Ludwig von Mises: Ekonomia a uniwersytety

11 września 2005 Edukacja komentarze: 0

Nota tłumacza:
Dlaczego ekonomia wykładana na większości światowych uniwersytetów tak bardzo różni się od podejścia austriackiego? Tekst Ludwiga von Misesa zamieszczamy jako odpowiedź na to często zadawane pytanie. Miał on tę przewagę nad nami, że widział proces przejścia do „nowej ekonomii”. Dlatego, mimo iż tekst został napisany w latach czterdziestych, zachowuje niezwykłą aktualność, również w polskich realiach.

Ludwig von Mises

Ekonomia a uniwersytety

Tłumaczenie: Maciej Bitner

Human ActionZgodnie z odwieczną tradycją, celem istnienia uniwersytetów, oprócz szerzenia wiedzy, jest także postęp naukowy. Obowiązkiem nauczyciela akademickiego nie jest jedynie przekazywanie studentom wiedzy wypracowanej przez innych ludzi. Oczekuje się, że przyczyni się on do pomnożenia tego skarbu własną działalnością. Zakłada się, że jest pełnoprawnym członkiem ogarniającej cały świat wspólnoty uniwersyteckiej, innowatorem i pionierem na drodze powiększenia i polepszenia dostępnej wiedzy. Żaden uniwersytet nie przyzna, że jego personel jest na polu swoich indywidualnych badań w czymś gorszy. Każdy profesor uważa siebie za co najmniej równego innym reprezentantom swojej dziedziny. Jak najwięksi z nich, tak i on przyczynia się czymś do jej rozwoju.

Oczywiście idea równości w zawodzie profesora to bajka. Między kreatywną pracą geniusza a monografią specjalisty jest ogromna różnica. Jednak na polu nauk empirycznych można się jeszcze tej fikcji trzymać. Wielki innowator i rutyniarz stosują te same technicznie metody badań. Przeprowadzają eksperymenty laboratoryjne lub zbierają historyczne dokumenty. Na zewnątrz ich praca wygląda tak samo. Ich publikacje odnoszą się do tych samych problemów. Są porównywalne.

Zupełnie inaczej jest w naukach teoretycznych jak filozofia, czy ekonomia. Tu nie ma nic do osiągnięcia dla rutyniarza podążającego wytyczonym szlakiem. Nie ma zadań wymagających długotrwałego, starannego wysiłku skrupulatnych monografistów. Nie ma żadnych badań empirycznych; wszystko musi być osiągnięte na drodze przemyśleń i rozumowań. Nie ma żadnej specjalizacji, gdyż wszystkie problemy są ze sobą ściśle połączone. Zajmując się jednym obszarem wiedzy mamy do czynienia zawsze z pewną całością. Znany historyk kiedyś określił psychologiczne i naukowe znaczenie doktoratu, stwierdzając, że daje on autorowi pewność, że istnieje pewien zakamarek, chociaż malutki, w którym jego wiedza i dokonania przerastają wszystkich innych na świecie. Jest oczywiste, że ten efekt nie zachodzi na polu analizy ekonomicznej. W budowli myśli ekonomicznej nie ma żadnych odizolowanych zakamarków.

Nigdy w jednym momencie nie żyło więcej niż dwudziestu ekonomistów, którzy włożyli znaczący wkład w rozwój ekonomii. Liczba ludzi kreatywnych w ekonomii nie przekracza tej w innych dziedzinach nauki. Poza tym wielu z kreatywnych ekonomistów nie pracuje na uniwersytetach. Jednak popyt na ekonomistów – nauczycieli akademickich – liczyć można w tysiącach. Tradycja wymaga, by każdy z nich legitymował się publikacjami popychającymi jego dziedzinę do przodu, a nie ograniczał się do opracowania skryptów i podręczników. Reputacja i płaca nauczyciela akademickiego zależą bardziej od jego pracy badawczej niż umiejętności dydaktycznych. Profesor nie może uniknąć publikacji książek. Jeśli nie czuje się na siłach pisać o ekonomii, to zwraca się w kierunku historii gospodarczej lub ekonomii deskryptywnej. Jednak przy tym, by nie stracić twarzy, musi twierdzić, że to, czym się zajmuje, to prawdziwa ekonomia, a nie historia najnowsza. Musi nawet udawać, że jego publikacje dotykają jedynego właściwego pola studiów ekonomicznych, gdyż czysta dedukcja „fotelowych” teoretyków to czcze spekulacje. Gdyby tego nie robił, musiałby przyznać, że profesorów ekonomii trzeba podzielić na dwie klasy – tych, którzy przyczynili się czymś do rozwoju myśli ekonomicznej i tych, którzy tego nie dokonali, choć mogli odwalić kawał dobrej roboty w innych dyscyplinach, takich jak historia gospodarcza ostatnich lat. Tak więc atmosfera na uniwersytetach staje się niesprzyjająca dla nauczania ekonomii. Wielu profesorów, chociaż na szczęście nie wszyscy, próbuje zamienić analizę ekonomiczną na niesystematyczne zbieranie danych historycznych i statystycznych. Dzielą ekonomię na liczne zintegrowane działy. Specjalizują się w rolnictwie, rynku pracy, warunkach latynoamerykańskich i wielu innych podobnych dziedzinach.

Nie ma wątpliwości, że jednym z zadań studiów jest zaznajomienie studentów z historią gospodarczą i najnowszymi osiągnięciami rozwoju gospodarczego. Jednak te usiłowania są skazane na porażkę, jeśli nie opierają się o gruntowną znajomość ekonomii. Ekonomia nie zezwala na żaden podział na wyspecjalizowane dziedziny. Nieodmiennie zajmuje się współzależnością wszystkich przejawów ludzkiego działania. Problemy katalaktyczne pozostają całkowicie niewidoczne, gdy zajmuje się każdą branżą z osobna. Nie da się zajmować rynkiem pracy nie studiując jednocześnie mimowolnie cen towarów, stóp procentowych, zysku i straty, pieniądza i kredytu i innych głównych zagadnień. Prawdziwe problemy związane z determinacją wysokości płacy nie mogą być nawet dotknięte, gdy przyjmie się punkt widzenia wyłącznie pracy. Nie ma takich bytów jak „ekonomia pracy”, czy „ekonomia rolnictwa”. Jest tylko jedna, spójna teoria ekonomii.

To, czym naprawdę zajmują się ci specjaliści, to nie ekonomia, lecz doktryny różnych grup nacisku. Ignorując ekonomię, musieli oni ulec ideologiom tych, którzy starają się wydrzeć jakieś przywileje dla swojej grupy. Nawet ci, którzy otwarcie nie wspierają jakiejś grupy nacisku, deklarując górnolotną neutralność, mimowolnie wprowadzają w życie najważniejsze postulaty interwencjonizmu. Zajmując się niezliczoną ilością sposobów interwencji rządu w gospodarkę, nie chcą być posądzeni o coś, co zwą „czysto negatywną” postawą. Gdy krytykują środek, który zastosowano, to jedynie po to, by zaproponować interwencjonizm na własną modłę. Bez skrupułów akceptują naczelną tezę interwencjonistów i socjalistów, że nieskrępowana gospodarka rynkowa godzi w interesy większości ludzi faworyzując bezwzględnych wyzyskiwaczy. W ich oczach ekonomista, który demonstruje jałowość interwencjonizmu jest podkupionym orędownikiem interesów wielkiego biznesu. Trzeba więc obowiązkowo usuwać takich łajdaków z uniwersytetów i zabronić im publikować w czasopismach naukowych.

Studenci są zdezorientowani. Na kursach ekonomii matematycznej karmieni są formułami opisującymi hipotetyczne stany równowagi, w których nie ma żadnego działania. Łatwo orientują się, że równania w niczym nie pomagają w zrozumieniu rzeczywistości ekonomicznej. Na wykładach specjalistów dowiadują się wielu szczegółów dotyczących polityki interwencjonizmu. Muszą wywnioskować, że warunki życia gospodarczego są iście paradoksalne. Nigdy nie ma równowagi, płace i ceny produktów rolnych nigdy nie są tak wysokie, jak związki zawodowe lub rolnicy chcą, by były. Oczywista wydaje się im konieczność przeprowadzenia jakiejś reformy. Ale jakiej?

Większość studentów zostaje zwolennikami interwencjonistycznego panaceum swoich profesorów. Warunki życia będą w pełni satysfakcjonujące, gdy rząd wymusi płace minimalną i dostarczy każdemu jedzenie i mieszkanie albo gdy sprzedaż margaryny lub import cukru zostaną zakazane. Nie widzą sprzeczności w słowach swoich nauczycieli, którzy jednego dnia lamentują nad szaleństwem konkurencji, by jutro rozprawiać o złu wyrządzanym przez monopol. Ci raz narzekają na spadające ceny, by później troszczyć się o rosnące koszty utrzymania. Absolwenci odbierają więc dyplomy i czym prędzej szukają pracy w strukturach rządowych lub w sztabie jakiejś potężnej grupy nacisku.

Niniejszy tekst jest fragmentem książki Human Action Ludwiga von Misesa, znajdującej się w wersji online na stronie www.mises.org.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Ludwig von Mises

O Autorze:

Ludwig von Mises

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *