Hoppe: Moja walka z policją myśli

26 kwietnia 2005 Tłumaczenia komentarze: 6

Autor: Hans-Hermann Hoppe
Moja walka z policją myśli
Tłumaczenie: Jan Lewiński

Czytelnicy tej strony wiedzą zapewne o moim, dosyć dobrze na niej opisanym i relacjonowanym przez większe media mainstreamu, sporze z uniwersytetem. Teraz, gdy większość działań wojennych mamy za sobą (by użyć wyrażenia zastosowanego przez George’a W. Busha w odniesieniu do Iraku… dwa lata temu), mam nieco czasu na refleksję na temat tego, co się stało, dlaczego oraz czy i w jakim stopniu zareagowałem właściwie.

Podzielę się więc moimi przemyśleniami dotyczącymi wydarzenia, które skierowało moją karierę profesora ekonomii w stronę, jakiej nigdy bym się nie przewidział. Teraz, gdy sprawa jest w większym lub mniejszym stopniu rozwiązana, nie czuję się już związany żadnymi uwarunkowaniami prawnymi nakazującymi zachowywać milczenie na temat istotnych szczegółów. Niniejszy artykuł całkowicie tę lukę uzupełnia.

Las Vegas dumne jest ze swojej tolerancji i tak też traktuje sprawę UNLV, uniwersytet tego miasta. Jako uniwersytet traktuje jednakże tolerancję wybiórczo. Możecie zapewniać, że biali heteroseksualiści rodzaju męskiego są odpowiedzialni za wszelkie nieszczęścia ludzkości, że Kuba rządzona przez Castro jest przykładem wspaniałego sukcesu, że kapitalizm oznacza wyzysk lub że większość profesorów uniwersytetów to liberałowie ponieważ konserwatyści są zbyt głupi, by uczyć. Lecz jeśli ktokolwiek będzie się na to skarżył, taka skarga zostanie z góry oddalona.

I słusznie. Przecież uniwersytet jest miejscem poświęconym wolności akademickiej. Jego wykładowcy mają „wolność i obowiązek (…) dyskutowania i poświęcania się swoim zajęciom ze szczerością i prawością, nawet jeśli tematyka wymaga rozważań tematów mogących być politycznie, społecznie lub naukowo kontrowersyjnych. (…) [C]złonek kadry nauczycielskiej (…) nie być obiektem cenzury lub przymusu uniwersytetu (…) dotyczących wyrażanych przez niego opinii i poglądów uznawanych za dyskusyjne, niepopularne lub sprzeczne z postawą uniwersytetu (…) lub społeczności.”

Nie stosuje się to jednak, jak miałem okazję się przekonać, do profesorów nie zgadzających się z optyką socjalistyczną, państwową lub lewicowymi poglądami na kulturę.

W marcu 2004, podczas 75 minutowego wykładu z przedmiotu Pieniądz i Bankowość na temat preferencji czasowej, zysku i kapitału, przedstawiłem liczne przykłady mające za zadanie zilustrować pojęcie preferencji czasowej (lub, w terminologii socjologa Edwarda Banfielda, „zorientowania na teraz i na przyszłość”). Jednym z krótkich przykładów odnosił się do homoseksualistów jako grupy, która, ponieważ zwykle nie ma dzieci, skłania się ku wyższemu stopniowi preferencji czasowej i jest bardziej zorientowana na teraz. Zauważyłem także – jak wielu innych badaczy – iż J.M. Keynes, którego teorie ekonomiczne były tematem niektórych z przyszłych zajęć, był homoseksualistą i że może być to wiedza przydatna, jeśli zastanawiamy się nad jego krótkookresowymi politykami gospodarczymi i jego słynnym zdaniem „na dłuższą metę wszyscy jesteśmy martwi.”

Podczas owego wykładu nie padło żadne pytanie. (Tego samego wykładu można posłuchać, w jego późniejszym wykonaniu, łącząc się z serwerem Mises Media.) Jednak dwa dni później jeden z moich studentów, wraz z „politrukiem” uniwersyteckiej akcji afirmatywnej, złożył nieformalne zażalenie. Student twierdził, że mój wykład sprawił, że jako homoseksualista „poczuł się źle.” Na podstawie tego „dowodu” politruk, który, jak dowiedziałem się dopiero po wielu tygodniach, jako były duchowny stał się „certyfikowanym” aktywistą gejowskim, zadzwonił do mojego domu, by poinformować mnie, że usunie z programu moje zajęcia, jeśli będę nadal czynił tego typu sugestie.

Zgodziłem się spotkać w moim biurze z politrukiem, myśląc, że dzięki temu szybko skończę temat. Student zostanie poinformowany o naturze wolności uniwersyteckiej i akademickiej, w której ramach może pytać i sprzeciwiać się profesorowi. Zamiast tego politruk pouczył mnie, jak i na jaki temat powinienem prowadzić zajęcia. Wyjaśniłem mu różnicę pomiędzy profesorem a biurokratą, oraz że wykraczał daleko poza swoje kompetencje; nie odniosło to jednak żadnego skutku. Ponieważ wszakże student nieprawdziwie twierdził, że moje słowa dotyczyły „wszystkich” homoseksualistów, zgodziłem się wyjaśnić różnicę pomiędzy stwierdzeniami „wszyscy” a „przeciętni” podczas mojego następnego wykładu.

W tymże następnym wykładzie wyjaśniłem, że gdy mówię np. o tym, że Włosi jedzą więcej spaghetti niż Niemcy, nie oznacza to, że każdy Włoch je więcej spaghetti niż każdy Niemiec. Oznacza to, że przeciętnie Włosi jedzą więcej spaghetti niż Niemcy.

Po tym student złożył „formalną” skargę. Nie brałem jego uczuć poważnie. Czuł się znów „skrzywdzony;” a jak dowiedział się od politruka, uczucie dwukrotnej krzywdy to „wrogie środowisko nauczania” (zarzut, który nie jest określony prawem uczelni). Od tej pory politruk uczynił ze sprawy studenta rzecz osobistą. Jakiekolwiek pozory działania w roli neutralnego mediatora zostały porzucone i tak stał się on prokuratorem.

W kwietniu nakazano mi zjawić się przed komitetem administracyjnym zwołanym przez politruka i uzasadnić swoje stanowisko. Było to jawne złamanie zasad uniwersytetu: nie tylko nie przewidują one istnienia jakiegokolwiek „szwadronu prawdy,” lecz także, jako biurokraci, członkowie komitetu byli absolutnie pozbawieni wszelkich kwalifikacji do wypełniania zadań tego rodzaju.

Jednak naiwnie przedstawiłem żądane uzasadnienie. Odmówiono mi mojej prośby nagrania spotkania. Podczas rozprawy, która przypominała stylem przesłuchania politycznie podejrzanych akademików w krajach komunistycznych lub nazistowskich Niemczech, w gruncie rzeczy wypowiadał się wyłącznie politruk.

Odmówiono mojej prośbie wezwania świadków. Później w tajemnicy przesłuchano jedną ze studentek zarekomendowanych przez oskarżyciela, lecz jej zeznanie zostało zatuszowane, gdyż było sprzeczne z tym, co chciał usłyszeć politruk. Co więcej, w swoim akcie oskarżenia, którego nie mogłem zobaczyć aż do listopada, politruk odniósł się do wcześniejszej studenckiej skargi, lecz zataił fakt, że została ona odrzucona jako niemerytoryczna i zakończyła się upokorzeniem administracji uniwersyteckiej.

Przedstawione przeze mnie uzasadnienie zbyto niczym, ponieważ podobno jego część pojawiła się na antygejowskich stronach, których nigdy nie odwiedzałem. W rzeczy samej, czegokolwiek ja lub inne osoby by nie powiedziały, nie miało to znaczenia, ponieważ politruk znalazł „dowód” mojej wrogości na piśmie.

W swojej książce, Democracy, The God That Failed, nie tylko bronię prawa do dyskryminacji jako implikacji własności prywatnej, lecz także podkreślam konieczność dyskryminacji w podtrzymywaniu wolnego społeczeństwa, wyjaśniając jednocześnie jej wagę jako czynnika cywilizującego. W szczególności książka zawiera także kilka zdań o istotności, w jasno postawionych warunkach, dyskryminacji komunistów, demokratów i nałogowych obrońców alternatywnych, przeciwstawnych rodzinie stylów życia, w tym homoseksualistów.

Dla przykładu, na stronie 218 piszę: „w umowie zawartej przez właścicieli i społeczność najemców mającej na celu ochronę ich własności prywatnej (…) nikt nie ma prawa bronić idei sprzecznych z samym celem umowy (…) takich jak demokracja czy komunizm.” „Podobnie, w umowie stojącej na gruncie ochrony rodziny i bliskich nie może być tolerancji dla ludzi nałogowo promujących style życia niekompatybilne z tym celem (…) [łamiący te zasady] będą fizycznie usuwani ze społeczeństwa.”

W prawidłowym kontekście stwierdzenia te są podobnie nieprzyjazne jak mówienie, że Kościół Katolicki powinien ekskomunikować tych, którzy łamią jego fundamentalne reguły czy też że kolonia nudystów powinna wydalać wszystkich opowiadających się za noszeniem kostiumów kąpielowych. Jednak jeśli wyjmiemy te stwierdzenia z kontekstu omijając warunek: w umowie (…) wtedy wydają się przesadnie szorstkie.

Moja pochwała dyskryminacji była częścią frontalnego ataku przeciw temu, co czasem nazywa się lewicowym libertarianizmem – przeciw polityce zrównywania wolności z libertynizmem, wielokulturowością jako opozycją dla egzystencji i egzekwowania praw własności prywatnej. W odwecie, by zdyskredytować mnie jako „faszystę,” „rasistę,” „bigota” itp., oszczerstwa lewicowych libertarian z automatu wypaczyły moje poglądy przy użyciu cytatów pozbawionych prawidłowego kontekstu.

Politruk odkrył te „cytaty” – i voilà! Uznano mnie za winnego zarzutów. (Warte uwagi, że politruk wyzwany nie potrafił – również podczas drugiej rozprawy w sześć miesięcy potem – przytoczyć strony, z której pochodziły rzekome cytaty.)

Akt oskarżenia, zalecający pisemną naganę i przepadek tygodniowej pensji, został doręczony również dziekanowi, który go ani nie przyjął, ani nie odrzucił, lecz wysłał do rektora. Po odczekaniu ponad pięciu miesięcy rektor postąpił podobnie.

W listopadzie nakazał strażnikowi kodu uniwersytetu, który był członkiem pierwszego komitetu inkwizycji, wysłać mi akt oskarżenia, zwołać inny komitet i rozkazać mi pojawić się na drugim procesie. Komitet składał się z dziekana katedry nauk przyrodniczych, zastępcy dziekana akademików, profesora biologii i prezesa samorządu studenckiego. Strażnik kodu pełnił funkcję sekretarza, a politruk był prokuratorem. Pomocą służył mu prawnik, w odpowiedzi na co uniwersytet również wysłał prawnika. Żaden z członków komitetu nie miał najmniejszej wiedzy o ekonomii.

Odmówiono prośbie mojego prawnika o nagrywanie rozprawy lub obecność protokolanta. Po tym, jak student wyjaśnił swoje zranione uczucia, mój obrońca poprosił o odnalezienie w kodeksie definicji „„wrogiego środowiska nauczania.” Ani strażnik kodu ani prawnik uniwersytecki nie mogli odpowiedzieć na takie pytanie, ponieważ takiej definicji nie ma.

Przeczytałem wyżej cytowane zdania odnoszące się do wolności akademickiej i twierdziłem, że naruszono kontraktowo dane mi prawa. Wypowiadałem się o moim temacie i, idąc dalej, stwierdziłem, iż nie miałem obowiązku niczego „udowadniać.” Tak naprawdę moje stwierdzenie trudno było uznać za „kontrowersyjne,” lecz całkowicie sensowne w świetle przytoczonych przeze mnie dowodów. Ponownie poprosiłem o przesłuchanie studentów w celu zweryfikowania mojej rzekomej „wrogości,” jednak znów prośba została zignorowana. Przedstawiłem wiele listów od studentów napisanych w mojej obronie, lecz nie uznano ich za dowód.

Członkowie komitetu zadali niewiele pytań – jeśli w ogóle o cokolwiek pytali; jedynie dziekan przedstawił kilka perełek politycznej poprawności. Większość czasu zajął politruk. W międzyczasie zbierał informacje o mnie i mojej reputacji, co doprowadziło go do wniosku, że jeśli mnie uciszy, będzie mógł uciszyć każdego. Wypowiedział przeciw mnie tyradę, która zdaniem mojego prawnika w normalnym sądzie doprowadziłaby do jego natychmiastowego wyrzucenia z sali. Po swej niemal półgodzinnej przemowie prawnik uniwersytecki miał dość i kazał mu „zamknąć się,” a gdy ten kontynuował, prawnik upomniał przewodniczącego komitetu, by mu przerwać.

Dwa miesiące potem, pod koniec stycznia 2005, strażnik kodu wezwał mojego prawnika by poinformować go, że komitet „równych” potwierdził wniosek „wrogiego środowiska” pierwszego komitetu i zarekomenduje rektorowi wysłanie pisemnej nagany i przepadek najbliższej podwyżki. Może być pewne miejsce na dyskusję, lecz jeśli nie przyjmę oferty do jej wygaśnięcia, grozi mi nawet poważniejsza kara. Nie przyjęto prośby mojego adwokata o wgląd od raportu.

Odrzuciłem ofertę i, od tej pory związany nakazem milczenia, wreszcie rozpocząłem kontrofensywę. Zawarłem kontrakt z ACLU w Newadzie i, mimo iż nasze poglądy polityczne są biegunowo odmienne, ACLU zdobyło moje wieczne uznanie za dostateczne trzymanie się zasad, by próbować bronić mojej „prawicowej” profesorskiej sprawy. Dodatkowo prominentny adwokat zaoferował dobrowolnie swoje usługi, a w ciągu kilku dni maszyneria public relations Instytutu Misesa rozpoczęła pracę na moją rzecz.

Po pierwsze, ACLU wysłało „pisemne żądanie” nakazujące natychmiastowe zakończenie całej tej farsy, bowiem w innym wypadku sprawa miałaby zawędrować przed sąd. Następnie pojawiły się informacje o sprawie w lokalnych wiadomościach i do uniwersytetu zaczęły spływać gniewne listy oraz telefony protestacyjne.

Pierwszą reakcją było przesłanie mi przez rektora 9. lutego „niedyscyplinarnego pouczenia” – bardzo odległego od nagany i kary pieniężnej. Lecz mimo, że list ten wysłany był dla uspokojenia sytuacji, to przekaz był tak naprawdę zupełnie przeciwny. „Pouczenia” stały w jawnej sprzeczności z zarządzeniami wolności akademickiej przyjmowanymi przez uniwersytet, co odczytałby największy nawet imbecyl. Jakąkolwiek opinią by się nie cieszył do tej pory rektor, pismo owe sprawiło, że zaczął wyglądać jak straszny głupiec.

Lokalna sprawa urosła do krajowej lub nawet międzynarodowej, a fala protestów zamieniła się w powódź. Wizerunkowi uniwersytetu groziła katastrofa. Po zaledwie dziesięciu dniach – prawie dokładnie rok po rozpoczęciu całej sprawy – szef uniwersytetu na wniosek rektora całego systemu uniwersyteckiego oficjalnie wycofał wszystkie zarzuty przeciw mnie.

Była to chwila wielkiego osobistego tryumfu, jednakże pewne kwestie pozostały niedokończone: uniwersytet mnie nie przeprosił, nie przekazano w jakiejkolwiek formie rekompensaty za stracony rok pracy i nikt w UNLV nie okazał się odpowiedzialny za całą sytuację. By stało się inaczej potrzebny byłby prawdziwy proces. Prawnicy zgadzali się co do tego, że wygrałbym w sądzie, lecz straciłbym kolejny rok lub dwa swojego życia. To byłby zbyt wielki koszt. Wielkość międzynarodowego wsparcia na moją rzecz i wiele podnoszących na duchu i ciepłych listów są moim zadośćuczynieniem.

Przez długi czas uważałem polityczną poprawność za zagrożenie dla wszelkiej niezależnej myśli i głęboko martwi mnie poziom autocenzury w akademiach. By tej tendencji przeciwdziałać, w moim nauczaniu nie pozostawiłem nawet jednego politycznego tabu bez własnego komentarza. Wierzyłem, że Ameryka jest nadal na tyle wolna, że będzie to możliwe, a także zakładałem, że dzięki temu, że jestem osobą znaną, zyskam dodatkową ochronę.

Gdy stałem się ofiarą policji myśli, byłem prawdziwie zaskoczony, a teraz obawiam się, że moja sprawa będzie miała odstraszający wpływ na słabiej powiązanych akademików. Jednak mam nadzieję, że moja walka i ostateczne zwycięstwo, choć nie sprawi, by człowiek bojaźliwy stał się odważnym, sprawią, że ludzie obdarzeni duchem walki podejmą rękawicę.

Jeśli popełniłem jakiś błąd, to na pewno taki, że byłem zbyt układny i zbyt długo czekałem z przejściem do ofensywy.

Artykuł pochodzi z artykułów codziennych umieszczanych na stronie www.mises.org.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Hans-Hermann Hoppe

O Autorze:

Hans-Hermann Hoppe

Hans-Hermann Hoppe (ur. 1949 r.) jest filozofem i ekonomistą niemieckiego pochodzenia. Przez wiele lat był profesorem ekonomii University of Nevada w Las Vegas, obecnie na emeryturze. Po polsku ukazały się jego dwie książki: "Demokracja - Bóg, który zawiódł" oraz "Ekonomia i etyka własności prywatnej - studia z zakresu ekonomii politycznej i filozofii".

Pozostałe wpisy autora:

6 Komentarze “Hoppe: Moja walka z policją myśli

  1. Kurczę, super gościu ten H. H. Hope.
    Choć trochę nie rozumiem tej jego słabości do monarchii, to ale w porównaniu z nominalną demokracją państwową niewiele zjawisk wygląda lepiej.

    1. [miało być: …nie rozumiem tej jego słabości do monarchii, to ale w porównaniu z nominalną demokracją państwową niewiele zjawisk wygląda GORZEJ.

    1. Po pewnym zastanowieniu, nie podoba mi się w Hoppem, że potrafi zaufać człowiekowi w ramach gospodarki rynkowej, ale już przy wyborach okazuje się, że jednostka jest nie warta zaufania w jego opinii.
      Demokracja i monarchia to ustroje których wady ogółem się równoważą,
      Samemu zamiast o demokracji (władzy ludowej) proponowałbym mówić o zasadzie wybieralności i samorządności, jako przełożeniu postaw wolnościowych na realia polityczne.
      Należy wg mnie pamiętać, że Ludwig Erhard czy Margaret Thatcher doszli do władzy w wyniku wyborów.

      1. Ja nie ufam ludziom ani w wyborach, ani w gospodarce rynkowej. Tylko, że w gospodarce rynkowej nie muszę robić to, co każą mi inni (nie muszę kupować tego, co inni – mam wolny wybór). W demokracji muszę się podporządkować wyborom idiotów.

        „Należy wg mnie pamiętać, że Ludwig Erhard czy Margaret Thatcher doszli do władzy w wyniku wyborów.”
        Należy pamiętać, że takie wybory trafiają się niezwykle rzadko – głównie w przypadku kryzysu, kiedy lud przestaje „gonić za rentą” (rent-seeking) głosując za nowym „redystrybutorami”, a zaczyna bać się o swoje bezpieczeństwo i przetrwanie.

        Wybory mają tym więcej sensu i tym są bezpieczniejsze (rzadziej będzie dochodziło do wykorzystywania ich do redystrybucji), im mniej ludzi bierze w nich udział. Dlatego demokrację trzeba zdemasowić przez secesję (pomniejszenie terytorium nad która demokracja sprawuje jurysdykcję) oraz przez wprowadzenie cenzusów merytorycznych i majątkowych (tylko ludzie wykształceni i posiadający jakiś majątek powinni mieć prawo głosu).

        1. »Dlatego demokrację trzeba zdemasowić przez secesję (pomniejszenie terytorium nad która demokracja sprawuje jurysdykcję)…«

          Tutaj pełna zgoda, przez to rozumiem samorządność, jak najwięcej władzy powinno być na poziomie gminy, której organy winni tworzyć przedstawiciele przedsiębiorców i stowarzyszeń.
          Ludzie aktywni w społeczności lokalnej są jej naturalnymi przywódcami. „Centrum” z powodzeniem mogłoby się zająć polityką zagraniczną i wojskowością, jako zabezpieczeniem na zewnątrz kraju.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *