Mises: Gospodarcze skutki taniego pieniądza

8 sierpnia 2004 Cykle koniunkturalne komentarze: 0

Cykl koniunkturalny i ekspansja kredytowa: Gospodarcze skutki taniego pieniądza[*]

Autor: Ludwig von Mises

Tłumaczenie: Juliusz Jabłecki

1. Uwagi Wstępne

Autor niniejszej pracy w pełni zdaje sobie sprawę z jej braków. Jednakże, o ile nie pisze się rozprawy naukowej, ogarniającej wszystkie aspekty kapitalistycznej gospodarki rynkowej, z problemem cyklu koniunkturalnego nie można uporać się w sposób bardziej satysfakcjonujący. Autor w pełni zgadza się w tej kwestii z opinią Boehm-Bawerka: „Teoria cyklu koniunkturalnego, jeśli nie ma być czczą gadaniną, może być napisana jedynie jako ostatni lub przedostatni rozdział rozprawy traktującej o wszystkich problemach ekonomicznych.”

Z tymi właśnie zastrzeżeniami autor przedstawia członkom Komitetu poniższy pobieżny szkic.

2. Wrogość wobec oprocentowania

Jedną z charakterystycznych cech tego wieku wojen i destrukcji jest ogólny atak przypuszczony przez wszystkie rządy i grupy nacisku na prawa kredytodawców. Pierwszą ustawą bolszewickiego rządu była całkowity zakaz udzielania pożyczek i wypłacania oprocentowania. Najpopularniejszym ze sloganów, które popchnęły nazistów do władzy, było Brechung der Zinsknechtschaft, czyli zniesienie niewolnictwa odsetkowego. Zadłużone kraje posługują się różnymi środkami w swych dążeniach do kasacji roszczeń zagranicznych wierzycieli, spośród których najwydajniejszym jest kontrola wymiany walutowej. Ich gospodarczy nacjonalizm ma na celu odsunięcie rzekomego widma powrotu do kolonializmu. Kraje te udają, że toczą nową wojnę o niepodległość z zagranicznymi wyzyskiwaczami, jak ośmielają się nazywać tych, którzy dostarczyli im kapitał do polepszenia ich warunków gospodarczych. Ponieważ głównym kredytodawcą są Stany Zjednoczone, to walka ta na dobrą sprawę kierowana jest przeciwko narodowi amerykańskiemu. Jedynie stare zwyczaje dyplomatycznej powściągliwości nakazują ekonomicznym nacjonalistom określać diabła, z którym walczą, nie jako „Jankesów”, lecz „Wall Street”.

„Wall Street” jest ni mniej, ni więcej, ale celem, w który władze monetarne tych krajów mierzą swe armaty, wdrażając politykę „łatwych pieniędzy”. Powszechnie zakłada się, że środki, służące do obniżania stopy procentowej poniżej wysokości, na której ustaliłby ją wolny rynek, są niezwykle korzystne dla ogromnej większości, kosztem niewielkiej mniejszości kapitalistów i twardogłowych pożyczkodawców. Milcząco zakłada się, że wierzyciele to gnuśni bogacze, zaś dłużnicy to pracowita biedota. Sąd ten jest jednak atawistyczny i całkowicie mylnie ocenia obecne warunki.

W czasach Solona, mądrego ateńskiego prawodawcy, w czasach praw rolnych starożytnego Rzymu, w średniowieczu, a nawet jeszcze w kilku kolejnych stuleciach, identyfikowanie pożyczkodawców z bogatymi, a pożyczkobiorców z biednymi, było mniej więcej zgodne z prawdą. Jednak w naszych czasach, czasach bonów i obligacji, banków oszczędnościowych, ubezpieczeń na życie i ubezpieczeń społecznych, rzecz ma się zupełnie inaczej. Klasy właścicielskie składają się z posiadaczy dużych fabryk i farm, akcji zwykłych, nieruchomości miejskich i są często – per se – kredytobiorcami. Ludzie o skromniejszych dochodach są posiadaczami obligacji, właścicielami wkładów oszczędnościowych i polis ubezpieczeniowych oraz beneficjentami ubezpieczenia społecznego. Jako tacy, są oni pożyczkodawcami. Ich interesy zostają nadszarpnięte przez dążenia do obniżenia stopy procentowej i siły nabywczej krajowej waluty.

To prawda, że masy nie myślą o sobie jako o wierzycielach i dlatego sympatyzują z rozwiązaniami w nie uderzającymi. Jednakże ignorancja ta nie zmienia faktu, że ogromna większość narodu powinna być sklasyfikowana jako pożyczkodawcy, i że popierając politykę „łatwych pieniędzy” ludzie ci bezwiednie szkodzą własnym interesom materialnym. Dyskredytuje to jedynie marksistowski mit, głoszący, że klasy społeczne nigdy nie mylą się w rozpoznawaniu swych szczególnych klasowych interesów i działają zawsze w zgodzie z nimi.

Współcześni mistrzowie polityki „łatwych pieniędzy” z dumą nazywają się nieortodoksyjnymi i szkalują swych adwersarzy, określając ich mianem ortodoksyjnych, staroświeckich i reakcyjnych. Profesor Abba Lerner, jeden z najbardziej elokwentnych rzeczników finansów funkcjonalnych, stwarza pozory, jakoby, w ocenianiu posunięć fiskalnych, on sam i jego koledzy kierowali się „uznaną metodą naukową, a nie scholastycyzmem”. Tak naprawdę jednak Lord Keynes, profesor Alvin H. Hansen i profesor Lerner, w swej zapalczywej krytyce oprocentowania, wiedzeni są esencją doktryny ekonomicznej średniowiecznego scholastycyzmu – dezaprobatą odsetek. Podkreślając dobitnie, że powrót do dziewiętnastowiecznej ekonomii jest wykluczony, są jednocześnie gorliwymi obrońcami renesansu metod średniowiecznych i ortodoksji starych kanonów.

3. Dwie klasy kredytów

Jeśli chodzi o ostateczne cele, to nie ma żadnej różnicy pomiędzy rozwiązaniami antyodsetkowego prawa kanonicznego a rozwiązaniami współczesnych przeciwników oprocentowania. Jest jednakże rozbieżność w stosowanych metodach. Średniowieczna ortodoksja zmierzała najpierw do całkowitego, zadekretowanego zakazu naliczania odsetek, a następnie do ograniczenia wysokości stóp procentowych za pomocą tak zwanych praw lichwy. Współcześni samozwańczy nieortodoksi dążą do obniżenia lub nawet całkowitego zniesienia odsetek przy użyciu ekspansji kredytowej.

Wszystkie poważne rozważania na temat ekspansji kredytowej muszą zacząć się od rozróżnienia pomiędzy dwiema klasami kredytów: kredytem towarowym a kredytem fiducjarnym[†].

Kredyt towarowy to transfer oszczędności z rąk pierwotnego właściciela do rąk przedsiębiorców, którzy planują wykorzystanie tych funduszy w produkcji. Pierwotny oszczędzający zaoszczędził pieniądze powstrzymując się od konsumpcji towarów, które mógłby skonsumować. Przekazuje on kredytobiorcy siłę nabywczą, umożliwiając mu w ten sposób kupno tych nieskonsumowanych towarów na użytek dalszej produkcji. I tak, wielkość kredytu towarowego jest ściśle ograniczona przez ilość oszczędności, tzn. powstrzymywania się od konsumpcji. Dodatkowy kredyt może zostać przyznany tylko w takim wymiarze, w jakim zgromadzone zostały nowe oszczędności. Cały proces nie ma wpływu na siłę nabywczą jednostki pieniężnej.

Kredyt fiducjarny to kredyt przyznawany przez banki ze specjalnie w tym celu utworzonych funduszy. Aby udzielić pożyczki, bank drukuje banknoty lub otwiera dłużnikowi konto depozytowe. Jest to wytwarzanie kredytu z niczego, równoznaczne z wytwarzaniem pieniędzy bez pokrycia, z jawną, ostentacyjną inflacją. Udzielanie kredytu zwiększa ilość substytutów pieniądza, przedmiotów uznawanych i wydawanych przez społeczeństwo na tej samej zasadzie, co właściwe pieniądze. Zwiększa ono także siłę nabywczą dłużników, którzy wkraczają na rynek środków produkcji z dodatkowym popytem, który nie miałby miejsca, gdyby nie wytworzenie owych banknotów i depozytów. Ten dodatkowy popyt wprowadza ogólną tendencję wzrostu cen towarów i poziomu płac.

O ile wielkość kredytu towarowego jest sztywno ustalona przez wielkość kapitału zgromadzonego dzięki wcześniejszemu oszczędzaniu, o tyle wielkość kredytu fiducjarnego zależy od metod prowadzenia przez bank jego interesów. Kredyt towarowy nie może być ekspandowany, za to kredyt fiducjarny jak najbardziej. Tam gdzie nie ma kredytu fiducjarnego, bank może zwiększać ilość pożyczek tylko w takim stopniu, w jakim oszczędzający powierzyli mu swoje depozyty. Gdzie króluje kredyt fiducjarny, tam bank może ekspandować pożyczki, stosując politykę, o której mówi się, że – o dziwo – „jest bardziej liberalna.”

Ekspansja kredytowa nie niesie za sobą wyłącznie nieuniknionej tendencji do wzrostu płac i cen towarów. Wpływa także na rynkową stopę procentową. Wprowadza dodatkową ilość pieniędzy oferowaną na pożyczki, generując tendencję do obniżania się stóp procentowych poniżej poziomu, który osiągnęłyby na nie zmanipulowanym rynku pożyczek. Zawdzięcza ona swą popularność wśród nawiedzonych znachorów gospodarki nie tylko wywoływanemu przez siebie inflacyjnemu wzrostowi cen i płac, ale także obniżeniu stóp procentowych, którą za sobą na krótką metę pociąga. Ekspansja kredytowa jest dziś głównym narzędziem polityki zmierzającej do pozyskania tanich lub łatwych pieniędzy.

4. Funkcja cen, płac i stóp procentowych

Stopa procentowa jest zjawiskiem rynkowym. W gospodarce wolnorynkowej to struktura ustalonych przez rynek cen, płac i stóp procentowych popycha działalność przedsiębiorców w kierunku tych gałęzi rynku, w których zaspokajają oni najlepiej i najtaniej potrzeby konsumentów. Do kalkulacji ekonomicznej planującego biznesmena wchodzą z jednej strony ceny materialnych czynników produkcyjnych, płace i stopy procentowe, a z drugiej antycypowane przyszłe ceny dóbr konsumpcyjnych. Wynik tych kalkulacji wskazuje przedsiębiorcy, czy dany projekt się opłaci, czy nie. Jeśli dane rynkowe stojące u podstaw tych kalkulacji zostaną zafałszowane przez ingerencję rządu, to wynik musi być mylący. Wprowadzeni w błąd przez arytmetyczne operacje na iluzorycznych wielkościach, przedsiębiorcy wybierają projekty, których realizacja jest sprzeczna z najpilniejszymi potrzebami konsumentów. Rozbieżność opinii konsumentów wychodzi na jaw, gdy produkty błędnych inwestycji kapitałowych docierają na rynek i nie mogą zostać sprzedane po satysfakcjonujących cenach. Wtedy pojawia się to, co określane jest jako „zły interes”.

Jeśli na rynku nie skrępowanym przez rządowe manipulowanie danymi przebadanie danego projektu wskazuje na jego nieopłacalność, to oznacza to, że w określonych okolicznościach konsumenci wolą realizację innego projektu. Fakt, że dane przedsięwzięcie jest nieopłacalne, oznacza tylko, że kupujący produkty tegoż przedsięwzięcia nie są gotowi zwrócić przedsiębiorcy kosztów wydanych na wymagane w nim komplementarne czynniki wytwórcze, natomiast kupując inne produkty zwracają przedsiębiorcom koszty tych samych czynników. Tak oto suwerenni konsumenci wyrażają swoje życzenia i zmuszają rynek, by dopasowywał swoje działania do spełnienia tych potrzeb, które oni sami uważają za najpilniejsze. Konsumenci wywołują zatem tendencję do sprzyjania ekspansji rentownych przemysłów i zanikowi nierentownych.

Można powiedzieć, że czynnikami, które w bezpośredni sposób odpowiadają za brak możliwości przeprowadzenia pewnych projektów, są stan cen, płac i stóp procentowych. Poważnym błędem jest jednak sądzić, że jeśli tylko wskaźniki te byłyby niższe, to miałby miejsce wzrost aktywności gospodarczej. Tym, co ogranicza rozmiar produkcji, jest tak naprawdę niedostatek czynników wytwórczych. Ceny, płace i stopy procentowe są tylko wskaźnikami mówiącymi o stopniu tego niedostatku. Są niejako wskazówkami. Posługując się tymi zjawiskami rynkowymi, społeczeństwo wysyła do przedsiębiorców planujących dany projekt ostrzeżenie: „Nie ruszajcie tego czynnika produkcji; jest on zarezerwowany do spełnienia innej, ważniejszej potrzeby.”

Ekspansjoniści, jak określają się dziś mistrzowie inflacji, nie widzą w stopie procentowej nic prócz przeszkody na drodze dalszego rozwoju produkcji. Jeśli byliby konsekwentni, powinni w ten sam sposób patrzeć na ceny materialnych czynników produkcji i na płace. Dekret rządowy obcinający płace o 50% w stosunku do poziomu, na jakim ustaliłby je wolny rynek pracy, również nadałby pozór rentowności poszczególnym projektom, które w kalkulacji ekonomicznej opartej na rzeczywistych danych rynkowych nie wydają się korzystne. W twierdzeniu mówiącym, że wysokość stóp procentowych zatrzymuje dalszą ekspansję produkcji, nie ma więcej prawdy, niż w stwierdzeniu, że to wysokość płac wywołuje owe efekty. Fakt że ekspansjoniści stosują tego rodzaju błędną argumentację jedynie do stóp procentowych, pomijając problem cen podstawowych towarów i cen pracy, dowodzi, iż dają się oni prowadzić emocjom i namiętnościom, nie zaś zdrowemu rozsądkowi. Kieruje nimi uraza. Zazdroszczą tego, co – jak sądzą – jest dochodem bogacza. Są nieświadomi faktu, że atakując odsetki, atakują ogromne masy oszczędzających, właścicieli obligacji i beneficjentów polis ubezpieczeniowych.

5. Skutki politycznie zaniżonych stóp procentowych

Ekspansjoniści mają dużo racji zakładając, że ekspansja kredytowa przynosi boom koniunkturalny. Mylą się jedynie, gdy ignorują fakt, że taka sztuczna prosperita jest nietrwała i musi niechybnie prowadzić do załamania, ogólnej depresji.

Jeśli rynkowa stopa procentowa zostanie zredukowana przez ekspansję kredytową, wiele projektów, uważanych wcześniej za nieopłacalne, zaczyna wyglądać na korzystne. Przedsiębiorca biorący na siebie ich realizację szybko jednak odkrywa, że jego kalkulacje oparte były na błędnych założeniach. Prowadził on obliczenia przy tych cenach czynników produkcyjnych, które odpowiadały warunkom rynku istniejącym w przededniu ekspansji kredytowej. Lecz teraz, w wyniku ekspansji kredytowej, ceny te wzrosły. Projekt nie wydaje się już tak obiecujący, jak wcześniej. Fundusze biznesmena nie są wystarczające do zakupienia wymaganych czynników produkcji. Gdyby nie kontynuowano ekspansji kredytowej, musiałby on zrezygnować z realizacji swych planów. Jednak, jako że banki nie zatrzymują ekspansji kredytowej, dostarczając biznesowi „łatwe pieniądze”, przedsiębiorcy nie widzą żadnego powodu do zmartwień. Pożyczają wciąż więcej i więcej. Ceny i płace zwyżkują. Wszyscy czują się szczęśliwi, żyjąc w przekonaniu, że nareszcie ludzkość ostatecznie pokonała ponury stan niedostatku, osiągnąwszy wieczny dobrobyt.

W rzeczywistości jednak całe to zadziwiające bogactwo jest kruche, jak zamek zbudowany na grząskich piaskach ułudy. Nie ma przyszłości. Nie ma sposobu na zastąpienie banknotów i depozytów nieistniejącymi dobrami kapitałowymi. Lord Keynes stwierdził w poetyckim duchu, że ekspansja kredytowa wprowadziła w życie „cud (…) przemiany kamienia w chleb”.[1] Jednak po bliższym przyjrzeniu się, cud ten wydaje się równie wątpliwy, jak sztuczki hinduskich fakirów.

Istnieją tylko dwie możliwości.

Pierwsza, że ekspandujące banki będę uparcie trwać przy swojej polityce i nie przestaną dostarczać pieniędzy potrzebnych rynkowi, by wytrzymał inflacyjny wzrost kosztów produkcji. Banki owe są zdeterminowane, by zaspokajać rosnący bez ustanku popyt na kredyty. Im więcej kredytów potrzebuje rynek, tym więcej dostaje. Ceny i płace nieustannie szybują w górę. Ilość banknotów i depozytów zwiększa się ponad wszelką miarę. W końcu społeczeństwo zdaje sobie sprawę z tego, co się dzieje. Ludzie uświadamiają sobie, że wydawaniu wciąż nowych i nowych substytutów pieniądza nie będzie końca, i że wzrost cen będzie w związku z tym nieustannie przyspieszać. Zdają sobie sprawę, że w takiej sytuacji trzymanie gotówki przynosi im szkodę. W celu uniknięcia bycia ofiarą postępującego spadku siły nabywczej pieniądza, gorączkowo kupują różne towary niezależnie od ich ceny i tego, czy w ogóle ich potrzebują. Wolą wszystko, tylko nie pieniądze. Wywołują to, co w Niemczech w 1923 r., kiedy to Rzesza ustanowiła klasyczny przykład polityki polegającej na niekończącej się ekspansji kredytowej, nazwane zostało die Flucht in die Sachwerte – ucieczkę w realne wartości. Załamuje się cały system walutowy. Siła nabywcza jego jednostki płatniczej kurczy się do zera. Ludzie uciekają się do barteru lub do używania innego rodzaju pieniędzy zagranicznych czy krajowych. Nastaje kryzys.

Druga możliwość to taka, że banki lub władze pieniężne zdadzą sobie sprawę z niebezpieczeństw związanych z niekończącą się ekspansją kredytową, nim zrobi to zwykły człowiek. Z własnej woli zatrzymują dopływ nowej ilości banknotów i depozytów. Nie wychodzą już naprzeciw zapotrzebowaniu rynku na kolejne kredyty. Wybucha panika. Stopy procentowe wskakują na zawyżony poziom, ponieważ wiele firm rozpaczliwie potrzebuje pieniędzy, by uniknąć bankructwa. Ceny zaczynają nagle spadać, w miarę, jak nieszczęsne firmy usiłują zdobyć gotówkę, zasypując rynek zapasami sprzedawanymi za bezcen. Aktywność produkcyjna raptownie się zmniejsza, pracownicy tracą pracę.

Jak widać, ekspansja kredytowa kończy się niechybnie kryzysem gospodarczym. W każdym z dwóch przypadków los sztucznego boomu jest przesądzony. Na dłuższą metę musi się on załamać. Efekt krótkotrwały, czyli okres prosperity, może czasem trwać wiele lat. W tym okresie władze, ekspandujące banki i ich agencje ds. public relations arogancko przeciwstawiają się ostrzeżeniom ekonomistów i chełpią się dostrzegalnymi efektami swojej polityki. Gdy jednak nadchodzi gorzki koniec, umywają ręce.

Sztuczny dobrobyt nie może trwać, ponieważ jako takie, nie odpowiadające rzeczywistemu stanowi danych rynkowych, czysto techniczne obniżenie stóp procentowych zmyliło kalkulujących przedsiębiorców. Stworzyło iluzję opłacalności pewnych projektów, na których realizację w rzeczywistości brakuje czynników wytwórczych. Biznesmeni, wprowadzeni w błąd fałszywymi kalkulacjami, rozszerzyli swoją działalność poza granice wyznaczone przez stan majętności społeczeństwa. Nie docenili niedostatku czynników produkcji i przeciążyli swoje możliwości produkcji. W skrócie: zmarnotrawili rzadkie dobra kapitałowe przez błędne inwestycje.

Cała klasa przedsiębiorców jest niejako w pozycji majstra budowlanego, którego zadaniem jest wznieść budynek przy pomocy ograniczonego zasobu materiałów budowlanych. Jeśli człowiek na takim stanowisku przeceni wielkość zapasów, to stworzy plan, do którego wykonania nie wystarczy przydzielonych mu do dyspozycji środków. Nadmiernie rozbuduje podstawę i fundamenty, po czym nagle odkryje, że brakuje mu materiału potrzebnego na dokończenie całej budowli. To spóźnione odkrycie samo w sobie nie jest dla konstruktora problemem, lecz jedynie ujawnia błędy popełnione w przeszłości. Rozwiewa iluzje i zmusza do stawienia czoła twardej rzeczywistości.

Podkreślenie tej kwestii jest konieczne, gdyż społeczeństwo, szukające zawsze kozła ofiarnego, skłonne jest z reguły winić banki i władze monetarne za wybuch kryzysu. Twierdzi, że winni są oni, gdyż zatrzymując dalszą ekspansję, wywołali deflacyjną presję na rynek. Władze monetarne i banki były z całą pewnością odpowiedzialne za orgie ekspansji kredytowej i wynikającego z niej boomu; jednakże opinia publiczna, która zawsze z całego serca pochwala takie inflacyjne praktyki, nie powinna zapominać, że sama nie jest bez winy. Kryzys nie jest wynikiem odejścia od ekspansywnej polityki, ale nieodłącznym i nieuchronnym następstwem jej prowadzenia. Pytanie jedynie, czy należy kontynuować ekspansję aż do ostatecznego załamania całego systemu monetarnego i kredytowego, czy może należy zatrzymać ją wcześniej. Im wcześniej przestanie się ją prowadzić, tym mniej bolesne będą poniesione straty i doznane krzywdy.

Opinia publiczna całkowicie myli się w ocenie faz cyklu koniunkturalnego. Sztuczny boom to nie dobrobyt, ale zwodniczy obraz dobrej koniunktury. Jego iluzje sprowadzają ludzi na manowce i stają u podstaw błędnych inwestycji oraz konsumpcji nierealnych, pozornych zysków, co skutkuje konsumpcją realnego kapitału. Depresja jest koniecznym procesem powtórnego dostrojenia struktury aktywności biznesowej do rzeczywistego stanu danych rynkowych, tj. zasobów dóbr kapitałowych i ocen społeczeństwa. Depresja jest więc pierwszym krokiem powrotu do normalnych warunków, początkiem rekonwalescencji i podstawą prawdziwej prosperity, opartej na namacalnej produkcji dóbr, a nie prestidigitatorskiej sztuczce ekspansji kredytowej.

Dodatkowy kredyt jest w gospodarce rynkowej zjawiskiem zdrowym tylko w takim zakresie, w jakim wywołuje go wzrost oszczędności społeczeństwa i, co za tym idzie, wzrost rozmiaru kredytu towarowego. Wtedy to postępowanie społeczeństwa dostarcza środków potrzebnych na dodatkowe inwestycje. Jeśli społeczeństwo ich nie zapewni, to nie mogą one zostać wyczarowane przy pomocy bankowych sztuczek. Stopa procentowa, jeśli ustali się na rynku pożyczek nie zmanipulowanym przez politykę „łatwych pieniędzy”, będzie wyrazicielem ludzkiej gotowości do powstrzymania się od bieżącej konsumpcji części faktycznie zarobionego dochodu i przeznaczenia go na dalszy rozwój interesów. Dostarczy przedsiębiorcy rzetelnych wskazówek w określaniu tego, jak daleko może się on posunąć z ekspansją inwestycji, jakie projekty są w zgodzie z faktycznym poziomem oszczędności i akumulacją kapitału, a jakie nie. Polityka sztucznego zaniżania stopy procentowej poniżej jej potencjalnego rynkowego poziomu kusi przedsiębiorców, by brali na siebie projekty, których społeczeństwo nie aprobuje. W gospodarce rynkowej każdy członek społeczeństwa ma swój udział w określaniu rozmiaru dodatkowych inwestycji. Nie ma sposobu pozwalającego bezustannie na bezustanne ogłupianie społeczeństwa poprzez machinacje dotykające stopy procentowej. Prędzej czy później dezaprobata społeczeństwa dla polityki nadmiernej ekspansji przynosi efekty. Wtedy szklany dom sztucznego dobrobytu się rozpada.

Oprocentowanie nie jest efektem machinacji bezdusznych wyzyskiwaczy. Obniżona wartość przyszłych dóbr względem dóbr obecnych jest odwieczną kategorią ludzkiego działania i nie może zostać zniesiona metodami biurokratycznymi. Dopóki istnieją ludzie, którzy wolą jedno jabłko dzisiaj, a nie dwa jabłka za dwadzieścia pięć lat, dopóty istnieć będzie oprocentowanie. Nie ma znaczenia, czy społeczeństwo jest ufundowane na prawach własności, tzn. jest kapitalistyczne, czy na własności społecznej, tzn. jest socjalistyczne lub komunistyczne. Oprocentowanie, czyli odmienne wartościowanie dóbr bieżących i przyszłych, spełnia taką samą rolę w prowadzeniu interesów przez państwo totalitarne, jak kapitalistyczne.

Rzecz jasna w gospodarce socjalistycznej ludzie są pozbawieni jakichkolwiek środków, by przeforsować własne oceny wartości, a miast tego liczą się wyłącznie oceny rządu. Dyktator nie przejmuje się, czy masy aprobują jego decyzję odnośnie tego, ile przeznaczyć na bieżącą konsumpcję, a ile na dalsze inwestycje. Jeśli dyktator więcej inwestuje, redukując w ten sposób środki służące do aktualnej konsumpcji, to ludzie muszą mniej jeść i powściągiwać języki. Nie ujawnia się żaden kryzys, gdyż poddani nie dostają szansy na artykulację swego niezadowolenia. Jednakże w gospodarce rynkowej, z jej demokracją rynkową, to konsumenci są najważniejsi. Ich kupowanie lub wstrzymywanie się od kupowania przynosi zyski lub straty przedsiębiorcom i ono właśnie jest ostatecznym kryterium aktywności gospodarczej.

6. Nieuniknione zakończenie

Koniecznie zdać sobie trzeba sprawę, że kryzys ekonomiczny wywoływany jest przez społeczne niezadowolenie z ekspansjonistycznych praktyk, które stały się możliwe przez manipulacje przy stopie procentowej. Zawalenie się domku z kart jest manifestacją demokratycznych procesów rynkowych.

Próżno zaprzeczać, że opinia społeczna skłania się ku polityce łatwych pieniędzy. Masy są wprowadzane w błąd przez zapewnienia pseudoekspertów, że tanie pieniądze mogą bez żadnych wydatków uczynić ich majętnymi. Nie zdają sobie sprawy, że inwestycje mogą być ekspandowane tylko w takim stopniu, w jakim dzięki oszczędnościom zgromadzony zostanie dodatkowy kapitał. Społeczeństwo mami się bajeczkami monetarnych maniaków, od Johna Lawa aż do Majora C. H. Douglasa. Jednakże tym, co tak naprawdę się liczy, nie są bajki, lecz ludzkie postępowanie. Jeśli ludzie nie są gotowi więcej oszczędzać, zmniejszając aktualną konsumpcję, to brakuje środków na wymierną ekspansję inwestycji. Nie można tego zmienić poprzez druk banknotów czy udzielanie pożyczek wprost z ksiąg bankowych.

Rozmawiając o sytuacji, z którą mamy obecnie do czynienia dzięki ekspansjonistycznej presji na handel, spowodowanej latami polityki tanich stóp procentowych, należy być w pełni świadomym, że jej ukrócenie uwidoczni całe spustoszenie, jakiego dokonała. Niepoprawni inflacjoniści będą narzekać na rzekomą deflację i znów reklamować swoje wypróbowane lekarstwo, inflację, nazywając ją tym razem redeflacją. Tym, co generuje szkody, jest polityka ekspansjonizmu. Jej ukrócenie jedynie szkody te uwidacznia. A ukrócenie musi nadejść prędzej czy później, tyle, że im później nadejdzie, tym bardziej dotkliwe będą straty spowodowane sztucznym ożywieniem. W dzisiejszej sytuacji, po długim okresie sztucznie zaniżonych stóp procentowych, pytanie brzmi nie jak całkowicie uniknąć trudów procesu rekonwalescencji, ale jak je zminimalizować. Jeśli na czas nie ukróci się polityki ekspansjonistycznej, powracając – przez powstrzymanie rządowego zadłużania się w bankach komercyjnych i pozwolenie, by to rynek ustalał wysokość stopy procentowej – do zbilansowanych budżetów, to będzie to przypieczętowanie wyboru drogi Niemiec z 1923 r.

Artykuł pochodzi ze strony www.mises.org.


[*] Notatka z 24 kwietnia 1946 sporządzona przez profesora Misesa po angielsku dla komitetu przedsiębiorców, którym służył radą jako konsultant.

[†] Ang. commodity credit oraz circulation credit. Kredyt towarowy rozumiany jest tutaj nie jak np. kredyt kupiecki, lecz pożyczka pozbawiona funkcji kreacji pieniądza, użyczenie siły nabywczej dla kupna towarów. Kredyt fiducjarny polega natomiast na kreacji pieniądza i włączaniu go w obieg przez pożyczkobiorcę – red.

[1] Paper of the British Experts, 8 kwietnia, 1943.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Ludwig von Mises

O Autorze:

Ludwig von Mises

Ludwig von Mises był najwybitniejszym obrońcą kapitalizmu i krytykiem socjalizmu w XX wieku, najważniejszym przedstawicielem austriackiej szkoły ekonomii, nauczycielem Hayeka, Rothbarda oraz wielu innych ekonomistów i naukowców. Przez całe dorosłe życie pisał i wykładał w wielu krajach. Jest autorem kilkudziesięciu książek i ponad 250 artykułów. Pierwsza dłuższa praca Theorie des Geldes und der Umlaufsmittel (Teoria pieniądza i kredytu, 1912) przyniosła mu uznanie w całej Europie. W kolejnej znakomitej książce Die Gemeinwirtschaft: Untersuchungen über den Sozialismus (Socjalizm, 1922) Mises przewidział upadek socjalizmu. Po Anschlussie Austrii Mises wyjeżdża do Szwajcarii, gdzie publikuje Nationalökonomie: Theorie des Handelns und Wirtschaftens (1940). W 1940 roku przenosi się do USA. Tu ukazuje się Human Action (1949) – rozszerzona, angielska wersja Nationalökonomie. Human Action, czyli Ludzkie działanie – opus magnum Misesa – zostało przetłumaczone na większość języków europejskich.

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy