Fedako: Recykling, cóż za marnotrawstwo!

10 listopada 2005 Ekonomia środowiskowa komentarze: 0

Jim Fedako
Recykling, cóż za marnotrawstwo!
Tłumaczenie: Michał Kolman

Tej jesieni uczniowie z całego kraju [USA] znowu będą się uczyć nadrzędnej zasady miejskiej religii/polityki: recyklingu, nie ze strachu przed policją, ale z miłości do planety. Wracając do domu dzieci stają się strażnikami systemu, kontrolują rodziców, którzy mogą nieumyślnie wrzucić aluminiową folię do pojemnika na szkło, albo przeoczyć plastikowe wieczko w pojemniku na aluminium.

Kiedyś wierzyłem w recykling, a nadal wierzę w ograniczanie wykorzystania materiałów i ich wielokrotne używanie. Ale recykling? To strata nie tylko czasu, pieniędzy, ale także zasobów naturalnych. Co John Tierney napisał 10 lat temu, nadal jest prawdą: „Recykling może być największym marnotrawstwem współczesnej Ameryki.”

Ograniczanie i wielokrotne użycie mają sens. Bez ponoszenia nakładów mogę umieścić plastikową reklamówkę jako worek na śmieci w łazienkowym koszu, przez co oszczędzam kilka pensów na bardziej naglące potrzeby. Ograniczanie i powtórne użycie mieszczą się w ramach działalności wolnorynkowej, co daje wymierne korzyści w zamian za poniesiony nakład czasu i pracy.

Każdy inteligentny przedsiębiorca dostrzeże korzyści wynikające z oszczędności czynników produkcji. Dzisiejsze domy są budowane z wykorzystaniem znacznie, ale to znacznie mniejszej ilości drewna, w porównaniu z tymi budowanymi jeszcze 20 lat temu, co więcej, są trwalsze, przynajmniej w większości przypadków. Decyzja o zmniejszeniu wykorzystania drewna nie była wynikiem nacisków ekologów i ich miłości do drzew, lecz reakcją na wzrost kosztu czynnika produkcji, jakim jest drewno.

Zużycie mniejszej ilości drewna ma ekonomiczny sens i każdy przedsiębiorca zainteresowany dochodem dostosuje swoje plany biznesowe tak, by oszczędzić tym materiale, zastępując go innymi, tańszymi.

Niedawny artykuł na Mises.org, „Etylina i problem wyceny”, mówił o niemożności obliczenia prawdziwego kosztu produkcji etyliny. Nikt nie może obliczyć kosztów wszystkich czynników, etapów produkcji, począwszy od pracy wykwalifikowanej po pracę robotniczą. Etylina na stacjach, na przekór ekonomistom klasycznym, keynesistom itp., z pewnością podołałaby temu zadaniu. Bez dotacji rządu, cena etyliny na stacjach ujawnia prawdziwe koszty ekonomiczne produkcji tego paliwa.

To samo dotyczy recyklingu. Jaki jest koszt wszystkich działań związanych z recyklingiem? Nie mam pojęcia. Chociaż używając logiki Misesa wiem, że przewyższa on korzyści z niego płynące. Wynika to z tej prostej obserwacji, że recykling nie przynosi zysków finansowych.

Dawniej sam stosowałem recykling. To się opłacało. Jako dziecko mieszkałem w okolicy Pittsburga, czyściłem puste butelki, szklane naczynia, a kiedy zebrałem już odpowiednio dużą ilość odpadów, mój ojciec przejeżdżał około 3 mile do miejscowej huty szkła, gdzie właściciel chętnie wymieniał te opakowania na dolary. W tym wypadku byłem przedsiębiorcą inwestującym czynniki produkcji, by zmienić zużyte opakowania w kapitał-dolary. Korzyści wynikające z wymiany przerastały wycenę mojego czasu, wysiłku, oraz należących do moich rodziców mydła, wody i paliwa. (Z oczywistych względów dużo bardziej ceniłem swoje korzyści, swój czas, aniżeli nakłady moich rodziców, ale to już zupełnie inna historia).

Co jest złego w recyklingu? Odpowiedź jest prosta: to się nie opłaca. A ponieważ się nie opłaca, oznacza to, że jest to nieefektywne wykorzystanie czasu, pieniędzy i rzadkich zasobów. Prawdą jest, co mawia Mises: „Niechaj ceny będą twoim przewodnikiem”. Ceny są podstawą oceny działalności ex post. Jeżeli działanie kończy się finansową klapą, to było ono stratą zasobów, zarówno przedsiębiorstwa, jak i społeczeństwa.

To ja mam ponosić nakłady, by oczyszczać, sortować różnego rodzaju materiały zdatne do recyklingu, ot tak sobie, bez żadnej rekompensaty. I to ma być uznawane za ekonomicznie efektywne działanie? W niektórych wspólnotach – spośród których wiele ma pewnego rodzaju programy recyklingowe – mieszkańcy muszą dopłacać, by firmy przetwarzały papier, plastik, czy szkło. Po prostu, by kosze na śmieci były „obsługiwane”, trzeba płacić comiesięczny abonament.

W innych miejscach, takich jak moje miasto, miejskie firmy oczyszczające zyskują dzięki klasie politycznej. Rządzący określili, że warunkiem wygranej przetargu na wykonywanie tych usług, firma musi zapewnić kosze dostosowane do recyklingu. Co więcej, musi ona także wysyłać „śmieciarki”, by opróżniać pełne kosze, dostarczać je do firm, które nie są szczególnie zainteresowane przetwarzaniem tych materiałów. O ile te kosze (do recyklingu) są podobno darmowe, o tyle rzeczywisty koszt ich utrzymania jest włączony do mojego rachunku za usuwanie odpadów.

Skoro więc nie ma rynku na materiały do odzysku, przynajmniej wystarczająco efektywnego, by zwrócić moje nakłady w postaci wody, mydła, nie wspominając o czasie i pracy, uważam, że nie ma szczególnego zapotrzebowania na recykling. Jeżeli śmietniska byłyby zapchane, koszt składowania automatycznie wzrósłby. Wtedy widziałbym ekonomiczną – finansową – korzyść w zmniejszaniu ilości produkowanych śmieci i zwiększaniu zawartości kosza do recyklingu, ponieważ im więcej w pojemnikach do recyklingu, tym mniej w coraz droższych pojemnikach na zwykłe śmieci. Ceny są podstawą kalkulacji kosztów przedsiębiorcy, a przez to podstawą ludzkich działań. Z recyklingiem jest podobnie.

Przecież nie może być korzyści, nawet dla neoklasycznego społeczeństwa, jeżeli trzeba komuś płacić za usuwanie materiałów zdatnych do recyklingu.

Co dodatkowo jeszcze uzmysławia, że recykling jest nieopłacalny, to że środki przeznaczone na tę działalność mogłyby być skierowane gdzie indziej. Zamiast je marnować, bardziej rozważnym byłoby zainwestować takie pieniądze na wynalezienie nowych technologii, by lepiej wykorzystać rzadkie zasoby.

Działalność ludzka zawsze kieruje zasoby tak, by zaspokoić najpilniejsze potrzeby. Takie skierowanie zasobów oznacza, że działalność, której celem nie jest zaspokojenie najbardziej pilnych potrzeb, jest relatywnie droga. Dlaczego? Te działania „walczą”, albo, jak kto woli, konkurują o czynniki produkcji z zyskownymi działaniami, które mają na celu zaspokojenie najbardziej naglących potrzeb. Zyskowne działania spowodują, że koszt rzadkich zasobów wzrośnie, co doprowadzi do finansowej klapy te inicjatywy, które nie zaspokajają takich potrzeb. Przymusowy recykling jest tego rodzaju działaniem.

Koncepcja przejadanych zasobów zawiera mnóstwo błędów. Szkło, które zmierza na wysypisko, poczeka sobie cichutko, spokojnie, aż ktoś zapragnie jego wartości. To szkło nigdzie się nie wybiera, a jeśli stanie się niczym złoto, albo nawet trochę mniej wartościowe, można spokojnie założyć, że przedsiębiorcy zaczną przekopywać wysypiska w jego poszukiwaniu, nie wspominając o plastiku, aluminium, itd.

Jedynym zastrzeżeniem do tego toku rozumowania jest to, co Rothbard napisał, kiedy omawiał korzyść psychologiczną, którą człowiek odczuwa podczas wykonywania działania, nawet takiego, które prowadzi do straty finansowej.

Kto odnosi korzyść psychologiczną z recyklingu? Człowiek uszczęśliwiający innych na siłę oraz ortodoksyjny „zielony”. A odkąd recykling jest celem etatystycznym, ci ww. ludzie zmuszają do ponoszenia kosztów recyklingu niczego niespodziewające się masy, sprzedając im całą rzecz jako działalność pseudo-duchową. Są jeszcze ci, którzy zyskują, ponieważ nie dostrzegają pełnego kosztu recyklingu, jednakże ich psychiczna korzyść jest bardziej krótkotrwała niż rzeczywista. Jeszcze innymi zwycięzcami są firmy zajmujące się zbieraniem i przetwarzaniem tych materiałów; przemysł, którego legitymacja ustanawiana jest na szczeblu lokalnej polityki (w krajach anglosaskich prawodawstwo jest bardziej zdecentralizowane – przyp. tłum.)

Jeżeli recykling związany z finansową stratą poprawia Ci humor, to zbieraj, składuj, przetwarzaj. Pozwól kierować swoimi działaniami własnym preferencjom, ale nie narzucaj ich innym, mającym odmienną hierarchię działań. Dlatego nie łudź się myśleniem, że robisz coś ekonomicznego. Po prostu zwiększasz swoją psychiczną satysfakcję kosztem innych bardziej racjonalnych inwestycji. Twoje działania są Twoją sprawą, nie narzucaj mi swoich preferencji, tak by stały się moim interesem.

Ach, i nie zaczynaj opowiadać moim dzieciom tej bajeczki. Pamiętaj Hazlitta i zastanów się jeszcze drugi i trzeci raz zanim zaczniesz dochodzić do jakichkolwiek ekonomicznych konkluzji.

Artykuł pochodzi ze zbioru artykułów codziennych Mises Daily, dostępnych na stronie amerykańskiego Instytutu Ludwiga von Misesa.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Jim Fedako

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy