Machaj, Witwicki: Podatki a inwestycje

4 marca 2004 Ekonomia sektora publicznego komentarze: 2

Marcin Piątkowski i Jacek Tomkiewicz wprowadzili dyskusję o podatkach na nowy tor. Bardzo trafnie podkreślili, że między prostotą a liniowością podatku nie ma bezpośredniego związku. Zaznaczyli również, że liniowość nie musi mieć związku z wysokością opodatkowania. Niemniej jednak w artykule pojawiło się kilka stwierdzeń wątpliwych.

Wątpliwości wzbudza przede wszystkim teza jakoby podatek progresywny był uzasadniony na gruncie ekonomii marginalnej. Autorzy przedstawili swoją tezę bez dokładnego zarysowania marginalnej ekonomii i doszli do konkluzji, które w rzeczywistości nie są z nią zgodne, a wprost przeciwnie, wynikają z pominięcia jej fundamentu. Podstawą analizy marginalnej jest skupienie się na działaniu człowieka i zasobach, jakie ma w posiadaniu. Obojętnie, czy są to pieniądze, jabłka, bochenki chleba itd. Istotne jest to, że spośród homogenicznej podaży danego dobra, działająca osoba wybiera poszczególne jednostki tego dobra (jednostki marginalne, kolejne), wartościowane w zależności od celu, któremu mają służyć. Stąd właśnie wynika prawo malejącej użyteczności marginalnej. Ponieważ człowiek zaspokaja najszybciej te potrzeby, których zaspokojenie będzie dla niego korzystniejsze niż tych późniejszych, każda następna jednostka tego samego dobra jest ceniona mniej niż poprzednia. Wynika to wprost z prakseologicznej gradacji potrzeb: skoro kolejna (marginalna) jednostka dobra służy zaspokojeniu późniejszego, mniej ważnego celu niż wcześniejsza, to jasne jest, że będzie mniej warta z punktu widzenia działającej osoby.

Dlatego coraz większe zarobki Rockefellera będą dla niego mniej warte – ponieważ zużyje je do zaspokajania dalszych potrzeb. Należy podkreślić przy tym wyraźnie, że różnica w wartości (między poprzednią jednostką dobra, a tą następną) wynika z kolejności działania. Skoro człowiek posiadający dobro wcześniejszą jednostkę zastosował do zaspokojenia wcześniejszej potrzeby, to jest ona bardziej wartościowa niż ta wykorzystana później. Nie wynika to z jakichś fizycznych cech przedmiotu, ilości pracy weń włożonego, czy też fikcyjnie mierzonej użyteczności. Różnica wartości wynika wprost z tego, że właściciel dobra zaalokował je tak, a nie inaczej.

Natomiast Marcin Piątkowski i Jacek Tomkiewicz przesunęli prawo użyteczności marginalnej na rozważania interpersonalne, wysuwając argument na rzecz progresywnego opodatkowania (rzekomo większą użyteczność ma biedny z pierwszego dolara niż bogaty z kolejnego). Podobny argument został wysunięty przez Arthura Pigou w latach trzydziestych ubiegłego wieku. W odpowiedzi na to Lionel Robbins przedstawił ostrą krytykę, przypominając o istocie marginalizmu. Malejąca użyteczność marginalna ma zastosowanie tylko w przypadku jednego właściciela, demonstrującego swoje preferencje poprzez przypisywanie wartości kolejnym jednostkom dobra, które posiada. Stąd w przypadku mniejszej wartości można mówić tylko przy jednej osobie, dysponującej swoją własnością.

Sytuacja jest radykalnie inna, kiedy przechodzimy na interpersonalne rozważania, pojawia się bowiem dylemat, czy zabrać pieniądze bogatemu i dać biednemu, który rzekomo będzie miał z nich większą użyteczność. Otóż w takiej sytuacji dochodzi do utraty wartości dla pierwotnego właściciela, który dobro posiadał, a rośnie użyteczność osoby biednej, która to dobro dostanie. Jaki jest jednak bilans? Ekonomista może tylko powiedzieć, że bogaty traci, a biedny zyskuje, ale nie powie jaki jest „bilans”. Dlaczego? Ponieważ użyteczność i wartość, jak zaznaczyliśmy, jest demonstrowana przez działanie suwerennego właściciela. Nie jest zatem mierzona w żadnych jednostkach ją ważących (ani w żadnych „utilsach”, ani w pieniądzach). Skoro nie ma jednostek ją mierzących, to nie ma również sposobu, aby ją dodawać, dzielić, odejmować, mnożyć. Skoro tak, to wykluczone jest jakiekolwiek bilansowanie i ekonomista nie może powiedzieć, czy zabranie bogatemu i danie biednemu jest dobre. Ten dylemat jest nie do rozwiązania przez ekonomistę i jest wkraczaniem na zupełnie inny grunt: etykę. Zatem autorzy złamali podstawową zasadę ekonomii Wertfrei, nauki wolnej od sądów wartościujących, i wykroczyli zdecydowanie poza obszar, jakim powinni się zajmować ekonomiści.

Nie jest też do końca jasne, dlaczego pracownicy Centrum Badawczego Tiger uznają relatywne różnice w dochodach za poważne zagrożenie dla stabilności systemu społeczno-gospodarczego. Wydawać by się mogło, że biedne, zdesperowane warstwy społeczne są niezadowolone z poziomu życia, drożyzny, braku pracy, a więc możliwości zarobku itd. Tymczasem zdaniem autorów ważniejszy jest dla nich fakt, co posiada sąsiad. Stąd wydawać by się mogło, że nawet jeśli system gospodarczy rozwinie się bardzo gwałtownie, to i tak nie da społecznego spokoju. Jeśli bowiem jedna osoba będzie miała jacht, ale bogatszy będzie ich mieć osiem, to nadal będą występować napięcia.

To podejście wydaje nam się nieprawdziwe. Dla ludzi ważny jest realny wzrost dobrobytu, a nie zawiść, skierowana w stronę innych, posiadających więcej. Aktualny stan zazdrości niektórych biednych wynika raczej z tego, że wiele bogactwa posiadanego wkoło jest zdobytych ich kosztem. Gdyby bowiem bogactwo było zdobyte poprzez rynkowe transakcje, a więc obustronnie korzystne relacje, to takowa zawiść by nie wystąpiła. Natomiast przeciętny Kowalski ogląda wiadomości i widzi, że bogactwo bierze się z przywilejów nadawanych przez władzę, intratnych kontraktów z państwem, nakładania ceł, uzyskiwania monopoli na prowadzenie określonej działalności itd. Dlatego Kowalski, płacący podatnik, jest „zazdrosny” o majątek innych.

Dalsza część tekstu Marcina Piątkowskiego i Jacka Tomkiewicza wydaje się pewnym wyłomem w dyskusji podatkowej, ponieważ odrzuca mit prostoty i wysokości podatku liniowego. Podatek liniowy może być skomplikowany, ponieważ i tak trzeba wyliczać dochód do opodatkowania, można wprowadzić także wiele ulg, odliczeń, kosztów. Przykładowo autorzy manifestu na rzecz podatku liniowego Alvin Rabushka oraz Robert Hall przedstawiają wizję skomplikowanego podatku liniowego (nawet z wersją „prorodzinną”).

Analogicznie podatek liniowy nie musi być wcale niski. Można sobie wyobrazić wysoki 30% podatek liniowy, a można spojrzeć na niższą progresję jak w Hong Kongu (1-17%). Wraz z tezą, że podatek liniowy oznacza niższy podatek upada także teza o tym, że progresja promuje biednych, kosztem bogatych (tego elementu już zabrakło w tekście). Okazuje się bowiem, że dla płatnika podatku, obojętnie czy bogatego czy biednego, korzystniejsza jest progresja podatkowa zaczynająca się niżej niż alternatywny podatek liniowy zbudowany na najwyższej stawce progresji. Każdy podatnik wolałby płacić podatek progresywny 1-17% niż płacić podatek liniowy 17% (z oczywistej przyczyny, że początkowo zarabiane dochody byłyby obłożone niższym podatkiem).

Ważnym plusem artykułu „Inwestorzy i podatki” było także zaznaczenie, iż wraz z dostosowaniem po stronie podatkowej musi następować zmiana w wydatkach. Sama obniżka podatków nie zmienia zbyt wiele dla gospodarki, jeśli wydatki budżetowe nie będą zmniejszane. Może się nawet okazać, że zmniejszenie podatków przy jednoczesnym pozostawieniu wydatków na tym samym poziomie, będzie wręcz dla gospodarki większym ciosem, ponieważ dodatkowe wydatki będą musiały zostać pokryte albo poprzez emisję dodatkowych obligacji, albo „monetyzację” (współczesny sposób druku pieniądza). Te dwa ostatnie sposoby są większym obciążeniem inwestycji niż bezpośrednie fiskalne narzędzia.

Dobrym przykładem mogą być dzisiejsze Stany Zjednoczone. Początkowo prezydent George W. Bush zmniejszał wysokość podatków (teraz już rozpoczął ich zwiększanie poprzez kasowanie kolejnych ulg i zwolnień), ale jednocześnie znacznie zwiększał amerykański budżet. Chyba nikt nie ma wątpliwości co do tego, że wielkość rządu w Stanach Zjednoczonych nie zmniejszyła się, a wprost przeciwnie – wzrosła znacznie bardziej niż by to wynosiło za kadencji demokraty. Widzimy zatem, że wydatki sektora publicznego są lepszym wskaźnikiem obciążenia prywatnej części gospodarki niż podatki, które są tylko jedną z form finansowania konsumpcji urzędniczej. Pokazuje to też liczony przez Centrum im. Adama Smitha „dzień wolności podatkowej”. Ważny jest rozmiar całego sektora państwowego, a nie tylko podatki, zaledwie jedno z narzędzi pobierania pieniędzy od obywateli.

A jaki jest ogólny wpływ podatku na gospodarkę? Autorzy artykułu, zdaje się, zastosowali metodę eksperymentalną w ekonomii (Miltona Friedmana), twierdząc, że przykład tygrysów azjatyckich „świadczy”, iż podatek (progresywny) nie przeszkadza w rozwoju gospodarczym.

Jednakże ekonomia nie jest nauką eksperymentalną i nie sposób poznawać praw rządzących rzeczywistością gospodarczą poprzez wąską obserwację faktów. Podatek mógł: (1) wpłynąć pozytywnie na gospodarkę azjatycką, (2) mógł nie wpłynąć w ogóle, albo (3) mógł wpłynąć negatywnie. Gdyby zatem podatek ten był niższy, to kolejno możliwe byłyby scenariusze: (1) gospodarka rozwinęłaby się mniej, (2) rozwinęłaby się tak samo, albo (3) rozwinęłaby się szybciej. Widzimy zatem, że dokonana przez autorów wąska obserwacja rzeczywistości (istnienie podatku i jednoczesny rozwój) jeszcze nie wyjaśnia nam niczego, ponieważ podatek mógł nadal mieć wpływ negatywny, pozytywny lub znikomy.

Właśnie dlatego samo skupianie się na konkretnych wydarzeniach nie pomoże nam rozwiązać zagadki wpływu opodatkowania na gospodarkę. Do tego niezbędna jest analiza opodatkowania w szerokim empirycznym aspekcie.

Podatek jest przymusowym transferem pieniędzy podatnika na rzecz budżetu państwa. Wszelkie transakcje rynkowe są transferami dobrowolnymi, opierającymi się na swobodzie gospodarowania. Jeśli dochodzi do wymiany między dwoma podmiotami na rynku, to każda ze stron na tej wymianie zyskuje (ponieważ podejmuje się działania, które w jej oczach przyniesie korzystniejsze efekty niż gdyby działania nie podjęła). Stąd każdy może suwerennie realizować owoce swojej produktywności, jednocześnie zwiększając użyteczność innych uczestników rynku, z którymi wszedł w transakcję.

Podatek jest jednak radykalnie inną formą. Polega bowiem na zawłaszczeniu części majątku osoby, która zarobiła swój dochód na rynku. Oznacza zatem spadek użyteczności właściciela zarobionych pieniędzy. W wyniku tego spada liczba zasobów dostępnych w prywatnym sektorze, spada więc produktywność sektora prywatnego, w którym obie strony transakcji rynkowej korzystają na współpracy. Dlatego też podatek wpływa negatywnie na dobrobyt społeczny, ponieważ przesuwa zasoby z produktywnych miejsc, gdzie dwa podmioty swobodnie wymieniają tytuły własności zwiększając swoją użyteczność.

W przypadku podatku środki są konfiskowane, zmniejszają dobrobyt i jednocześnie zmniejszają inicjatywę do większej produktywności w przyszłości. Stanowią także zachętę do tego, aby przesuwać swoje zasoby w stronę politycznych sposobów pozyskiwania bogactwa (korumpowanie, walka o przywileje, monopole, cła, dotacje, kontrakty z państwowymi jednostkami, chęć zatrudniania się w urzędach, ministerstwach itd.).

Nasza powyższa analiza pokazuje zatem, że podatek wpływa zawsze negatywnie na wzrost gospodarczy. Stąd wyciągamy wniosek, że tygrysy azjatyckie rozwijały się pomimo opodatkowania, które zostało tam wprowadzone. Wzrost zatem nie był skutkiem podatku, ani nie był od niego niezależny. Wzrost gospodarczy zależy od nakładów inwestycyjnych, które przez podatki mogą być tylko uszczuplane. Gospodarka azjatycka rozwinęła się, ale bez tego podatku rozwinęłaby się jeszcze szybciej.

Klasyk Szkoły Francuskiej Frederick Bastiat podkreślił, że ekonomista musi spoglądać nie tylko na efekty, które są widzialne, ale także na efekty, które widzialne nie są i muszą zostać dostrzeżone (właśnie poprzez zdroworozsądkową analizę). Efektem widzialnym jest tutaj istnienie jednocześnie opodatkowania i wzrostu gospodarczego tygrysów azjatyckich. Jednakże powiązanie tych dwóch zdarzeń, w sposób jaki robią to autorzy, byłoby standardowym przykładem błędu post hoc, ergo propter hoc. To, że jedno zjawisko wystąpiło równocześnie z drugim, nie oznacza jeszcze, że jedno było przyczyną drugiego, albo że nie było przeszkodą. Do rozwiązania tego problemu konieczne jest wykroczenie poza obszar spostrzeżony przez wąską obserwację i zastanowienie się nad tym, czego nie widać. Czyli efektu, który by wystąpił gdyby to opodatkowanie nie istniało (lub było mniejsze).

Autorzy mają rację, że liczba inwestycji zależy nie tylko od wysokości opodatkowania, ale także od innych czynników. To nadal jednak nie zmienia faktu, że opodatkowanie ma negatywny wpływ na wzrost gospodarczy, bowiem gdyby wprowadzonego podatku nie było (lub byłby mniejszy), to wzrost gospodarczy byłby wyższy niż w przypadku wzmożonego fiskalizmu.

Bartosz Witwicki
Mateusz Machaj

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Bartosz Witwicki

Prawnik, pierwszy w historii prezes Instytutu Misesa.

Pozostałe wpisy autora:

2 Komentarze “Machaj, Witwicki: Podatki a inwestycje

  1. „Jednakże ekonomia nie jest nauką eksperymentalną i nie sposób poznawać praw rządzących rzeczywistością gospodarczą poprzez wąską obserwację faktów.”

    Buahahaha!!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy