Machaj, Lewiński: Szkoła austriacka o filozofii i o cyklach

12 sierpnia 2004 Cykle koniunkturalne komentarze: 0

Szkoła austriacka o filozofii i o cyklach
Mateusz Machaj, Jan Lewiński

W swoim niedawnym artykule Marcin Masny poruszył istotne zagadnienia dotyczące „austriackiej ekonomii”, czyli ponad stuletniej tradycji w myśleniu i analizowaniu zjawisk gospodarczych. Warto przedstawić Czytelnikom trochę precyzyjniej austriacką teorię wahań koniunktury, a także wyjaśnić pewne niejasności, które znalazły się w tekście.

Filozoficzna naiwność?

W wypowiedzi Marcina Masnego szczególnie uderzył fragment mówiący o rzekomej „filozoficznej naiwności” szkoły austriackiej. Jest przecież dokładnie przeciwnie. Jako jedna z nielicznych, szkoła austriacka szczególnie wiele uwagi poświęca solidności podstaw filozoficznych. Od momentu jej powstania, każdy przedstawiciel szkoły rezerwował sporą ilość miejsca w swoich rozważaniach na prezentację i wyjaśnienie stosowanej w analizie metodologii.

Szczególnie warto eksponować podstawy szkoły austriackiej dziś, gdy teoria głównego nurtu zdominowana jest przez modele ekonometryczne, niejako bazujące na nihilistyczno-pozytywistycznej wizji nauki. W methodenstreit, gorącą debatę na temat charakteru nauki ekonomii, włączył się już sam założyciel szkoły, Carl Menger, kiedy zaatakował tzw. „szkołę historyczną” (przede wszystkim Gustava von Schmollera) za podważanie praw ekonomii. Menger, stojąc uparcie na pozycjach tradycji arystotelesowskiej, starał się przedstawiać konkretne prawa ekonomii (exact laws), które mają zastosowanie w realnym świecie. Opierał się przy tym na wnikliwych obserwacjach empirycznych i analizowaniu związków przyczynowo-skutkowych między zachodzącymi zjawiskami.

Szkoła historyczna protestowała przeciwko takiej metodzie, uznając, że absolutne prawa ekonomii zwyczajnie nie istnieją. Zgodnie z jej wykładnią, wszystko miało zależeć od określonych uwarunkowań historycznych, kulturowych, geograficznych. Każde prawo mogło zostać podważone przez te lub inne okoliczności, w których przyszłoby żyć człowiekowi. Trudno tutaj mówić o nauce jako takiej. Nie ma nawet różnicy między teoretyczną konstrukcją a historyczną analizą danych! Niemiecka szkoła historyczna traktowała ekonomię jak zwykłą rejestrację statystyk.

W przypadku mengerowskiej nauki ekonomii mamy do czynienia z sytuacją zgoła odmienną. Wszelkie badania historyczne muszą być poprzedzone odpowiednią konstrukcją teoretyczną. Zanim przystąpimy do rejestracji statystyk, musimy uznać istnienie pewnych uniwersalnych praw, gdyż ich zignorowanie sprawi, że nasza działalność będzie polegać na bezmyślnej ewidencji minionych zdarzeń, bez wnikania w ich sens. Musimy na przykład pamiętać, że prawo przyczynowości jest faktem świata realnego, istniejącym a’priori, czyli niezależnie od naszego doświadczenia zmysłowego (jeśliby tak nie było, to co miałyby badać statystyki?). Musimy pamiętać, że relacje gospodarcze są ustalane miedzy żywymi ludźmi, którzy mają cele, idee, pomysły, i starają się wcielać je w życie. Wszelkie formalne zależności między tymi teoretycznymi konstrukcjami nazywamy „teorią ekonomii”. I te właśnie zależności, implikacje tego, że ludzie są żywi i działają, są zawsze i wszędzie prawdziwe, niezależnie od warunków historycznych, w jakich przyjdzie człowiekowi żyć.

Dzisiaj już łatwo zrozumieć, dlaczego szkole historycznej nie odpowiadało takie stanowisko. Jego logiczną konsekwencją jest fakt, że ludzie nie mogą zignorować uniwersalnych praw. Szkoła historyczna nie na darmo nazywana była „intelektualnym ciałem Hohenzollernów” – zawsze bowiem stawała w obronie władzy, twierdząc, że ta ma moc bezproblemowego wcielania w życie wszelkich swoich zamierzeń. Naturalnie, jeśli jest coś takiego jak absolutne prawa ekonomii (tak prawdziwe jak na przykład siła grawitacji), to oznacza, że władza jest poważnie ograniczona. Szkoła historyczna jednak uparcie temu zaprzeczała, dodając władcom wigoru. Jej ostatni przedstawiciel, Werner Sombart, skończył jako piewca Hitlera (po uprzednim wychwalaniu Marxa, który okazał się jednak zbyt mało narodowy) i dzisiaj już nikt o szkole historycznej nie pamięta. W przeciwieństwie do szkoły austriackiej, której silna tradycja trwa po dzień dzisiejszy i której wkład w teorię ekonomii jest większy, niż się powszechnie sądzi.

Metoda Austriaków została doskonale opisana w dziełach Ludwiga von Misesa, który filozoficzne podstawy odnajdywał u Immanuela Kanta. Najwybitniejszy uczeń Misesa, Murray Rothbard, wolał z kolei, zgodnie z tradycja empiryczną, szukać poparcia u Arystotelesa i Tomasza z Akwinu. Im więcej uwagi poświęcimy metodzie naszych badań i jej filozoficznych podstawom (tak, jak robi to szkoła austriacka), tym łatwiej będzie odnaleźć naukową prawdę, szczególnie w naszych relatywistycznych czasach, zdominowanych przez popperowską wersję „weryfikacjonizmu”, nazywaną „falsyfikacjonizmem” (zgodnie z którym matematyka, logika czy ekonomia nie są naukami). Określanie szkoły austriackiej jako naiwnej filozoficznie jest poważnym błędem, gdy zważyć, jak wiele szczególnej uwagi poświęca ona filozofii. Wynika z tego raczej, że jest to w dzisiejszych czasach znakomity wyjątek, który powinien być przykładem dla wszystkich innych szkół.

Wertfreiheit

Wybitny socjolog, Max Weber, jest uznawany za autora koncepcji wertfrei, czyli nauki wolnej od wartościowania. Co się kryje za tym pojęciem? Pragnienie, by naukowiec w swoich badaniach zachował odpowiedni obiektywizm i nie pozwolił na to, by wkradły się do nich jego osobiste (etyczne, polityczne) przekonania. Każdy szanujący się naukowiec będzie się stosował do koncepcji wertfrei. Tę właśnie zasadę łamała szkoła historyczna.

Pozwolimy sobie za pomocą prostego przykładu przybliżyć problem Czytelnikowi. Badacz, który zajmie się pomiarami powierzchni mieszkań robotników, zmierzy je miarką z jednej strony, z drugiej, określi wymiary i poda wyniki badań. Naukowiec, który złamie zasadę wertfrei, przedstawi swoje subiektywne przekonania i na przykład stwierdzi, że mieszkania są zbyt małe, więc trzeba je zwiększyć. Tymczasem od przeprowadzenia samego badania (mierzenie rozmiarów) do pozytywnego postulatu („mieszkanie powinno być większe”), droga bardzo daleka. Dlaczego bowiem mieszkanie ma być większe? Albo: Co to znaczy, że jest za małe? Kiedy nie będzie za małe i dlaczego? Czy takie stwierdzenie to tylko kaprys, czy stoi za nim rzeczowa argumentacja?

Popatrzmy na inną kwestię, by uniknąć posądzeń o jakieś sympatie polityczne (co łamałoby zasadę wertfrei). W socjalizmie (rozumianym jako pełna – nie częściowa – państwowa własność wszystkich środków produkcji) nie ma konkurencji o poszczególne zasoby. Jeśli tak, to nie może być mowy o wykształceniu się cen (ceny są rezultatem poszczególnych transakcji, których w pełnym socjalizmie nie ma). Skoro tak, to nie ma mechanizmu zysków i strat, który pokazuje, co jest produktywne, a co nie. Wniosek, który wysuwa ekonomista, brzmi zatem: socjalizm jest nieefektywny i skutkuje marnotrawstwem zasobów (ten problem zauważali także i próbowali bezskutecznie rozwiązać socjalistyczni ekonomiści). Nie oznacza to jednak jeszcze, że nie należy wprowadzać socjalizmu. Tak, ten system jest nieefektywny i skutkuje gospodarczym kataklizmem. Pytanie jednak brzmi, dlaczego naszym celem ma być właśnie gospodarcza efektywność? Dlaczego mamy odrzucać socjalizm na bazie jakiegoś obiektywnego i prawdziwego prawa? Naukowiec trzymający się zasady wertfrei powie po prostu, że gospodarcza efektywność nie idzie w parze z socjalizmem. Jednakże nie może powiedzieć, że trzeba zrezygnować z socjalizmu. To już byłoby stwierdzenie wykraczające poza zasadę wertfrei.

Współcześni przedstawiciele szkół ekonomicznych naturalnie bardzo chcą trzymać się tej zasady. Niestety udaje się to niezwykle rzadko. Dla przykładu, zarówno keynesiści, jak i monetaryści przedstawiają pozytywne postulaty, zapominając o tym, że są to tylko ich osobiste przekonania, które wcale nie muszą być uznane za słuszne. Milton Friedman chce podważać prawa własności w celu „stabilizacji cen”. Nie zadaje sobie jednak pytania, dlaczego właśnie stabilizacja cen ma być naszym celem. Dlaczego ceny nie mogą na przykład spadać na skutek rozwoju gospodarczego (jak w przypadku przemysłu komputerowego)? Ronald Coase, podobnie jak Friedman przedstawiciel szkoły chicagowskiej, proponuje zezwolić wielkim firmom na niszczenie środowiska, jeśli są one produktywne. To klasyczne przekroczenie zasady wertfrei. Dlaczego produktywność ma stać wyżej w hierarchii celów niż czysta woda? Kto o tym decyduje? Dlaczego Coase tak zwyczajnie czyni z tego założenie?

Przedstawiciele szkół keynesistowskich wcale nie są lepsi. Wielu z nich prezentuje rozmaite koncepcje dotyczące regulowania gospodarki – raz to politykę dochodową, innym razem pieniężną, następnie cenową, a potem choćby i fiskalną. Wszystko po to, by na przykład wyjść z „równowagi z bezrobociem” albo przywrócić poprzedni poziom „popytu globalnego”. Pytanie jednak, dlaczego tak ma być? Czemu poziom popytu globalnego jest tak ważny? Czemu mamy uruchamiać takie, a nie inne narzędzia, by go stymulować?

Zupełnie inaczej jest w przypadku szkoły austriackiej. Właśnie tu mamy do czynienia z prawdziwą ekonomią, prezentowaną w tradycji wertfreiheit. Zauważmy, że teza Marcina Masnego, jakoby szkoła austriacka stanowiła podstawy „liberalnej ekonomii” to pewne pomieszanie pojęć. Z naukowego punktu widzenia taka zbitka nie ma sensu, bowiem ekonomia jest nauką o działaniach ludzi, a nie przedstawieniem jakichś pozytywnych polityczno-etycznych postulatów, w tym tych „liberalnych”.

Ktoś może zadać pytanie: Czyż wielu przedstawicieli szkoły austriackiej nie lokuje się w tradycji wolnościowej? Owszem, ale to nie zmienia faktu, że ekonomia austriacka i nurt wolnościowy to dwie zupełnie odmienne sprawy. Poza tym, w tradycji austriackiej mamy naukowców, których niekoniecznie uznamy za wolnościowych. Paul Rosenstein-Rodan, podobnie jak Philip Wicksteed, był socjalistą. Nie musimy nawet przyglądać się postaciom, które tylko częściowo inspirowały się tradycją austriacką (obok Rosensteina Machlup, Haberler, Lachmann, czy Morgenstern). Popatrzmy na ojców-założycieli: Menger nie należał do grona klasycznych liberałów, a Boehm-Bawerk uważał leseferyzm za coś błędnego. Nawet sam Hayek, chociaż często prorynkowy i broniący idei wolności, pozostawiał wiele furtek dla interwencji państwa (np. minimum socjalne, ubezpieczenia społeczne, budowa infrastruktury, polityka antytrustowa; Hayek przez większą część życia popierał także politykę monetarną). Błędne jest więc określanie szkoły austriackiej jako tworzącej podstawy „liberalnej ekonomii”, a tym bardziej stawianie podobnej tezy, jakoby szkoła austriacka implikowała liberalizm.

Istnieją także rzecz jasna ekonomiści, którzy mają poglądy prorynkowe, lecz ostro krytykują szkołę austriacką, jak Milton Friedman, albo nawet jego bardzo wolnorynkowy syn, David, nieuznający metod Misesa i Austriaków.

Cykliczność gospodarki

Szkoła austriacka jest znana w głównym nurcie głównie dzięki Hayekowi i jego pracom dotyczącym cyklicznych wahań, którymi charakteryzuje się gospodarka. Ten austriacki wkład, niezwykle trudny do zdeprecjonowania, a praktycznie zapomniany w Polsce, został uhonorowany w 1974 Nagrodą Nobla. Ogólną teorię cyklów od tej strony zaprezentował jako pierwszy Ludwig von Mises w 1912 roku (był nauczycielem Hayeka, idącego jego tropem). Hayek, opierając się na teorii swojego poprzednika, wyjaśniał w latach 30 brytyjskiemu środowisku naukowemu przyczyny popadania gospodarki w niejako rytmiczne sekwencje boom/kryzys.

Niestety, Hayek jednak wypadał gorzej od Misesa, a jego prezentacja zawierała wiele wad. Po pierwsze, była silnie techniczna i przesycona zaawansowaną terminologią, zrozumiała tylko dla nielicznych. Po drugie, jego teoria pomijała jeden istotny aspekt, o którym w swojej analizie nie zapomniał Mises, a na którego wyjaśnienie niestety brak w tak skromnym tekście miejsca (mowa o problemie „nadkonsumpcji”). Ten aspekt sprawił, że Hayek nie mógł domknąć swojej teorii w spójną całość. Po trzecie, prezentacja była „równowagowa”. Oznacza to, że opierała się na modelu, w którym nie ma elementu działania ludzkiego, a wszystko jest determinowane nieomal automatycznie przez czynniki środowiskowe. Zresztą Hayek, w porównaniu do Misesa, cały system cenowy widział dosyć „równowagowo” (Kirzner, Garrison – jego następcy – również tak robią). Należy także zaznaczyć, że w ujęciu Hayeka w początkowych fazach cyklu bardzo deprecjonowano oczekiwania (od tego błędu nie do końca wolna jest nawet analiza samego Misesa). Po czwarte, co już nie było winą Hayeka, jego odbiorcami byli brytyjscy ekonomiści, którzy wykształcili się w tradycji anglosaskiej (Mill, Clark, Marshall). Hayek tymczasem opierał się na naukach swoich mistrzów, niedostępnych w tamtym czasie po angielsku (przykładowo, praca Mengera ukazała się w tym języku dopiero w latach 50). Jak podkreślił to świetnie John Hicks, laureat Nagrody Nobla, Hayek mówił po angielsku, ale to nie była angielska ekonomia. Jego odbiorcy po prostu nie rozumieli Austriaka i mogli przyjmować jego argumenty jedynie „na wiarę”, bez odpowiedniego teoretycznego przygotowania. Te wszystkie czynniki sprawiły, że Hayek przegrał debatę z Keynesem i w 1936 rozpoczęła się nowa era w teorii ekonomii. Wypada dodać, iż ciężko mówić o jakiejś prawdziwej debacie, skoro teoria austriacka została zwyczajnie zignorowana, a nie odrzucona za pomocą argumentacji. Pragniemy także sprowokować zainteresowanych Czytelników, aby wskazali na polskim rynku chociaż jeden podręcznik z historii myśli lub makroekonomii, który prezentuje argumentację strony Hayeka i Keynesa – najpewniej nic nie znajdą. (Zresztą nie ma się czemu dziwić, skoro sam Keynes w przełomowej „Ogólnej teorii” „polemizował” ze swoimi przeciwnikami za pomocą ich ignorowania.)

Skąd się bierze cykliczność zgodnie z teorią austriacką? Marcin Masny stwierdził w artykule, że nie chodzi o impuls inflacyjny (zwiększenie podaży pieniądza), lecz o niską stopę procentową i nadmierne inwestycje. Jest to klasyczna błędna interpretacja austriackiej teorii cyklów. Przede wszystkim, początkowo nazywaną „teorią przeinwestowania”, powinniśmy raczej określić ją jako teorię „złego inwestowania”. Nie chodzi przecież o to, że kapitału jest zbyt dużo (to nigdy nie jest problem), lecz o to, że jest on kierowany w złe miejsca. Kłopotów przysparza dopiero błędna alokacja kapitału i związane z tym niewłaściwe postępowanie przedsiębiorców. Podkreślmy raz jeszcze – nie chodzi o nadmiar kapitału, lecz o jego złe wykorzystanie.

Każdego kryzysu należy doszukiwać się w błędach działających ludzi. Rzecz w tym, że jeśli wszystkie przyszłe zdarzenia są poprawnie antycypowane przez działających ludzi, to nie ma kryzysu, a gospodarka działa prawidłowo.

Problem pojawia się w momencie, w którym bankructwa nie są zaplanowane, a rosnące bezrobocie nie jest oczekiwane. Są to rzeczy, które nas zaskakują i oznaczają brak równowagi (dlatego możemy od razu odrzucić przedziwną tezę „nowych klasyków”, sugerujących, że recesje, depresje, masowe bankructwa, to wszystko zjawiska „równowagowe”). Skąd w takim wypadku wcześniejsze błędy?

Właśnie na skutek inflacji możemy tych błędów doświadczyć. Marcin Masny zwrócił uwagę na „niską stopę procentową”. Co jednak znaczy „niską”? Kiedy jest ona niska, a kiedy wysoka? Czy jeśli ludzie zaczną więcej oszczędzać i przez to spadnie stopa, to czy jest to powód do obaw? Czy jeśli będziemy więcej pieniędzy inwestować, to też będzie to powodem zmartwień? Naturalnie nie, dlatego w austriackiej teorii stopa nie jest „niska”, lecz jest „niższa” niż „naturalna”. „Naturalna”, czyli zgodna z dobrowolnymi preferencjami oszczędzających ludzi. Zasób kapitału i dostarczanych przez obywateli oszczędności przeznaczanych na inwestycje zależy w całości od ich własnych preferencji. Właśnie one określają naturalny poziom stopy.

Jednakże może ona zostać zakłócona przez impuls inflacyjny w postaci zwiększenia podaży pieniądza (czyli jednak w austriackiej teorii problemem jest właśnie zwiększanie podaży pieniądza, a nie zmiana stopy per se). Kiedy bank centralny rozpoczyna ekspansję pieniądza, ten nowy pieniądz będzie rozdysponowany na rynku przez banki komercyjne. Skutkiem tego dojdzie do obniżki stopy procentowej, która to właśnie jest szkodliwa dla gospodarki. Nie dlatego jednak, że stopy są „niskie”, lecz dlatego, że są „niższe” niż wskazały na to wcześniejsze decyzje jednostek. Polityka makro staje w opozycji do preferencji mikro. Stopa zostaje obniżona i pojawia się niejako impuls do zwiększenia inwestycji. Zwiększa się popyt na pracę i inne czynniki produkcji – przedsiębiorcy uruchamiają więcej procesów wytwórczych, niż by się to odbyło bez impulsu inflacyjnego. Mamy boom.

Problem jednak w tym, że dzięki zwiększeniu podaży pieniądza nie przybędzie kapitału. Nie będzie większej ilości środków produkcji, maszyn czy oszczędzonych dóbr, które zostałyby zużyte w procesie inwestycyjnym. Nie wyczarujemy kapitału – wprost przeciwnie, doprowadzimy do tego, że większa niż poprzednio liczba osób będzie konkurować o tę samą ilość kapitału, co przedtem. Można powiedzieć, że wkrótce przedsiębiorcy przekonają się, że jest ich więcej niż dziewczyn, które mają odwieźć po imprezie. Ekspansja pieniądza wykreowała tylko księgową iluzję, złudzenie, że jesteśmy bogatsi. Wkrótce nadejdzie recesja i wszyscy przekonamy się, że dzięki większej ilości pieniądza nie da się zwiększyć kapitału, a można jedynie wykreować złudzenie prosperity. Przychodzi kryzys.

Zademonstrujmy to w największym z możliwych uproszczeń. Powiedzmy, że mamy dwa procesy inwestycyjne: jeden prostszy, którego owoce produkcji będą mniejsze, do którego potrzebujemy 10 jabłek, a drugi zdecydowanie bardziej czasochłonny i wymagający nakładu 20 jabłek. Będzie on jednak bardziej produktywny w przyszłości niż proces pierwszy. Zebraliśmy fundusze na projekt od pożyczkodawców i, załóżmy, uzbieraliśmy 10 jabłek. Ustaliliśmy też, że nie opłaca nam się czekać na następne jabłka, bo jest ich zbyt mało na rynku i przedsiębiorcy nie chcą nimi ryzykować. Efekt – musimy uruchomić proces łatwiejszy, ale i mniej produktywny. Powiedzmy jednak, że przychodzi do nas dobry wujek, nazwijmy do bankiem centralnym, i daje do ręki karteczkę, na której jest napisane: „10 jabłek do wypłaty a’vista”. Efekt? Możemy rozpocząć dłuższy proces, który będzie bardziej produktywny. Rozpoczynamy tę inwestycję, zatrudniamy więcej środków i ludzi. Jednakże po wykorzystaniu pierwszych 10 jabłek przekonujemy się, że brakuje nam kolejnych 10, niezbędnych do dokończenia inwestycji. Tymczasem obietnica dobrego wujka była pusta – nie miał on tych kolejnych 10 jabłek. Ulegliśmy zwykłej iluzji, za którą nie stał realny kapitał. Z początku wydawało nam się, że mamy okres niesamowitej prosperity, boomu, wzrostu inwestycji. Tymczasem okazało się, marnotrawimy nasz realny kapitał (przeznaczamy na niewłaściwy projekt) i popełniamy fatalne błędy.

Tak w największym skrócie i trywialnej prezentacji wygląda austriacka teoria cyklów. Marcin Masny twierdzi, że neoaustriacy są dzisiaj bliżsi neokeynesistom niż starym Austriakom. Nic bardziej błędnego. Szkoła Austriacka ma doskonałe, niezależne tradycje. Jeśli chodzi o austriacką makroekonomię, to po Misesie była ona kontynuowana przez Murraya Rothbarda, a następnie przez współcześnie żyjących Josepha Salerno, Joerga Huelsmanna, Rogera Garrisona i innych. Stwierdzenie, że są oni bliżsi keynesizmowi niż Misesowi, wprawiłoby ich w nie lada zdumienie.

Nie jest też prawdą, że Austriacy uznają „teorię racjonalnych oczekiwań” (według której ludzie w zasadzie nie popełniają błędów). Oczekiwania jednostek są ich zdaniem „adaptacyjne”, czy też „elastyczne”. Oznacza to, że ludzie nie chcą popełniać błędów, więc mają tendencję do ich unikania. Nie jest jednak powiedziane, że zawsze się im to udaje.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Mateusz Machaj

O Autorze:

Mateusz Machaj

dr hab. Mateusz Machaj - Instytut Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Wrocławskiego, założyciel oraz główny ekonomista Instytutu Misesa.

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy