Cuzán: Czy kiedykolwiek uciekniemy od anarchii?

19 czerwca 2004 Filozofia polityki komentarze: 0

CZY KIEDYKOLWIEK UCIEKNIEMY OD ANARCHII?*
Alfred G. Cuzán

Katedra Władzy Państwowej

Uniwersytet Stanowy w Nowym Meksyku
Tłumaczenie: Jan Lewiński
Wstęp
Główny punkt dyskusji, toczącej się współcześnie wśród teoretyków i myślicieli libertariańskich, jak zawsze krąży wokół starego, stuletniego pytania o to, czy człowiek może egzystować w totalnej anarchii, czy może minimalne państwo jest absolutnie konieczne dla maksymalizacji wolności. Zagubiono w tej dyspucie kwestię, czy człowiek jest w ogóle zdolny uwolnić się od anarchii. Czy rzeczywiście możemy usunąć anarchię i ustanowić w jej miejscu rząd? Większość ludzi, niezależnie od ich preferencji ideologicznych, po prostu zakłada, że usunięcie anarchii jest możliwe, że żyją podlegli rządowi, i że anarchia nie znaczyłaby nic poza chaosem i przemocą.[1]
Celem niniejszej pracy jest zakwestionowanie tego uświęconego założenia oraz uargumentowanie, że ucieczka od anarchii nie jest możliwa, a także, że stale żyjemy w anarchii, i że prawdziwe pytanie polega na tym, w jakim rodzaju anarchii żyjemy w tej chwili, rynkowej, czy może nierynkowej (politycznej). Dalej, postawiono twierdzenie, że istnieją dwa rodzaje anarchii – hierarchiczna i pluralistyczna. Im bardziej powszechna jest polityczna anarchia, tym bardziej przypomina ona anarchię rynkową. Praktyka anarchii jest oceniana w kategoriach zdolności do minimalizowania poziomu przymusu w społeczeństwie. Pokazuje się, że anarchie powszechne są o wiele mniej brutalne niż anarchie hierarchiczne. Konkluzją jest stwierdzenie, że prawdziwym problemem, jaki libertarianie muszą rozstrzygnąć, a który prowadzi do maksymalizacji wolności, jest nie wybór pomiędzy minimalizmem a anarchią, lecz między typem anarchii, to znaczy, rynkową lub polityczną, hierarchiczną lub powszechną.
I
Anarchia jest porządkiem społecznym bez władzy, podlegającym jedynie rynkowym prawom ekonomicznym. Rząd jest czynnikiem zewnętrznym wobec społeczeństwa, „trzecią stroną”, obdarzoną siłą przymuszania wszystkich innych stron, podległych relacjom w społeczeństwie, do akceptowania jej koncepcji tychże relacji. Koncepcja rządu jako czynnika zewnętrznego wobec społeczeństwa jest analogiczna do koncepcji Boga jako siły interweniującej w ludzkie sprawy. Dla ateisty dobrą analogią może być założenie, że wszechmocni Marsjanie wypełniają rolę zwykle przypisywaną rządowi, tj., zewnętrznego planisty i wykonawcy zasad zachowania, których wszyscy im podlegający muszą przestrzegać.
Jednakże to, że idea rządu istnieje, w żaden sposób nie dowodzi jego empirycznego istnienia.[2] Niewielu z nas przekonałby argument taki, jak: „Wierzę, że koncepcja Boga jest możliwa, zatem Bóg istnieje”. Jednak taka właśnie jest struktura argumentacji, leżącej u podstaw założeń dotyczących istnienia rządu. To, że społeczeństwa mogą dysponować jakąś formą organizacji, którą nazywają „rządem”, nie jest żadnym powodem, by stwierdzać, że „rządy” te są empirycznymi manifestacjami idei rządu.
Bliższe przyjrzenie się ziemskim „rządom” ujawnia, że w żadnym razie nie uwalniają nas one od anarchii. Zwyczajnie stanowią one zamianę jednej formy anarchii na drugą, a zatem nie zapewniają istnienia prawdziwego rządu. Spójrzmy, dlaczego tak jest.
Gdziekolwiek ziemskie „rządy” ustanowiono lub już istnieją, tam dla wszystkich członków społeczeństwa, o których zwykle mówi się jako o poddanych lub obywatelach, anarchia jest oficjalnie zakazana. Nie mogą już więcej zwracać się do siebie na własnych warunkach – czy to pomiędzy handlarzami w porcie, czy członkiem straży obywatelskiej a poszukiwanym, gdzieś na pustyni lub na ulicach Newark w New Jersey [autor jest Amerykaninem – przyp. tł.]. Zamiast tego, wszyscy członkowie społeczeństwa muszą włączyć „trzecią stronę” – rząd – we wzajemne relacje, stronę, która ma możliwość stosowania przymusu w celu egzekucji swych osądów i karania tych, którzy się z tym nie zgadzają.
Na przykład, gdy złodziej ukradnie mój portfel na koncercie, jestem prawnie zobowiązany do polegania na usługach członków trzeciej strony, których zadaniem ma być jego złapanie (policjanci), uwięzienie (strażnicy więzienni), przeprowadzenie procesu (oskarżyciele, sędziowie, nawet obrońcy „publiczni”, czyli obrońcy z urzędu), osądzenie (grupa jednostek zmuszonych przez sąd do pełnienia obowiązku przysięgłych) oraz jego uniewinnienie bądź ukaranie (więzienia, kaci). Jestem uprawiony co najwyżej, by go złapać, lecz zabrania mi się poradzenia sobie z sytuacją samodzielnie. Takie zakazy sięgają tragikomicznych proporcji, gdy rząd karze ofiary zbrodni za obronę własnej osoby z przekroczeniem granic ustanowionych „prawem”. W skrócie, ja sam, lub jakikolwiek inny obywatel lub poddany, muszę przyjąć do wiadomości orzeczenia rządu w moich relacjach z innymi. Wymaga się od nas przestrzegania prawa tej „trzeciej strony”.
Jednakże taki społeczny układ, którego elementem jest „trzecia strona”, nie istnieje dla tych, którzy sami korzystają z władzy rządu. Innymi słowy, nie ma „trzeciej strony”, która czyniłaby i egzekwowała sądy wśród pojedynczych członków samej trzeciej strony. Władcy pozostają vis-à-vis innych nadal w stanie anarchii. Rozstrzygają spory pomiędzy sobą, bez zwracania uwagi na jakikolwiek rząd (byt poza nimi). Nadal istnieje anarchia. Lecz tam, gdzie pozbawieni rządu mamy do czynienia z naturalną rynkową anarchią, teraz mamy anarchię polityczną, anarchię wewnątrz władzy.[3]
Weźmy, na przykład, takich władców naszego własnego rządu federalnego. Jest to grupa składająca się z kongresmanów, sędziów, prezydenta i wiceprezydenta, urzędników najwyższego szczebla w agencjach cywilnych i wojskowych, oraz ich armii pracowników publicznych, którzy zapełniają miejsca pracy wielu federalnych agencji. Te jednostki razem tworzą i wykonują prawa, edykty, regulacje i szeroki zakres różnego rodzaju rozkazów, których wszyscy członkowie społeczeństwa muszą przestrzegać.
Mimo to, w relacjach pomiędzy sobą pozostają w dużym stopniu „poza prawem”. Nikt zewnętrzny wobec grupy nie pisze i nie wykonuje praw, rządzących relacjami pomiędzy nimi. Co najwyżej można powiedzieć, iż władcy są związani giętkimi ograniczeniami „konstytucji”, którą, tak czy owak, sami interpretują i egzekwują pomiędzy sobą i wzajem siebie. Sąd Najwyższy w końcu jest jedynie częścią rządu, złożoną z ludzi wybranych przez i podległych naciskom innych członków rządu. Co więcej, ich decyzje wykonuje inna część rządu, ciało wykonawcze, nad którym sędziowie nie mają żadnej władzy, a jedynie zwierzchność. Jakby temu było mało, Kongres, za pomocą presji słownej oraz manipulowaniu podziałem pieniędzy przeznaczonych na wymiar sprawiedliwości, również wywiera naciski, z którymi muszą radzić sobie sędziowie. Podobnie, kongresmani nie mają żadnych arbitrów „trzeciej strony”, tak między sobą, jak i w swoich relacjach z władzą wykonawczą. Co więcej, nawet rozmaite federalne agencje i wszystkie ich części składowe są pozbawione jakiejkolwiek „trzeciej strony”, która mogłaby zarządzać ich relacjami, wewnętrznie czy zewnętrznie. W skrócie, obserwacja wnętrza rządu pokazuje, że rządzący pozostają między sobą w stanie anarchii. Żyją w politycznej anarchii.
Anarchiczne relacje rządowych oficjeli ilustruje następujący przykład: Załóżmy, że kongresmanowi uda się skierować bieg strumienia pieniędzy z wydatków budżetowych na własną posiadłość. Jest to przestępstwo, złodziejstwo, kradzież pieniędzy. Lecz komu zostały ukradzione? Tobie lub mnie? Tylko w tym znaczeniu, że zostaliśmy przymuszeni do składania się na publiczny skarbiec, który kongresman uważał za zdobycz. Nie jest już nasz, należał do kogoś innego. Lecz kogo? No jakże, chodzi oczywiście o członków rządu, którzy mają możliwość rozdzielania tych środków publicznych.
W skrócie, kongresman ukradł innym przedstawicielom władzy – kongresmanom, biurokratom, prezydentowi i innym. Lecz co czyni się z przestępstwem? Czy kongresmanowi stawia się publicznie zarzuty, stawia w stan oskarżenia i sądzi za przestępstwo, jak każdego zwyczajnego obywatela, który okrada innego? Czasem; jednak częściej zdarza się, że mamy do czynienia z gradem politycznych manewrów na wysokim szczeblu; wymienia się wzajemne groźby za zamkniętymi drzwiami, gromadzi się przeciw sobie siły; mają miejsce okazjonalne bitwy, w których bądź to niszczone są reputacje a pieniądze zmieniają właścicieli, bądź przepływ lub dostęp do środków ulega zmianie.
Wkrótce wrzawa i krzyk idzie w zapomnienie, kongresman otrzymuje od oskarżenia „zaświadczenie o dobrym stanie zdrowia”, albo zarzuty zostają oddalone lub wycofane, a kongresman uzyskuje w wyborach reelekcję. Co jakiś czas, jeśli przestępca był mało znaczącą lub gasnącą figurą, lub też znienawidzoną przez swoich kolegów, stawiany jest przed sądem, sądzony i karany wyrokiem minimalnym bądź nawet w zawieszeniu. W większości przypadków małą rybkę, kręcącą się w pobliżu biurokratycznego dna, poświęca się w imię ludzi stojących dużo wyżej, a którzy zyskiwali na przestępstwie, przynajmniej sankcjonując je, jeśli nie nim nie kierowali. Lecz nie popełnijmy błędu: żadna „trzecia strona”, żaden rząd, nigdy nie poczynił lub nie wyegzekwował żadnego osądu. Sterujący rządem sami z siebie dosłownie wzięli prawo w swoje ręce i wyprodukowali to, co zewnętrzny rząd nazwałby „samosądem”.
W skrócie, społeczeństwo zawsze jest w anarchii. Rząd jedynie zakazuje anarchii pomiędzy tymi, których nazywa „poddanymi” lub „obywatelami”, lecz między rządzącymi kwitnie anarchia.
Figura 1. ilustruje tę sytuację. Okrąg po lewej stronie pokazuje stan prawdziwej, rynkowej lub naturalnej anarchii, w której wszyscy członkowie społeczeństwa odnoszą się do siebie wzajem wyłącznie za pomocą dwustronnych umów, bez interweniującej trzeciej strony. Okrąg po prawej obrazuje stan dominujący dla rządu. W górnej części widzimy jednostki, których wzajemne relacje nie są już bilateralne. Wszystkie relacje są zgodnie z prawem „trójkątne”, tj. wszyscy członkowie społeczeństwa są zmuszeni w swych transakcjach akceptować rozporządzenia władzy. Jednak w dolnej części możemy dostrzec, że wewnątrz samego „rządu” relacje między władcami pozostają anarchiczne.

II
Gdy już pokazaliśmy, że anarchia nie jest przez rząd kompletnie zakazana, lecz zarezerwowana, w pewien sposób, wyłącznie dla rządzących, wśród których dominuje, właściwym wydaje się zadanie pytania, czy jest to stan dla społeczeństwa korzystny. Jego obrońcy i propagatorzy twierdzą, że bez władzy społeczeństwo tkwiłoby w kręgu nieznośnej przemocy. Logiczne jest zatem zbadanie, czy skutkiem funkcjonowania rządu jest zwiększanie się, redukcja, czy brak wpływu na przemoc w społeczeństwie.
Czy anarchia polityczna jest mniej brutalna niż anarchia rynkowa bądź naturalna? Minarchiści argumentują, że tak właśnie jest, przy założeniu, że rola rządu ogranicza się tylko i wyłącznie do działania jako trzecia strona w sporach dotyczących własności. Mimo że rząd z założenia angażuje pewną ograniczoną ilość przemocy, mówią minarchiści, to jej poziom w państwie minimum byłby niższy niż w naturalnej anarchii.

Figura 2. ilustruje ideę zwolenników państwa minimum. Dzięki wprowadzeniu rządu na poziomie państwa minimum, wielkość przemocy spada poniżej jej wartości w anarchii naturalnej. Jak można założyć, wnosząc z jaskrawie antyinterwencjonistycznego stanowiska monarchistów, jeśli rozmiary rządu urosną ponad wielkość ograniczonego państwa, albo nie będzie dalszej redukcji przemocy – a tym samym powiększenie rządu staje się bezcelowe i kosztowne na inne sposoby – oraz/lub ponad określoną wielkością przynosi on coraz więcej przemocy, spotykając, a być może nawet przerastając poziom naturalnej przemocy. (Patrz figura 2.)

* Linie przerywane reprezentują możliwe efekty przemocy wynikłe z powiększania rządu ponad rozmiar państwa minimum.

Nie jest nie do pomyślenia, że przemoc anarchii politycznej może przekroczyć przemoc anarchii rynkowej. Hitlerowskie obozy koncentracyjne i gułagi Stalina są dowodem przemocy w takich proporcjach, że ciężko jest powiedzieć, że naturalna anarchia mogłaby być od tego gorsza. Podobnie, anarchia polityczna państw narodowych wyprodukowała przemoc pomiędzy państwami na taką skalę, iż nawet najbardziej poświęconemu uczniowi Hobbesa musi to odejmować mowę.[4]
Trzecie spojrzenie jest możliwe i teoretycznie najbardziej interesujące. Zgodnie z nim relacja między rządem (politycznym substytutem rynkowej anarchii) i przemocą jest modyfikowana przez trzeci element, strukturę rządu, obserwowaną przez pryzmat miary centralizacji. Im bardziej autorytatywna władza rozkłada się pomiędzy wiele politycznych obiektów, tym bardziej pluralistyczny rząd. Im bardziej scentralizowana jest struktura, tj. im więcej autorytatywnej władzy jest w postaci skoncentrowanej, tym bardziej hierarchiczny jest rząd. Odnotujmy, że bardziej zhierarchizowany rząd, tym bardziej kierowany jest zgodnie z założeniem o ostatecznym arbitrze. Inaczej ujmując, im bardziej zcentralizowana struktura, tym skuteczniejsza wewnątrz samego rządu kreacja pojedynczej „trzeciej strony” w postaci apoteozy jednej istoty, jak Hitler, Stalin, Mao czy Castro. Taka „trzecia strona” pozostaje jednak wobec reszty swoich rodaków i reszty świata w kompletnej anarchii.
Im bardziej pluralistyczna polityka w danym kraju, tym bardziej rządzący uwolnieni są w swych działaniach od „trzeciej strony”, a tym samym tym bardziej społeczeństwo przypomina naturalną anarchię. Im mniej powszechna lub bardziej hierarchiczna polityka w kraju, tym bardziej społeczeństwo wydaje się być rządzone przez prawdziwie „zewnętrzny” żywioł, boską postać zesłaną z niebios historii, religii lub ideologii.
Pobieżne przejrzenie współczesnych społeczeństw i najnowszej historii pokazuje, że, empirycznie, to dokładnie te społeczeństwa, w których rządzi taka ziemska personifikacja rządu, cechują się najwyższym stopniem przemocy w formie represji politycznych, gwałtu i prześladowań. Przemoc, przez kontrast, najniższa wydaje się być w społeczeństwach o wysoce pluralistycznej polityce, jak w Szwajcarii. Jest to prawdą nawet dla świata „komunistycznego”: bardziej pluralistyczna komunistyczna polityka Polski i Jugosławii była dużo mniej brutalna od bardziej zhierarchizowanej polityki Związku Sowieckiego. Podobnie, w świecie zachodnim, bardziej pluralistyczna polityka Stanów Zjednoczonych jest mniej brutalna niż Włoska, gdzie polityka jest dużo bardziej hierarchiczna.
Dlaczego jednak stopień centralizacji miałby determinować to, czy anarchia państwowa jest brutalna w hierarchicznych państwach, jak Chiny czy Kuba, a relatywnie spokojna w pluralistycznych państwach, jak Indie czy Kostaryka? Odpowiedzią może być zwyczajnie fakt, że scentralizowane państwa zwykle częściej popełniają błędy w porównaniu do państw zdecentralizowanych.[5] Polityczne błędy przyjmują formę błędnych lub fałszywych poglądów na naturę bilateralnych relacji w społeczeństwie i w polityce, jak poglądy na relacje pomiędzy robotnikiem a kapitalistą w państwach komunistycznych. Jeśli osądy są mylne, to nie są dobrowolnie akceptowane przez jedną lub obie ze stron transakcji. W tych warunkach jedyną metodą wprowadzania w czyn koncepcji „trzeciej strony” jest użycie siły, która, zależnie od warunków, będzie lub nie będzie znajdowała oporu w opozycji.
W rządzie pluralistycznym błędne koncepcje dotyczące bilateralnych stosunków w społeczeństwie mają mniejszą szansę na zaistnienie. Wynika to z tego, że istnieje w nim wiele jednostek komunikujących się niezależnie ze sobą oraz z obywatelami i poddanymi, zatem istnieje więcej lepszej jakości informacji o efektach ich osądów na temat tych bilateralnych relacji. Co więcej, błędne koncepcje łatwiej ulegają sprawdzeniu, jako że różnorakie jednostki polityczne, z których każda jest w stanie zgromadzić środki polityczne na własną rękę, konfrontują się w następujących po sobie seriach transakcji politycznych.
Jednakże, w rządzie hierarchicznym nawet członkom rządu nie jest dane rozwiązywać wzajemne spory pomiędzy sobą. Wszystkie relacje są poddane osądowi najwyższego władcy. Taki władca musi utrzymywać rozległą sieć szpiegów i egzekutorów władzy, by ten ponadludzki wysiłek stał się możliwy. Oczywiście, ludzkie zdolności kontroli innych ludzi są dość ograniczone, więc nawet w prawdziwie makiawelicznych, hitlerowskich Niemczech zawierano feudalne interesy tuż pod nosem Fuehrera. Oczywiście takie umowy były zabronione, tak więc wszyscy żyli w stanie ciągłego niebezpieczeństwa, nie wiedząc nigdy, kiedy ich wrogom uda się obrócić przeciw nim gniewu Hitlera.[6]
Bez względu na to, czy to wyjaśnienie jest poprawne, czy nie, wciąż dysponujemy explanandum, tj. fakt, że hierarchiczna polityka jest bardziej brutalna od polityki pluralistycznej. Lecz jeśli społeczeństwo w pluralistycznej anarchii politycznej doświadcza mniej przemocy od społeczeństw z hierarchicznym lub „rządzonym” rządem, to czy nie jest logicznym pytać, czy naturalna anarchia nie jest mniej brutalna od anarchii politycznej? Dlaczego relacja między rządem a przemocą miałaby być wyrażona krzywą łamaną? Czy nie jest możliwe, że jest stale rosnąca, tak, że rząd zawsze produkuje więcej przemocy niż rynek?
Podsumowanie i konkluzja
Pokazaliśmy, że anarchia, jak materia, nigdy nie znika – zmienia jedynie formę. Pluralistyczna, zdecentralizowana anarchia polityczna jest mniej brutalna od zhierarchizowanej anarchii politycznej. Tym samym, mamy powód, by przypuszczać, że anarchia rynkowa mogłaby być mniej brutalna od anarchii politycznej. Ponieważ można pokazać, że anarchia rynkowa jest zdecydowanie bardziej skuteczna i sprawiedliwa pod każdym innym względem,[7] dlaczego nie mielibyśmy spodziewać się teraz czegokolwiek innego? Czy nasze oczekiwanie, że anarchia rynkowa skutkuje mniejszą ilością przemocy w egzekwowaniu praw własności w porównaniu do anarchii politycznej, nie jest usprawiedliwione? Przecież rynek jest najlepszym racjonalizatorem ze wszystkich – czyż także nie zracjonalizowałby przemocy lepiej, niż czyni to rząd?
Tekst pochodzi z Journal of Libertarian Studies, publikowanego na stronie www.mises.org.


* Wielkie podziękowania należą się Murrayowi Rothbardowi i Walterowi Blockowi za ich wsparcie i komentarze dotyczące wcześniejszego szkicu tej pracy. Moi koledzy, Cal Clark, Steve Ropp oraz Paul Sagal ze Stanowego Uniwersytetu w Nowym Meksyku również zapewnili niezbędną dawkę krytycyzmu. Janet Garcia z wielką gracją przepisała pracę.
Przypisy:
[1] Nawet Gordon Tullock pisze, „Jeśli, jak wierzę, że jest, ludzie w anarchii są tak samolubni, jak teraz, to mielibyśmy do czynienia z dżunglą Hobbesa (…).” Z punktu widzenia tej pracy jest interesujące, że w następnym zdaniu dodaje on: „(…) nie bylibyśmy w stanie odróżnić w pełni skorumpowanego rządu od braku rządu.” Gordon Tullock, Corruption and Anarchy, w Gordon Tullock (ed.), Further Explorations in the Theory of Anarchy (Blacksburg, Virginia: University Publications, 1974).
[2] Paul Craig Roberts w Alienation and the Soviet Economy (Albuquerque: University of

New Mexico Press, 1971), argumentuje podobnie, że zdolność do pomyślenia o centralnym planowaniu nie jest żadnym dowodem jego empirycznej możliwości. Roberts pokazuje, że formalnie zaplanowane gospodarki, jak ta Związku Sowieckiego, nie są w żadnym stopniu centralnie planowanymi, lecz że są pluralistycznymi gospodarkami, sterowanymi przez nierynkowe sygnały. Konkluzja Robertsa, że centralne planowanie nie istnieje, jest analogiczne do mojej własnej konkluzji mówiącej o tym, że rząd także nie istnieje. Jestem wdzięczny Murrayowi Rothbardowi za wskazanie paraleli tych dwóch argumentów.

Gdy przepisywano niniejszą pracę, przeczytałem God and the State Michaiła Bakunina (Nowy Jork: Dover Publications, 1970) i byłem uderzony podobieństwami między argumentem Bakunina przeciw Bogu i moim argumentem przeciw rządowi. Nie jest to zaskakujące, jako że wiele założeń użytych do uzasadnienia rządu odnosi się do złej ludzkiej natury. To jest tak, jakby rząd zajął miejsce Boga na Ziemi, by trzymać złych ludzi w szeregu. To, że rządy same tworzone są przez zwykłe ludzkie istoty, które pozostają w stanie anarchii w relacjach między sobą, zdaje się, że umknęło tym, którzy trzymają się tego poglądu.
[3] Oczywiście, podstawę władzy wszystkich oficjalnie rządzących stanowią grupy interesu wewnątrz i na zewnątrz rządu. Przywódcy pozarządowych grup interesu często trzymają klucz do politycznego być albo nie być nawet najsilniejszych polityków. Z tego wynika, że czysta dychotomia pomiędzy rządowymi i pozarządowymi członkami społeczeństwa upada. Wokół granic rządu, wiele prywatnych jednostek żyje w stanie anarchii vis-à-vis rządowych oficjeli. George Meany jest prawdopodobnie równie dobrym przykładem, jak każdy inny. Jestem wdzięczny mojemu koledze, Calowi Clarkowi za zwrócenie na to uwagi.

Również żyjącymi w anarchii vis-à-vis urzędników rządu i są wszyscy ci członkowie podziemia kryminalnego, którzy dostarczają konsumentom szerokiego wachlarza nielegalnych dóbr i usług. To, że CIA zawarła układy z wierchuszką gangsterską, by wykonywała ona część jej misji, nie powinno dziwić. Większość wydziałów policji ma prawdopodobnie podobne układy z lokalnymi bossami przestępczymi.
[4] Jest to argument, który stawia Murray Rothbard i który implikuje, że prawdziwi archiści logicznie rzecz biorąc powinni wspierać pojedynczy światowy rząd, by zakazać anarchii pomiędzy państwami narodowymi. Jednak niewielu tak robi. (Murray Rothbard w liście do autora, 21 września 1978; także Walter Block w liście do autora, 26 października 1978.)
[5] Patrz Gordon Tullock, The Politics of Bureaucracy (Waszyngton, DC: The Public Affairs

Press, 1965), dla pełnego teoretycznego rozwinięcia tej koncepcji.
[6] Patrz Albert Speer, Inside the Third Reich (Nowy Jork: Avon Books, 1970), część II.
[7] Rothbard, Power and Market (Kansas City: Sheed Andrews and McMeel, Inc., 1970).

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Alfred G. Cuzán

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy