy, że państwo nie powinno dotować artystów – jesteśmy barbarzyńcami, którzy uważają, że sztuka to coś zupełnie niepotrzebnego.
Podobnie jak Bastiat, ze wszystkich sił protestuję przeciwko tym oskarżeniom. Podziwiam (wybranych) artystów i sam się uważam w pewnym zakresie za jednego z nich[4]. W obecnych czasach coraz więcej działalności ma charakter twórczy, a granica między pracą twórczą a nietwórczą zaciera się. Gdzie kończy się rzemiosło, a zaczyna artyzm w pracy projektanta gier wideo, projektanta stron internetowych (UI/UX), copywritera czy programisty tworzącego unikalny program komputerowy? Wszyscy oni tworzą nową wartość intelektualną i estetyczną. Warto zauważyć, że polskie prawo podatkowe (poprzez 50-procentowe koszty uzyskania przychodu) już teraz traktuje ich jako twórców. Dlaczego więc państwo miałoby akurat dotować tradycyjną grupę „artystów zawodowych”, skoro wielu innych pracowników codziennie wnosi do gospodarki równie wysoki pierwiastek kreatywności, nie oczekując dopłat do swoich emerytur ze strony współobywateli?
Daleki jestem zatem od absurdalnego pomysłu, by niszczyć sztukę albo że artyści są nierobami w przeciwieństwie do „magazynierów, sprzedawców, kelnerów i rolników”. Takie myślenie ma swoje źródło w błędnym podziale na pracę produktywną i nieproduktywną, którego dokonał Adam Smith i który potem przejęli ekonomiści klasyczni i marksistowscy. Jak pisze Rothbard, dla Smitha, „praca polegająca na wytwarzaniu materialnych produktów była „produktywna”, podczas gdy praca nad produkcją, dajmy na to, usług konsumenckich, czyli niematerialna, już nie była”. Nietrudno zrozumieć, że pewna niechęć do artystów widoczna w opinii publicznej wynika z tego błędnego podziału i z ogólnej podejrzliwości wobec pracy niematerialnej[5]. Dzięki rewolucji marginalistycznej wiemy jednak, że każda praca – materialna czy niematerialna – jest produktywna, o ile zaspokaja potrzeby konsumentów.
Zatem przeciwnie: z całego serca popieram rozwój sztuki i dlatego promuję rozwiązania wspierające wzrost gospodarczy. W rozwiniętych gospodarkach ludzie mają zaspokojone podstawowe potrzeby, dzięki czemu mogą realizować potrzeby „wyższego rzędu”[6]. To właśnie w najbogatszych krajach obywatele mają najwięcej zasobów, aby wspierać, tworzyć i konsumować sztukę i kulturę.
3. Czy państwo powinno dotować sztukę?
Zupełnie inną kwestią jest jednak, czy państwo powinno dotować sztukę i artystów. Wróćmy do Bastiata. Przyznaje on, że istnieją rozsądne argumenty za wspieraniem sztuki:
Dla poparcia systemu dotacji można powiedzieć, że sztuka uwzniośla, kształci i upiększa ducha narodu, że odrywa go od trosk materialnych, dając mu poczucie piękna i tym samym wpływa korzystnie na jego maniery, upodobania, obyczaje, a nawet przemysł.
Francuski ekonomista zwraca jednak uwagę, że wspieranie sztuki siłą rzeczy oznacza redystrybucję od jednych grup społecznych do drugich[7]. Pojawia się zatem pytanie, czy można odgórnie dekretować uszczuplenie płacy „mentzenowskich” magazynierów, sprzedawców, kelnerów i rolników na korzyść artystów?
Domagamy się (…), by państwo chroniło swobodny rozwój tych wszystkich rodzajów ludzkiej działalności, nie finansując jednych kosztem drugich. Przeciwnie, jesteśmy przekonani, że w wolnym społeczeństwie same rozwijałyby się harmonijnie i że żadne z nich nie stałoby się, jak to dzisiaj obserwujemy, źródłem zamętu, nadużycia, tyranii i nieporządku.
Nasi przeciwnicy sądzą, że działalność, która nie jest ani finansowana, ani regulowana przez państwo, jest skazana na upadek. My uważamy, że jest wręcz przeciwnie. Oni wierzą w ustawodawcę, a nie w ludzi. My wierzymy w ludzi, a nie w ustawodawcę.
Zatem chociaż pewna forma wsparcia kultury może znaleźć – na potrzeby dyskusji – uzasadnienie ze względów, nazwijmy je, tożsamościowych i cywilizacyjnych (np. finansowanie Konkursu Chopinowskiego)[8], trzeba jednak zauważyć, że żyjemy w znacznie innych czasach niż przywoływany często w tym kontekście biedny, bezuszny van Gogh. Współczesna technologia i rozwój gospodarczy zdemokratyzowały rynek sztuki. Twórcy mają dziś do dyspozycji narzędzia crowdfundingu subskrypcyjnego, takie jak Patronite czy Kickstarter, gdzie odbiorcy mogą bezpośrednio i dobrowolnie finansować swoich ulubionych artystów. Skoro mechanizmy rynkowe i bezpośrednie wsparcie fanów pozwalają dziś wielu niszowym twórcom na utrzymanie się, rodzi się pytanie: dlaczego to urzędnik państwowy za pomocą przymusu podatkowego ma decydować, która sztuka zasługuje na dotowanie, a która nie?
Warto zauważyć w tym kontekście, że w Polsce wydaje się dużo na kulturę w porównaniu do innych krajów rozwiniętych, w tym tych, które wydają się znacznie silniej oddziaływać na światową kulturę. Nasz kraj wydał w 2023 r. 1,34% PKB na „rekreację, kulturę i religię”, podczas gdy kraje UE należące do OECD 1,25%, OECD – 0,69%, Wielka Brytania – 0,59%, zaś USA – 0,24% PKB[9].
4. Czy państwo powinno dopłacać artystom do składek?
Zwolennicy projektu podnoszą, że dzięki ustawie artyści zostaną realnie włączeni do systemu ubezpieczeń społecznych, co będzie korzystne dla publicznego systemu emerytalnego i zgodnie z konstytucyjnym prawem do zabezpieczenia społecznego. Im więcej zapłaconych składek, tym wyższe emerytury i mniejsza konieczność dopłat do nich w przyszłości.
Warto jednak zwrócić uwagę na kilka kwestii. Po pierwsze, artyści, jak i inne osoby, mogą opłacać składki na ubezpieczenie emerytalne dobrowolnie. Jest taka możliwość zarówno w ZUS-ie, jak i w prywatnych instytucjach (poprzez IKE, IKZE, OIPE, polisy itd.). Argumenty, że artyści niewiele zarabiają nie brzmią przekonująco. Ostatecznie przy umowie o dzieło artyści otrzymują wyższą pensję netto. Dla wynagrodzenia minimalnego brutto różnica miedzy umową o pracę a umową o dzieło wynosi ok. 740 zł – przy standardowych kosztach uzyskania przychodu – oraz ok. 910 zł przy autorskich 50% kosztach uzyskania przychodu[10]. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby te nadwyżki (względem płacy netto przy umowie o pracę) były inwestowane zamiast przeznaczane na bieżącą konsumpcję[11]. Po czterdziestu latach przelewania tylko 740 zł miesięcznie na IKE, czyli standardowym okresie aktywności zawodowej, artysta miałby na koncie ponad milion złotych i mógłby sobie wypłacać emeryturę w wysokości ponad 4,7 tys. przez dwadzieścia lat[12]. Warto zauważyć, że szacowana emerytura z ZUS-u, przy tej samej składce i okresie składkowym, to zaledwie 1442 zł.
To dobry moment, by obalić jedno z głównych uzasadnień projektowanej ustawy, czyli potrzebę zapewnienia godnej emerytury w przyszłości. Pytanie, które należy tutaj zadać, to o jakich to godnych emeryturach mówimy za kilkadziesiąt lat, skoro stopa zastąpienia (czyli relacja świadczenia emerytalnego do ostatniej pensji) wynosi obecnie 54% i ma spadać do 25% w 2080 r.?
Trzeba też przypomnieć, skąd w ogóle wziął się obecny problem. Stąd, że umowy o dzieło nie są oskładkowane. Tylko dlaczego nie są oskładkowane? Dlatego, że z samej swej natury kodeksowej stanowią jednorazową umowę rezultatu, a nie stały proces pracy. Gdy pojawiały się w przeszłości pomysły ozusowania umów cywilnoprawnych, branża twórców protestowała, podnosząc, że to obniży w ich zarobki i uderzy w wolność freelancerów. Zatem dopłaty do składek stanowią próbę zachowania i zjedzenia ciastka. Artyści, którzy dobrowolnie podpisują umowy o dzieło, mieliby zarówno wyższe pensje netto, jak i zapłacone składki na ubezpieczenia społeczne.
Po drugie, państwowe dopłaty do składek sprawiają wrażenie, że państwo płaci w pewnym sensie samo sobie podatki. Ale ponieważ państwo nie ma żadnych swoich pieniędzy, to de facto wszyscy podatnicy składają się na podatki płacone przez określony osoby. Wracamy zatem do kwestii redystrybucji dochodu podnoszonej już przez Bastiata. Zwolennicy projektu zwracają uwagę, że przecież państwo nie dopłacałoby tylko artystom do składek, ale także przedsiębiorcom w ramach wakacji składkowych oraz osobom na urlopach macierzyńskich/tacierzyńskich czy wychowawczych. To prawda, ale w przypadku rodziców na urlopach uzasadnieniem jest wspieranie rodzin i sytuacji demograficznej, a w przypadku wakacji składkowych dla przedsiębiorców – chęć ratowania płynności mikrofirm płacących ryczałtowy ZUS. W obu przypadkach mamy do czynienia z okresowym wsparciem na czas urlopu (założenie jest, że rodzice zajmują się wtedy dzieckiem, a więc nie mogą pracować i płacić składek) czy problemów finansowych w firmie (jeden miesiąc w roku). Z kolei w przypadku artystów mamy do czynienia z trwałym subsydiowaniem wybranej grupy zawodowej.
Po trzecie, przyjęcie ustawy oznaczałoby, że państwo jednocześnie dorzuca się do składek oraz do świadczeń emerytalnych – bo przecież państwo dopłaca emerytom o najniższym świadczeniach do wysokości minimalnej emerytury. Trudno dopatrzeć się tutaj jakiegoś systemowego rozwiązania w takim dwutorowym działaniu, a z punktu widzenia Ministerstwa Finansów i zarządzania długiem publicznym lepsze byłoby dokładanie się do emerytur, bo te wydatki trzeba będzie ponieść dopiero za kilkadziesiąt lat.
Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na zastanawiającą rzecz. Otóż projekt ustawy nie dotyczy wszystkich osób, którym brakuje do osiągniecia przyzwoitej wysokości składek, co miałoby znamiona jakiegoś systemowego rozwiązania dla przyszłych emerytów, lecz wyłącznie artystów. Rząd nie przystąpił też do oskładkowania umów o dzieło, co jest zapisane w Krajowym Planie Odbudowy. To sugeruje, że projektowana ustawa jest odpowiedzią na lobbying kolejnej określonej grupy społecznej, która domaga się wsparcia od państwa, w tym przypadku artystów[13]. Nie proponuję ujednolicenia systemu, ale zasadniczo to, co chce zrobić rząd, to zamiast ujednolicić system dla wszystkich ponad 300 tysięcy osób pracujących w ramach umów o dzieło, wyciągnąć z tego worka ponad 30 tysięcy artystów i dać im dopłaty.
Po czwarte, chociaż projektodawcy ustawy zapewniają, że dopłaty będą ograniczone do najmniej zarabiających artystów, w rzeczywistości nie musi to być prawdą. Ze względu bowiem na 50-procentowe koszty uzyskania przychodu do dopłat może załapać się właściwie większość artystów. Dlaczego? Dopłaty byłyby bowiem przyznawane, jeżeli średni roczny dochód artysty nie przekroczy 125% dwunastokrotności miesięcznego minimalnego wynagrodzenia, czyli, na dzisiaj byłoby to 6008 zł miesięcznie brutto. Jednak przy 50-procentowych kosztach uzyskania przychodu załapią się nawet artyści, którzy mają przychody na poziomie 12 tys. zł (czyli dochody 6000 zł).
Po piąte i ostatnie, trzeba zwrócić uwagę na administracyjną obudowę systemu. Projekt ustawy przewiduje powołanie 15-osobowej Rady Programowo-Naukowej oraz 155-osobowej (!) Komisji Opiniującej do spraw Zabezpieczenia Socjalnego Osób Wykonujących Zawód Artystyczny. Czy naprawdę to, czego potrzebujemy, to kolejne rady i komisje, które będą decydowały, kto zasługuje na miano „artysty zawodowego”, a kto nie?
Warto dodać, że członkom tych zaszczytnych gremiów przysługiwałoby wynagrodzenie[14], łącznie koszt nowych instytucji pochłonąłby ok. 10 mln zł, zaś całkowity koszt wprowadzenia dopłat do składek i ich obsługi miałby wynieść ok. 375 mln zł w pierwszym roku, a w ciągu pierwszych dziesięciu lat – 4,4 mld zł łącznie. Nie jest to może bajońska suma, ale w obecnej sytuacji fiskalnej – tj. prognozowanego w 2026 r. największego deficytu fiskalnego w całej UE, w wysokości 6,5% – liczy się każdy grosz.
Dług publiczny
5. Podsumowanie, czyli wielka fikcja zawsze żywa
Nie neguję, że sytuacja części artystów jest trudna. Uważam jednak, że potrzebne są systemowe rozwiązania, a nie wspieranie coraz to kolejnych grup społecznych, zgodnie ze słynnym cytatem Bastiata: „Państwo to wielka fikcja, dzięki której każdy usiłuje żyć kosztem innych”. Niestety coraz bardziej podążamy w stronę nie kompleksowych rozwiązań, lecz doraźnych działań ukierunkowanych na zadowolenie tej czy innej grupy wyborczej. Oddala to nas od harmonii społecznej, o której pisał Bastiat, a prowadzi do konfliktów i licytowania się między grupami. Zresztą, zwolennicy projektowanej ustawy powoływali się właśnie na wspieranie innych grup: skoro rząd wspiera górników i rolników, to dlaczego nie artystów? Taki sposób rozumowania jest, oczywiście, postawieniem sprawy na głowę. Państwo nie powinno wyróżniać żadnych grup zawodowych, lecz traktować wszystkich w równy sposób, zwłaszcza jeśli chodzi o osoby zdolne do pracy.
Chciałbym też zwrócić uwagę na źródło obecnych problemów, czyli na państwowy, nieefektywny system emerytalny. Ostatecznie całe zamieszanie bierze się z tego, że państwo polskie zmusza wszystkich do uczestnictwa w powszechnym systemie emerytalnym, ale nie potrafi go skonstruować we właściwy sposób. Nie dość, że nie potrafi uwzględnić specyfiki różnych grup zawodowych, to jeszcze nie tworzy dostatecznych możliwości dobrowolnej partycypacji dla osób pozostających z jakichś przyczyn poza systemem.
Dodatkowo trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, z kim są zawierane umowy o dzieło z artystami? Bardzo często z… państwowymi instytucjami kultury (teatry, filharmonie, domy kultury itp.)! Nie oznacza to, że dyrektorzy tych instytucji kulturalnych „wyzyskują” biednych artystów, ale taka jest często specyfika pracy projektowej, co widać nie podoba się fetyszystom umowy o pracę, którzy najchętniej zlikwidowaliby wszystkie umowy cywilnoprawne i zastąpili je wymarzonym etatem dla wszystkich pracujących. Innymi słowy, państwo tworzy schizofreniczną sytuację: samo jako pracodawca ucieka od etatów, by ciąć koszty, a potem jako regulator tworzy skomplikowany system dopłat do składek, by łatać problem, który samo wygenerowało.
Zwolennicy projektowanej ustawy często krytykują rynek, który nie wycenia należycie pracy artystów. Cóż, rynek nie wycenia moralnych, metafizycznych zasług czy „obiektywnych” wartości dzieł ludzkich, tylko to na ile ludzie wytwarzają coś użytecznego dla innych i zaspokajają potrzeby innych. Jak zauważył Mises w Mentalności antykapitalistycznej (tłum. własne),
Nikt nigdy nie twierdził, że w ramach nieograniczonego kapitalizmu najlepiej radzą sobie ci, których z punktu widzenia wiecznych standardów wartości należałoby przedkładać nad innych. To, co przynosi kapitalistyczna demokracja rynkowa, to nie wynagradzanie ludzi zgodnie z ich „prawdziwymi” zasługami, wewnętrzną wartością i moralną wyższością. To, co sprawia, że człowiek jest mniej lub bardziej zamożny, to nie ocena jego wkładu w oparciu o jakąkolwiek „absolutną” zasadę sprawiedliwości, ale ocena ze strony jego bliźnich, którzy stosują wyłącznie miarę swoich osobistych potrzeb, pragnień i celów. Właśnie to oznacza demokratyczny system rynkowy. Konsumenci są najwyżsi – tj. suwerenni. Chcą być zadowoleni.
Można zatem zżymać się, że ludzie wolą oglądać piłkarzy niż chodzić na spektakle i do galerii, ale nie jest to powód, aby zmuszać ludzi do łożenia na artystów, których dzieł nie chcą konsumować.
Alokacja i wycena rynkowa nie jest idealna. Ale jej alternatywą jest alokacja urzędnicza dokonywana przez państwo – a ta często dokonywana jest w sposób nieuwzględniający rzeczywistych potrzeb ludzi. Można ubolewać, że „ciemny lud nie rozumie sztuki wyższej”, ale to właśnie państwowe granty i dotacje, zupełnie oderwane od preferencji konsumentów wyrażanych na rynku, doprowadziły do tego, że sztuka współczesna stała się memiczna, a jej symbolem w powszechnym odbiorze stał banan przyklejony taśmą do ściany[15].
Na koniec trzeba powiedzieć jasno. Z jednej strony prawdą jest, że cywilizacja polega na tym, że społeczeństwo nie zajmuje się wyłącznie „produktywną”, materialną pracą niezbędną do przeżycia, ale zajmuje się również sztuką, nauką, filozofią, duchowością. Z drugiej jednak strony żaden człowiek nie ma jednak przyrodzonego prawa do tego, by społeczeństwo gwarantowało mu określony dochód czy wysokość składek na ubezpieczenia społeczne tylko dlatego, że uznał on swoją profesję za wyjątkową.
Podsumowując, projekt dopłat dla artystów nie jest naprawą systemu – jest jedynie próbą zaleczenia ran wywołanych przez państwowy monopol emerytalny za pomocą plastra kupionego za pieniądze innych podatników.
Źródło ilustracji: pixabay
