Bitner: Głos oblężonego socjalisty

10 czerwca 2005 Filozofia polityki komentarze: 0

Autor: Maciej Bitner

W sobotnio-niedzielnym wydaniu Gazety Wyborczej ukazał się tekst „NBP nauczy cię liberalizmu” pana Sławomira Sierakowskiego dotyczący dyskusji o gospodarce w życiu publicznym. Z artykułu możemy dowiedzieć się między innymi, że żyjemy państwie zdominowanym przez liberalną ideologię gospodarczą. Zdaniem autora tzw. neoliberałowie zdominowali dyskurs publiczny, przeciągnęli na swoją stronę wszystkich ekspertów i dziennikarzy, a gospodarka przestała być elementem sporu politycznego w Polsce. Obowiązujący paradygmat przedstawia się tak: „najniższe możliwe podatki, prywatyzacja wszystkiego, no i najważniejsze: inflacja – najlepiej zerowa”. Cóż, gdyby tak było, moglibyśmy zastanowić się nad zamknięciem tej strony, bo po co strzępić język mówiąc coś, co już wszyscy wiedzą.

Dla autora jednak powyższe postulaty służą jedynie jako chwyt retoryczny – apeluje przecież do czytelnika Wyborczej – pokazuje, że w dyskusji publicznej znaleźliśmy się w jednej z niebezpiecznych skrajności, a „centrowość do bólu” (zwana też złotym umiarem, walką z radykalizmem i siłą spokoju) wzywa do ich odrzucania. Na marginesie warto dodać, że coraz więcej rozmówców Gazety reprezentujących odmienne od niej poglądy, dostosowuje się do tego sposobu myślenia, co nie pozostaje bez wpływu na czytelników, którzy nie mogą reagować tak bezbłędnie jak dotychczas. Coraz trudniej im odróżnić, co jest „rzeczywistą” skrajnością, a co tylko próbuje się pod takową podciągnąć. Sprawy nie ułatwia przy tym twarda linia promująca Partię Demokratyczną, zmuszająca „Gazetę” do nadużywania wspomnianej techniki.

Co naprawdę dziwne, pan Sierakowski explicite nie proponuje żadnego postulatu socjalistycznego. Teza artykułu ma się wyłonić sama – w wyniku dominacji liberalnej polityki „większość społeczeństwa wegetuje, w dwóch trzecich powiatów w tym kraju nie przekroczono jeszcze poziomu życia z 1989”. Nie wiem, skąd autor wziął te dane (na pewno nie z GUS-u), moim zdaniem nie są one prawdziwe, ale postaram się krótko przekonać czytelnika, że to nie liberalna polityka gospodarcza jest przyczyną obecnego stanu (jaki on by nie był), bo takowej nigdy w Polsce nie doświadczyliśmy. Zerowa inflacja w Polsce od 1990 roku wyniosła średnio 33% rocznie, przez budżet przechodzi ok. 40% PKB, a niesprywatyzowanych przedsiębiorstw są tysiące (telewizja, radio, przemysł ciężki, ubezpieczenia, bankowość, usługi komunalne, transport, domy mieszkalne, szkoły – to wszystko sektory, w których państwo trzyma „strategiczne” udziały). Najlepsza jednak informacja całkowicie podważająca tezę o liberalnej dominacji w eterze jest zawarta w samym artykule: „większość obywateli deklaruje w sondażach prosocjalne poglądy na gospodarkę”. Nie od dziś przecież wiadomo, że odpowiedzi w sondażach w sprawach bardziej skomplikowanych, którymi przeciętny człowiek się nie zajmuje, są jedynie odbiciem zasłyszanych opinii ekspertów i dziennikarzy.

Czy Sławomir Sierakowski nie ma choć w części racji krytykując liberałów za pogląd, że „ekonomia to rodzaj technologii, tak jak budowa mostów”? Zakładam, że rozważanym przez autora problemem jest uniwersalność i jednoznaczność rozwiązań ekonomicznych, które „dotyczą tak samo warszawiaka, jak i Warmiaka”, a nie czcze porównanie metodologii z naukami inżynieryjnymi. W pierwszym bowiem wypadku przedstawiony pogląd neoliberałów zdecydowanie się broni. Z punktu widzenia Austriaków punktem odniesienia dla rozwiązań ekonomicznych są prawa własności umożliwiające dokonywanie przez jednostki wyborów (wymiany gorszego stanu na lepszy) i tym samym zmierzanie do szczęścia. Wszystkie inne kategorie określające zadowolenie nie są obiektywne i powodują niekończące się bezproduktywne spory. Austriackie rozstrzygnięcie jest odpowiedzią na jeden z największych problemów ekonomii – jak stwierdzić, czy kraj się rozwija i czy polityka gospodarcza jest skuteczna. Bez obiektywnego punktu odniesienia w prawach własności jest to niemożliwe – na interwencjonizmie państwowym zawsze jakieś grupy zyskują, a jakieś tracą, pewne dobra, które inaczej by nie powstały, powstają, inne znowuż nie pojawiają się, jedne rzeczy stają się tańsze, drugie droższe itd. Żeby przekonać wszystkich o nieskuteczności jakiejś polityki gospodarczej trzeba użyć drastycznego przykładu, że np. połowa populacji pewnego kraju umarła z głodu, gdy wcześniej ten sam kraj był eksporterem żywności. A nawet wtedy zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że to skrajność i w innych warunkach sprawy potoczyłyby się inaczej. Gdy natomiast konsekwentnie podąży się za ludzkim wyborem, pokaże się konsekwencje łamania praw własności i działania przymusu, to musi się prędzej czy później wyłonić jedna, spójna teoria ekonomii.

Nie obejmuje ona oczywiście (co jednak zdaje się sugerować autor) celów przyświecających jednostkom – liberalna ekonomia nie odpowiada na „pytania praktyczne, czyli o dobro, o sens życia”. Pan Sierakowski zarzuca jej, że wpoiła ludziom konsumpcjonizm i kult pieniądza. Mogę tylko przyłączyć się do ubolewania, że w pewnych grupach społecznych „o wartości życia decyduje pieniądz i kariera”, jednak jest to rzeczywisty, suwerenny wybór znaczącej części społeczeństwa. Do zmiany tego stanu rzeczy potrzeba przykładu innego traktowania życia, perswazji, a nie przymusu, że na przykład państwo każe ludziom pracować mniej. Gdyby to miało uczynić ich szczęśliwszymi, to sami by się na to zdecydowali. Pozytywne odpowiedzi w socjalnych pytaniach sondażowych wynikają niestety z mylnego przekonania, że „chętnie zgodzę się pracować mniej pod warunkiem, że inni też tak uczynią (zmusi ich państwo) i nie będę mniej zarabiał”. Krytykowana przez autora propaganda NBP ma na celu to zmienić. Chciałbym przypomnieć, że w odróżnieniu od autora, który brzydzi się wydawaniem publicznych pieniędzy tylko na propagandę, z którą się nie zgadza, sprzeciwiam się propagowaniu za pieniądze rządowe również wolnego rynku (choć trzeba przyznać, że to jeden z milszych mi sposobów wydawania tych środków).

Na koniec pozwolę sobie na domysły na temat, jak to możliwe, że tak długi artykuł kogoś o poglądach jednak skrajnych – redaktora ultralewackiego pisma „Krytyka Polityczna” – ukazał się (nie pierwszy raz) w „Gazecie Wyborczej”?

Otóż uważne przeczytanie tekstu pozwoli wychwycić najważniejsze postulaty lansowane od lat przez ten dziennik. Napisanie, że „rodzące się wśród pokrzywdzonych w nowej Polsce frustracje przenoszą oni [wyborcy] na imaginowane przez Giertycha, Kaczyńskiego i Rokitę zagrożenia nicejsko-pedalskie” oraz „Minister finansów musi być oczywiście mężczyzną, więc autorka używa rodzaju męskiego” jest dla Wyborczej tak miłe, że w nagrodę jest gotowa wpuścić na swoje łamy nawet zwykłego lewicowego „oszołoma”.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Maciej Bitner

O Autorze:

Maciej Bitner

Ekonomista, znawca rynków finansowych. Autor licznych artykułów publicystycznych na stronie mises.pl i wykładowca na konferencjach organizowanych przez Instytut Misesa w latach 2005-2013. Obecnie główny ekonomista Warszawskiego Instytutu Studiów Ekonomicznych.

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *