Carlson: Co rząd zrobił z naszymi rodzinami?

9 października 2005 Społeczeństwo komentarze: 0

Allan Carlson
Co rząd zrobił z naszymi rodzinami?
Tłumaczenie: Tomasz Maślanka

[Z artykułu napisanego i wydrukowanego po raz pierwszy w 1991 roku]

Los rodzin i dzieci w Szwecji potwierdza prawdziwość obserwacji Ludwiga von Misesa, iż nie jest możliwy „żaden kompromis” pomiędzy kapitalizmem a socjalizmem. W poniższym tekście pokazuję, w jaki sposób rozrost państwa opiekuńczego można rozpatrywać jako przesunięcie funkcji „zależności” od rodziny w stronę rządowych pracowników. Proces ów rozpoczął się w dziewiętnastowiecznej Szwecji od uspołecznienia czasu dzieci poprzez ustawodawstwo obowiązku szkolnego, pracy dzieci i państwowego systemu emerytur. Te zmiany z kolei wywołały bodźce skłaniające do posiadania tylko kilkorga dzieci lub nawet żadnego. W latach 30. socjaldemokraci Gunnar i Alva Myrdal użyli następstw wynikłych z „kryzysu depopulacji” dla agitacji za pełnym uspołecznieniem sfery wychowania dzieci. Ich „polityka rodzinna”, urzeczywistniona w Szwecji w okresie kolejnych 40 lat, niemal zupełnie zniszczyła autonomię rodziny, zastępując ją „społeczeństwem klientów”, w którym obywatele są swoistymi klientami rządowych pracowników. Kiedy teraz Szwecja próbuje się wydostać z pułapki państwa opiekuńczego, argumentacja sprzed lat przemawiająca za socjalizacją dzieci dotarła do Stanów Zjednoczonych.

* * * * *

W swoim krótkim woluminie pt. „Biurokracja”, Ludwig von Mises słusznie zauważa, iż nowoczesny socjalizm „utrzymuje jednostkę w ciasnych cuglach od kołyski aż do grobowej deski”, natomiast „dzieci i dorośli są silnie zintegrowani ze wszystkimi obejmującymi ich aparatami kontroli państwowej”. W innym kontekście, przeciwstawia sobie kapitalizm i socjalizm, konkludując, iż „Nie ma możliwości żadnego kompromisu pomiędzy tymi dwoma systemami”. Wbrew popularnym przekonaniom nie istnieje żadne pośrednie rozwiązanie, nie ma możliwości stworzenia trzeciego systemu, który służyłby jako wzór w utrzymaniu stałego porządku społecznego.” Moje uwagi koncentrują się na słuszności drugiego z twierdzeń, widzianego z perspektywy losu rodzin i dzieci w typowym przykładzie państwa „trzeciej drogi”, jakim jest Szwecja.

Spoglądając na Szwecję, znajdujemy klasyczny przypadek biurokratycznej manipulacji mającej na celu wyniszczenie głównego rywala państwa w drodze do lojalności – rodziny. Obserwując rywalizację pomiędzy państwem a rodziną, istotnym jest zrozumieć, iż podstawowy poziom owej „zależności” jest wartością stałą we wszystkich społeczeństwach. W każdej ludzkiej wspólnocie występują niemowlęta i dzieci, ludzie bardzo starzy, osoby niepełnosprawne oraz inni poważnie chorzy. Ci ludzie nie są w stanie sami zadbać o siebie. Bez pomocy innych, są skazani na śmierć. Każda społeczność musi znaleźć sposób, by zadbać o tych „zależnych”. W systemie wolnościowym, naturalna instytucja rodziny (uzupełniona i wsparta przez lokalne społeczności i organizacje charytatywne) zapewnia ochronę i troskę, której ci „zależni” ludzie wymagają. W rzeczywistości, tak jest w samorządnej rodzinie – i tylko w rodzinie – w której prawdziwie społeczne zasady naprawdę funkcjonują: każdy daje ile może, a bierze ile mu potrzeba.

Rozrost państwa opiekuńczego może być odebrany jako pewne przeniesienie funkcji „zależności” z rodziny w stronę państwa; od ludzi związanych ze sobą więzami krwi, małżeństwem czy adopcją w kierunku osób podlegających rządowym pracownikom. Proces ów rozpoczął się w Szwecji, w połowie XIX wieku, na skutek biurokratycznych projektów, które zapoczątkowały rozpadanie się więzi pomiędzy rodzicami a ich dziećmi. W klasycznej formie, pierwszy objaw przejmowania kontroli nad dziećmi przez rząd pojawił się w latach 40. XIX wieku, wraz z nadejściem obowiązkowego szkolnictwa. O ile uzasadnione jako środek pogłębiający wiedzę i dobrobyt ludzi, to jednak dalsze jego rozszerzanie nacjonalizowało czas dzieci w oparciu o hipotezę, iż państwowi funkcjonariusze – biurokraci szwedzkiego królestwa – wiedzieli lepiej niż rodzice, jak ich dzieci winny spędzać czas, a także, że od rodziców nie można oczekiwać ochrony ich pociech przed wyzyskiem, ani im w tej kwestii zawierzyć.

Następny krok miał miejsce w 1912 roku, wraz z ustawą de facto zabraniającą pracy dzieci w fabrykach i do pewnego stopnia w gospodarstwach rolnych. Raz jeszcze, domniemana hipoteza brzmiała, iż urzędnik państwowy stanie się lepszym sędzią w sprawie spożytkowania czasu dzieci, a także będzie bardziej miłosierny niż byli czy mogliby być jego właśni rodzice.

Ostateczny cios nadszedł mniej więcej w tym samym czasie, kiedy to szwedzki rząd urzeczywistnił wnet rozpowszechniony program emerytur. Zasadnicza ustawa znacjonalizowała kolejną funkcję zależności, tym razem zależność „bardzo starych” i „słabych” od dorosłych. Przez wieki opieka nad ludźmi starszymi byłą sprawa rodziny. Odtąd stała się kwestią państwową. Biorąc razem te wszystkie reformy, otrzymaliśmy efekt w postaci uspołecznienia ekonomicznej wartości dzieci. Naturalna gospodarka gospodarstwa domowego i wartość, która dzieci przynosiły swoim rodzicom – mianowicie rola pracownika w rodzinnym przedsiębiorstwie, czy swoista „polisa ubezpieczeniowa” na jesień życia – została im odebrana. Rodzice wciąż musieli ponosić koszty wychowania dzieci, ale korzyści ekonomiczne, które w końcu byłyby dzięki nim uzyskane, ostatecznie odpłynęły, przechwycone przez „społeczeństwo”, tj. zbiurokratyzowany aparat państwowy.

Możliwym do przewidzenia skutkiem takich zmian, jak powiedziałby ekonomista ze Szkoły Gary’ego Beckera, byłby zmniejszony popyt na dzieci, i to jest dokładnie to, co miało miejsce w Szwecji. Począwszy od końca XIX wieku, płodność Szwedów spadała i w 1935 Szwecja osiągnęła najniższy na świecie poziom przyrostu naturalnego, nawet poniżej poziomu zapewniającego wymianę pokoleń.

Standardowa teoria wymiany pokoleń od dawna mówi, iż spadek przyrostu naturalnego to konieczna i nieunikniona konsekwencja industrializacji – gdyż bodźce płynące z gospodarki kapitalistycznej zakłócają tradycyjne, rodzinne relacje. Chociaż jest prawdą, iż tradycyjna struktura rodziny musi się zmierzyć w zindustrializowanym społeczeństwie z nowymi trudnościami, to jednak ostatnie badania sugerują, że w rzeczywistości większym wyzwaniem, któremu rodziny muszą stawić czoła, są problemy wywodzące się z rozrostu państwa.

Przyglądając się doświadczeniom wielu narodów, Norman Ryder, demograf z Uniwersytetu Princeton, odnajduje główną i wspólną przyczynę spadku płodności we wprowadzeniu masowej publicznej oświaty. „Edukacja młodego pokolenia ma wypaczający charakter” – mówi. „Organizacje polityczne, tak jak gospodarcze, żądają lojalności i usiłują zneutralizować rodzinną autonomię. Pomiędzy państwem a rodziną odbywa się walka o umysły młodych”, gdzie obowiązkowe publiczne szkoły służą za „główny instrument nauczania poczucia obywatelskiego, przemawiając bezpośrednio do dzieci za plecami ich rodziców.” Potwierdzając słuszność tej uniwersalnej prawidłowości na szwedzkim przykładzie, Ryder dodaje, iż podczas gdy obligatoryjne szkolnictwo podwyższa koszty wychowania dzieci, to zakaz pracy dzieci zmniejsza ich późniejszą wartość ekonomiczną. Co więcej, państwowy system opieki społecznej przecina naturalne więzi pomiędzy poszczególnymi pokoleniami rodziny w jeszcze jeden sposób, zostawiając państwo jako nowy cel najpierwszej lojalności.

Choć system rodzinny narodu może zreorganizować się na pewien czas wokół atomowej jednostki reprodukcji „mąż-żona”, nawet ten fundament niezależności w końcu ulega rozpadowi. Końcowym rezultatem interwencji państwa, powiada Ryder, jest stopniowe zmniejszanie się płodności, gdzie samotne jednostki pozostają na łasce państwa.

Sprzeczności tkwiące w tym sposobie organizacji społecznej wezbrały w Szwecji we wczesnych latach 30. Wraz ze spadkiem przyrostu naturalnego poniżej zera, szwedzcy konserwatyści rozpaczali z powodu „groźby wyludnienia” i zaniku dzieci. W tych wypowiedziach dowodzili, iż źródłem problemu była duchowa destabilizacja, zamieranie Chrześcijaństwa, wzrost materializmu czy egoizm. Nikt – dosłownie żaden człowiek prawicy – nie szukał rozwiązania problemów w prawodawstwie społecznym i oświatowym ostatnich dziewięćdziesięciu lat. Jako że w Szwecji wrzało wokół „kryzysu demograficznego”, sytuacja dojrzała do wykorzystania demagogii i wyzysku.

W tej sytuacji odnalazło się dwoje młodych szwedzkich uczonych w naukach społecznych, Gunnar Myrdal oraz jego żona, Alva Myrdal. Zanim odniosę się do ich sposobu obchodzenia się z wątkiem kryzysu populacji oraz nadużyć, jakich się dopuścili, pozwolę sobie powiedzieć parę słów na temat ich środowiska oraz czynników, które wywarły wpływ na ich pracę.

Biurokratyczny paternalizm miał w Szwecji długą historię, zakorzenił się w aparacie państwowym skonstruowanym przez Wazów na początku XVI wieku, a rozszerzył się na skutek rozbicia regionalnej autonomii w następstwie nieudanej rewolty Nilsa Dacke’a w latach 40. owego wieku. A jednak Myrdalowie reprezentowali coś nowego i bardzo „dwudziestowiecznego”. Byli oni ekspertami w dziedzinie nauk społecznych – akademickimi intelektualistami – oddanymi nowemu typowi państwowego aktywizmu. Jak wyjaśniała Alva Myrdal: „Polityka została (…) poddana kontroli logicznej i technicznej wiedzy, a wiec została zmuszona stać się w istocie konstruktywną inżynierią społeczną”.

Po drugie, chociaż nęka się nas, mieszkańców Ameryki,[1] powtarzanymi w kółko komentarzami na temat mądrości „szwedzkiego modelu”, istotne jest spostrzeżenie, jak znacząca część szwedzkiego państwa opiekuńczego opierała się na amerykańskich eksperymentach. Oboje Myrdalowie spędzili rok akademicki 1929/1930, okres zmierzchu postępowej ery (progressive era), podróżując po USA dzięki stypendium ufundowanym przez Fundację Laury Spelman Rockefeller. Podczas swego pobytu Alva Myrdal znalazła się pod wpływem tzw. chicagowskiej szkoły socjologii. Zwłaszcza William Ogburn wpoił jej swój pogląd, że państwo i szkoły nieuchronnie wyrosły kosztem rodziny; a rodzina napotkała rosnącą „utratę funkcji”, wycofując się z odwiecznej konieczności wyłącznej troski o osobowość. Alva Myrdal spędziła także sporo czasu w Instytucie Rozwoju Dziecka na Uniwersytecie Columbia, oraz odwiedzając eksperymentalne przedszkola i ośrodki opieki dziennej utrzymywane ze środków Fundacji Rockefellera – wszystko to przykłady społecznego wychowywania dzieci, które odcisnęły na Alvie głębokie piętno.

Z kolei Gunnar Myrdal większą część pobytu przepracował na Uniwersytecie Columbia i Uniwersytecie Chicago, co uświadomiło go o olbrzymim politycznym potencjale kształtującej się w Szwecji debaty nt. kryzysu demograficznego.

W ważnym artykule z 1932 roku, „Dylematy polityki społecznej”, napisanym dla awangardowej szwedzkiej gazety „Spektrum”, Gunnar Myrdal uruchomił konieczną dźwignię polityki. Rozpoczął od odnalezienia porozumienia z 1914 r., zawartego w Europie między zliberalizowanymi socjalistami a zsocjalizowanymi liberałami. Na jego mocy, twierdził, dziewiętnastowieczny liberalizm porzucił swój malthuzjański pesymizm i wolnorynkowy dogmatyzm, w zamian opowiadając się za koniecznością reform mających chronić robotników; podczas gdy socjaliści zrezygnowali z walki o rewolucję i masową redystrybucję własności, zadawalając się stopniowymi działaniami na rzecz pomocy klasie pracującej.

Jednak Wojna Światowa zachwiała tym kompromisem. Myrdal oświadczył, iż klasyczny liberalizm jest martwy, a jego zwolennicy rozproszeni. Twierdził także, że ruch robotniczy potrzebuje radykalizacji i poszukiwań nowego typu polityki społecznej. Zgodnie z dawnym porozumieniem, Myrdal oświadczył, że polityka społeczna była zorientowana symptomatycznie (na walkę ze skutkami), oferując pomoc ubogim czy chorym. Nowa polityka społeczna, oświadczył, musi być z natury prewencyjna. Specjaliści nauk społecznych, używając nowoczesnych technik badawczych, posiedli moc użycia państwa do zapobieżenia pojawieniu się patologii społecznych. Kiedy oprze się to na przesłankach człowieczeństwa i racjonalnej nauce, mówił, taka prewencyjna polityka prowadzi do „naturalnego mariażu” poprawnych technicznie i politycznie rozwiązań. Myrdal w szczególności odniósł się do szwedzkiego kryzysu demograficznego jako okazji do racjonalnych socjologicznych analiz, by stworzyć efektywne i zdecydowane pomysły dla narzuconych przez państwo zmian.

Myrdalowie poparli ten program w bestsellerze z 1934 r., „Crisis in the Population Question”, znakomicie uargumentowanej książce, która istotnie odmieniła Szwecję. Podczas gdy szwedzcy konserwatyści ciągle irytowali się rozpustą seksualną, Myrdalowie wskazali bezpośrednie sprzeczności stworzone przez niepełne państwo opiekuńcze. Przyznali, że wcześniejsze działania rządu, tj. obowiązkowe szkolnictwo, zakaz pracy dzieci czy emerytury państwowe odebrały rodzicom wartość dzieci. Ale koszty pozostały. W konsekwencji, dzieci stały się główną przyczyną ubóstwa. Biorąc pod uwagę bodźce wywołane przez rząd, właśnie te osoby, które poświęciły się przetrwaniu narodu poprzez posiadanie dzieci, zostały zepchnięte w ubóstwo, marne warunki mieszkaniowe, złe odżywianie i ograniczone możliwości rekreacji. Dobrowolny wybór pomiędzy ubóstwem z dziećmi a wyższym standardem życia bez nich, to było to, z czym musiały zmierzyć się młode pary. Wstępujący na ścieżkę dorosłego życia byli zmuszeni do wspomagania emerytowanych i potrzebujących poprzez państwowy system opieki społecznej a zarazem dzieci, które poczęli. Pod naporem tak wielu ciężarów zdecydowali się zredukować liczbę dzieci, jako że był to jedyny czynnik, nad którym mieli kontrolę. Konsekwencją dla Szwecji była depopulacja i widmo narodowej zagłady.

Wg Myrdalów istniały tylko dwie alternatywy. Pierwsza – likwidacja państwowego systemu edukacji, zniesienie zakazu pracy dzieci i państwowego systemu emerytalnego w celu przywrócenia autonomii rodzinie – były „nawet nie warte dyskusji”. Inną, jedyną możliwą do realizacji alternatywą było dokończenie budowy państwa opiekuńczego i usunięcie istniejących utrudnień w posiadaniu dzieci, poprzez upaństwowienie właściwie wszystkich bezpośrednich kosztów związanych z ich urodzeniem i wychowaniem. Rzeczywisty argument brzmiał mniej więcej: aby rozwiązać problemy powstałe w większości na skutek poprzednich [częściowych] interwencji państwa, rząd potrzebował teraz interwencji na całej długości.

Oznaczało to zaangażowanie się w nową doktrynę państwa opiekuńczego: „Dotyczy ona prewencyjnej polityki społecznej, mającej ściśle na celu podwyższenie jakości materiału ludzkiego i jednoczesne wprowadzenie w życie fundamentalnej polityki redystrybucji, czyniąc znaczną część utrzymania dzieci ciężarem całego społeczeństwa”. Państwowa biurokracja nigdy wcześniej nie posiadała takiego prawa. Sama natura słowa „prewencyjna” polityka otworzyła wszystkie szwedzkie rodziny na pomoc, lustrację i kontrolę. Nikt nie wiedział, gdzie problem może się pojawić – dlatego powszechne granice biurokratycznych interwencji muszą być narzucone aby urzeczywistnić prewencję.

Zaznaczając tę konieczność, Myrdalowie kończą słowami: „Problem populacji zostaje niniejszym przemieniony w najbardziej przekonywujący argument za gruntowną i radykalną socjalistyczną przebudową społeczeństwa”. Alternatywą, twierdził, było jego wymarcie.

Ich program obejmował państwowe zapomogi na odzież dla dzieci, powszechny plan ubezpieczeń zdrowotnych, prawo do opieki dziennej, prowadzone przez rząd obozy letnie, bezpłatne śniadania i obiady podawane w szkole, finansowane ze środków publicznych mieszkania dla rodzin, a także dodatki na noworodki, aby pokryć pośrednie koszty dzieci, pożyczki małżeńskie, rozwój państwowego „macierzyństwa” i usług położniczych, zcentralizowane gospodarcze planowanie itp. Ich celem było w rzeczywistości znacjonalizowanie konsumpcji, poprzez dostarczenie wszystkim rodzinom odpowiednio ustalonego, naprawdę równomiernego zestawu usług państwowych, ustalanych przez pracowników publicznych i sfinansowanych z nałożenia podatków na bogatych i bezdzietnych.

Krytyka, że ich program w zasadzie zagrażał rodzinie, wywoływał jak zwykle dosadne odpowiedzi: „niewielka, nowoczesna rodzina jest niemal (…) patologiczna”, mówili Myrdalowie. „Stare idee muszą umrzeć wraz z pokoleniami je popierającymi”.

Odwoływanie się do wolności i rodzinnej autonomii przywoływało równie uszczypliwe odpowiedzi. Myrdalowie zarzucali, że „błędne indywidualistyczne pragnienia rodziców dla „wolności” w wychowaniu ich dzieci miały niezdrowe korzenie: „(…) wiele z nużącego patosu w obronie „wolności jednostki” i „odpowiedzialności za swoją rodzinę” opiera się na sadystycznym popędzie rozszerzania tej ‘wolności’ do bezgranicznego i niekontrolowanego prawa dominacji nad innymi”.

Aby wychować dziecko gotowe do współpracy w środowisku społecznym, „musimy je w większym stopniu uwolnić od siebie”, przekazując je w ręce zatwierdzonych przez państwo ekspertów z dziedziny opieki i kształcenia. Zbiorowe żłobki prowadzone przez kontrolowanych przez rząd specjalistów, bardziej niż małe, patologiczne rodziny, odpowiadały należytym celom eliminowania klas społecznych i budowy społeczeństwa opartego na gospodarczej demokracji.

Pomiędzy latami 1935 a 1975, krajowy program Myrdalów zrywami sterował ewolucją szwedzkiego państwa opiekuńczego. Okresy politycznego i biurokratycznego aktywizmu, lata 1935-1938, 1944-1948 i 1965-1973, były przerywane przez uporczywy opór ludności, albo ograniczenia budżetowe opóźniające pełne wdrożenie. Teraz, w końcowej fazie procesu, większość elementów programu rodzinnego Myrdalów było gotowych do wprowadzenia.

Jakie były tego dokładne skutki? Rodziny pozbawione przez odgórne decyzje rządu wszystkich pożytecznych funkcji, wszystkich asekuracyjnych i opiekuńczych funkcji oraz większości funkcji konsumpcyjnych, co powinno być niewielkim zaskoczeniem, spowodowało, że jeszcze mniej Szwedów wybrało życie w rodzinie. Odsetek zawieranych małżeństw spadł do poziomu nienotowanego w nowoczesnych społeczeństwach, podczas gdy ilość dorosłych singli znacznie wzrosła. Dla przykładu w centrum Sztokholmu, do połowy lat 80, co najmniej 2/3 populacji żyło w jednoosobowych gospodarstwach domowych. Z w pełni uspołecznionymi kosztami i zyskami posiadania dzieci, i z naturalnymi ekonomicznymi zyskami małżeństwa celowo wyeliminowanymi przez prawo, wychowanie dzieci także zostało odcięte od małżeństwa – do 1990 r., ponad połowa dzieci pochodziła ze związków pozamałżeńskich.

Dzieci także korzystały z prawa do szerokiego wachlarza dodatkowych świadczeń zapewnianych przez państwo: bezpłatnej opieki lekarskiej i stomatologicznej, szerokiego i taniego transportu publicznego, darmowych posiłków, darmowej edukacji, a nawet dziecięcych „adwokatów” gotowych interweniować, gdy rodzice przekraczają dopuszczalne granicę. Dzięki temu dłużej nie potrzebowały rodziny – państwo służyło im jak prawdziwi rodzice.

David Poponoe, socjolog z Uniwersytetu Rutgers, sugeruje, że termin „państwo opiekuńcze” dłużej nie tłumaczy tej formy całkowitej zależności osobistej od rządu. W zamian używa on nazwy „społeczeństwo klientów”, by opisać naród, „w którym obywatele są w głównej mierze klientami ogromnej rzeszy pracowników publicznych, którzy opiekują się nimi przez ich całe życie”.

W Szwecji ludzie starsi są „wolni” od potencjalnej zależności od ich dorosłych dzieci; noworodki, małe dzieci i nastolatkowi są „wolni” od zależności od ich rodziców w sprawach ochrony i podstawowej pomocy; dorośli ludzie są „wolni” od istotnych zobowiązań czy to wobec biologicznych rodziców, czy swoich własnych dzieci; a kobiety i mężczyźni są „wolni” od jakichkolwiek wzajemnych przyrzeczeń składanych w małżeństwie. Ta „wolność” przyszła w zamian za powszechne, wspólne uzależnienie od państwa i niemal całkowitą biurokratyzację tego, czym było życie rodzinne. Von Mises miał rację – udowodniono tutaj, że nie ma „trzeciej drogi”; Szwecja reprezentuje bardziej kompletną i dlatego bardziej uciążliwą wersję socjalistycznego porządku wewnętrznego, przewyższającą swoim stopniem wprowadzenia nawet Związek Radziecki. Ale nowoczesne szwedzkie państwo opiekuńcze zawiera swoje własne kontradykcje, teraz wychodzące na jaw.

Po pierwsze, „demograficzna sprzeczność” państwa opiekuńczego nie jest łatwo zażegnywalna. W demokratycznym społeczeństwie roszczeniowym ci, którzy mają większą liczbę głosów, korzystają z większej ilości profitów. I nawet w Szwecji pozostaje prawdą, że ludzie starsi głosują, podczas gdy dzieci nie. Chociaż szwedzka „polityka rodzinna” skutecznie poradziła sobie ze zniszczeniem rodziny jako niezależnej instytucji, okazała się niezdolna do zakończenia odpływu państwowych programów i dochodu od relatywnie młodszych do relatywnie starszych.

Po drugie, „państwo klientów” nigdy nie będzie w stanie zapewnić wszystkich potrzebnych form opieki z prostej przyczyny – byłoby to zbyt kosztowne. Mimo to, w tym samym czasie, rodziny w państwie opiekuńczym są karane, gdy zapewniają opiekę na własną rękę, ponieważ tym samym rezygnują z korzyści płynących z opieki publicznej, a otrzymują ową opiekę tylko jeśli zrezygnują z dawania jej za pomocą rodziny. Duński pracownik socjalny, Bent Andersen, wyjaśnia to w następujący sposób:

Racjonalnie skonstruowane państwo opiekuńcze posiada wewnętrzną sprzeczność – jeśli ma spełniać swoje zakładane funkcje, jego obywatele muszą powstrzymywać się od wykorzystywania pełnego wachlarza usług i świadczeń – tj. muszą zachowywać się irracjonalnie, motywowani nieformalną społeczną kontrolą, która ma tendencję do zanikania wraz ze wzrostem państwowej opieki.

Ta sprzeczność była motorem napędowym stojącym za ostatnim buntem przeciw nowoczesnemu „państwu klientów”, buntem, który rozpoczął się (pośród państw skandynawskich) w Danii i Norwegii dzięki sukcesom wyborczym antypaństwowych partii postępu, a który teraz rozszerzył się na Szwecję. W ostatnim miesiącu szwedzka koalicja socjaldemokratyczna poniosła ogromną polityczną porażkę, tracąc władzę w wyborach na rzecz centroprawicowej koalicji, zawiązanej poprzez wspólne przyrzeczenie ograniczenia państwa opiekuńczego. W szczególności zdumiewające było pojawienie się dwóch nowych partii, które dostały się do szwedzkiego Riksdagu (albo Parlamentu) po raz pierwszy.

Pierwsza z nich, Chrześcijańscy Demokraci, uczyniła opłakany stan szwedzkiego życia rodzinnego głównym punktem swojego programu. Opowiada się za zmniejszeniem biurokratycznych interwencji w relacje rodzinne i zakończeniem państwowych bodźców zachęcających do nieślubnych narodzin oraz demobilizujących do opieki rodzicielskiej nad dziećmi. Kolejna z nowatorskich partii, o nazwie Nowa Demokracja, łączy w sobie libertariańskie pomysły ostrego cięcia podatków, znaczną redukcję zasiłków i likwidację pomocy zagranicznej w celu ograniczenia imigracji. Razem te nowe partie utrzymują równowagę sił w Parlamencie. Eliminacja zasiłków z opieki społecznej rzadko kończy się sukcesem w jakimkolwiek współczesnym państwie; ale po raz pierwszy od lat 30., Szwedzi mają szanse na odzyskanie pewnego zakresu rodzinnej autonomii i wolności osobistej. Wszystkie te znaki zatem wskazywałyby, że szwedzki model, środkowa droga, trzecia opcja, została podważona w tym samym czasie co komunizm – druga droga – zawalił się. Niestety jednak szwedzki model żyje – i wkrótce może się rozwinąć tu, gdzie piszę te słowa, w USA gdzie właśnie rozumowanie i argumenty użyte przez Myrdalów w latach 30 są bliskie politycznego sukcesu.

W wydanej w 1991 roku książce zatytułowanej When the Bough Breaks wydanej przez oficynę „Basic Books” (wybitny neokonserwatywny dom wydawniczy), ekonomistka Sylvia Ann Hewlett pisze: „We współczesnym świecie nie tylko dzieci są ‘bezwartościowe’ dla rodziców, ale i wiążą się z ogromnymi wydatkami (kosztami). Szacunkowy koszt wychowania dziecka wynosi od 171.000$ do 265.000$. W zamian za takie wydatki „od dziecka oczekuje się miłości, uśmiechu i satysfakcji emocjonalnej, ale nie pieniędzy czy pracy”.

Kontynuuje: „Co sprowadza do mającego doniosłe znaczenie amerykańskiego dylematu. Oczekujemy od rodziców poświęcenia nadzwyczajnych sum pieniędzy i energii na wychowanie ich dzieci, kiedy to społeczeństwo jako całość zbiera tego owoce. Koszty są prywatne; korzyści coraz bardziej publiczne (…) W epoce nowoczesnej poleganie na irracjonalnych rodzicielskich więzach jako sposobie pokrycia kosztów wychowania dzieci jest ryzykownym, brawurowym i ciężkim interesem. Czas abyśmy nauczyli się dzielić kosztami i ciężarami wzrastania naszych dzieci. Czas, aby wziąć kolektywną odpowiedzialność za następne pokolenie.”

Hewlett dalej przygotowuje nowy program polityczny dla Ameryki zawierający wprowadzenie urlopów macierzyńskich (rodzicielskich), gwarantowanego bezpłatnego dostępu do opieki macierzyńskiej i nad zdrowiem dziecka, państwowych świadczeń pilnowania dzieci (wysokiej jakości), więcej „inwestycji w edukację”, pokaźnych subsydiów mieszkaniowych dla rodzin z dziećmi itp.

Czy nie brzmi to znajomo? Powinno – to są dokładnie te same argumenty i fundamenty programu przedstawionego w Szwecji przez Alvę i Gunnara Myrdalów w 1934 r., aczkolwiek pozbawione bardziej radykalnej, jawnie socjalistycznej retoryki. Niemniej jednak jest to książka, która doprowadziła emerytowanego prezesa Procter&Gamble, Owena Butlera, do stwierdzenia: „Wniosek jest nieuchronny. Jeśli teraz nie zainwestujemy mądrzej w nasze dzieci, przyszłość ekonomiczna i społeczna narodu są w niebezpieczeństwie”. To są także motywy dominujące w tzw. nowej polityce wobec dzieci w Waszyngtonie.

W tym samym czasie „prewencyjna polityka społeczna” stała się wezwaniem dla pozostałych orędowników zmian. Argumenty brzmią znajomo: pomoc niesiona przez pracowników opieki społecznej we wczesnym okresie życia jest bardziej ekonomiczna i efektywna niż późniejsza pomoc, im dłużej czekamy na wykrycie objawów, tym bardziej kosztowne one będą; „wczesna interwencja to problem podobny do wszystkich inwestycji – korzyści przychodzą z czasem” itp. Całość w pewnym sensie brzmi sensownie, ale rezultatem byłby koszmar biurokratycznych rządów i zupełna destrukcja rodziny w USA.

We wrześniowym raporcie U.S. Advisory Board on Child Abuse and Neglect (Amerykańska Rada Doradcza ds. Wykorzystywania i Zaniedbywania Dzieci), czujemy smak grożącego nam niebezpieczeństwa, nowego amerykańskiego ładu. Ten zespół ekspertów, mianowanych wyłącznie przez administrację Reagana i Busha, nazwał wykorzystywanie dzieci „narodowym niebezpieczeństwem”, dodając: „żaden inny problem nie może równać się wielkością zasięgu w wywoływaniu czy powodowaniu chorób społecznych”. Kluczowy wniosek raportu jest taki, iż federalne i stanowe rządy spędzały za dużo czasu badając sprawy o podejrzenie nadużyć, zamiast skupić się na przeciwdziałaniu nadużyciom i zaniedbaniom zanim się pojawią. Rada zaleca rządowi federalnemu natychmiastowe rozwinięcie narodowego programu „wizyt domowych” u wszystkich nowych rodziców i ich dzieci, składanych przez rządowych pracowników opieki zdrowotnej i badaczy społecznych, którzy identyfikowaliby potencjalnych zwyrodnialców i pomagali im.

Oprócz nastawienia „socjalny biurokrata w każdym domu”, Rada wzywa do „narodowego programu ochrony dzieci”, gdzie rząd federalny gwarantowałby dzieciom prawo do życia w bezpiecznym otoczeniu, z właściwymi narzędziami egzekucji.

Hewlett ma oczywiście rację w sprawie wad istniejących w amerykańskim państwie opiekuńczym: znacjonalizowaliśmy ekonomiczną wartość dzieci, ale koszty pozostawiliśmy ich rodzicom. Stany Zjednoczone w 1991r., podobnie jak Szwecja w 1934 r., ma nieukończoną odmianę modelu pełnego państwa opiekuńczego. Ma także Hewlett rację, iż obarczone jest to swoją ceną: liczba urodzeń w roku w Ameryce w związkach małżeńskich na przestrzeni lat 80 znajdowała się w zastoju, na poziomie 30% poniżej poziomu zerowego. Amerykanie po prostu nie poświęcają swojego własnego czasu i pieniędzy na więcej jak jedno czy dwoje dzieci, w głównej mierze dlatego, że nie jest to warte zachodu. (Wprawdzie ogólnie przyrost naturalny nieco wzrósł, ale to niemal w całości zasługa znacznego wzrostu liczby dzieci ze związków pozamałżeńskich z 665.000 w roku 1980 do ponad miliona w 1990; wydaje się, że system opieki społecznej znakomicie subsydiuje takie narodziny.)

Ale alternatywa wobec „szwedzkiego rozwiązania” istnieje. Dr Hewlett ją pominęła, a Myrdalowie zbyli 60 lat temu jako „niewartą dyskutowania”. Nazywa się ona „wolne społeczeństwo”, gdzie zamiast uzupełniania państwa opiekuńczego/klientów poprzez rozszerzanie biurokratycznych macek wokół dzieci, demontujemy to, co do tej pory zrobiliśmy. Program jest tu prosty, radykalny i pragmatycznie anty-biurokratyczny:

1. likwidacja kontrolowanego przez rząd systemu edukacji, pozostawienie kształcenia i wychowania dzieci w rękach rodziców albo opiekunów prawnych;

2. zniesienie prawa dotyczącego pracy dzieci, znów rozumując, iż opiekunowie i rodzice są najlepszymi obrońcami interesów i dobrobytu dzieci, o wiele lepszymi niż jakakolwiek mieszanka rządowych biurokratów;

3. rozwiązanie systemu ubezpieczeń społecznych, pozostawienie zapewnienia ochrony i zabezpieczenia raz jeszcze w gestii jednostek i ich rodzin.

Przedstawione wyżej działania przywróciłyby rodzicom korzyści ekonomiczne płynące z posiadania dzieci i w ten sposób położyły kres anty-dziecięcym antynomiom obecnym w systemie niepełnego państwa opiekuńczego.

Większość komentatorów odpowiedziałoby, iż byłoby to niemożliwym i niewyobrażalnym działaniem we współczesnym zindustrializowanym społeczeństwie. Biorąc pod uwagę realia oraz złożoność nowoczesnego świata, stwierdziliby, że pewnym rezultatem byłby chaos, skoro tylko podjęlibyśmy się takich uwsteczniających działań.

Moim kontrargumentem byłoby wskazanie na pojedyncze grupy w Ameryce, które poprzez jakieś zadziwiające przypadki z historii albo dzięki politycznym cudom, wciąż zamieszkują kilka pozostających „oaz wolności” i które przetrwają w takim „nieprawdopodobnym reżimie”.

Zaskakującym, ale interesującym przykładem byliby Amisze, którzy odparli reformatorskie rządowe próby zwalczenia ich zwyczajów edukacyjnych (mianowicie nauczanie wyłącznie przez Amiszów i tylko przez 8 klas), którzy wykorzystują dzieci do pracy i którzy z zasady unikają ubezpieczeń społecznych (tak jak i regulacji i dotacji rolnych) Nie tylko byli w stanie przetrwać w uprzemysłowionym, rynkowym środowisku; nawet rozwijają się. Ich rodziny są 3-krotnie większe od amerykańskiej średniej. Kiedy stają w obliczu konkurencji, ich fermy przynoszą zyski podczas „dobrych i złych czasów”.

Stopę oszczędności posiadają nadzwyczajnie wysoką. Metody upraw, wnioskując z jakichkolwiek standardów środowiskowych, są wzorcowe, charakteryzują się oddanym gospodarowaniem ziemią i unikaniem chemicznych i sztucznych nawozów. Podczas gdy liczba amerykańskich farmerów znacznie spadła, kolonie farmerów-Amiszów szeroko się rozprzestrzeniły, od ich siedziby w płd-zach Pensylwanii do Ohio, Indiany, Iowy, Tennessee, Wisconsin i Minnesoty.

Zapewne jest prawdą, iż relatywnie niewielu współczesnych Amerykanów, mając prawdziwą możliwość wyboru, wybrałoby życie Amiszów. Nikt także nie może być pewien jak wyglądałyby Ameryka, jeśli jej obywatele byliby naprawdę wolni od biurokratycznych rządów nad ich rodzinami, które zaczęły być aplikowane ponad 100 lat temu od wprowadzenia obowiązkowego szkolnictwa publicznego.

Nie mam jednak wątpliwości, iż w ramach prawdziwego wolnościowego ładu, rodziny byłyby silniejsze, dzieci liczniejsze, a kobiety i mężczyźni szczęśliwsi i bardziej zadowoleni. Jak dla mnie to wystarczający argument.


[1] Autor jest Amerykaninem – przyp. red.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Allan Carlson

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy