Komentarz cotygodniowy: Bon oświatowy

21 lipca 2005 Edukacja komentarze: 0

Bon oświatowy

 

Na swojej konwencji prezydenckiej Platforma Obywatelska odświeżyła pomysł wprowadzenia bonów oświatowych. Punkt ten był w programie AWS w 1997 roku, choć, jak się państwo pewnie domyślają, pomysł nie pochodzi od naszych polityków a za autora tej koncepcji uważa się profesora Miltona Friedmana. Niewtajemniczonym wyjaśniam, że chodzi o przekazywanie rodzicom dotacji w formie bonu pieniężnego, którym „płacić” mogą jedynie czesne w szkole (najczęściej uznanej przedtem przez rząd). Czy jednak to rozwiązanie jest satysfakcjonujące, czy też może jesteśmy ciągle daleko od ideału?

 

Na pierwszy rzut oka można dostrzec niewątpliwe plusy takiego prawa. Po pierwsze, zostaje na nowo nawiązana, odcięta wcześniej przez centralno-biurokratyczny system, więź między opłatą a usługą. Efektem tego, że „pieniądze idą za uczniem” jest promowanie szkół dobrych i likwidacja słabych. Po drugie, zanika różnica między prywatnymi a publicznymi szkołami, co przy konsekwentnym zastosowaniu zasady bonu oświatowego, doprowadzi do nieuchronnej likwidacji tych ostatnich. Po trzecie, takie rozwiązanie daje rodzicom możliwość wyboru szkoły i części programu naukowego i praktycznie całości moralno-wychowawczego. Nic nie stoi też na przeszkodzie, by dołączać dodatkowe zajęcia sportowe czy językowe.

 

Jednak to rozwiązanie obarczone jest dwoma bardzo poważnymi błędami. Pierwszym jest całkowite oderwanie szkolnego wykształcenia od kalkulacji ekonomicznej. Uczeń w systemie bonu oświatowego nie ponosi kosztów inwestycji w swoje przyszłe zarobki. Korzyści są uzyskiwane bez kosztów (a tak naprawdę ponosi je reszta społeczeństwa). Jest rzeczą oczywistą, że drogą szkoleń można podnieść chociaż troszeczkę kwalifikacje niemal każdego człowieka. Jeśli sam koszt alternatywny szkolenia (na przykład płaca w czasie poświęconym na nie) nie jest wyższy od oczekiwanych korzyści i jest ono przy tym darmowe, to decyzja o podjęciu „inwestycji” w edukację jest oczywiście opłacalna. Jakie są konsekwencje takiego stanu rzeczy? Nakłady na inwestycje w edukację są stale na nieoptymalnym poziomie. W praktyce oznacza to chroniczne przeinwestowanie tej dziedziny.

 

Mało kto zgodziłby się z tezą, że za dużo przeznaczamy na „wykształcenie naszych pociech”. Jednak jesteśmy w stanie wyobrazić sobie przypadek, w którym taka sytuacja ma miejsce. Gdyby przeciętny obywatel 40 lat się uczył a tylko 20 lat pracował, pewnie każdy by przyznał, że mamy do czynienia z sytuacją absurdalną. Bo przecież formalna, szkolna edukacja to tylko część wykształcenia człowieka. Ludzie uczą się sami, od rodziny i znajomych, w pracy. To, co przynosi państwowa edukacja, to przede wszystkim ogromne marnotrawstwo czasu (dotyczy to szczególnie studentów) – zamiast pracować i w ten sposób zdobywać doświadczenie zawodowe setki tysięcy ludzi w Polsce uczy się rzeczy, które bardzo częstą do niczego nie są im potrzebne i nie interesują ich, tylko dlatego, że to za darmo. Pracodawca traktuje wykształcenie jako korzystny zamiennik dla półrocznego szkolenia, jakie musiałby zafundować swoim pracownikom-maturzystom.

 

Kto jest beneficjentem takiego systemu? Przede wszystkim branża edukacyjna, która cieszy się stabilnym bardzo wysokim popytem. Czy do grupy beneficjentów zaliczają się również uczniowie, którzy w końcu dostają wykształcenie za darmo? Niestety nie, gdyż w trakcie życia zawodowego będą zmuszeni ponosić koszty edukacji kolejnych pokoleń. A jak napisałem już, różnica między korzyściami a kosztami jest ujemna.

 

Drugą sprawą są programy nauczania. Ich treść w systemie bonu oświatowego nadal byłaby ustalana przez rząd. Oznacza to dostosowywanie go do jakiejś przeciętnej (w ramach tzw. „wyrównywania szans” zwykle w dół), w wyniku czego właściwie uczone jest tylko agregatowe dziecko, którego matką jest statystyka. Dodatkowe założenia programowe oderwane są od zapotrzebowań rynku. Nie jest oczywiście sprawą prostą, ile godzin matematyki powinien mieć Jaś w trzeciej klasie, ale zbliżenie się do optimum jest możliwe tylko w drodze wieloletniej konkurencji między szkołami, uczniami i absolwentami. Obserwując taką konkurencję oraz często pomocne rankingi i badania uczeń lub rodzic może podjąć optymalną decyzję.

 

Jak to wyglądałoby w systemie oświatowym proponowanym przez PO? Oddajmy głos Janowi Rokicie: „oświata polska jest własnością nie naszą tylko i nie tylko i wyłącznie jakiejkolwiek partii, ale jest własnością ogólnonarodową, jeśli będzie potrzeba, zaproponujemy w tej sprawie, a także w sprawie kilku innych fundamentalnych kwestii szkolnych, jak na przykład w kwestii wydłużenia lekcji z 45 minut do godziny, w tych zasadniczych sprawach związanych z polską szkołą, zaproponujemy ogólnonarodowe referendum”. Jeśli tak ma wyglądać decentralizacja podejmowania decyzji w wykonaniu tej formacji, to nie wróży to dobrze.

 

Jak widać, bon oświatowy nie jest rozwiązaniem idealnym. Choć poprawiłby znacząco obecny system organizacji szkolnictwa, nie uwolniłby go od dwóch bardzo dotkliwych bolączek – inwestycyjnego podejścia i kształtowania programów nauczania przez rządową biurokrację. Te problemy rozwiązuje tylko całkowite uwolnienie edukacji spod wpływu państwa i pozostawienie decyzji o podjęciu inwestycji w naukę rodzicom (lub studentom).

 

Na koniec jeszcze przypomnę rozwiązanie największego problemu socjalistów – biednych zdolnych dzieci, których talenty się marnują, bo ich rodzice nie mają pieniędzy na kształcenie. Jeśli różnica między korzyściami a kosztami jest dodatnia, to pojawia się zysk, a chętni do udziału w nim zawsze się znajdą. Formy partycypacji mogą być różne – od kredytów edukacyjnych począwszy, na umowach o pracę podpisywanych z koncernami awansem za 10 lat skończywszy. Pozostaje zatem jeszcze problem woli rodziców. Niektórych bardzo niepokoi przypadek, że biedni, ciemni chłopi mają zdolne dziecko, na którego edukacje nie łożą, bo uważają, że gdy mały dorośnie, powinien zostać na gospodarstwie. Abstrahując od tego, że zmiana ich decyzji siłą byłaby naruszeniem praw i wolności ludzkich, można łatwo pokazać absurdalność tak postawionego problemu. Na początku trzeba przyznać, że jest on nierozwiązywalny – nic nie poradzimy na to, że niektóre intratne inwestycje są  przegapiane przez mniej spostrzegawcze jednostki. Czy jednak problem niedostrzeżonych inwestycji w jakiejś branży zwykło się rozwiązywać zmuszając całe społeczeństwo, by inwestowało w niej w co się da? Takie rozwiązanie będzie nieskuteczne nie tylko dlatego, że zabraknie pieniędzy dla większości dziedzin, ale także z powodu przeinwestowania w reszcie z nich (co jest tak naprawdę drugą stroną tego samego medalu).

 

Zwolennikom edukacji za wszelką cenę po rozważeniu ich argumentów zostają tylko arbitralne stwierdzenia, że „nauka to potęgi klucz”, albo „edukacja jest przyszłością naszego kraju”. Nie można dać się temu zmanipulować, gdy sprawa wymaga krytycznego osądu. Edukacja to po prostu jedna z form akumulacji kapitału, ani ważniejsza, ani mniej ważna od pozostałych.

 

Maciej Bitner

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Maciej Bitner

Ekonomista, znawca rynków finansowych. Autor licznych artykułów publicystycznych na stronie mises.pl i wykładowca na konferencjach organizowanych przez Instytut Misesa w latach 2005-2013. Obecnie główny ekonomista Warszawskiego Instytutu Studiów Ekonomicznych.

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy