Ludwig von Mises
NIEMIECKI LIBERALIZM
Tłumaczenie: Piotr Rosik

1. Ancien régime i liberalizm

Fundamentalnym błędem jest wiara w to, iż nazizm jest odrodzeniem lub kontynuacją polityki i mentalności ancien régime’u, bądź też wyrazem „pruskiego ducha”. Nazizm nie podąża za nicią idei i instytucji charakterystycznych dla historii Niemiec. Ani nazizm, ani pan-germanizm, z którego nazizm czerpie i którego konsekwentną ewolucję reprezentuje, nie wywodzi się z myśli Fryderyka Wilhelma czy też Fryderyka II, zwanego Wielkim. Pan-germanizm i nazizm nigdy nie miały zamiaru dokonania restauracji polityki Brandenburgów czy też pierwszych czterech królów pruskich. Oni co prawda czasami przedstawiali jako cel swoich wysiłków powrót do utraconego raju starych Prus, ale to była propaganda na użytek ludu wierzącego wciąż w bohaterów, których dni minęły. Program nazizmu nie zakłada restauracji czegoś starego, zakłada stworzenie czegoś nowego i nieznanego.

Stare Prusy Hohenzollernów zostały kompletnie zniszczone przez Francuzów na polach bitewnych pod Jeną i Auerstädt (1806). Pruska armia poddała się pod Prenzlau i Ratkau. a garnizony z najważniejszych fortec i cytadel złożyły broń bez jednego nawet wystrzału. Król znalazł schronienie u cara, którego mediacje spowodowały zachowanie jego królestwa. Lecz stare państwo pruskie było zniszczone od wewnątrz na długo przed tą militarną porażką; było rozmontowane i zgniłe, gdy Napoleon zadał decydujący cios. Utraciło moc realizacji ideologii, na której było oparte; zostało zdezintegrowane na skutek ataku nowych idei liberalnych.

Podobnie jak wszystkie inne możne rody, które ustanowiły swą suwerenną władzę na gruzach Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, Hohenzollernowie uważali swe terytorium za własność rodzinną, której granice próbowali przesuwać przy użyciu siły, podstępu i umów. Ludzie, którzy zamieszkiwali te terytoria byli niczym przedmioty powolni wszelkim rozkazom. Przynależeli do ziemi, byli własnością zarządcy, który miał prawo postępować sobie z nimi ad libitum. Nikomu nie zależało na ich szczęściu i dobrobycie.

Oczywiście, król interesował się losem swoich poddanych. Lecz to zainteresowanie nie było powodowane przekonaniem, iż celem rządu jest dbanie o pomyślność ludzi. Takie idee uchodziły w osiemnastowiecznych Niemczech za absurdalne. Król był zainteresowany zwiększaniem dobrobytu chłopów i mieszczan gdyż ich przychód był dla niego źródłem dochodu. Nie obchodzili go ludzie, obchodzili go podatnicy. Z faktu zarządzania krajem chciał wyciągać korzyści pozwalające zwiększać jego potęgę i splendor. Niemieccy książęta zazdrościli Europie Zachodniej bogaczy, którzy zapewniali królom Francji i Wielkiej Brytanii środki na utrzymanie potężnych sił lądowych i morskich. Sprzyjali więc handlowi i wymianie, górnictwu i rolnictwu by państwo się bogaciło. Poddani jednakże byli tylko pionkami w grze rządzących.

Postawa poddanych zmieniła się pod koniec osiemnastego wieku. Z Europy Zachodniej nadeszły nowe idee. Ludzie, przyzwyczajeni do ślepego posłuszeństwa władzy monarszej pochodzącej od Boga, usłyszeli po raz pierwszy słowa takie, jak: „wolność”, „samostanowienie”, „prawa człowieka”, „parlament”, „konstytucja”. Niemcy nauczyli się chwytać znaczenie tych niebezpiecznych haseł.

Żaden Niemiec nie przyczynił się do rozwoju wspaniałego systemu myśli liberalnej, który to system zmienił strukturę społeczną i zastąpił władzę królów i królowych rządami ludu. Filozofowie, ekonomiści i socjologowie, którzy go rozwinęli, myśleli i mówili po angielsku bądź francusku. W wieku osiemnastym Niemcy nie dokonali nawet porządnych przekładów tychże angielskich, szkockich i francuskich autorów. W porównaniu z angielskimi i francuskimi dokonaniami, niemiecka myśl filozoficzna z tamtego okresu wypada blado. Ale niemieccy intelektualiści powitali idee wolności i praw człowieka z entuzjazmem. Klasyczna niemiecka literatura jest nimi przesiąknięta, a wielcy niemieccy kompozytorzy umieszczali w swych dziełach wersy opiewające wolność. Wiersze, sztuki i inne dzieła Fryderyka Schillera są od początku do końca hymnami ku czci wolności. Każde słowo, które wyszło spod pióra Schillera, było ciosem dla dawnego systemu politycznego Niemiec; jego dzieła były gorąco przyjmowane przez niemal wszystkich Niemców czytających książki lub zapełniających teatry. Ci intelektualiści, oczywiście, byli w mniejszości. Dla mas książki i teatry były czymś obcym. Zwykli ludzie byli biednymi sługami we wschodnich prowincjach, byli mieszkańcami katolickich krajów, którzy wyrywali się powoli z mocnego uścisku Kontrreformacji. Nawet w bardziej rozwiniętych częściach zachodnich i w miastach było wciąż wielu analfabetów i półanalfabetów. Masy te nie interesowały się polityką; były ślepo posłuszne, gdyż bały się piekła, którym straszył Kościół, a także policji. Były wyłączone z cywilizacyjnego i kulturowego kręgu, znały tylko swoje regionalne dialekty i miały spore problemy ze zrozumieniem człowieka mówiącego w literackim niemieckim lub innym dialekcie. Ale liczba tych upośledzonych ludzi stale malała. Ekonomiczna prosperity i edukacja postępowały z roku na rok. Coraz więcej i więcej ludzi osiągało standard życia pozwalający na porzucenie trosk o byt i dach nad głową, oraz na rozszerzenie spektrum rozrywek na coś więcej niż picie alkoholu. Ktokolwiek wyrwał się z nędzy i dołączył do ludzi cywilizowanych, stawał się liberałem. Poza małą grupką szlachty, wszyscy zainteresowani tematami politycznymi byli liberałami. W tamtym okresie w Niemczech byli tylko liberałowie i obojętni; ale liczba indyferentnych stale spadała, liczba liberałów zaś stale rosła.

Wszyscy intelektualiści sympatyzowali z Rewolucją Francuską. Gardzili terrorem Jakobinów, ale bezapelacyjnie popierali reformy. Widzieli w Napoleonie człowieka, który dopilnuje i dopnie na ostatni guzik reformy i – podobnie jak Beethoven – zaczęli brzydzić się nim, kiedy zdradził wolność i ogłosił się dyktatorem.

Nigdy wcześniej żadna idea nie zawładnęła wszystkimi Niemcami, nigdy wcześniej nie byli tak zjednoczeni. W rezultacie, ludzie mówiący po niemiecku i będący poddanymi książąt, prałatami, szlachcicami i mieszczanami, stali się narodem, niemieckim narodem, a wszystko dzięki recepcji nowych idei przybyłych z Zachodu. Wtedy to pojawiło się coś, co wcześniej nie miało racji bytu: niemiecka opinia publiczna, niemieckie społeczeństwo, niemiecka literatura, niemiecka ojczyzna. Niemcy zaczęli rozumieć znaczenie słów starożytnych autorów, których czytali w szkole. Wyobrazili sobie historię swojego narodu jako coś więcej niż walkę koronowanych głów o ziemię i dobra materialne. Poddani setek drobnych obszarników stali się Niemcami dzięki akceptacji zachodnich idei.

Ten nowy duch wstrząsnął fundamentami, na których książęta zbudowali swe trony – tradycyjną lojalnością i służalczością poddanych, którzy gotowi byli na despotyczne rządy grupy uprzywilejowanych rodów. Niemcy zaczęli marzyć o niemieckim państwie zbudowanym na zasadach parlamentarnej demokracji i prawach człowieka. Nie troszczyli się już o istniejące niemieckie państewka. Ci, którzy mienili się „patriotami”, który to termin świeżo zaimportowano z Francji, pogardzali stanowiskami prowadzącymi do nieudolnych, despotycznych rządów i do nadużyć. Nienawidzili tyranów. Nienawidzili także Prus, jako że wydawały się potężne, a tym samym niebezpieczne dla niemieckiej wolności.

Mit pruski, który uformowany został przez dziewiętnastowiecznych historyków z godnym pożałowania lekceważeniem faktów, każe nam wierzyć, że Fryderyk II był postrzegany przez sobie współczesnych jako przykład niemieckiej wielkości, zwolennik niemieckiej jedności i potęgi, bohater narodowy. Nic bardziej mylnego. Militarne działania wojowniczego króla były dla jemu współczesnych walkami o zwiększenie stanu posiadania rodu Brandenburgów, co obchodziło tylko dynastię. Podziwiali jego strategiczny talent, ale nie podobała się im brutalność pruskiego systemu. Ktokolwiek wychwalał Fryderyka w obrębie jego królestwa, czynił tak z konieczności, aby uniknąć oburzenia władcy, który brał srogi odwet na każdym z przeciwników. Kiedy sławili go ludzie mieszkający poza terytorium Prus, wyrażali w ten sposób niechęć do własnych rządzących. Poddani podrzędnych książąt uważali tę ironię za najbezpieczniejszy sposób na zdyskredytowanie swoich kieszonkowych Neronów i Borgiów. Podziwiali jego osiągnięcia na bitewnych polach, ale uważali się za szczęśliwych, gdyż nie byli na łasce jego kaprysów i okrucieństw. Akceptowali go wtedy, kiedy walczył z ich własnymi ciemiężycielami.

Pod koniec osiemnastego wieku niemiecka opinia publiczna była tak jednomyślnie przeciwna ancien régime’owi, jak francuska w przededniu Rewolucji. Niemcy obserwowali z obojętnością, jak Francja zajmuje lewy brzeg Renu, jak Austria i Prusy ponoszą kolejne porażki, jak rozpada się Święte Cesarstwo i jak ulega zniszczeniu dzieło Związku Reńskiego. Przywoływali reformy przeprowadzone w ich krajach pod wpływem francuskich idei. Podziwiali Napoleona jako wielkiego generała i przywódcę podobnie, jak poprzednio Fryderyka. Niemcy zaczęli nienawidzić Francuzów dopiero wtedy, gdy – podobnie jak francuscy poddani Cesarza – poczuli się zmęczeni brzemiennymi, niekończącymi się wojnami. Kiedy Wielka Armia poległa w Rosji, ludzie zaczęli interesować się kampaniami, które oznaczały koniec Napoleona, lecz tylko dlatego, iż sądzili, że rezultatem tego upadku będzie ustanowienie parlamentarnych rządów. Późniejsze wydarzenia rozwiały te nadzieje i powoli budził się rewolucyjny duch, który doprowadził do przewrotu w 1848 roku.

Zwykło się twierdzić, że korzenie dzisiejszego nacjonalizmu i nazizmu można odnaleźć w dziełach Romantyzmu, w sztukach Heinrichia von Kleista, a także w politycznych pieśniach, które towarzyszyły walce z Napoleonem. To także błąd. Wyszukane dzieła Romantyków, zgoła perwersyjne uczuciowo sztuki Kleista oraz poezja czasów wojen o wolność nie miały zauważalnego wpływu na społeczeństwo; filozoficzne i socjologiczne eseje tych autorów, którzy rekomendowali powrót do instytucji średniowiecznych, były uważane za niezrozumiałe. Ludzie nie byli zainteresowani Średniowieczem, byli ciekawi parlamentarnej aktywności na Zachodzie. Czytali książki Goethego i Schillera, nie Kleista. Schiller stał się wieszczem narodowym; oszalał na punkcie wolności, a w wolności Niemcy znaleźli swój polityczny ideał. Celebracja setnych urodzin Schillera (w 1859) była najwspanialszą polityczną manifestacją, jaka miała w Niemczech kiedykolwiek miejsce. Naród niemiecki był zjednoczony w przywiązaniu do ideałów Schillera, wolnościowych ideałów.

Wszelkie próby odwodzenia Niemców od spraw wolności spaliły na panewce. Nauczanie jej przeciwników nie dało efektów. Na próżno polityka Metternicha starała się zwalczyć wzbierającą falę liberalizmu.

Jednak w późniejszych dekadach dziewiętnastego wieku liberalizm zadrżał w posadach. Powodem była doktryna etatyzmu. Etatyzm – zmierzymy się z nim później – jest systemem idei socjo-politycznych, który nie ma odpowiednika we wcześniejszej historii i nie jest połączony ze starszymi schematami myślowymi, aczkolwiek – przez wzgląd na techniczny charakter polityki, którą zaleca – może być w pewnym sensie nazwany neomerkantylizmem.

2. Słabość niemieckiego liberalizmu

Mniej więcej w połowie dziewiętnastego wieku ci Niemcy, którzy interesowali się polityką, byli zjednoczeni w przywiązaniu do liberalizmu. Wciąż jednak naród niemiecki nie strząsnął z siebie jarzma absolutyzmu, ani też nie ustanowił demokracji parlamentarnej. Jaki był tego powód?

Porównajmy wpierw warunki niemieckie z włoskimi, Włochy bowiem były w podobnej sytuacji. Także posiadały liberalny umysł, lecz tamtejsi liberałowie byli bezpłodni. Armia Austriacka była na tyle mocna, że mogła zdławić każdy rewolucyjny przewrót. Obca armia trzymała włoski liberalizm w szachu; inne obce armie wyzwoliły Włochy spod tego jarzma. Pod Solferino, pod Königgrätz (Sadową) i na brzegach Marny Francuzi, Prusacy i Anglicy stoczyli bitwy, które uczyniły Włochów niezależnymi od Habsburgów.

Tak jak liberalizm włoski nie był konkurencją dla Armii Austriackiej, tak niemiecki liberalizm niezdolny był stawić czoła armiom Austrii i Prus. Armia Austriacka składała się głównie z żołnierzy innych narodowości. Większość w szeregach Armii Pruskiej mówiła po niemiecku; byli co prawda Polacy i inni Słowianie, a także Litwini, lecz stanowili oni mniejszość. Tyle, że mnóstwo ludzi posługujących się jednym z niemieckich dialektów pochodziło z tych sfer społeczeństwa, które nie miały pojęcia o polityce. Pochodzili ze wschodnich prowincji, ze wschodnich brzegów Łaby. Większość z nich była analfabetami o mentalności zupełnie innej od tej, jaką posiadali intelektualiści czy mieszczanie. Nigdy nie słyszeli o nowych ideach. Byli wychowani w posłuszeństwie junkrowi[*], sprawowującego wykonawczą i sądowniczą władzę w ich wioskach, któremu przekazywali daniny i odrabianą przez siebie pańszczyznę (darmową pracę), i którego to prawo ustanowiło ich legalnym panem. Ci faktycznie będący niewolnikami ludzie nie umieli zlekceważyć rozkazu strzelania do innych. Głównodowodzący Armii Pruskiej mógł na nich polegać. Ci ludzie, a także Polacy, wchodzili w skład oddziałów, które stłamsiły pruską rewoltę w 1848 roku.

Oto przyczyny, które uniemożliwiły niemieckim liberałom przekucie słów w czyny. Zmuszeni byli czekać, aż rozwój gospodarki i edukacji wyniesie tych zacofanych ludzi na poziom właściwy dla liberalizmu. Byli przekonani, że wtedy nastąpi zwycięstwo liberalizmu. Czas pracował na ich korzyść. Ale, niestety, pewne wydarzenia obróciły wszystko w niwecz. Było przeznaczeniem Niemiec, że nim liberalizm zdążył zatriumfować, został powalony – nie tylko w Niemczech, ale gdzie indziej także – przez nowsze idee, które ponownie przybyły z Zachodu. Niemiecki liberalizm nie zdążył wypełnić swej misji, a już został zwyciężony przez etatyzm, nacjonalizm i socjalizm.

3. Armia Pruska

Armia Pruska, która walczyła w bitwach pod Lipskiem i Waterloo była zupełnie różna od armii, którą Fryderyk Wilhelm I zorganizował, i którą Fryderyk II dowodził w trzech wielkich wojnach. Ta stara armia została rozbita i zmiażdżona podczas kampanii 1806 roku i nigdy się nie odrodziła.

Armia Pruska z osiemnastego wieku składała się z ludzi przymuszonych do służby, szkolonych przy użyciu chłosty, spojonych barbarzyńską dyscypliną. W większości byli to cudzoziemcy. Królowie woleli cudzoziemców od swych poddanych. Uważali, że poddany jest bardziej użyteczny, gdy pracuje i płaci podatki, niż gdy walczy. W 1742 roku Fryderyk II postanowił, że piechota powinna składać się w dwóch trzecich z obcokrajowców, a w jednej trzeciej z jego rodaków. Dezerterzy z obcych armii, jeńcy, kryminaliści, włóczędzy oraz ludzie, których wcielono podstępem bądź przymusem stanowili znakomitą część pułków. Ludzie ci byli gotowi wykorzystać każdą nadarzającą się okazję do ucieczki. Dlatego też zapobieganie dezercji było główną bolączką dowództwa. Fryderyk II rozpoczął swój traktat o strategii, Podstawowe Zasady Wojowania, od wymienienia czternastu sposobów zapobiegania dezercji. Taktyczne, a nawet strategiczne względy musiały być podporządkowane zapobieganiu dezercji. Żołnierze tylko wtedy byli pożyteczni, gdy byli zgromadzeni w kupie. Nie można było wysyłać patroli. Strategiczny pościg za nieprzyjacielem był niemożliwy. Maszerowanie i atakowanie nocą oraz rozbijanie obozów blisko lasów było ściśle zabronione. Żołnierze mieli rozkaz obserwować siebie nawzajem zarówno podczas wojny, jak i pokoju. Cywile zaś byli zobligowani pod groźbą najsurowszych kar do utrudniania ucieczki dezerterom, a nawet do łapania ich i dostarczania armii.

Oficerowie byli zwykle szlachcicami. Pomimo iż wśród nich także byli cudzoziemcy, większość przynależała do pruskiej klasy panów na włościach. Fryderyk II wciąż powtarzał w swych pismach, że ludzie z pospólstwa nie nadają się na dowódców, bo ich umysły kierują się ku korzyściom, a nie ku honorowi. Mimo, iż kariera wojskowa była bardzo dochodowa, na przykład dowódca kompanii otrzymywał stosunkowo wysokie wynagrodzenie, znaczna część posiadaczy ziemskich odradzała swoim synom taką drogę. Królowie zwykli wysyłać policjantów w celu porwania syna posiadacza ziemskiego i wcielenia go do szkoły oficerskiej. Edukacja, jaką zapewniały te szkoły, była niewiele bogatsza od tej w szkołach podstawowych. Ludzie z wyższym wykształceniem byli rodzynkami wśród kadry oficerskiej.[1]

Tego rodzaju armia mogła walczyć i – pod dobrym dowództwem – dokonywać podbojów tylko tak długo, jak długo naprzeciwko niej stawały armie o identycznej strukturze. Uległa rozproszeniu, gdy musiała walczyć z wojskami Napoleona.

Armie Rewolucji Francuskiej i armie pierwszego Imperium składały się z przedstawicieli ludu. Były armiami wolnych ludzi, nie zaś rozmaitej maści szumowin. Ich dowódcy nie obawiali się dezercji. To dlatego mogli porzucić tradycyjną taktykę poruszania się do przodu w zwartym szyku i strzelania salwami na oślep. Mogli przyjąć nową metodę walki, mianowicie walkę w kolumnach i strategię potyczek. Nowa struktura armii najpierw przyniosła ze sobą nową taktykę, później zaś nową strategię, wobec której stara Pruska armia okazała się bezsilna.

Francuski wzorzec służył jako model organizacji Armii Pruskiej w latach 1808-1813. Był zbudowany na zasadzie przymusowej służby wszystkich zdrowych i sprawnych fizycznie mężczyzn. Nowa armia przeszła test w latach 1813-1815. Jej organizacja nie zmieniała się od ponad pół wieku. Nigdy nie dowiemy się, jak armia ta wypadłaby w konfrontacji z agresorem; to doświadczenie zostało jej oszczędzone. Lecz jedno nie ulega wątpliwości, gdyż przekonano się o tym podczas rewolucji 1848 roku: tylko na części armii można było polegać podczas walki z ludem, „wrogiem domowym” rządu, i ta niepopularna, agresywna wojna nie mogła być prowadzona przy udziale tych żołnierzy.

W tłumieniu rewolty 1848 roku tylko oddziały Straży Cesarskiej, które były wierne królowi, kawaleria, oraz oddziały składające się z ludzi ze wschodnich prowincji mogły być uważane za godne zaufania. Oddziały rekrutujące się z zachodu, milicja (Landwehra) oraz znaczna część rezerwy ze wschodu były już opanowane przez ideologię liberalną.

Członkowie straży i kawalerii musieli odsłużyć trzy lata, w odróżnieniu od innych żołnierzy, których służba trwała dwa lata. Dlatego generalicja doszła do wniosku, iż dwa lata to zbyt krótki okres, by uczynić żołnierza bezwarunkowo oddanym królowi. Aby przetrwał system polityczny Prus oparty na królewskim absolutyzmie, a praktykowany przez junkrów, potrzebna była armia złożona z żołnierzy gotowych do walki – bez zadawania zbędnych pytań – przeciwko każdemu, kogo wskażą ich dowódcy. Armia ta – wojsko Jego Wysokości, nie zaś Parlamentu czy też ludu – mogłaby otrzymać zadanie stłumienia każdego przewrotu wewnątrz Prus lub też wewnątrz Związku Niemieckiego, a także odparcia inwazji z Zachodu, które mogły zmusić niemieckich władców do ustanowienia konstytucji bądź też przyznania innych przywilejów poddanym. W Europie w latach 1850-1860, w której Cesarz Francji i Premier Wielkiej Brytanii, lord Palmerstone, otwarcie wyrażali swoje poparcie dla ruchów ludowych, które jawnie zagrażały żywotnym interesom szlachty, armia Hohenzollernów była rocher de bronze pośród wzbierających fal liberalizmu. Uczynienie z tej armii siły niezawodnej i niezwyciężonej miało znaczenie nie tylko dla rodu Hohenzollernów, oznaczało także zbawienie cywilizacji i uchronienie jej przed rewolucją i anarchią. Tego rodzaju myślenie prezentował Fryderyk Juliusz Stahl wraz z prawym skrzydłem Heglistów, prezentowali je także pruscy historycy ze szkoły historycznej Kleindeutsche oraz członkowie stronnictwa militarnego na dworze króla Fryderyka Wilhelma IV. Król ten był oczywiście nerwowo chorym neurotykiem, który każdego dnia czynił kolejne kroki na ścieżce do szaleństwa. Jednak generałowie pod przywództwem von Roona, mający także poparcie księcia Wilhelma, brata króla i następcy tronu, świetnie wiedzieli, czego chcą.

Połowiczny sukces rewolucji miał następstwa w postaci ustanowienia Frankfurckiego Zgromadzenia Narodowego. Jednak jego prerogatywy były tak skromne, iż dowódca naczelny mógł przekazać nieodzowne w jego mniemaniu narzędzia w ręce poszczególnych dowódców tak, by wojsko było bardziej im posłuszne.

Eksperci byli przekonani, iż dwa lata czynnej służby wystarczały do tego, by przeszkolić piechotę. Nie z powodów szkoleniowych, lecz z pobudek czysto politycznych, król wydłużył okres czynnej służby o pól roku w 1852 r., zaś w 1856 o kolejne pół roku. W świetle tych zmian, szanse na sukces w ponownym starciu z ruchem rewolucyjnym znacznie wzrosły. Stronnictwo militarne było przekonane, iż w nieodległej przyszłości będzie na tyle silne, siłą Straży Cesarskiej i żołnierzy pełniących czynną służbę, że poradzi sobie ze słabo uzbrojonymi rebeliantami. Postanowiono więc pójść dalej i zreformować organizację sił zbrojnych.

Cele tej reformy były dwa: uczynić armię mocniejszą i bardziej oddaną królowi. Zakładano podwojenie liczebności batalionów piechoty, artylerii zaś o 25%, a także uformowanie wielu nowych pułków kawalerii. Liczba nowych rekrutów miała wzrosnąć z 40 do 63 tysięcy rocznie, zaś szeregi oficerów miały się proporcjonalnie powiększać. Poza tym, milicja miała stać się zapleczem czynnej armii. Starsi wiekiem mieli zostać z niej usunięci jako niegodni zaufania. Wyższe stanowiska w milicji miały zostać powierzone oficerom wojska.[2]

Świadomy siły, jaką dało mu przedłużenie okresu czynnej służby, i pewny swej zdolności stłumienia wszelkich rewolucyjnych zapędów, dwór przeprowadził tę reformę nie zważając na parlament. W tym czasie szaleństwo króla sięgnęło zenitu i książę Wilhelm musiał objąć stanowisko księcia-regenta; władza królewska znalazła się więc w rękach uległych popleczników arystokratycznej kliki i militarnych „jastrzębi”. W 1859, podczas wojny Austrii z Francją, Armia Pruska została zmobilizowana jako środek zapobiegawczy, mający zapewnić neutralność. Zakończenie mobilizacji przeprowadzono tak, by wdrożyć główne założenia reformy. Na wiosnę 1860 roku wszystkie nowe oddziały już istniały. Dopiero wówczas rząd złożył ustawę w parlamencie i poddał pod głosowanie wydatki z nią związane.[3]

Walka przeciwko tej ustawie była ostatnim tchnieniem niemieckiego liberalizmu.

4. Konflikt Konstytucyjny w Prusach

Partia Postępowa, tak nazwali swą partię liberałowie w izbie niższej parlamentu (izbie deputowanych), ostro oponowała przeciwko tej reformie. Izba wielokrotnie głosowała przeciw reformie i za odrzuceniem budżetu. Król – Fryderyk Wilhelm IV zmarł, a sukcesję objął Wilhelm I – rozwiązał parlament, lecz wyborcy wybrali Postępowców w jeszcze większej liczbie. Król i ministrowie nie mogli przełamać sprzeciwu władzy ustawodawczej. Trzymając się jednak kurczowo swojego planu, podążali naprzód, nie zważając na Konstytucję i brak aprobaty ze strony parlamentu. Poprowadzili nową armię w dwóch kampaniach, pokonując Danię w 1864 i Austrię w 1866. Dopiero kiedy było już po aneksji królestwa Hannoweru, ziem elektora Hesji, księstwa Nassau, Szlezwiku i Holsztynu oraz Wolnego Miasta Frankfurtu, po ustanowieniu pruskiej hegemonii nad miastami Niemiec Północnych, oraz po zawarciu militarnych umów z państwami Niemiec Południowych, które także stały się powolne Hohenzollernom, dopiero wtedy niemiecki parlamentaryzm złożył broń. Partia Postępowa rozpadła się, a niektórzy jej byli członkowie przeszli na stronę rządu. W ten sposób król uzyskał przewagę. Izba przegłosowała odszkodowanie za niekonstytucyjne postępowanie rządu a także usankcjonowała środki i wydatki przeciwko którym przez sześć lat oponowała. Wielki Konflikt Konstytucyjny zakończył się sukcesem króla i kompletną porażką liberalizmu.

Gdy delegacja deputowanych z izby niższej przyniosła królowi uprzejmą odpowiedź na jego przemówienie otwierające nową sesję obrad, z arogancją odparł, iż jego zachowanie w ostatnich latach było wyrazem jego obowiązku, i jeśli będzie trzeba, powtórnie się tak zachowa. Jednak podczas tego konfliktu niejeden raz miał poważne problemy. W 1862 stracił już wszelką nadzieję na stłumienie buntu i myślał nawet o abdykacji. Generał von Roon nakłonił go, by powołał Bismarcka na stanowisko premiera. Bismarck przybył z Paryża, gdzie był przedstawicielem Prus na dworze Napoleona III. Zastał króla „wyczerpanego, pogrążonego w depresji i marazmie”. Gdy próbował przedstawić swoją własną wizję aktualnej sytuacji politycznej, Wilhelm przerwał mu i rzekł: „Wiem, jak to wszystko się potoczy. Dokładnie na tym placu Teatralnym, na który wyglądają te okna, skrócą cię o głowę, a mnie niedługo po tobie”. Z trudem przyszło Bismarckowi tchnąć nadzieję w drżące serca Hohenzollernów. Lecz w końcu, jak sam mówił: „Moje słowa przemówiły do jego honoru i zbudziły w nim oficera, którego obowiązkiem jest bronić swej pozycji do ostatniej kropli krwi”.[4]

Wciąż jednak bardziej od króla przerażona była królowa. księżniczka i wielu generałów. W Anglii królowa Wiktoria spędzała wiele bezsennych nocy, rozważając pozycję jej najstarszej córki, poślubionej następcy tronu pruskiego. Pałac królewski w Berlinie nawiedzały więc duchy Ludwika XIV i Marii Antoniny.

Wszelkie te obawy były jednak bezpodstawne. Liberałowie nie planowali nowej rewolucji, i zresztą zostaliby rozbici, gdyby tak robili.

Znienawidzeni liberałowie z lat sześćdziesiątych, ludzie o starannie dobranych poglądach, czytelnicy traktatów filozoficznych, miłośnicy muzyki i poezji, wszyscy oni doskonale rozumieli przyczyny porażki Wiosny Ludów. Wiedzieli, iż nie dadzą rady ustanowić rządu ludowego w kraju, w którym miliony wciąż tkwiły w szponach przesądów, prostactwa i analfabetyzmu. Problemem politycznym stała się więc sprawa edukacji. Ostateczny triumf demokracji i liberalizmu nie ulegał wątpliwości. Trend ku parlamentaryzmowi był niepodważalny. Jednak zwycięstwo liberalizmu mogło nadejść dopiero wtedy, gdy ta część ludu, z której król pozyskiwał swych wiernych żołnierzy, zostanie oświecona i przekształci się w zwolenników liberalizmu. Wtedy niechybnie nastąpi koniec monarchii, a Parlament przejmie rządy bez rozlewu krwi.

Liberałowie chcieli zaoszczędzić Niemcom, jeśli byłoby to tylko możliwe, horroru rewolucji i wojny domowej. Byli wręcz pewni, że w nieodległej przyszłości przejmą władzę w Prusach. Byli przekonani, że muszą po prostu poczekać.

5. Program „Małych Niemców”

Partia Postępowa nie walczyła w trakcie Konfliktu Konstytucyjnego o zniszczenie bądź osłabienie pruskiej armii. Jej członkowie zdawali sobie sprawę, iż w tamtych okolicznościach Niemcy potrzebowały silnej armii dla obrony swej niepodległości. Chcieli tylko odebrać ją królowi i przekształcić w instrument służący ochronie wolności. Punktem spornym było to, kto powinien kontrolować wojsko: król czy parlament.

Celem niemieckiego liberalizmu było zastąpienie skandalicznie działającej administracji trzydziestu rozdrobnionych państewek przez unitarny, liberalny rząd. Większość liberałów nie widziała w przyszłych Niemczech Austrii. Austria bowiem różniła się znacząco od innych niemieckojęzycznych państw; miała problemy wewnętrzne, obce dla pozostałej części narodu. Postrzegali ją jako największą przeszkodę na drodze ku wolności. Dwór austriacki był zdominowany przez Jezuitów, a rząd podpisał konkordat z Piusem IX, papieżem, który nieustannie zwalczał wszelkie modernistyczne idee. Cesarz Austrii nie był jednak przygotowany na dobrowolne zrzeczenie się pozycji, jaką jego ród miał od ponad czterystu lat w Niemczech. Liberałowie chcieli więc silnej pruskiej armii, gdyż obawiali się austriackiej hegemonii, nowej Kontrreformacji czy też restauracji systemu właściwego późnym rządom księcia Metternicha. Chcieli rządu, który zjednoczyłby wszystkich Niemców mieszkających poza Austrią (i Szwajcarią). Dlatego też nazywali siebie Małymi Niemcami (Kleindeutsche), dla kontrastu z Wielkimi Niemcami (Grossdeutsche), i chcieli przyłączyć te części Austrii, które jeszcze niedawno wchodziły w skład Świętego Cesarstwa.

Ponadto, były pewne inne względy, które zmuszały do powiększania armii pruskiej. Francja była w tamtym czasie rządzona przez hulakę, który chciał udowadniać swą siłę na bitewnych polach. W pierwszej dekadzie swych rządów rozpętał dwie krwawe wojny. Wydawało się, że teraz nadchodzi czas na Niemcy. Nie było wielkich wątpliwości, że Napoleon III będzie chciał dla rozrywki zająć lewy brzeg Renu. Kto inny mógł obronić Niemcy, jak nie pruska armia?

Był jednak i inny problem, Szlezwik-Holsztyn mianowicie. Mieszkańcy Holsztyna, Lauenburga i południowej części Szlezwiku byli zdecydowanie przeciwni rządom duńskim. Niemieckich liberałów niezbyt obchodziły wyszukane argumenty prawników i dyplomatów, występujących w interesie najrozmaitszych pretendentów o przejęcie księstw znad Łaby. Nie wierzyli w doktrynę, która mówiła, iż krajem rządzi ten, komu przywilej ów nadają stare, feudalne kontrakty. Popierali zachodnią zasadę samostanowienia. Ludzie zamieszkujący te księstwa niechętnie zgadzali się na podległość względem człowieka, który po prostu ożenił się z księżną posiadającą prawo sukcesji w Szlezwiku, ale już nie w Holsztynie; chcieli autonomii wewnątrz Związku Niemieckiego. Ten fakt był kluczowy dla liberałów. Jakim prawem Niemcy mieli być pozbawieni tego, co mieli Brytyjczycy, Francuzi, Belgowie i Włosi? Dopóki jednak król Duński nie był gotów do zrzeczenia się swoich roszczeń, dopóty problem ten nie mógł zostać rozwiązany bez sięgania po broń.

Byłoby błędem rozważać wszystkie te problemy z perspektywy późniejszych wydarzeń. Bismarck uwolnił Szlezwik-Holsztyn spod jarzma duńskiego tylko po to, by zaanektować go do Prus; przyłączył nie tylko Szlezwik południowy, ale także północny, którego mieszkańcy chcieli być poddanymi króla duńskiego. Napoleon III nie zaatakował Niemiec; to Bismarck rozpętał wojnę przeciwko Francji. Nikt w latach sześćdziesiątych tego nie przewidział. Wtedy wszyscy w Europie, w Ameryce zresztą też, potępiali francuskiego cesarza jako największego rozbójnika i agresora. Sympatia, z jaką przyjmowano plany zjednoczenia się Niemiec, miała swe źródło w przekonaniu, iż staną się one przeciwwagą dla Francji i tym samym gwarantem pokoju w Europie.

Małych Niemców zgubiły też ich religijne przekonania. Byli bowiem pewni, iż Protestantyzm jest pierwszym krokiem z ciemności Średniowiecza ku jasności Oświecenia. Obawiali się Austrii, gdyż była katolicka; faworyzowali Prusy, gdyż większość ich mieszkańców była protestantami. Wbrew wszelkim doświadczeniom sądzili, iż Prusy są bardziej od Austrii otwarte. Polityczna sytuacja w Austrii była w tamtych latach z pewnością nienajlepsza. Jednakże przyszłe wydarzenia pokazały, że protestantyzm nie jest wcale większym gwarantem wolności od katolicyzmu. Liberalizm zaś zakłada rozdział Kościoła od państwa, i tolerancję – bez względu na różnice pomiędzy kościołami.

Nie tylko Niemcy popełnili ten błąd. Francuscy liberałowie tak pobłądzili, iż najpierw cieszyli się z pruskiego zwycięstwa pod Sadową. Dopiero po pewnym czasie zorientowali się, że porażka Austrii oznacza śmiertelne zagrożenie dla Francji, zaśpiewali więc – zbyt późno – wojenną pieśń Revanche pour Sadova.

Sadowa była pod każdym względem porażką niemieckiego liberalizmu. Liberałowie byli świadomi tego, że przegrali kampanię. Niemniej, byli pełni wiary. Byli pewni podjęcia walki w nowym parlamencie Niemiec Północnych. Czuli, że ich walka musi zakończyć się porażką absolutyzmu i triumfem liberalizmu. Moment, w którym król nie będzie mógł użyć „swojej” armii przeciwko obywatelom wydawał się zbliżać milowymi krokami.

6. Przypadek Lassalle’a

To niemożliwe, by mówiąc o Konflikcie Konstytucjonalnym nie wspomnieć ani słowem o Ferdynandzie Lassalle’u. Zaangażowanie Lassalle’a nie miało znaczącego wpływu na bieg wydarzeń. Jednak przyniosło ze sobą coś nowego; był to świt sił, które miały ukształtować los Niemiec i zachodniej cywilizacji.

Podczas gdy pruscy liberałowie zaangażowani byli w walkę o wolność, Lassalle atakował ich z pasją i zacięciem. Próbował przekonać robotników do tego, by wycofali swoje poparcie dla Postępowców. Głosił więc ewangelię walki klas. Liberałowie, w jego mniemaniu reprezentanci burżuazji, byli ciemiężycielami pracy. Uważał, iż opór trzeba stawiać nie państwu, lecz wyzyskującej robotników klasie. Państwo jest naszym przyjacielem, twierdził, ale oczywiście nie to pod przywództwem Bismarcka, tylko to pod moimi rządami, rządami Lassalle’a.

Lassalle nie był sterowany przez Bismarcka, jak niektórzy podejrzewali. Nikt nie był go w stanie przekupić. Dopiero po jego śmierci niektórzy z jego byłych przyjaciół sięgnęli po pieniądze z rządowej kiesy. Obaj, i Lassalle i Bismarck, tępili liberałów, stali się więc w pewnym sensie sojusznikami. Lassalle zresztą bardzo wcześnie zbliżył się do Bismarcka. Spotykali się potajemnie. Wyszło to na jaw dopiero wiele lat później. Można tylko snuć przypuszczenia, jakie efekty przyniosłaby współpraca tych dwóch ambitnych ludzi, gdyby nie śmierć Lassalle’a od ran, jakie odniósł w pojedynku dnia 31 sierpnia 1864 roku. Obaj mieli ochotę na zagarnięcie władzy w Niemczech. Żaden z nich jednak nie chciał zrezygnować ze swoich ambicji.

Bismarck i jego przyjaciele wywodzący się z wojska i szlachty tak bardzo nienawidzili liberałów, że byli gotowi na udzielenie poparcia socjalistom, gdyby sami okazali się zbyt słabi, by objąć władzę. Okazali się jednak dostateczni mocni, by trzymać liberałów na krótkiej smyczy. Nie potrzebowali usług Lassalle’a.

Nieprawdą natomiast jest twierdzenie, iż to Lassalle przekonał Bismarcka do skuteczności rewolucyjnego socjalizmu w walce z liberalizmem.

Bismarck wierzył w to, że pospólstwo pragnie monarchii bardziej niż klasa średnia.[5] Poza tym, jako wysłannik w Paryżu miał możność obserwacji funkcjonowania cesarstwa. Być może jego predylekcja dla prawa powszechnego głosowania uległa wzmocnieniu po rozmowach z Lassallem. Wciąż nie miał jednak powodów do bliższej z nim współpracy. Jego stronnictwo było zbyt mało znaczące. W chwili śmierci Lassalle’a Powszechny Niemiecki Związek Robotników liczył tylko trochę ponad 4 tysiące członków.[6]

Działalność Lassalle’a nie powstrzymała liberałów. Była dla nich niedogodnością, lecz nie poważną przeszkodą. Jego doktryny były dla nich bezużyteczne. Nie było dla nich nowością to, że parlament był fikcją, a armia głównym strażnikiem absolutyzmu. Było tak dlatego, iż zdawali sobie sprawę ze stawki, o jaką walczą.

Przypomnienie zbudowanej na demagogii kariery Lassalle’a jest potrzebne, gdyż to właśnie wtedy po raz pierwszy na scenie politycznej Niemiec pojawiły się idee socjalistyczne i etatystyczne, stojące w opozycji do liberalizmu i wolności. Lassalle nie był nazistą, był jednak prekursorem nazizmu i pierwszym Niemcem, któremu marzyła się pozycja Führera. Odrzucał wszystkie wartości Oświecenia i liberalizmu, lecz w sposób różny od romantyków wieków średnich czy też rojalistów. Negował je, lecz jednocześnie obiecywał ich realizację w głębszym i pełniejszym sensie. Liberalizm, zapewniał, koncentruje się na fałszywej wolności, ja wam dam tę prawdziwą. A prawdziwą wolność zapewnić może tylko wszechmocny rząd. To nie państwo tłumi waszą wolność, tylko burżuazja.

To Lassalle wypowiedział słowa, które najlepiej charakteryzowały ducha epoki, która miała nadejść: „Państwo jest Bogiem”.[7]

Całość książki dostępna online w wersji angielskiej pod adresem amerykańskiego Instytutu Misesa.


[*] Junkrzy byli to wielcy właściciele ziemscy w Prusach, Meklemburgii i Holsztynie (określenie używane od 1. poł. XIX w.); na przeł. XVIII i XIX w. przekształcali swe latyfundia w gospodarstwa typu kapitalist., masowo rugując chłopów; rzecznicy konserwatyzmu (szczególne przywiązanie do dyn. Hohenzollernów), stanowili trzon kadry oficerskiej; po II wojnie świat. jako warstwa przestali istnieć – przyp. tłum.

[1] Delbrück, Geschichte der Kriegskunst, część IV, Berlin 1920, s. 273-348 i n.

[2] Ziekursch, Politische Geschichte des neuen deutschen Kaiserreichs, Frankfurt 1925-30, s. 29 n.

[3] Sybel, Die Begründung des deutschen Reiches unter Wilhelm I, wyd. 2., Monachium 1889, s. 375; w: Ziekursch, op. cit., t. I, s. 42.

[4] Bismarck, Gedanken und Erinnerungen, Stuttgart 1922, s. 325.

[5] Ziekursch, op. cit., s. 107.

[6] Oncken, Lassalle, Stuttgart 1904, s. 393.

[7] Gustav Mayer, Lassalleana, „Archiv für Geschichte des Sozialismus“, s. 196.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Cytat:
  • Wszelkie odmiany ingerencji (rządowej) w zjawiska rynkowe nie tylko nie pozwalają osiągnąć zamierzonego przez ich autorów celu, ale na dodatek powodują, że zaistniała sytuacja nawet z ich punktu widzenia jest mniej pożądana, niż poprzednia, którą zamierzali zmienić Ludwig von Mises
Mecenasi
Wspieraj Nas>>
W czerwcu wsparli nas:
Pan Dominik Aromiński
Pan Michał Basiński
Pan Marek Bernaciak
Pan Wojciech Bielecki
Pan Bartosz Biernacki
Pan Kamil Bojdoł
Pan Rafał Boniecki
Pani Dominika Buczek
Pan Mirosław Cierpich
Pan Marcin Dabkus
Pan Michał Dębowski
Pan Paweł Drożniak
Pan Dariusz Dziadkowski
Pan Wiktor Gonczaronek
Pan Jarosław Grycz
Pan Adrian Grzemski
Pan Maciej Grzymkowski
Pan Karol Handzel
Pan Tomasz Hrycyna
Państwo Paulina i Przemysław Hys
Pan Łukasz Jasiński
Pan Dominik Jaskulski
Pan Paweł Jegor
Pan Tomasz Jetka
Pan Andrzej Jędruchniewicz
Pan Gustaw Jokiel
Pan Dominik Jureczko
Pan Paweł Jurewicz
Pan Jan Kłosiński
Pan Jan Kochman
Pan Sławomir Krawczyk
Pan Wojciech Kukla
Pan Stanisław Kwiatkowski
Pan Wojciech Langiewicz
Pan Kamil Ludwiczuk
Pan Tomasz Malinowski
Pan Miłosz Mazurkiewicz
Państwo Magdalena i Marcin Moroniowie
Pan Igor Mróz
Pan Maksym Mydłowski
Pan Tomasz Netczuk
Pan Łukasz Niedziałek
Pan Filip Nowicki
Pani Karolina Olszańska
Pan Łukasz Osileniec
Pan Zbigniew Ostrowski
Pan Mateusz Pigłowski
Pan Mikołaj Pisarski
Pan Dominik Pobereszko
Pan Bartłomiej Podolski
Pan Paweł Pokrywka
Pan Artur Puszkarczuk
Pan Michał Puszkarczuk
Pan Adam Skrodzki
Pan Michał Sobczak
Pan Radosław Sobieś
Pan Piotr Sowiński
Pan Łukasz Szostak
Pan Michał Szymanek
Pan Jan Tyszkiewicz
Pani Anna Wajs
Pan Adam Wasielewski
Pan Jakub Wołoszyn
Pani Mariola Zabielska-Romaszewska
Pan Karol Zdybel
Pan Marek Zemsta
Pracownik Santander Bank
Łącznie otrzymaliśmy 2 425,86 zł . Dziękujemy wszystkim Darczyńcom!
Znajdź się na liście>>
Lista mecenasów>>