Corrigan: Wojny walutowe

14 marca 2004 Bankowość komentarze: 0

Autor: Sean Corrigan
Tłumaczenie: Tomasz Romanowski

Opublikowane pierwotnie 22 stycznia 2004

W ciągu ostatnich dni obserwowaliśmy wzrost temperatury w korytarzach władzy, ministrowie finansów, bankierzy banków centralnych oraz inne osoby głośno wypowiadali się na tematy związane z obecnymi zakłóceniami na międzynarodowym rynku kapitałowym i towarowym. Zakłócenia te sięgają swoimi korzeniami amerykańskiego Keynesizmu wojennego oraz azjatyckiego merkantylizmu, który jest rezultatem tego pierwszego.

Przykładowo, rozpatrywano słowa prezesa Europejskiego Banku Centralnego Jeana Claude’a Trichet, który powiedział, powtarzając rzecz powszechnie znaną, że „nadmierna zmienność” oraz „brutalne ruchy” walutami są „niewłaściwe”.

Bez wątpienia niektórzy politycy strefy euro bardzo chcą pójść krok naprzód i zapewnić zawarcie porozumienia o planie wspólnej interwencji, podczas mającego odbyć się w kwietniu spotkania grupy G7. Wydaje się jednak bardzo mało prawdopodobnym by Karol Rove (od tłumacza: Starszy doradca prezydenta Bush’a) podjął działania mogące zirytować w roku wyborczym krajowe lobby przemysłowe, lub by amerykańscy neokonserwatyści zechcieli współpracować w celu ulżenia francuskim problemom.

Raczej wydaje się, że Trichet oferuje zakodowane ostrzeżenie, że chociaż banki centralne nie pokażą rynkom dokładnych celów, do których należy dążyć, walutowi gracze na zwyżkę dolara –  którzy nauczyli się w tym roku pogardzać miliardami Banku Japonii – nie powinni liczyć na nieprzerwane panowanie dolara, szczególnie jeśli upadek dolara stanie się, modnie to określając, „nieuporządkowany”.

Nawet następca Trichet’a w Banku Francji, poprzednio wiceprezes Europejskiego Banku Centralnego, Christian Noyer, w dużej mierze potwierdził ten pogląd w swojej wypowiedzi dla telewizji France 2 TV: „Nie powinniśmy zbytnio dramatyzować problemu z dolarem. Jeśli zapytamy Amerykanina ile wart jest dolar, odpowie nam, że jest wart dolara. W ten sam sposób my Europejczycy musimy mówić, że euro jest warte euro.”

Posunął się nawet dalej dodając, iż „prawdą jest, że raptowne ruchy pomiędzy największymi walutami nie są nigdy dobre dla światowego wzrostu” a następnie w sposób zawoalowany obwinił Waszyngton przekazując mu nakaz: „wszyscy zainteresowani powinni zapewnić, w granicach swoich możliwości, maksimum stabilności pomiędzy walutami, poprzez dobrze prowadzoną politykę monetarną banków centralnych oraz politykę budżetową prowadzona przez rządy”.

W rzeczywistości Noyer otrzymał mało spodziewane poparcie ze strony japońskiego ministra finansów Sadakazu Tanigaki, który w rzadkim objawie odwagi względem okupanta, powiedział na konferencji w Tokio, że „Będziemy musieli poprosić Stany Zjednoczone by zrobiły coś ze swoimi bliźniaczymi deficytami” ponieważ są one „wymieniane jako przyczyny niepokoju na rynkach walutowych”.

Pytany czy EBC zamierza skupować dolary by powstrzymać wzrost wartości euro Noyer odpowiedział bez entuzjazmu, że „interwencja jest zawsze możliwa jako narzędzie polityki banku centralnego”, lecz oczywiście nigdy „nie bywa ogłaszana z wyprzedzeniem”.
Choć głosy nawołujące, że „coś trzeba zrobić” stają się coraz donośniejsze, włoski minister ds. Unii Europejskiej Roch Buttiglione powtarzał liczne opinie głoszące konieczność połączenia rezygnacji z szans na sensowną interwencję na rynku walutowym z dążeniem do zrekompensowania tego poprzez obniżkę stop procentowych: „Jaki skutek przynosi interwencyjna sprzedaż walut? Czy może powstrzymać tak silny trend rynkowy? Myślę, że nie.” … „ [Jednak] nasze stopy procentowe są znacząco wyższe niż w przypadku dolara. Niższe stopy procentowe nie zaszkodziłyby, szczególnie w takim momencie jak ten.”

Zajmując się wyłącznie tą sprawą Noyer ograniczył się do obserwacji, że „Polityka kursowa Europejskiego Banku Centralnego nie jest nigdy określona przez jeden czynnik, np. przez kurs walutowy.”

Choć politycy mogą teraz głosić zasady zdrowej ekonomii, Europejczycy wiedzą, iż są szantażowani przez Stany Zjednoczone by prowadzić niebezpiecznie łagodną politykę monetarną (by dodać ją do łagodnej polityki fiskalnej aktualnie praktykowanej przez niektóre ich rządy).

W ten właśnie sposób było zawsze, od czasów porozumienia z Bretton Woods, poprzez liczbowy bałagan G-5, 7, 8, 10 i 20 i tak dalej (zauważmy, że inflacja występuje także w tym przypadku!), w erze płynnych kursów walutowych trwającej od 1973 roku.

Największy globalny rozrzutnik – zwykle Stany Zjednoczone – zawsze oczekiwały od swoich wierzycieli uszczuplenia ich portfeli tak by mogły same uregulować swoje zobowiązania monetami, które im wypadły z kieszeni.

By zobaczyć co naprawdę myśli o tym EBC, posłuchajmy tego co powiedział jego główny ekonomista, poprzednio „szyszka” z Bundesbanku, Otmar Issing głównej niemieckiej agencji informacyjnej VWD: „Najlepszą rzeczą jaką mogą wnieść kraje strefy euro w zmniejszenie światowej nierównowagi, jest popieranie trwałego i bezinflacyjnego wzrostu gospodarczego.”

Issing ostrzegł, że ministrowie finansów krajów G-7 oraz członkowie zarządów banków centralnych nie powinni „rozważać tworzenia sztucznego balonu popytu poprzez kosztowną politykę fiskalną i monetarną,” ponieważ „z takiego chwilowego płomienia niewiele można oczekiwać poza większą inflacją.”

Istotnie, rozwinął temat, światowa gospodarka już posiada „wystarczające złe doświadczenie z takimi inicjatywami”, zwłaszcza w późnych latach osiemdziesiątych w Japonii gdzie „stosowana była błędna polityka i balon tylko został bardziej rozdmuchany, a konsekwencje tego – upadek rynku nieruchomości i kapitałowego – gospodarka japońska odczuwa do dzisiaj”.

Jest to lekcja całkowicie dzisiaj zapomniana przez System Rezerwy Federalnej.

Greenspan zadowolony z siebie, doprowadza ostatnio do wściekłości stwierdzeniem, iż deficyt handlowy Stanów Zjednoczonych nie jest obecnie problemem, ponieważ jest „bardzo mało dowodów na istnienie napięć w sfinansowaniu deficytu obrotów bieżących” częściowo ponieważ inflacja, „typowy syndrom słabości waluty, pozostaje uśpiona”.

Hmmm. Z cenami eksportu rosnącymi najszybciej od ośmiu lat, z wzrostem czystego wskaźnika PPI (PPI – producer price index, wskaźnik cen hurtowych) o jedną trzecią w przeciągu tylko dwóch lat, z cenami nieprzetworzonych dóbr importowanych wyższymi o 20% w tym okresie i z cenami importowanych dóbr końcowych wyższymi od początku wiosny o 6,7% w stosunku rocznym – prawie najwyższy wzrost w przeciągu 9 lat – to uśpienie musi być ograniczone do tych wskaźników, które Greenspan sobie wybrał.

Ze zwykłą sobie skłonnością do polegania przy uzasadnianiu swoich poczynań na sygnałach generowanych przez działania tych uczestników rynku finansowego, którzy mogą być zwiedzieni polityką Fed, lub też sami mogą zdecydować się na eksploatację wcześniejszej polityki Fed, Greenspan nie może słyszeć ostrzeżeń Kasandry o Grekach wewnątrz konia:

„Premia inflacyjna zawarta w długoterminowej stopie procentowej wahała się w relatywnie małym przedziale od roku 2002. W szerszej perspektywie, następujący ogromny transfer oszczędności okazał się nie wpłynąć zakłócająco na równowagę międzynarodowych finansów … w dużej części gospodarki światowej rozszerzanie się ryzyka kredytowego zmniejszyło się a ceny nieruchomości wzrosły.”

Dodajmy do tego kolejne „bezcenne” uwagi kolegi prezesa Fed, Marka Olsona – równie ufne w ogólne rezultaty – ujawniające nutkę cynizmu zawierającą się z twierdzeniu, że ponieważ Stany Zjednoczone są winne tak dużo, nie będą musiały nigdy tego spłacić (nie używając bezpośrednio takiego stwierdzenia). Agencja Reuters zanotowała to następująco:

„[Olson] nie dostrzega problemów w poleganiu na zagranicznych inwestorach w finansach USA. ‘Zawsze istnieje tutaj pewne ryzyko, nie jest ono jednak postrzegane przez nas jako znaczące’ stwierdził zauważając, że Chiny i Japonia polegają silnie na amerykańskich instrumentach dłużnych. ‘Nie wydaje się nam by stanowiło to bezpośrednie zagrożenie.’”

Nawet zwykle zrównoważona prezes Rezerwy Federalnej z Cleveland, Zuzanna Pianalto okazuje w tej materii podobny poziom beztroski zauważając, że „Biorąc pod uwagę szeroką miarę ruchów dolara, wartość jego obniżyła się o 14% od maksimum. W przeszłości występowały większe spadki. Jak na razie deprecjacja jest uporządkowana. Trudno powiedzieć dlaczego dolar traci na wartości.”

Jeśli nie możesz sama określić dlaczego wartość dolara spada, jest parę osób, które mogą dać ci wskazówki w tej materii, Zuzanno.

Lecz jeśli Europa jest regionem najbardziej odczuwającym napięcie wywołane waszyngtońskim szantażem inflacyjnym, czy jest choć możliwość, że Amerykanie mogą uczynić mniej zła niż dobra na gruncie krajowym, zadając kłam napomnieniom Issinga.

By pokazać co o tym myślimy pozwólcie nam przedstawić razem dwa odmienne cytaty oraz opinię, która wydaje się nieuniknioną konkluzją z nich wypływającą.

Na początek pani Pianalto: „Znajdujemy się w trzecim roku ożywienia gospodarczego, jednak brak wzrostu zatrudnienia uczynił to ożywienie bardzo niezwykłym. Niestety wzrost zatrudnienia w tej fazie obecnego cyklu jest najwolniejsze od 50 lat i sytuacja ta pozostaje dla nas zagadką. Przedsiębiorstwa często potrzebują trochę czasu na restrukturyzację swoich procesów by móc skorzystać z nowych technologii. W trakcie tego procesu może okazać się, że istnieje rozbieżność pomiędzy umiejętnościami wymaganymi przez rosnące sektory gospodarki a aktualnymi umiejętnościami siły roboczej. Obserwowany bardzo powolny wzrost zatrudnienia może wskazywać na ten typ restrukturyzacji, nawet gdy inne wskaźniki aktywności gospodarczej wydają się być satysfakcjonujące.”

Następnie cytat z Korei Południowej, gdzie czwarta co do wielkości na świecie firma zajmująca się produkcją stali dzieliła się swoimi prognozami na rok 2004 i ostrzegała, że zysk operacyjny może wzrosnąć tylko o 4% w tym roku, w porównaniu do 67% w roku ubiegłym.

Jak to jest możliwe? Jeśli światowy popyt na stal jest większy i ceny w rezultacie rosną, dlaczego wzrost zysku jest taki skromny?

Ponieważ, jak powiedział analitykom i inwestorom prezes Posco Lee Ku Taek: „Sprawą najważniejszą dla hutnictwa stali w tym roku będzie nie kwestia ceny płaconej za surowiec, ale to by zapewnić go w wystarczającej ilości. W Chinach mogą być takie huty, które będą zmuszone do zaprzestania produkcji z powodu niepowodzenia w zabezpieczeniu surowca.”

Dwa wnioski jakie mogą być wyciągnięte z tych stwierdzeń są następujące, pierwszy, jak pani Pianalto poprawnie wskazała, istnieje niedopasowanie pomiędzy umiejętnościami obecnie dostępnej siły roboczej a zdolnością do zaspokojenia popytu na pracę, tylko bolesny proces dostosowawczy, relokacja i przekwalifikowanie mogą pomóc osobom wyposażonym w potrzebne umiejętności w znalezieniu zatrudnienia.

Jeśli jest to prawdziwe w odniesieniu do pracowników, jest również prawdziwe w odniesieniu do przedsiębiorstw: Jeśli zdolności produkcyjne oraz kapitał zostały generalnie źle umiejscowione i zainwestowane – nawet jeśli staje się to widoczne dopiero po fakcie – muszą zostać przekierowane, odzyskane i ponownie połączone.

Powinno być oczywistością, że nawet duża ilość pustych inflacyjnych pieniędzy lub działalność fiskalna rządu może tylko opóźnić lub ukryć prawdę o tym, że potrzebna jest restrukturyzacja znacznej ilości zasobów.

Po drugie, jak pokazuje przykład firmy Posco, rezultatem większości prób „stymulowania” jest często nie promowanie aktywności gospodarczej w tych obszarach, w których kapitał i praca zostały przeinwestowane w okresie bumu – i które  mogą być wystarczająco rozpowszechnione by pogorszyć statystyczne agregaty, na których opierają się mainstreamowi ekonomiści – lecz, w sposób przeciwny, odkryć miejsca, w których jest zbyt mało specyficznych możliwości, deficyt który dodatkowa stymulacja przekształci w inflacyjne wąskie gardło i przeszkodę strukturalnych zmian.

Tym co przykład firmy Posco pokazuje nam jest prawdziwość zasady Jana Stuarta Milla, że „popyt na dobra nie jest popytem na pracę” – na podstawie tego, jak zauważył Hayek, można się zorientować w prawdziwym stanie gospodarki. Ponieważ w tym przypadku, przy różnicy elastyczności popytu i różnicach w użyciu występujących na każdym końcu procesu produkcji, rosnące ceny materiałów powodują wyłącznie bardziej gwałtowny wzrost kosztów wsadowych ponad możliwą podwyżkę cen produktów końcowych.

Zasadnicze znaczenie jest istotne: Nieograniczona dostawa dodatkowej „siły nabywczej” lub też sztuczne pobudzanie „popytu efektywnego” jest wrogiem wzrostu zwrotu z kapitału, a przez to wzrostu przychodów, miejsc pracy, inwestycji i przyszłego wzrostu materialnego dobrobytu.

Inflacja nie jest panaceum i nawet jeśli pomaga – w rzadkich przypadkach tak głębokiej dyslokacji produkcji i konsumpcji, że czynniki monetarne pomagają w rozwiązaniu problemów strony realnej – jest kwestią dyskusyjna czy zwyczajne zajęcie się tymi problemami strony realnej odpowiednim sposobem i bez koncesji dla szerokich interesów politycznych nie przyniosłoby szybszego ożywienia gospodarczego o bardziej solidnych podstawach.

Greenspan miał rację zauważając, że ekonomiczna „elastyczność” jest potrzebna by przetrwać szoki ciężkich czasów przed nami. Jest to, pomimo wszystko, po prostu kolejny sposób na opisanie często powtarzanego wezwania do „reform strukturalnych”, za poleganie na których mniej skłonny do inflacji EBC był często wyszydzany przez anglo-amerykańskie wcielenie łatwych pieniędzy.

Miejscem w którym Greenspan jest w błędzie – głupio, butnie, niebezpiecznie w błędzie – jest jego założenie, że hegemonia sprawowana dzisiaj w USA przez duży rząd, zalegalizowane łupiestwo, zorganizowaną siłę roboczą, militaryzm korporacyjny oraz błędną marksistowską edukację o przedsiębiorczości pozostawiła gospodarce wystarczającą ilość koniecznej elastyczności. Stany Zjednoczone mogą pewnego dnia okazać się niezdolne do poradzenia sobie z tarciami i napięciami szybko zmieniających się okoliczności, w którymi w sposób nieunikniony będą się musiały skonfrontować.

Kolejnym błędzie jest używanie spadku wartości dolara i kontynuowania mającej znamiona zaniedbania luźnej polityki monetarnej, która przyczyniła się do tego długo oczekiwanego upadku, do wymuszania na innych narodach stosowania swojego błędnego lekarstwa.

Nim ktokolwiek zdąży zaprotestować, zachowajmy z pamięci, że większość europejskich i azjatyckich gospodarek jest znacznie mnie „elastyczna” w wytwarzaniu prawdziwego bogactwa niż amerykańska, pomimo wszystkich błędów władców w zakresie sposobów i środków. Czyni to grzech Greenspana tym bardziej haniebnym.

Przybywaj więc Janie Klaudiuszu. Potrzebujemy cię!

Jan Corrigan jest dyrektorem www.capital-insight.com, usytuowanej w Londynie firmy doradztwa gospodarczego. Jest również dowódcą mającego swoja siędzibę na Bermudach Edelweiss Fund.

www.mises.org

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Sean Corrigan

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy