Lewiński: W obronie wolnego handlu

2 maja 2004 Ekonomia międzynarodowa komentarze: 0

22 kwietnia, w czwartkowym „Życiu” ukazał się artykuł pt. Globalizacja nierówności, będący kondensatem podstawowych argumentów, którymi podpierają się alterglobaliści, gdy atakują system dobrowolnej wymiany handlowej. W niniejszej polemice podejmę dyskusję z częścią tych argumentów. Mam nadzieję, że będzie ona korzystna dla obu stron tego, być może pozornego w rzeczywistości, sporu.

Gdy alterglobaliści mówią o wolnym handlu, najczęściej samym sposobem wypowiadania się wyrażają swój niechętny do niego stosunek, pozorując dyskusję za pomocą błędnego cytowania swych adwersarzy, mówiąc choćby, że „nie wierzą, iż >>niewidzialna ręka rynku<< rozwiąże wszystkie problemy i doprowadzi świat do dobrobytu.” Żaden rzetelny i trzeźwo myślący zwolennik dobrowolnej wymiany handlowej nie powie, że istnieje jakaś ponadnaturalna, „niewidzialna” ręka rynku, która sama z siebie uporządkuje wszystkie światowe problemy bez żadnego wysiłku. Jest to oczywisty absurd, jak stwierdzenie, że zamknięcie wszystkich rynków na świecie sprawi, że wszyscy będziemy jeździli najlepszymi samochodami. Tym, co naprawdę sprawia, że na świecie dzieje się lepiej lub gorzej, jest działanie człowieka, który ma swoje cele, ambicje i pragnienia, do realizacji których dąży.

Dobrowolna wymiana, czyli taka, która nie jest wymuszona odgórnymi nakazami i zakazami, służy każdej stronie biorącej w niej z własnej woli udział. Gdy jedna ze stron wymiany, dajmy na to przedsiębiorca pochodzący z biednego kraju, stara się sprzedać klientowi z kraju bogatego towar, to, by zaszła wymiana, po pierwsze sam musi chcieć wymiany, czyli wyżej cenić sobie otrzymane pieniądze, części maszyn lub inne towary, niż, dajmy na to, kukurydzę, z której na ich rzecz rezygnuje. Alterglobalista powie zapewne, że przedsiębiorca ten jest zmuszony do wymiany przez biedę. Czyż jednak nie lepsza sprzedaż kukurydzy i związany z tym przychód, niż bieda i zakaz sprzedaży kukurydzy? Należy pamiętać, że jeżeli doszło do wymiany, to przedsiębiorca cenił sobie wyżej to, co otrzymał w zamian za kukurydzę, zatem zyskał na wymianie. Teraz będzie mógł pozwolić sobie na więcej: może wyprodukować więcej kukurydzy lub kupić samochód. Krótko mówiąc, zwiększyło się jego bogactwo. W przyszłości, jeśli zaoszczędzi lub mądrze zainwestuje, być może wybuduje fabrykę, wyprodukuje żywność, dywany, samochody i wszystko to, w co jego zdaniem warto włożyć pieniądze. Zyskają wszyscy, ale nie dlatego, że zadziałała jakaś „niewidzialna ręka wolnego rynku,” ale dlatego, że zadziałali oni sami, wykorzystując swoją przedsiębiorczość, aktywność i asertywność. Gdyby taki przedsiębiorca nie zdecydował się na wymianę, to oznacza, że była ona z jego punktu widzenia nieopłacalna, a więc posiadanie kukurydzy ceni on sobie wyżej niż to, co oferował mu przedsiębiorca z bogatego kraju.

Drugą stroną wymiany jest klient z kraju rozwiniętego. Jego klient chętnie kupi od niego kukurydzę, gdy będzie mniej kosztowna od rodzimej, a będzie, a to ze względu na ten prosty fakt, znany osobom zaznajomionym z ekonomią na poziomie elementarnym, że niskie koszty są wynikiem niskiej produktywności przedsiębiorców z państw uboższych. Z pewnością również on zyska na wymianie, gdyż kupi żywność najtańszą, dlatego też chętnie odda swoje – mniej przez siebie cenione niż ową kukurydzę – pieniądze, oddając je przedsiębiorcy z kraju rozwijającego się. W innym przypadku dobrowolna wymiana jest po prostu niemożliwa. Jeśli nie dochodzi do niej mimo tego, że oferowany produkt jest najtańszy, to oznacza to, że opłaca mu się bardziej z innych przyczyn kupować żywność ze swojego kraju (ograniczenia celne i państwowe subsydia zaburzające system cenowy). Wiemy, że produkcja żywności w biednych krajach jest dużo mniej kosztowna, przede wszystkim ze względu na niższe koszty zatrudnienia i odmienność struktury produkcji, a zarazem państw takich nie stać na dotacje. To właśnie dlatego klient europejski lub amerykański nie kupuje o wiele tańszej pszenicy czy kukurydzy z krajów trzeciego świata, gdyż w sprawy handlu pomiędzy wolnymi jednostkami nieustannie wtrąca się interwencjonistyczne państwo. Usprawiedliwianie konieczności istnienia ceł i subsydiów jest zatem niczym innym jak walką z biednymi i ochroną producentów, których koszty są większe, lecz którzy mają większy wpływ na decyzje aparatu państwowego.

Jak widać, alterglobaliści w tym miejscu popadają nieuchronnie w sprzeczność. Walczą bowiem z wolnym handlem, który ich zdaniem zmusza biedne kraje do zaniżania cen, nie dostrzegając, że ceny tam już są niskie i w tym właśnie leży ich siła, że mogą dobrowolnie sprzedawać po takich cenach. W sytuacji, gdy wolnego handlu nie ma (a nie można powiedzieć, że jest, jeśli bogate państwa subsydiują stale swoje towary, głównie nazbyt drogo produkowaną żywność, utrzymując przy tym na nią wysokie cła, będące zaprzeczeniem wolnego handlu) kraje należące do trzeciego świata nie mogą wykorzystać tej swojej przewagi i mają związane ręce. Nie od parady na ostatnim spotkaniu Międzynarodowego Funduszu Walutowego w Cancun przedstawiciel rządu Pakistańskiego Munir Ahmad powiedział o mających dobre chęci i protestujących w obronie biednych państw anty- i alterglobalistach: „Ci ludzie na zewnątrz nie mówią w imieniu krajów rozwijających się. Twierdzą, że chcą płac minimalnych dla pracowników? Jak można mieć płacę minimalną w wysokości czterech dolarów w Bangladeszu? Tutaj nie jest to nawet dwadzieścia centów.” Jednakże przedsiębiorca płaci za czynnik produkcji najwyżej tyle (istotne jest to, że nie więcej), na ile wycenia jego w niej przydatność, tak więc arbitralne zawyżenie kosztu pracy doprowadzi niechybnie do tego, że nie zostanie ona zatrudniona w procesie produkcyjnym.

Alterglobaliści zapominają o tym, że przedsiębiorcy nie są ostatecznym elementem łań-cuchu cenowego. Na rynku ich los zależy w całości od woli konsumentów, którzy kupują ich produkty. Zatem to nie przedsiębiorca decyduje o cenach, po jakich zakupuje środki produkcji, lecz dokonują tego konsumenci, których potrzeby próbuje antycypować przedsiębiorca. Cena środków potrzebnych do wyprodukowania samochodu zależy od tego, jak bardzo konsumenci pragną go kupić. Jeśli ludzie przestaliby w jednej chwili kupować samochody, ceny środków ich produkcji natychmiast spadłyby do zera (lub do ceny wyznaczonej przez inne możliwości ich wykorzystania, jeśli są to środki niespecyficzne). Wielu alterglobalistów wypowiada ex cathedra sądy na tematy ekonomiczne bez wcześniejszego fachowego przygotowania. Czy alterglobaliści mogą się pochwalić jakimś systematycznym, naukowym traktatem dotyczącym ogólnej teorii ekonomii? Warto zauważyć, że gdy mogą się już powołać na istnienie takiej książki, to zwykle jest ona zarazem sprzeczna z ich własnymi ideami: guru alterglobalistów, noblista Joseph Stiglitz twierdzi na przykład słusznie, że nawet najmniejsze zwiększenie płacy minimalnej przyczynia się do znaczącego wzrostu bezrobocia; cytując samego profesora: „Jeśli rząd spróbuje podnieść poziom płacy minimalnej ponad płacę równowagi, popyt na pracowników ulegnie redukcji, a ich podaż się zwiększy. Powstanie nadmiar podaży pracy. Oczywiście tym, którzy będą mieli szczęście dostać pracę, będzie się lepiej powodziło dzięki wyższej pensji (…), lecz są inni (…), którzy nie znajdą pracy i ich sytuacja ulegnie pogorszeniu. (…) Wyższa płaca minimalna nie wydaje się dobrą metodą polepszania losu biednych. (…) Większość ludzi pracując zarabia więcej, niż wynosi płaca minimalna; ich problemem nie są niskie zarobki.” Nie można raczej powiedzieć, że, poza wysłuchiwaniem nagminnych słów o „wyzysku, „gnębieniu” i „ucisku”, dowiemy się od nich cokolwiek na temat, dajmy na to, systemu cenowego, o którym wciąż – nie zdając sobie z tego sprawy – mówią. Autorytetem dla wielu z nich jest na przykład Noam Chomsky, który nawet nie wstydzi się swej ekonomicznej ignorancji, który mówi wprost, że nie rozumie praw ekonomii. Gdyby alterglobaliści zapoznali oni się odkryciami tzw. „rewolucji marginalistycznej” wieku XIX, wiedzieliby, że jeśli chcą zwiększać płace pracowników w Trzecim Świecie, to najłatwiejszym sposobem, by to uczynić, byłoby skierować wszystkie ich środki (uczciwie zarobione, nie mówię o wydrukowanych banknotach!) po to, by kupować wytwarzane tam dobra. Biorąc pod uwagę budżety, jakimi dysponują ich organizacje, efekt z pewnością byłby zauważalny.

Tym samym, wprowadzenie zaleceń mających normować warunki pracy, również tych wprowadzających zakaz pracy dzieci, tak rażącej wrażliwość lewicujących alterglobalistów, byłyby zgubą dla tych wszystkich mieszkańców biednych państw, którzy pragnęliby zatrudnić się za kwotę niższą, niż przewidzieli dla nich bogaci „dobroczyńcy”. Nie zapominajmy przecież o tym, że w krajach trzeciego świata średnia życia jest dużo niższa niż w krajach bogatej północy, więc standardy te w mniejszym stopniu nadają się do przeszczepienia na tamtejszy grunt. Wyobraźmy sobie, co stałoby się z szesnastoletnim dzieckiem w Bangladeszu, któremu zakazano by zarabiać na swoje utrzymanie? Albo znalazłoby gorzej płatną i karalną pracę na czarno, zaczęło kraść lub, co niestety się zdarza, zajęłoby się prostytucją, albo umarłoby z głodu gdzieś na ulicy. Do utopii należy zaliczyć dobre chęci i starania alterglobalistów, by „wyczarować” krajom biednym status państw bogatych. Niestety, fabryki nie pojawiają się po prostu znikąd i zawsze trzeba na nie zapracować. Alterglobaliści bowiem zwykle nie udzielają odpowiedzi na pytanie, dlaczego kraje zachodnie są bogatsze niż Trzeci Świat. Odpowiedź jest oczywista: ponieważ są wyposażone w znacznie większym stopniu w dobra kapitałowe (maszyny, technologię, infrastrukturę itd.), które są owocem dokonanych w przeszłości oszczędności-inwestycji. Dla zwiększenia rozwoju gospodarczego i poziomu życia niezbędna jest wszak oszczędność, nazywana w ekonomii „akumulacją kapitału”.

Gdy cytowany w omawianym przeze mnie artykule laburzystowski polityk Stephen Byers, skompromitowany w Wielkiej Brytanii swym udziałem w licznych aferach, między innymi bohater nieprzypadkowo tak nazwanej Byersgate, twierdzi, albo – używając języka artykułu – „przyznaje, że polityka wolnego handlu krzywdzi biednych, a ortodoksja [podkreślenie moje] Międzynarodowego Funduszu Walutowego oraz Banku Światowego zwiększa globalne ubóstwo,” a także, że „droga naprzód prowadzi poprzez kontrolowany handel” posługuje się jednocześnie dwoma odmiennymi nieprawdami. Pierwszy błąd dotyczy tego, że wolny handel krzywdzi biednych, co, jak pokazałem, nie jest zgodne z rzeczywistością. Drugi mówi o tym, jakoby MFW wraz BŚ ortodoksyjnie broniły wolnego handlu. Gdyby tak rzeczywiście było, jedynym zadaniem stojącym przed tymi organizacjami byłby całkowity i ostateczny zakaz rzekomej ochrony narodowych rynków, czyli zniesienie wszelkich ceł i dopłat.

Znamienne, że Światowa Organizacja Handlu powołana została przez administrację Billa Clintona, socjaldemokraty, a więc politycznego przeciwnika wolnego handlu. Podstawą działalności tych międzynarodowych instytucji nie jest ochrona interesów przedsiębiorców sprzedających uczciwie efekty swej ciężkiej pracy. Głównym ich zadaniem, oprócz „standaryzacji” ceł, dopłat i norm dotyczących wymienianych towarów, stała się „regulacja” długów państw i relacji pomiędzy walutami. Zamiast umożliwiać wolny handel, by wspomóc bankrutujące, niewydolne państwa, MFW wraz z BŚ przy wsparciu WTO uzależnił je od siebie kredytami sycącymi zwykle polityczne ambicje nieudolnych ekonomicznie polityków, nakazując przy tym wprowadzać kolejne regulacje. Doprowadziło to nie tylko do tego, że całe społeczeństwa są zmuszone do spłacania długów, ale także, ponieważ WTO ma na celu „zwalczanie ryzyka handlowego”, co jest absolutnie niezgodne z ideą wolnego handlu, narażonego nie tylko na zyski, ale i straty, powodował wejście do takiego kraju kapitału wykorzystującego zabezpieczenia kredytowe, przez co postępuje dalsze zadłużanie się tych krajów. Zamiast więc zmniejszać wiarygodność kredytową bankruta i pozwolić mu podnieść się o własnych siłach, następuje bezsensowne marnotrawstwo kapitału, którego nie sposób było racjonalnie wykorzystać w ramach tak uszkodzonego przez politykę miejscowego rządu systemu gospodarczego. Można spytać, skąd brał się sam krach, skoro dane państwo uczestniczyło w międzynarodowych porozumieniach, dzięki którym miało być rzekomo chronione przed ryzykiem? Odpowiedzialność leży po stronie niegospodarnych polityków, którzy mieli ambicję kontrolować gospodarki swoich krajów.

Gdy w 1944 roku zapoczątkowano proces, który w 1971 zakończył się powszechnym odejściem od standardu złota, jednocześnie położono pierwszą cegłę pod realizację marzenia Johna Maynarda Keynesa, uczestniczącego w pracach nad powstaniem MFW o państwach zadłużających się w nieskończoność, o pieniądzach, które nie miały żadnego pokrycia w rzeczywistości (zresztą, czy Keynes, autor National Self-Sufficiency i The End of Laissez-Faire może być nazwany zwolennikiem wolnego rynku?). Państwa biorące udział w porozumieniu wiedziały, co czynią, i, odcinając się od stałego zabezpieczenia waluty w złocie, dopuściły do możliwości nieskończonego narastania długu publicznego, nacjonalizując wszelkie waluty, depcząc międzynarodowy i uniwersalny pieniądz, do którego wszyscy przedtem mogli mieć zaufanie. Teraz to nie gospodarka, ale państwo może decydować, gdzie kierowane są pieniądze funkcjonujące między przedsiębiorcami. Jednym ze skutków, poza kreacją gigantycznych dziur budżetowych, jest niemal całkowite zamazanie kompatybilności pomiędzy walutami: wcześniej funt wart pewną ilość złota mógł być bez problemu zamieniony na ilość franków popartych dokładnie tą samą wagą złota. Przedsiębiorcy mogli z łatwością handlować między krajami, bo podstawą wymiany było zawsze złoto. Jednak złota nie dało się kontrolować drogą nakazów administracyjnych, nie można było oszukać rzeczywistości i nawet królowie bankrutowali. Nikt nie mógł uciec przed długiem, dopóki nie nadeszła era Keynesa. To on sprawił, że podaż pieniądza można było zwiększać na życzenie biurokracji mającej monopol na jego druk. Etatystyczna produkcja pieniądza w interesie ściśle ze sobą powiązanych grup władzy i wielkiego biznesu uzasadniana była argumentami podobnymi do tych Doroty Hemi: „pieniądz powinien napędzać gospodarkę”. W rzeczywistości powinien raczej pełnić funkcję środka wymiany służącego obywatelom. Interesujące jest więc pytanie, czyje interesy w rzeczywistości w ten sposób nieświadomie wsparła.

Produkcja pieniądza ma liczne negatywne skutki, jak choćby utrudnienia w handlu (przed rzeczywistością nie dało się mimo wszystko uciec), obecne przedtem jedynie w barterze, czyli wymianie „towar za towar”. Problemem zaczęła być taka kalkulacja walut, by w ogóle możliwy był handel pomiędzy różnymi krajami, ponieważ przestało być jasne, jaka jest rzeczywista siła nabywcza pieniądza. Musiało dojść do wspomnianych porozumień międzynarodowych, dzięki którym możliwe stało się takie sterowanie, które umożliwiałoby prowadzenie w miarę zgodnej polityki monetarnej. Mimo nieustannie rosnących deficytów budżetowych przyznać należy bowiem, że wbrew interesom władz byłaby totalna destabilizacja monetarna. Chodziło tu nie o to, by nie istniały źródła destabilizacji monetarnej, ale by była to destabilizacja o akceptowalnej przez rządy szkodliwości.

Jedną z prób uwolnienia rynku, przy jednoczesnym utrzymaniu banków centralnych i nie popartej niczym waluty, była inicjatywa Jamesa Tobina, który uważał, że cła są szkodliwe dla gospodarki, a wolny handel pozytywny dla aktorów rynkowych, lecz przy tym był zwolennikiem pieniądza fiducjarnego (papierowego). Podatek proponowany przez Tobina miał w założeniach uniemożliwiać spekulacje walutowe, co miałoby zatrzymać niepewność rynkową wywoływaną przez wspomniane operacje na płynnych kursach. Dzięki temu poszczególne kraje mogłyby znieść cła i otworzyć się na kapitał zagraniczny. Na skutek tego byłoby możliwe utrzymanie i wolnego handlu i kontroli podaży pieniądza przez narodowe banki centralne.

Pomijając dochodzenie, czy podatek taki nie uniemożliwiłby handlu pomiędzy krajami przez uczynienie wymiany walut kosztownym przedsięwzięciem, należy podkreślić, że alterglobaliści, jak sugeruje artykuł przedstawiający ich tezy, są nadal przeciwnikami wolnego handlu, czyli powodu, dla którego podatek Tobina miałby w założeniu samego jego twórcy funkcjonować. Dodatkowo, jak mówią alterglobaliści, jego wprowadzenie nie ma sensu, „jeśli chociaż jeden większy ośrodek finansowy na świecie pozostanie wolny od podatku”. Wynika stąd konieczność istnienia jednego, globalnego policjanta, który kontrolowałby to, czy ktoś nie stara się uniknąć podatku. Nie trzeba chyba wyjaśniać, że byłoby to zaprzeczenie alterglobalistycznych idei samostanowienia państw (bo jak inaczej uzasadnić propagowanie regulacji celnych w świetle przedstawionej powyżej argumentacji?), pozostawiające przy tym otwartą furtkę dla wprowadzania kolejnych „pomocniczych” globalnych regulacji w stylu Wielkiego Brata.

Parę słów w kwestii rajów podatkowych. Członkowie stowarzyszenia, o którym omawiany tu przeze mnie artykuł mówi, wykorzystują starą jak świat argumentację zgodnie z którą jeśli ktoś dużo zarabia, to należy mu natychmiast jego pieniądze zabrać. Nie dość, że jest to zwykła niesprawiedliwość, to jeszcze uderza w małe kraje, które starają się wykorzystać fakt, że nie są obrośnięte biurokracją i korupcją, a przede wszystkim rozdmuchanymi wydatkami rządowymi, w związku z czym są w stanie zaoferować przedsiębiorcom bezpieczne zachowanie kapitału przed pazernymi aparatami fiskalnymi ich rodzimych państw. Alterglobaliści na swoje usprawiedliwienie mówią, cytuję, że „z rajów podatkowych korzystają także [podkreślenie moje] struktury przestępcze”. Dodajmy, że są to struktury działające na terenie innych państw, których z pewnością do rajów podatkowych zaliczyć nie można. W imieniu walki z przestępczością, z którą nie radzą sobie władze najpotężniejszych państw, obetniemy więc rodzimym uczciwym przedsiębiorcom możliwość schowania części swoich dochodów do skarpety, by nie były narażone na pazerność państwa. Dochodów, dzięki którym możliwe są np. sensowne ekonomicznie inwestycje w chińskie fabryki, zapewniające dach nad głową setkom tysięcy Chińczyków, którzy w innym wypadku byliby skazani na widmo głodu. Zamiast tego alterglobaliści proponują zamknięcie całych państw, poddawania stałej inwigilacji aktywnych przedsiębiorców, redystrybucję mienia od biednych do bogatych (za pomocą restryktywnych ceł, wzmożonej presji podatkowej mającej na celu finansowanie kosztownych programów socjalnych, w normalnych warunkach fundowanych przez prywatne ośrodki pomocy społecznej, wiedzące lepiej od urzędników siedzących w urzędach centralnego planowania, w które miejsca wydajniej będzie zaofiarować pomoc nie w postaci ryby, lecz wędki). Taki izolacjonizm prowadzi nieuchronnie do stworzenia klasy żerującej na politycznym usuwaniu konkurencji zagranicznej, co sprawia, że miast zajmować się produkcją dóbr i świadczeniem usług dla konsumentów, klasa ta może skupić swe wysiłki na tworzeniu dalszych regulacji handlowych i wyższych podatków zabezpieczających jej interesy. Interesujące, że właśnie polityczne sposoby gromadzenia bogactwa są z uporem godnym lepszej sprawy proponowane przez nie cierpiących polityków alterglobalistów.

Na koniec zadajmy sobie dwa pytania: Czy alterglobaliści rzeczywiście bronią interesów biednych krajów i biednych przedsiębiorców, czy może bezwiednie chronią interesy możnych zaplątanych we flirt z polityką, jak George’a Sorosa, miliardera, który dorobił się na spekulacjach walutowych i swoich licznych kontaktach z władzą, człowieka finansujący amerykańską partię demokratyczną, oraz innych „wskazujących na zagrożenia globalizacji przedstawicieli polityki i biznesu”? Czy nie jest tak, że interesów biednych krajów lepiej bronią one same, podczas spotkania w Cancun opowiadając się głośno za wolnorynkowymi rozwiązaniami, takimi jak zniesienie ceł i subsydiów?

Jan Lewiński

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Jan Lewiński

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy