Bitner: Prywatny chodnik

18 września 2005 Ekonomiczna analiza prawa komentarze: 0

„Czarna linia dzieli chodnik przed Domami Centrum przy Marszałkowskiej na część miejską i prywatną. Ochroniarze przepędzają z tej drugiej tych, którzy zatrzymują się na dłużej. Nie wolno tam rozdawać ulotek, sprzedawać gazet ani nawet rozstawiać aparatu fotograficznego”. Tak zaczyna się artykuł Macieja Zielińskiego ze strony tytułowej dodatku stołecznego do Gazety Wyborczej z dnia 5 sierpnia 2005. Tekst ten jest bezpardonowym atakiem na własność prywatną. Czas wziąć ją w obronę.

Dokończmy jednak opis przypadku. Część prywatna (właściciel to firma wynajmująca powierzchnie sklepowe), jest „szeroka, zadaszona i równa”. Natomiast „chodnik miejski to tor przeszkód: drzewa, plastikowe fotele, przystanki autobusowe, ludzie potykają się o krzywe płyty”. Co jest nie tak z prywatnym chodnikiem? Otóż nie wolno na nim pracować rozdawaczom ulotek i gazet, którzy przeganiani są przez ochroniarzy. Ci jednak nie są niczemu winni – „Takie mam polecenie z góry (…) inaczej stracę pracę” – mówi jeden z nich. Winien jest chciwy kapitalista, który z czystej chęci zysku przepędza biednych ludzi (w tym autora tekstu do GW, który chciał zrobić zdjęcie ze statywu), by nie zasłaniali wystaw przed jego klientelą.

Przy okazji warto zwrócić uwagę, jakie to przeszkody znajdujące się na miejskim chodniku wymienia autor tekstu. Zaczynając od nieobecnych, to nie wymienia dziur, jakby i dla niego było oczywiste, że dziura jest nieodłącznym elementem wszystkiego co publiczne. Natomiast przystanki autobusowe i drzewa to nieunikniona konsekwencja apeli (nie mówię, że niesłusznych) o zielone miasto bez spalin, w którym komunikacja publiczna wypiera samochody. Takie postulaty popiera przecież „Stołeczna”, a teraz wspomniane obiekty urosły do rangi przeszkód. Co do samych drzew to warto zadać sobie pytanie, co czyni je przeszkodą? Może są nią dlatego, że wyciągają gałęzie i wciskają przechodniom liście?

Artykuł uzupełniony jest komentarzem Tomasza Kwaśniewskiego: „Tak to się zaczyna. Na początku wystawy zasłaniają ci, którzy rozdają ulotki i robią zdjęcia. Później okaże się, że zasłaniają je również grubi, wysocy i ci w kapeluszach. A wreszcie wyjdzie, że do wspaniałych witryn nie pasują ludzie biedni i źle ubrani”. Zabrakło tu jeszcze wyjaśnienia, dlaczego ci ostatni są tacy biedni i jak można by zaradzić temu, że są źle ubrani, skoro tyle ubrań jest na wystawie…

Żaden z dwóch wymienionych autorów nie zrozumiał, o co naprawdę chodzi w sprawie. Po pierwsze, usuwani z prywatnego chodnika są ludzie, którzy przeszkadzają innym z niego korzystać. Zasłanianie wystawy nie ma tu nic do rzeczy. Zresztą „gruby, wysoki albo w kapeluszu” ma nikłą szansę zasłonić komuś widok na wystawę, gdy się porusza – wystarczy zwolnić i popatrzeć na ekspozycję. Gdy natomiast stoi, to znaczy to najpewniej, że to właśnie on ogląda wystawę! Fragment, w którym autor komentarza wyraża nadzieję, że firma-właściciel „pozwoli swobodnie poruszać się po chodniku grubym wysokim i tym w kapeluszach” świadczy o tym, że zatracona została granica między życiem a lewicującą wyobraźnią. Taki zakaz nie został wydany i nigdy nie zostanie. Pisanie więc, że ochroniarze przepędzają tych, którzy zatrzymują się na dłużej, to co najmniej daleko idące uproszczenie.

Po drugie, własność prywatna istnieje między innymi po to, by przedmioty najlepiej zaspokajały potrzeby ludzi. To prawda, że firma kieruje się „tylko własnym interesem”, pod nim jednak rozumiany jest zysk ze sprzedaży produktów z ekspozycji przy chodniku. By mógł on zostać zrealizowany, ludzie muszą mieć łatwy dostęp do witryn, a temu służy właśnie chodnik spełniający oczekiwania potencjalnych klientów. Większość ludzi:

a) lubi chodnik równy i bez przeszkód (jeśli ktoś nigdy nie był na Marszałkowskiej w godzinach szczytu, to zapewniam, że jest tam taki tłok, że nawet rozstawienie statywu powoduje poważne utrudnienia w ruchu)

b) nie lubi, gdy wciska im się do ręki na siłę śmiecie, nie lubi też po nich deptać

c) nie ma nic przeciwko kwestom charytatywnym, które, jak zaznacza autor artykułu, są na prywatnym chodniku dozwolone

d) lubi mieć nad głową dach, gdy pada.

Dodać należy, że za użytkowanie chodnika nie trzeba nic płacić. Własność prywatna to nic strasznego, po prostu tereny są zagospodarowane tak, by lepiej spełniały oczekiwania konsumentów. Obawy części ludzi, że prywatyzacja tzw. dóbr publicznych oznaczać będzie konieczność ponoszenia niewielkich opłat na każdym kroku („płacenia za każdą zerwaną jagodę”) są irracjonalne. Widać też, że w tej sprawie należy podjąć jeden zdecydowany krok – sprywatyzować drugą część chodnika. Cały problem to paraboliczna ilustracja dylematu liberalno-socjalistycznego – dosłownie obok siebie (parabole), biegną dwa chodniki mniej więcej tej samej szerokości. Jeden dziurawy i chyboczący się, a drugi równy i porządny.

Maciej Bitner

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Maciej Bitner

Ekonomista, znawca rynków finansowych. Autor licznych artykułów publicystycznych na stronie mises.pl i wykładowca na konferencjach organizowanych przez Instytut Misesa w latach 2005-2013. Obecnie główny ekonomista Warszawskiego Instytutu Studiów Ekonomicznych.

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy