Rockwell: Iluzje władzy

28 stycznia 2004 Filozofia polityki komentarze: 0

Autor: Llewellyn H. Rockwell, Jr.
Opublikowano na stronie Mises.org 19 grudnia 2003
Tłumaczył: Tomasz Romanowski

Przemówienie zostało wygłoszone dnia 12 grudnia 2003 roku w Fundacji Edukacji Ekonomicznej (www.fee.org) w Irvington-on-Hudson, stan Nowy Jork.

Krytycy oskarżają libertarian, iż ci rozkoszują się błędami rządów. Tak i nie. Nikt nie jest przecież zadowolony obserwując zniszczenia spowodowane przez politykę rządów, czy to na małą skalę, gdy restrykcyjne przepisy doprowadzają przedsiębiorstwa do bankructw, czy też na dużą skalę, gdy podczas wojen giną miliony.

Istotą prawdziwości tego twierdzenia jest to, że błędy rządów ilustrują bardzo istotną kwestię dotyczącą struktury rzeczywistości, o której większość ludzi zwykła zapominać. Sprowadza się to do tego, iż politycy i urzędnicy państwowy, niezależnie od tego jak dużo władzy posiadają, nie są w stanie całkowicie kontrolować efektów społecznych.

Jeśli mógłbym podsumować najważniejszą kwestię akcentowaną we wszystkich pracach Mises’a: struktura społeczeństwa i spraw światowych, generalnie rzecz biorąc, kształtowana jest ludzkim działaniem, wyrastającym z twórczych ludzkich umysłów dokonujących indywidualnych, subiektywnych wartościowań oraz ich interakcji ze światem materialnym, który rządzi się prawami pozostającymi poza zakresem ludzkiej kontroli.

Oznacza to, iż ty i ja nie możemy sami, nawet jeśli posiadamy maksimum władzy politycznej, kontrolować całości społeczeństwa, a szczególnie jego ekonomicznego aspektu. Rozważmy na początek przykład dotyczący powszechnej opinii na temat produkcji. Wiele produktów, wytwarzanych dawniej w Stanach Zjednoczonych, np. telewizory, pianina, petardy, plastik i rowery jest obecnie produkowanych w Chinach. Spowodowało to wielkie zaniepokojenie – całkowicie bezzasadne, jeśli bierzemy pod uwagę zdrowe zasady ekonomiczne.

Załóżmy jednak, że naszą ambicją jest zmiana tej sytuacji. Każdy może swobodnie wyprodukować rower i próbować sprzedać go na rynku zainteresowanemu konsumentowi. Załóżmy, ze wynajmujesz lokal, zatrudniasz pracowników, zdobywasz potrzebny kapitał i w wyniku tych działań wypuszczasz rower na rynek. Okazuje się, że by pokryć koszty i otrzymać zysk, musisz wycenić swój rower powyżej aktualnej ceny rynkowej. Może uda ci się przekonać ludzi, że twój produkt jest specjalny, lepszy od innych. Lub też będziesz zmuszony obniżyć cenę i okaże się, że przychody nie pokrywają twoich kosztów i trzeba będzie zamknąć interes.

Niezależnie od tego co postanowisz, jedna kwestia musi być jasna: nie ty determinujesz wynik. Chciałeś produkować rowery, ale to do konsumentów należy decyzja czy leży to w naszym wspólnym interesie. Nie możesz na to nic poradzić. Nie możesz zmusić ludzi do wydania pieniędzy. Ośmieliłbym się zasugerować, że w końcu dojdziesz do wniosku, iż powinieneś zajmować się innymi rzeczami niż próby dotrzymania kroku przedsiębiorstwom, które dysponują niższymi kosztami pracy oraz  kapitału i dzięki temu osiągają zyski sprzedając produkty za dużo niższe ceny.

Przyjmijmy jednak, że zdecydowałeś, iż nie chcesz ugiąć się przed rynkową rzeczywistością. Zamiast tego lobbujesz w Kongresie by opodatkować wszystkich kupujących zagraniczne rowery. Podatek jest wystarczająco wysoki by pozwolić tobie na pobieranie niebotycznie wysokiej ceny za swoje rowery. Osiągasz dzięki temu zysk. Jednak jakim kosztem? Konsumenci kupujący twoje rowery mają w rezultacie mniej pieniędzy do wydania na inne cele, czy to konsumpcję, oszczędności czy inwestycje. Także zatrudnieni przez ciebie pracownicy powstrzymują się od innych zajęć, a konsumowany przez ciebie kapitał nie jest dostępny dla innych przedsięwzięć.

Ostatecznym rezultatem jest wypatrzenie całego systemu ekonomicznego w sposób umożliwiający osiąganie przez ciebie korzyści kosztem innych osób. Inni przecież znaleźli sposób na produkowanie tego samego co ty bardziej wydajnie, ale z powodu twojego lobbingu i uzyskania przywilejów, zablokowałeś społeczeństwu dostęp do korzyści wynikających z innowacji dokonanych przez innych. I jak długo tak wypatrzony system ma trwać? To, że na swoja korzyść doprowadziłeś do opodatkowania innych, nie zmienia tego, iż inni potrafią produkować to samo co ty w sposób tańszy i lepszy. Czy pracownicy rzeczywiście chcą pracować w branży, która jest czymś w rodzajem podstępu? Czy konsumenci naprawdę chcą płacić wyższe ceny by umożliwić ci dalsze oddawanie się pasji produkcji rowerów?

Oczywiście nie. W pewnym momencie ludzie zrozumieją szwindel i znajdą inne sposoby nabywania rowerów. Może wykorzystają luki w przepisach umożliwiające importowanie części rowerowych i branża rowerowa zrób-to-sam zagrozi twoim zyskom? Lub też może zatriumfuje czarny rynek. Lub też ludzie odejdą od rowerów i zaczną używać innych środków indywidualnego transportu. Deskorolki zostaną wyposażone w kierownice. Napędzane gazem skutery rozwiną opcję napędzaną wyłącznie za pomocą pedałów. Sama definicja roweru stanie się kwestią. W rezultacie, egzekucja prawa będzie bardziej uciążliwa.

W pewnym miejscu tej gry dochodzimy do konieczności podjęcia wyboru. Możemy kontynuować tworzenie coraz bardziej absurdalnego i niedorzecznego systemu regulacji i protekcjonizmu, po to tylko byś mógł odnosić z tego korzyści, lub też ugiąć się przed rzeczywistością i wpuścić na rynek zagraniczne rowery. Załóżmy, że twoje cła trwają rok, lub nawet dziesięć lat. Do czego doprowadzą? W tym okresie ogromne zasoby są marnowane. Konsumenci podlegają eksploatowaniu. Kapitał zużywa się w sposób nieekonomiczny. Pomiata się ludźmi, a władza policyjna państwa wzrasta. Nie przynosi to społeczeństwu nic dobrego.

Moim zdaniem niezależnie od losu tzw. produkcji przemysłowej, nie ma sposobu by w długim okresie pokierować nią w takim lub innym kierunku. Los przemysłu znajduje się w rękach ogółu konsumentów i podlega prawom ekonomii, których nikt nie jest w stanie obalić. Jest rezultatem ludzkich wyborów.

Administracja prezydenta Bush’a ma jednak inne zdanie i dlatego stosuje szeroki zakres protekcjonizmu przynoszącego korzyści jej poplecznikom oraz tym, których administracja ma nadzieję sobie zjednać. Rezultatem jest zaburzenie światowej gospodarki, kulejące rynki, opóźnienie nieodzownej transformacji i spowodowanie ogromnych kosztów społecznych.

Przykład ten pokazuje, że rządy nie są wszechmocne. Wiele z nich próbuje takimi być, bo żaden z rządów nie jest liberalny z natury. Istnieją jednak ograniczenia. Działania rządów roztrzaskują się wielokrotnie o ludzkie oceny. Nawet w rzadkich przypadkach rządów despotycznych, które rządzą populacjami jednomyślnie popierającymi despotyzm, działania rządu nadal roztrzaskują się o strukturę świata, która opiera się ich kontroli.

Rozważmy teraz inny przykład. Powiedzmy, że rząd pragnie by dolar był silną walutą. Jednoczenie chce drukować dolary i rozprowadzać je w świecie. W takim przypadku, rząd nie jest w stanie nic zrobić by ochronić dolara przed deprecjacją. Dosłownie nic. Spowodowane jest to prawami ekonomii. Ceteris paribus, wartość waluty w stosunku do towarów obniża się wraz ze wzrostem jej ilości w obiegu. Rządy, które pragną by było inaczej, mogą tylko bezsilnie wygrażać pięściami.

To samo dzieje się na niwie krajowej. Rząd chce by nastąpiło ożywienie gospodarcze nim recesja przejdzie przez swój cykl. W tym celu obniża stopy procentowe, wydatkuje olbrzymie ilości pieniędzy chcąc pobudzić popyt i zachęca do jak największej konsumpcji. Taktyka ta może powodować jakieś krótkoterminowe korzyści, jednak jest nieskuteczna w dłuższej perspektywie. Taktyka ta powoduje zanik oszczędności i kapitału oraz osłabia fundamenty prawdziwego przyszłego wzrostu.

Sprawa cen leków przepisywanych na receptę będzie bardzo ważna w nadchodzącej kampanii wyborczej. Problemem są wysokie ceny. Mądrość ludowa głosi, że jest to spowodowane chciwością przemysłu medycznego. Prawda jest natomiast taka, że te wysokie ceny są częściowo rezultatem subsydiowanego popytu, wynikającego z istnienia takich programów jak Medicare i Medicaid, oraz ograniczeniami w podaży spowodowanymi przepisami patentowymi. Innymi słowy, klasa polityczna ponosi odpowiedzialność za wysokie ceny. Oczywiście prawdą jest, że przemysł farmaceutyczny nie narzeka. W rzeczywistości wysokie ceny są dokładnie tym co jego przyjaciele z rządu chcieli osiągnąć.

Mogą ubolewać nad tym, że biedni muszą płacić wyższe ceny, nie jednak na tyle by zrobić coś konkretnego w tej kwestii. Ceny spadłyby dziś dramatycznie gdyby patenty zostały uchylone, wolny handel (także reimport) dozwolony a subsydiowany popyt skończyłby się wraz z zlikwidowaniem programów Medicare i Mediaid. Nikt jednak nie chce rozważyć tego rozwiązania, Kongres natomiast tworzy coraz więcej niepożądanych programów mających kontrolować ceny, utrzymując je wystarczająco wysoko by zadowolić branżę i wystarczająco nisko by zredukować polityczną wrzawę.

Problemem jest to, że rząd nie może osiągnąć tych dwóch celów jednocześnie. Nie może nagradzać swoich przyjaciół wysokimi cenami i jednocześnie powodować zadowolenie konsumentów. Obecny system ze swoimi dużymi subsydiami tworzy tylko nowe ogromne zobowiązania, które nie mogą być finansowane po wieczne czasy bez ogromnego wzrostu obciążeń podatkowych, których nikt nie chce firmować. Bez wzrostu podatków jedynym rozwiązaniem pozostaje inflacja, która opodatkowuje nas w inny sposób.

Jednym ze sposobów myślenia o rządzie jest wyobrażanie go sobie jako szczura kręcącego się po labiryncie bez wyjścia. Nie istnieje magiczne rozwiązanie pozwalające na obejście podstawowych praw ekonomii. Wszystkie obiady muszą być przez kogoś opłacone, ceny nie mogą być jednocześnie wysokie i niskie i każda próba przymusu wywołuje kontrreakcję. Podsumowując, nie istnieje alternatywny wszechświat, w którym fantazje polityków stają się rzeczywistością.

Spróbuj jednak powiedzieć to klasie politycznej. Ostatnia rzeczą jaka chcą usłyszeć jest to, że ich władza jest ograniczona, a ich pomysły nie są. Politycy mają skłonność do wiary, że przynależność do klasy politycznej idzie w parze z przywilejem kształtowania świata zgodnie z własnym upodobaniem.  Jeśli czytasz literaturę z zakresu nauk społecznych, znajdujesz w niej prawie zawsze ten sam błąd. Rzadko kiedy pojawia się ktoś i mówi: wielka teoria lecz nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Po prostu zabawiasz się grami intelektualnymi.

Socjalizm był w rzeczywistości niczym innym jak tylko grą intelektualną. Ludzie od czasów starożytnych do dziś wyczarowywali jakieś wizje na temat tego jak powinien wyglądać świat i następnie proponowali różne środki prowadzące do ich realizacji. Mises i jego generacja wyjaśnili, ze te wizje są fundamentalnie niezgodne z rzeczywistością. W świecie realnym kapitał musi posiadać swoją cenę opartą na wymianie prywatnej własności, w celu użycia go jak najkorzystniej. Twierdzenie, że każdy powinien posiadać kapitał kolektywnie niczego nie rozwiązuje.

W pewien sposób, to czym się zajmujemy jako komentatorzy spraw ekonomicznych jest podążaniem bez końca za tym modelem. Parę dni temu kandydat na prezydenta zasugerował, iż odpowiedzią na nasze problemy ekonomiczne jest zwiększenie regulacji. Wszystko to sobie przemyślał w głowie. Natychmiast wolnorynkowi ekonomiści z całego świata połączyli siły by wskazać, że osiągniecie stawianego przez niego celu, jakim jest większa produktywność, jest niemożliwie proponowanym przez niego sposobem. Była to niechciana wiadomość, ale jedyna jaką koniecznie należało przekazać.

Doświadczenie irackie przyniosło niezliczoną ilość takich przykładów. Stany Zjednoczone chcą wydobywać ropę. Chcą uruchomić fabryki, sklepy i handel. Nie pozwalają jednak prywatnym właścicielom na zajęcie się tymi sprawami. Rezultatem jest to, że militarne muskuły osiągnęły bardzo mało olbrzymim kosztem. Jest to klasyczny przykład tego jak rząd ponosi porażkę gdy chce walczyć z siłami, których nie potrafi kontrolować. Fabryki w Iraku, które zostały uruchomione, uczyniły to bez wsparcia okupacyjnego rządu.

Zastanówmy się jeszcze nad ta wojną. Na początku wizjonerzy z administracji prezydenta Bush’a wyobrazili sobie, że Irak jest tak naprawdę bardzo prostym problemem do rozwiązania. Jedyne co było potrzebne to pozbawić go przywódcy i magiczny proszek obecności Stanów Zjednoczonych spowoduje powstanie praworządnego i kwitnącego społeczeństwa, które będzie przykładem do naśladowania w regionie. Jednak rzeczywistość zaatakowała. Przestępczość rozpanoszyła się. Zwaśnione polityczne siły domagały się władzy. Produkcja została zatrzymana. Społeczeństwo stoczyło się w chaos. Spowodowane było to nie brakiem politycznego przywództwa. Lecz wynikało z wprowadzenia stanu wojennego w państwie, które było wrogo nastawione do Stanów Zjednoczonych.

Cały czas widzimy, że wojna w Iraku prowadzi do stanu całkowicie przeciwnego niż planowany. Celem jej było odnalezienie broni, ukaranie terrorystów i utrzymanie porządku w regionie. Jednak jej skutki okazały się całkiem inne, pobudziła terroryzm i spowodowała nową falę niepokojów w regionie. Nie osiągnąwszy oczekiwanych skutków, wojna została przedefiniowana przez rząd, w taki sposób, że odzwierciedla to co się rządowi udało; obalenie i ujęcie Saddama.

W tym sensie, wojna odzwierciedla inne rządowe programy, czyli powodowanie skutków odmiennych od zapowiadanych i osiąganie ich najwyższym możliwym kosztem. Widzimy tutaj podobieństwo polityki wewnętrznej do prowadzenia spraw zagranicznych. Rząd jest tak samo niezdarny w sprawach krajowych jak niekompetentny w międzynarodowych. Niezależnie od tego jak często rząd ogłaszania się władcą wszechświata, zawsze jednak staje w obliczu sił, które są poza jego kontrolą.

W całej dyskusji na temat klęski tej wojny nie możemy zapomnieć szerszej perspektywy; tego, że niewiarygodne możliwości zostały roztrwonione po zakończeniu zimnej wojny. Stany Zjednoczony były powszechnie uznawanym zwycięzcą w tej trwającej czterdzieści lat walce ideologicznej. To, że zimna wojna nie była naprawdę starciem ideologicznym, lecz klasyczną równowagą sił pomiędzy dwoma imperiami nie jest istotne by zrozumieć znaczenie faktu, że totalitarny komunizm upadł, podczas gdy system wolnorynkowy pozostał odnosząc całkowity triumf. Świat był gotowy na nowy okres prawdziwego liberalizmu i spoglądał w stronę Stanów Zjednoczonych. Na początku zdumiewającego okresu postępu technologicznego byliśmy w doskonałej sytuacji do objęcia przywództwa.

Nie było nigdy takiej chwili w historii Stanów Zjednoczonych, w której polityka zagraniczna wyznaczona przez Jerzego Waszyngtona byłaby bardziej sensowna. Handel z wszystkimi, wojowniczość przeciwko nikomu. Kontakty handlowe z każdym, zaangażowanie polityczne w jak najmniejszej ilości. Przyjaźń. Dobra wola. Oto była recepta na pokój i wolność. Była w naszym zasięgu. Nasze dzieci mogłyby dorastać w świecie bez poważniejszych konfliktów politycznych. W świecie pokoju i obfitości. Mogło tak być.

Jednak nie było dane by tak się stało, głównie z powodu tego, że ojciec Jerzego W. zdecydował, iż chce znaleźć się na kartach podręczników historii jako ten, który zrobił coś dużego i ważnego. Cóż by więc innego niż wojna? Stany Zjednoczone były jedyna potęgą światową, szukającą wszędzie możliwości do walki. Przypomina to trochę sytuację na podwórku, gdzie znajdują się same mięczaki i jeden chłopak z czarnym pasem w karate, który nigdy nie otrzymał jeszcze lekcji, w jaki sposób i gdzie może wykorzystać swoje umiejętności. I oczywiście pojawił się spór o wydobycie ropy pomiędzy Irakiem a Kuwejtem, i Bush zdecydował się na interwencję. Dwanaście lat później Stany Zjednoczone są nadal zaangażowane w ten konflikt, powodując niesłabnące zamieszanie dla mieszkających tam biednych ludzi.

Cały czas na naszym krajowym podwórku możemy obserwować przykłady ogromnej przepaści pomiędzy sposobem postrzegana siebie przez rząd a rzeczywistością. Administracja Busha chciała pomóc w rozwoju przemysłowi stalowemu. Administracja wprowadziła cła, które są po prostu podatkiem płaconym przez wszystkich konsumentów stali. Amerykańscy producenci stanęli przed alternatywą, płacić cło i kupować importowaną stal lub też płacić wyższą cenę za stal krajową. Ci, którzy nie mogli uczynić żadnej z tych dwóch rzeczy, zmuszeni byli do ograniczenia produkcji i zatrudnienia. Inni konsumenci musieli płacić wyższe ceny, które odciągały zasoby od innych celów.

Jeśli chodzi o przemysł stalowy, to cła nie pomogły mu w osiągnięciu większej efektywności, która jest jedynym sposobem na konkurowanie z bardziej efektywnymi konkurentami. Cła po prostu subsydiowały nieefektywność. To oczywiście nie wszystko. Podczas okresu obowiązywania ceł przemysł stalowy przeszedł dramatyczną konsolidację, która miała zapewnić mu efektywność w inny sposób.

Jak tylko administracja Bush’a stanęła w obliczu możliwości wybuchu wojny handlowej, najpoważniejszego kosztu protekcjonizmu, zniosła cła i uchyliła nowe ograniczenia, w ten sposób sytuując przemysł stalowy w dokładnie tych samym kłopotliwym położeniu, w którym znajdował się przez nałożeniem ceł. Dla całej społeczności handlowej efektem była konieczność płacenia drastycznie wyższych cen stali, stawanie w obliczy sporadycznych jej niedoborów i to absolutnie bez powodu.

Napotykając się na niepowodzenia na każdym froncie, administracja Bush’a wykonała właściwy krok i zniosła cła. Nie była jednak uczciwa w przyznaniu się do porażki. Twierdziła raczej, że jej polityka była tak skuteczna, że teraz można ją już zakończyć. To tak jakby lekarz przepisywał truciznę, a następnie zmienił zdanie. Jedyne co może zrobić to znaleźć najlepsze uzasadnienie takiej decyzji, tak przypuszczam.
Jednak jak pięknym przykładem rządowej bezczynności jest ta sytuacja! Administracja chciała ochronić amerykański przemysł, a jedynym rezultatem okazał się znaczący wzrost kosztów prowadzenia wszelkiego rodzaju interesów. Nowe zwolnienia są nieuniknione w sytuacji gdy produkcja stali przenosi się do innych państw, a Stany Zjednoczone znajdują swoja przewagę komparatywną w innych dziedzinach.

Dużo wysiłku legislacyjnego kierowane jest na pomoc niektórym grupom w uzyskaniu uprzywilejowanej pozycji w miejscu pracy. Mam tu na myśli zwykłą litanie tzw. grup pokrzywdzonych ze względu na rasę, zdolności, płeć, narodowość, religię itp. Czy te przepisy naprawdę pomogły tym grupom? Efekty są różnorakie. Jeśli wyślemy ludzi na rynek pracy z przyczepioną do ich głów wysoką ceną, a perspektywa pozwu sądowego jest rzeczywiście bardzo wysoką ceną, powodujemy tylko, że pracodawcy są mniej zainteresowani ich zatrudnianiem.

Nie wątpię, że niektórym ludziom prawa te pomogły, nie są to jednak ci ludzie, którym pomoc jest najbardziej potrzebna. Dzisiaj niepełnosprawni, Murzyni, kobiety oraz mniejszości religijne poszukują pracy z wielkim trudem: pracodawcy obawiają się ich i są mniej skłonni do zatrudnienia ich w porównaniu z innymi grupami, jeśli mogą się bez tego obejść. Największą cenę płaci zawsze najmniej wykwalifikowany. Dobrym testem jest sytuacja niepełnosprawnych: jest udokumentowanym faktem, że bezrobocie pomiędzy prawdziwie niepełnosprawnymi jest obecnie wyższe niż było przed przyjęciem przepisów przyznających im przywileje (Americans with Disabilities Act).

Ponieważ libertarianie wiedzą z wyprzedzeniem, że działania rządu są destrukcyjne, mamy zwyczaj koncentrować naszą edytorską energię na wskazywanie tych destrukcyjnych efektów. Lecz w naszym zapale by przyciągnąć uwagę do spraw przez innych ignorowanych nie zapominamy o szerszej perspektywie. Zawsze istnieją ograniczenia tego co rząd może zrobić i niszczącej działalności rządu towarzyszą zawsze przykłady wielkiej kreatywności ze strony rynku.

Nawet jeśli rząd dominuje w głównych wiadomościach, to prywatni przedsiębiorcy pracują wytrwale każdego dnia by udoskonalić produkty i usługi, które ułatwiają nasze życie. Robią to bez nakładania na nas podatków lub ograniczeń. Nie zamęczają nas wyborami i politycznymi debatami. Wytwarzają swoje produkty i oferują je nam w sposób, który zadowala konsumentów najbardziej. W zależności od naszego upodobania możemy wybrać je lub też nie.

Rozważmy tutaj sukces sieci Wal-Mart. Jeśli rząd chciałby stworzyć sklep dyskontowy, który czyni świat dóbr materialnych i artykułów spożywczych dostępnym dla mas we wszystkich krajach, mógłby próbować przez tysiące lat i nie stworzyć niczego przypominającego tę firmę. Nawet wojsko zrezygnowało z takiego pomysłu i kieruje swoich pracowników nie do wojskowych sklepów w bazach, ale do sklepów Wal-Mart, Office Depot i innych, gdzie można otrzymać najlepsze ceny.

Programy pomocy w rozwoju gospodarczym dla zagranicy są kolejnym przykładem. Rozpowszechnienie tej informacji zajęło dekady, dzisiaj jednak ministrowie krajów rozwijających się rozumieją, że zyskują dużo więcej integrując się ze światową ekonomią niż korzystając z rządowej pomocy zagranicznej i narażając się na polityczne restrykcje, które pomoc ta za sobą pociąga. Dzisiaj, jak zauważyła Sudha Shenoy, największy opór przed nowymi umowami handlowymi stawiają państwa rozwijające się, nie dlatego, że nie chcą handlować, lecz dlatego, iż pragną handlu bez amerykańskiej kontroli warunków socjalnych i ochrony środowiska.

To samo jest prawdą w obszarze telekomunikacji. W ubiegłym wieku rządy aspirowały do całkowitej kontroli telefonów, poczty, mediów. Dziś widzimy, ze rząd praktycznie kontroluje jedynie małą część przemysłu telekomunikacyjnego, pomimo ciągłych prób upośledzenia prywatnych firm.

Podobna kwestia, głównym zmartwieniem wszystkich są dziś wirusy komputerowe oraz spam, które zagrażają niezawodności naszych głównych metod komunikacji. Kongres uchwala nieskuteczne przepisy przeciw spam’owi i wirusom, podczas gdy prywatni przedsiębiorcy dali nam wiele narzędzi pozwalających na wygranie tej bitwy.

Prywatne przedsiębiorstwo tworzy, rząd niszczy. To jest ważna lekcja ekonomii naszych czasów i wszystkich czasów.
Oczywiście istnieje jedna działalność, w której rząd nigdy nie ponosi porażki. Rząd potrafi rabować. Potrafi usadowić się w najważniejszych obszarach społecznych. Potrafi karać wrogów. Potrafi nawet indoktrynować ludzi za pomocą propagandy, tak że ci zaczynają postrzegać świat zgodnie z jego preferencjami.

Jest to najlepszy sposób na zrozumienie publicznego systemu szkolnego. Nie działa by skutecznie nauczać, lecz by dokonywać transferów ogromnych środków od prywatnych osób do sektora publicznego. I tutaj także widzimy siłę przedsiębiorczości prywatnej, rozwijające się w publicznych szkołach kluby reprezentują de facto źródło prywatyzacji i kluby oraz grupy do nich należące są jedynymi udanymi rzeczami w publicznych szkołach.

W najbliższych miesiącach będziemy słyszeć dużo na temat wspaniałych reform, które politycy zamierzają przeprowadzić. To jest okres, w którym politycy konkurują o naszą lojalność mówiąc wszystko na temat swoich pomysłów i wizji dotyczących przyszłości. Jak zwykle będą tak dobierać swoje słowa by maksymalizować ilość przekonanych osób i minimalizować ilość problemów, jakie mogą się pojawić gdy mówi się ludziom to czego nie chcą słyszeć.

Jeszcze uwaga na marginesie, ten kto wymyślił zasadę powszechnej demokracji, nie przemyślał spraw zbyt dokładnie. Nic nie jest dobrze zarządzane gdy głosuje większość, nie mówiąc już o tym, że prawdziwie wolne społeczeństwo nie powinno być w ogóle „zarządzane”. Działa ono samodzielnie, bez niedoszłych panów i władców zmagających się u steru.

Pozwólcie mi więc zaproponować moją własna listę dziesięciu najważniejszych kłamstw, które politycy usiłuję wam wmówić. Wszystkie stworzone by przekonać was, że rząd powinien mieć więcej władzy niż obecnie, by móc tworzyć jeszcze więcej katastrof, do których jesteśmy już przyzwyczajeni:

10. Mój nowy program stworzy nowe miejsca pracy. Prawda: wyłącznie rynek tworzy nowe miejsca pracy.

9. Mój program edukacyjny zreformuje szkolnictwo, tak że żadne dziecko nie zostanie pozostawione bez edukacji. Prawda: publiczne szkoły nie działają z tych samych powodów, dla których nie działają programy rządowe. Bo istniej poza gospodarką rynkową.

8. Mój program ocali przemysł X. Prawda: każdy przemysł musi być częścią rynku, w przeciwnym przypadku nie jest w rzeczywistości przemysłem.

7. Nie podniosę podatków, ale zorganizuję dużo nowych programów. Prawda: wszystkie programu muszą być sfinansowane.

6. Jako prezydent będę prowadził skromna politykę zagraniczną. Prawda: nic w urzędzie prezydenckim nie zachęca do skromności.

5. Ta wojna jest humanitarna i można ją wygrać. Prawda: wojna nie jest niczym innym jak rządowym programem na masową, destrukcyjna skalę, i dlatego też jest podatna na niepowodzenia.

4. Moje reformy spowodują powstanie konkurencji rynkowej. Uważajcie na to kłamstwo, w które zwolennicy rynku są skłonni uwierzyć. Istnieje tylko jeden rodzaj prawdziwego rynku, i zasadza się on na własności prywatnej i na niczym innym.

3. Zapewnimy bezpieczeństwo narodu. Prawda: rząd nie może zapewnić bezpieczeństwa lepiej niż rynek, w taki sam sposób w jaki nie może zapewnić pożywienia i mieszkań lepiej niż rynek.

2. Rząd jest miłosierny. Prawda: ludzie, którzy pożądają władzy nad życiami innych są najbardziej wyrachowanymi, okrutnymi z ludzi.

1. Nie można kochać swojego kraju i nienawidzić swojego rządu. Prawda: osoba kochająca swój kraj, kocha wolność najbardziej.

Za sto lat wielka historia ostatnich lat XX-go wieku i początku XXI-go znana będzie jako okres ogromnego postępu technologicznego. Weźmy pod uwagę Internet, telefonię komórkową, palmtopy, niedrogie notebooki, postęp medycyny i rozszerzanie się dobrobytu we wszystkich zakątkach świata. Co rząd ma z tym wspólnego? Odpowiedź brzmi: nic, nie przyczynił się do tych zmian. Pracował tylko by utrudniać postęp i możemy być tylko wdzięczni, że mu się nie udało.

Przez całą historię ludzkości rządy powodowały przerażającą ilość rozlewu krwi i przerażenia, ale w końcu, to co zwyciężyło to nie władza lecz gospodarka rynkowa. Nawet dziś rządy mogą tylko starać się doścignąć postęp. Dzieje się to z powodu, który nakreślił Mises. Rząd nie jest w stanie kontrolować ludzkich umysłów, nie może więc, w dłuższej perspektywie, kontrolować wyborów, których dokonują ludzie. Nie może kontrolować sił ekonomicznych, które są znacznie potężniejsze i stanowią stałą część świata, w przeciwieństwie do rządu.

Rządy mają skłonność do przeceniania swoich możliwości w tak wielu dziedzinach życia, że wykonywanie władzy prowadzi w rezultacie do ich zguby. To przecenianie możliwości może przybierać wiele form: finansową, ekonomiczną, społeczną i militarną. W ten sposób i przy wystarczającej pasji wolności płonącej w sercach obywateli, rządy mogą być odpowiedzialne za swoją własną zgubę. Dzieje się tak w rezultacie przeceniania możliwości władzy i niedoceniania jej ograniczeń.

Wierzę, że jesteśmy świadkami takich zmian. Może to nie być oczywiste, gdy spojrzymy w szerokiej perspektywie, gdy spojrzymy na stan wielkiej ilości rządowych programów i instytucji, widzimy, że rząd jest ogromnie potężny i bogaty, lecz jest również kruchy i stojący na krawędzi bankructwa. Wydarzenia ostatniego roku pokazują jak daleko posunął swoje umiejętności zarządzania gospodarką, społeczeństwem, kulturą i porządkiem światowym. Pomimo egzaltowanego stanu państwa obecnie, ogromne i zamaszyste imperium zwane rządem Stanów Zjednoczonych może w rzeczywistości być mniej zdrowe niż kiedykolwiek wcześniej.

Kilka miesięcy temu przyjechał do Auburn specjalny mówca, prawdopodobnie najsławniejsza osoba, która nas odwiedziła od czasu gdy był tu gwiazdor muzyki Country Alan Jackson. To Michał Gorbaczow, bardzo interesująca postać w historii narodów. Doszedł do władzy z reputacja reformatora i wprowadził wiele reform, które nie miały na celu przyznanie ludziom większej wolności, lecz zatrzymanie rozpadu imperium nim było za późno. Lecz już było za późno. Jego słowa o pierestrojce i głasnostii nie mogły oszukać ludzi, którzy byli przekonani, że sowiecka maszyna jest czymś w rodzaju mistyfikacji.

Imperium upadło nie z jego powodu, lecz pomimo jego wysiłków by je zachować. Kiedy przyszedł czas na podjęcie decyzji, czy należy utrzymać imperium za pomocą jeszcze większej siły, historia  dokonała wyboru za niego. Imperium rozpłynęło się w mgnieniu oka. Kilka miesięcy później stał się bezrobotnym, nie dlatego, że został odwołany w jakiejś formalnej procedurze, lecz dlatego, że siły historii przejechały się po nim.

Rządy demokratycznie nie są uodpornione na siły historii, które obaliły sowiecką tyranię. Wszystkie rządy przeceniają swoje możliwości i żaden rząd nie jest wieczny. Bójmy się więc rządu, lecz nie wyolbrzymiajmy jego władzy. Może on spowodować ogromne zniszczenia i zawsze trzeba z nim walczyć. Jednak w tych zmaganiach znajdujemy się po właściwej stronie historii. Siła ludzkich wyborów, przy pomocy logiki ekonomii i praw, które działają bez jakiegokolwiek biurokratycznego zezwolenia, są źródłem naszej nadziei na przyszłość.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Llewellyn H. Rockwell

Llewellyn H. Rockwell, Jr. (ur. w 1944 r.) - amerykański publicysta, teoretyk libertarianizmu i zwolennik szkoły austriackiej w ekonomii, założyciel i prezes Ludwig von Mises Institute.

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *