Machaj: Więcej oszczędności

12 grudnia 2003 Komentarze komentarze: 0

Lewicowi publicyści, szczególnie ekonomiści z lewej strony Zdzisław Sadowski i Leon Podkaminer, twierdzą, że solidna gospodarka opiera się na konsumpcji. Ich zdaniem zwiększenie popytu konsumpcyjnego zwiększa społeczne bogactwo, a oszczędności niejako wyciekają poza system gospodarczy i prowadzą do kryzysu. (mowa tu o artykułach z „Przeglądu” i „Dziś”) Pogląd oczywiście nie jest nowy i znajduje odzwierciedlenie w starszych pismach zwolenników teorii „zbyt niskiego popytu”, który rzekomo sprawia, że gospodarka wpada w kryzys. Najczęściej jego wyznawcami byli ludzie ignoranccy w ekonomii, ale zdarzało się i zdarza do dzisiaj, że prezentują go osoby w tematach gospodarczych wyszkolone. Najbardziej znamienne dla tych teoretyków jest ignorowanie maksymy Friedricha von Hayeka, dwudziestowiecznego noblisty: zanim zrozumiemy, dlaczego rzeczy idą źle, musimy zrozumieć, dlaczego generalnie idą dobrze. Podstawowe, nieśmiertelne prawo, z jakim powinni skonfrontować swoje teorie profesor Podkaminer i profesor Sadowski to: „produkcja musi poprzedzić konsumpcję”. Prawo to jest nieśmiertelne i uniwersalne ze względu na fizyczne właściwości świata, w jakim żyjemy. Bez wcześniejszego produkowania, nie ma absolutnie mowy o tym, aby cokolwiek skonsumować. Zanim jakiekolwiek dobro zostanie skonsumowane musi zostać wcześniej wytworzone przez producenta. Prawo „produkcji przed konsumpcją” jest nie do podważenia na gruncie logicznym. Już to stanowi poważny problem dla zwolenników teorii „zbyt małego popytu”. Teraz odpowiedzmy sobie na pytanie, skąd się bierze „popyt”. Czy „popyt” jest abstrakcyjnym, nieuchwytnym terminem, czy odnosi się do realnych działań? Czy „popyt” jest niczym powietrze, czy też może są jakieś czynniki, które go ograniczają i determinują? Co jest ograniczeniem np. mojego popytu na samochody? Czy mój popyt na samochody to tylko to tylko i wyłącznie moja „chęć” ich nabywania? Czy też może moim ograniczeniem nie są moje zachcianki, tylko środki, jakimi dysponuję? Zadać takie pytanie, to na nie odpowiedzieć. „Popyt” jest ściśle zależny od tego, jaka jest zasobność mojego portfela. Z kolei moje bogactwo zależy od tego, ile wcześniej produktów wytworzyłem i zaoferowałem na rynku. Od tego, jak wiele podaży sprzedałem. Obojętnie, czy tą podażą jest praca, wynajem ziemi, czy sprzedaż dóbr kapitałowych. Zanim zademonstruję swój popyt na rynku, muszę wcześniej coś wyprodukować lub czymś dysponować. Nie ma takiej możliwości, aby nagle pojawił się popyt bez podaży, tak samo jak nie ma takiej możliwości, aby nagle pojawiła się konsumpcja bez produkcji. Rzeczywistość i zdrowy rozsądek są niekompatybilne z teorią, że popyt jest przed podażą, na tej samej zasadzie, na jakiej zdrowy rozsądek jest niekompatybilny z teorią, że konsumpcja wyprzedzi produkcję. Oto właśnie chodzi w tzw. „prawie Saya”, klasycznego francuskiego ekonomisty (który nie nazwał tego prawa „moje prawo” tylko „prawem rynków”). Takie podejście sprawia, że nasza uwaga zostaje natychmiast skierowana na problemy, które wiążą się z tworzeniem podaży, czyli z produkowaniem dóbr i usług przeznaczonych na zbyt. Skoro pojawia się „problem popytu”, to musi oznaczać, że jego źródła musimy szukać w funkcjonowaniu przedsiębiorstw, możliwości świadczenia sobie nawzajem usług oraz sprzedaży towarów. Jakie problemy występują po stronie „podażowej”? Dlaczego mamy do czynienia z kryzysem przedsiębiorczości w Polsce? Na to pytanie już znamy odpowiedź, bowiem udzielano jej wiele razy, krytykując polski system polityczny i bezpośrednio z nim związane: fiskalizm i nieustannie wzrastające obciążenia podatkowe, biurokracja wraz nieodłączną korupcją, ograniczanie konkurencji przez coraz to nowsze regulacje etc. Dlaczego obniżka podatków okazałaby się propozycją dobrą dla polskiej (i nie tylko, bo dla każdej) gospodarki? Głównie dlatego, że spadek opodatkowania oznaczałby wzrost poziomu oszczędności w Polsce, co przełoży się na wzrost inwestycji. Na ten fakt zwrócił uwagę profesor Dariusz Rosati. Zgadzają się z nim w zasadzie wszyscy współcześni ekonomiści, włącznie z tymi, którzy jeszcze niedawno temu zaprzeczali, twierdząc, podobnie jak profesor Sadowski i profesor Podkaminer, że oszczędności są dla gospodarki szkodliwe. Na szczęście w oficjalnej nauce „antyoszczędnościowe” teorie zaczynają zanikać (także w kręgach keynesistowskich). Jeśli maleją stawki podatkowe, to właściciele pieniędzy są skłonni je oszczędzać i umieszczać na lokatach inwestycyjnych. Wynika to z prostego faktu, że najpierw zaspokajamy bieżące potrzeby, najbliższe nam i najważniejsze; potrzeby natychmiastowej konsumpcji. Jednak kolejne złotówki, jakie lądują w naszych portfelach, mają większą szansę zostać zaoszczędzone ze względu na większe zorientowanie na przyszłość. Dotyczy to zarówno oszczędności osobistych na poziomie gospodarstwa domowego jak również oszczędności firm. Zmniejszone podatki, umożliwiają firmom osiągnięcie większego zysku, jaki może zostać zainwestowany, a nie koniecznie wypłacony w postaci wyższych płac. W ten sposób zwiększa się w gospodarce poziom inwestycji. Z drugiej strony, na poziomie jednostki, kolejne złotówki, oszczędzone z obniżonego opodatkowania, mogą zostać przeznaczone na rozpoczęcie jakiegoś biznesu. Jeśli jest to mniejsza suma, to mogą zostać zainwestowane w rozmaite aktywa na rynku kredytowym, fundusze inwestycyjne, lokaty terminowe w bankach, albo bezpośrednio w akcje danej firmy, jeśli ktoś się czuje na siłach, aby testować swoje przedsiębiorcze umiejętności. Tak, czy inaczej, zwiększone oszczędności oznaczają zwiększenie zasobu kapitału, czyli środków, jakimi dysponują przedsiębiorcy w celu produkowania dóbr i usług dla masowego odbiorcy. Carl Menger, założyciel Szkoły Austriackiej, mawiał, że aby poznać absurdalność jakiegoś pomysłu, należy wyobrazić sobie jego realizację do samego końca. Łatwo przy użyciu tej metody zademonstrować, że tezy nacjonalistów i zwolenników protekcjonizmu są ekonomicznymi sofizmatami. Jeśli bowiem cła zwiększają dobrobyt społeczny, zatrudnienie i dochody, to dlaczego by nie podzielić kraju, powiedzmy Polski, na 17 osobnych autarkicznych tworów? Czy wtedy ludzie w poszczególnych rejonach będą bogatsi? A może podzielić kraj na miasta, z których każde będzie prowadzić „prorozwojową”, „proregionalną”, politykę gospodarczą i odgrodzi się od „nieuczciwej konkurencji” z innych regionów? Miasta? Może dzielnice, osiedla, mieszkania, osoby… Wyciągnięcie wniosków płynących z powyższego akapitu pozostawmy Czytelnikom. Teraz zastosujmy metodę Mengera do tez Zdzisława Sadowskiego i Leona Podkaminera. Jeśli rzeczywiście popyt konsumpcyjny i konsumpcja „nakręcają” gospodarkę, prowadzą do większego dobrobytu i zatrudnienia, to może pójdziemy na całość? Niech każdy natychmiast skonsumuje całość swojego dochodu i bogactwa. Niech wszyscy właściciele produktywnych oszczędności-inwestycji, ulokowanych na giełdzie, w funduszach inwestycyjnych, w papierach przedsiębiorstw, w kapitale rzeczowym, natychmiast je upłynnią (zamienią na pieniądze) i zakupią dobra konsumpcyjne. Niech wszyscy wyciągną pieniądze ze swoich oszczędności i przeznaczą je na jedzenie, zabawę, kina, teatry, skakanie na bungee, jeżdżenie na łyżwach etc. Czy możemy sobie wyobrazić katastrofę gospodarczą, jaka by w takiej sytuacji nastąpiła? Krótkookresowy dobrobyt zostałby okupiony strasznym ekonomicznym kacem, z jaki mielibyśmy do czynienia jutro. Nikt nie inwestowałby w przedsiębiorstwa, ani jakikolwiek przemysł. Giełda natychmiast by się zawaliła, ceny akcji osiągnęłyby poziom zerowy, przedsiębiorstwa zaczęłyby zanikać z powodu braku środków. Przekonalibyśmy się, że wszystkie dobra kapitałowe i oszczędności zostały skonsumowane i teraz musimy wszystko budować od nowa (część dóbr produkcyjnych przetrwałaby tylko dlatego, że wcześniej poczynione oszczędności, przed okresem rozpasanej konsumpcji były na tyle wielkie, aby one istniały dłużej). Czy o taki świat właśnie chodziłoby lewicowym publicystom? Czy bogactwo rozpoznaje się tym, że nie dbamy o jutro, a wszystko przejadamy dzisiaj? Niewątpliwie tezy profesorów Sadowskiego i Podkaminera (który delikatnie sugeruje, że Dariusz Rosati nie rozumie ekonomii) prowadzą do paradoksu. Ich zdaniem ten dba najwięcej o przyszłość, kto nie dba o nią w ogóle. Ten zjada więcej jutro, kto zjada najwięcej dziś. Chcesz mieć ciastko, to je zjedz. Teraz wyobraźmy sobie inny mechanizm. Powiedzmy, że następuje radykalna obniżka podatków, która zwiększa skłonność do oszczędzania. Każda dodatkowa złotówka zaoszczędzona przez nas na podatku zostaje przeznaczona na jakąś formę inwestycji. Pieniądze idą  na akcje firm, na otwieranie biznesu, zatrudnianie dodatkowych ludzi, środki idą w kierunku lepszego wyposażenia i lepszych produktów. W ten sposób kondycja gospodarki znacznie się poprawia. Wymiana kwitnie, płace realne na skutek dokapitalizowania przedsiębiorstw zaczynają rosnąć. W przyszłości owocem tych oszczędności będzie większa konsumpcja i wyższy poziom życia[2]. Nic nie ginie w naturze. Powyższa teoria wyraża się znaną tezą klasycznego ekonomisty Johna Stuarta Milla: popyt na dobra (konsumpcja) nie jest popytem na pracę (inwestycje, produkcja)[1]. Konsumowanie nie zwiększa możliwości konsumowania i nie zwiększa możliwości pożądania (reprezentowania „popytu”). Jest dokładnie na odwrót. Konsumowanie niszczy (termin użyty przez Jana Baptystę Saya) możliwość pożądania i zakupywania. Konsumowanie jest zniszczeniem wartości i na pewno jej nie tworzy. Przez zjedzenie mandarynek, nie będę ich miał więcej. Przez skonsumowanie dochodu, nie będę go miał jutro. Przez przejedzenie wszelkich dostępnych środków nie zwiększę swojego jutrzejszego dobrobytu. Mogę to zrobić tylko przez oszczędność. Tylko ona pozwoli mi na zwiększenie popytu. Fakt ten można zrozumieć również patrząc na okres depresji. W trakcie kryzysów oszczędności mają bardzo niski poziom i jeszcze na dodatek się kurczą ze względu na niską stopę życia. Ludzie wycofują oszczędności, aby na bieżąco radzić sobie z kryzysem. W trakcie rozwoju zaś mamy do czynienia z wyższymi oszczędnościami, ponieważ to one są jego źródłem (więcej inwestycji). Ta prawda została zaprezentowana przez Dariusza Rosatiego, na co Leon Podkaminer pyta: „może on nie rozumie ekonomii?”. Zapewne Paul Samuelson, laureat Nagrody Nobla, też jej nie rozumie w mniemaniu Leona Podkaminera (w nowszej wersji swojego podręcznika zrezygnował z tezy, jakoby oszczędności powodowały recesję). Stąd obniżka podatków będzie korzystna dla gospodarki, ponieważ przyniesie wzrost inwestycji. Oprócz tego należy podkreślić dwie rzeczy. Po pierwsze rozdymany budżet państwowy stanowi przeszkodę w rozwoju. Jeśli wydatki pozostaną na takim poziomie, to malejące przychody podatkowe z tytułu obniżek będą „musiały” zostać pokryte przez deficyt budżetowy. To z kolei oznacza emisję obligacji państwowych na rynek kredytowy, które uderzą w sektor prywatny. Wynika to z tego, że wychwalane przez nas wyżej oszczędności zostaną wchłonięte przez sektor państwowy. Tak się rysuje mechanizm „wypychania” prywatnych inwestycji przez obligacje państwowe, w które ze zdecydowanie większą chęcią inwestują fundusze, banki i inne instytucje na rynku (oprócz tego także jednostki prywatne). Wynika to z faktu, że państwo jest bardziej pewnym kredytobiorcą niż prywatna jednostka, która w odróżnieniu od władzy nie może dowolnie konfiskować bogactwa obywateli. Ten problem może być rozwiązany tylko poprzez skurczenie sektora finansów publicznych. W przeciwnym razie obniżka podatków jest tylko kosmetyką, gdyż prawdziwym obciążeniem gospodarki jest ogólny rozmiar sektora państwowego. Właśnie to pokazuje „dzień wolności podatkowej” liczony rok rocznie przez Centrum im. Adama Smitha jako stosunek wydatków państwa do produktu krajowego brutto (co ciekawe, samo Centrum w swoim projekcie proponuje dodatkowe sposoby zwiększania dochodów państwa, które sfinansują przerośnięty sektor publiczny: podatek od kapitałów własnych, podatek od obrotu, likwidacje możliwości uciekania przed podatkami, równanie podatków pośrednich w górę). Druga sprawa to zaznaczenie, że autor tekstu nie uważa, iż należy zakłócać preferencje aktorów rynkowych w alokowaniu przez nich bogactwa. Nie jestem zwolennikiem tego, aby przymusowo ograniczać konsumpcję w celu sfinansowania inwestycji. Po pierwsze dlatego, że państwo nie może „inwestować” w prawdziwym tego słowa znaczeniu – inwestowanie polega na oszczędzaniu i spłacie za pomocą sprzedawania usług odbiorcom na zasadach dobrowolności. Państwo nie inwestuje tylko konsumuje, bowiem rozdysponowuje środki teraz zgodnie z wolą aparatu rządowego (poza tym spłaca swoje zobowiązania nie poprzez sprzedaż, tylko przez kolejne konfiskaty). A po drugie, ważniejsze, nawet jeśli państwo mogłoby inwestować, to i tak nie jest to powodem, aby ograniczać suwerenność ludzi w tym, co chcą zrobić ze swoim bogactwem. Niech każdy alokuje swój dochód między konsumpcję a inwestycje wedle własnych przekonań. Nie ma ekonomicznego ani moralnego uzasadnienia dla „przymusowych inwestycji” zmniejszających dzisiejszy dobrobyt dla lepszego życia jutro. Celem tego artykułu jest pokazanie, że jeśli ludzie generalnie myślą o przyszłości i są zainteresowani inwestowaniem bogactwa dzisiaj, aby poprawić dobrobyt w przyszłości, to obniżka podatków jest dobrym na to sposobem. Oczywiście, jeśli ludzie wolą przekazać nieopodatkowane pieniądze na konsumpcję w celu poprawy stopy życia krótkookresowo, to jest to tylko i wyłącznie ich sprawa, a podatki i tak trzeba obniżyć. Powyższe poglądy nie są niczym nowym, a tylko logiczną konsekwencją prawideł ludowych, które w wyniku sformalizowania nauki ekonomii trafiły do podręczników. Środki można wydawać albo w jedną stronę, albo w drugą. Nie ma takiej możliwości, aby wydawać je w dwie strony jednocześnie. Nie można mieć ciastka i je jednocześnie zjeść. Rzadkość dóbr jest czynnikiem, z którym przychodzi się zmierzyć działająca jednostka. I właśnie ona będzie je najlepiej alokować pod warunkiem, że się jej na to pozwoli. [1] Błąd ten został rozwinięty do imponujących rozmiarów pod nazwą „zasada przyspieszenia”. Rzekomo popyt konsumpcyjny reguluje poziom popytu inwestycyjnego i teza ta kwitnie w wielu podręcznikach i pracach wielkich ekonomistów. Niestety opiera się na poważnym błędzie, a w zasadzie masie błędów. Jednym zasadniczym, który tu podkreślimy, jest pomylenie jednego sektora gospodarki z całą jej makrostrukturą. Rzeczywiście, jeśli rośnie popyt na samochody, to popyt inwestycyjny na produkowanie samochodów rośnie. Ale to nie może jednocześnie istnieć w przypadku całej gospodarki. Skądś dodatkowe środki muszą pochodzić. Jeśli rośnie konsumpcja w tym sektorze i przesuwają się do niego środki inwestycyjne, to skąd się biorą? Odpowiedź: muszą pochodzić z innej ograniczonej konsumpcji lub ograniczonych inwestycji. Dlatego właśnie w globalnym ujęciu konsumpcja i inwestycje są wymienne, a nie nakręcające się. [2] Specyficzną kategorią jest tutaj zatrzymanie pieniędzy w kieszeni lub na półce czyli zwiększenie popytu na pieniądz. Można to traktować albo jako osobną kategorię, albo także jako formę oszczędności-inwestycji. Nie jest to aż tak istotne. Co ważne, to fakt, że z trzymania pieniędzy w na półce i w kieszeni ludzie również mają korzyść, ponieważ mają w swojej permanentnej dyspozycji najlepiej upłynniane dobro. Czyli dobro, które, gdy tylko zapragną, mogą wymienić na jakiekolwiek inne. To niezwykle ważna funkcja pieniądza, która wynika z niepewności świata i jutra (nieodłącznego elementu ludzkiego działania). Nie ma powodu, aby nazywać „nieekonomicznym” trzymanie pieniądza w kieszeni lub „w skarpecie”. Skoro jest on tam trzymany, to znaczy, że jednostka ma z tego korzyść (na marginesie warto pamiętać, że nie ma możliwości, aby pieniądz nie był przez kogoś trzymany – zawsze jest w czyimś portfelu, na półce, skarpecie itd.).

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Mateusz Machaj

O Autorze:

Mateusz Machaj

dr hab. Mateusz Machaj - Instytut Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Wrocławskiego, założyciel oraz główny ekonomista Instytutu Misesa.

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *