Bitner: O argumentacji ilościowej w ekonomii

26 listopada 2005 Ekonomia międzynarodowa komentarze: 0

O argumentacji ilościowej w ekonomii

Gdy zamierzamy przekonać rozmówcę do fałszywości określonych koncepcji ekonomicznych, posługujemy się zwykle pewnym schematycznym rozumowaniem pokazującym szkodliwość krytykowanego rozwiązania. Austriacka teoria, stroniąc od ilościowej argumentacji, w większości prostych przypadków odpowiada następująco:

Na (zupełnie) wolnym rynku mamy do czynienia z danym wzorcem gustów, konstrukcją myślową oznaczającą sposób użycia zasobów zgodnie z potrzebami ludzi, które objawiają się nieustannie poprzez wyrażanie preferencji w momencie wymiany. Gdy alokacja zasobów jest zgodna ze wzorem gustów, to jest ona optymalna[1]. Każde wywołane przymusem odstępstwo skutkuje tu błędną alokacją – zasoby używane są niezgodnie z życzeniami uczestników rynku. Argumentując po austriacku pokazujemy, jak dana interwencja zaburza stan wolnorynkowy i jaka strata jest w końcu jej skutkiem.

Prześledźmy to na przykładzie taryf celnych. Niech rząd wprowadzi cła na import używanych samochodów (co postulują od pewnego czasu niektórzy politycy, a szczególnie producenci nowych aut). Dla krajowych konsumentów będzie to oznaczać, że wysiłek producentów,[2] który mógł skupiać się na wytwarzaniu innych dóbr, zostanie teraz przeniesiony na produkcję nowych samochodów, a zatem te „inne dobra” nie powstaną.

Dodatkowo zachodzi jeszcze jeden, wyjątkowo pociągający dla utylitarnych krytyków interwencjonizmu efekt – wzrost popytu na samochody nowe doprowadzi do przejścia większej liczby producentów do tej branży, co ostatecznie obniży zyski z ponadprzeciętnego (wywołanego wprowadzeniem ceł) poziomu. Gdy już tak się stanie, wtedy dalsze utrzymywanie taryf celnych nie przyniesie już nikomu żadnych korzyści (pomijam tu celników i przemytników). Producenci nowych samochodów muszą tak samo jak dotychczas konkurować, byli importerzy używanych aut zajmują się jakimś mniej zyskownym zajęciem, a konsumenci zostają z dobrami, które mniej im potrzebne. Dodać należy jeszcze, że producenci nowych aut są jednocześnie konsumentami, więc tracą naprawdę wszyscy. Zachowanie taryf jest zatem sprzeczne z tzw. interesem narodowym i gdyby politycy kierowali się nim, a nie strachem grup uprzywilejowanych przed zmianą swego miejsca na rynku, to już dawno by je znieśli.

Co jednak, jeśli mało wprawiony dyskutant nie potrafi zastosować schematu z gustami (lub też oponent rokuje małe szanse na zrozumienie tej mocno abstrakcyjnej argumentacji)? Wtedy często dochodzi do użycia ilościowej, najczęściej pieniężnej argumentacji. Przywoływane są konkretne kwoty i na zasadzie kosztu alternatywnego pokazuje się ich błędne wydawanie. Szafuje się nawet wyliczeniami dokładnych kwot zmarnotrawionych pieniędzy. Nie polecam szczególnie tego typu argumentacji[3], zdaję jednak sobie sprawę, jak często jest stosowana. Pamiętać więc należy o podstawowej zasadzie, by dana suma pieniędzy wydawana była tylko raz. Co przez to rozumiem? Załóżmy, że rząd nałożył podatek mln zł i nakupił za pozyskane środki ogrodowe krasnale. Wyobraźmy sobie wymianę argumentów, która mogłaby nastąpić.

Ile pieniędzy zostało zmarnowanych? Milion mniej więcej. Ale zaraz, zaraz, przecież sprzedawcy krasnali mają teraz pieniądze i będą je wydawać z korzyścią dla siebie i innych. Na to pada argument, że ten, którego rząd ograbił też by wydał i jego klienci również mieliby więcej. Którzy są więc ważniejsi i których jest więcej?

Taką spiralę argumentów, które niczego nie wnoszą, trzeba kiedyś przerwać, zostawiając wszystkie pieniądze wydawane w sposób rynkowy, zajmując się tylko bezpośrednimi skutkami przymusu. Chodzi o to, by zawsze porównywać dobrowolne z przymusowym, a nie dobrowolne z dobrowolnym.

Oto do jakich wniosków można jednak dojść pomimo trzymania się tego założenia:

W felietonie „Tworzenie miejsc”[4] Janusz Korwin-Mikke napisał:

W rzeczywistości jest, oczywiście, dokładnie odwrotnie: celem gospodarki jest zmniejszanie liczby miejsc pracy!
Jeśli mam czteroosobowy warsztat produkujący guziki i tak zracjonalizuję pracę, że tę samą produkcję uzyskam, zmniejszając zatrudnienie do trzech osób, to zaoszczędzę (powiedzmy) 1000 zł na pensji (i mniej więcej drugie tyle na podatku, ZUS-ie i innych obciążeniach) czwartego pracownika. Wywalam go z roboty – i za to właśnie otrzymuję premię: biorę 1000 zł dla siebie za pomysłowość – i obniżam o drugi 1000 zł ceny guzików (tu może, ale nie musi, okazać się, że moja sprzedaż wskutek tego tak wzrośnie tak, że będę mógł ponownie przyjąć do pracy tego czwartego – a może i piątego – pracownika; po większej części: kosztem innych guzikmanów zapewne. Nie ma to jednak większego znaczenia dla tych rozważań). Tak więc działanie gospodarcze polega nie na stworzeniu lecz na likwidacji miejsca pracy! Co zresztą jest, przyznajemy po namyśle, naturalne: celem człowieka zawsze było, by się mniej napracować – a nie więcej!!!
Ma to jednak pewne skutki uboczne. Wywalony z pracy Czwarty rozpaczliwie jej poszukuje. Brak mu tego 1000 zł, by wyżywić rodzinę…
…ale ja mam w kieszeni o 1000 zł więcej – nabywcy moich guzików też mają wskutek obniżki ceny o 1000 zł więcej. Będą więc chcieli coś kupić! I tu – a raczej: tam, gdzieś – Niewidzialna Ręka Rynku stworzyła nowe miejsce pracy dla tego Czwartego, a może i Piątego.”

Odpuszczę sobie tym razem zajęcie się argumentem o tworzeniu miejsc pracy przez narastający popyt i cokolwiek dziwną sytuacją, że ceny nie zostały obniżone wcześniej, przed zwolnieniem czwartego pracownika. Napisane zostało też, że miejsce pracy kosztuje 2000 zł, więc za dwa razy po tysiąc nie stworzy się dwóch, chyba że na czarno. Problem polega jednak na tym, że zaoszczędzone 1000 zł nie przekłada się automatycznie na pensję dla zwolnionego pracownika. Nie ma się co oszukiwać – zwolniony pracownik straci na wprowadzeniu innowacji. Wybrał (jego zdaniem) najlepszą z dostępnych ofert pracy i każda niedobrowolna zmiana oznacza pogorszenie sytuacji (zwykle po prostu spadek płacy) i naprawdę mała jest szansa, że zrekompensują to tańsze guziki. W gospodarce nie ma więc żadnego automatyzmu – zaoszczędzone na tańszych produktach pieniądze nie przyczynią się do powstania nowego miejsca pracy płatnego kwotą równą sumie oszczędności. Można sobie wyobrazić, że gdyby w momencie zwolnienia Czwartego gospodarka przeszła do stanu jednostajnie wirującego[5], to nigdy nie miał on by się lepiej niż przed zwolnieniem.

Do takiej sytuacji oczywiście nie dojdzie, bo wzrost powszechnego dobrobytu dokonuje się, tyle że w nieco inny sposób. Po pierwsze, innowacje dokonywane są w każdym sektorze gospodarki i wszystkie (poza tą, która skutkuje zwolnieniem go z pracy) są dla Czwartego korzystne[6], gdyż może kupować dobra po niższych cenach. Po drugie, zaoszczędzone środki mogą zostać zainwestowane, co zwiększy kapitał w gospodarce, co przekłada się na wzrost płac.

Dodajmy jeszcze, że Niewidzialna Ręka tworzy miejsca pracy nie tylko dla Piątego (co nie wynika wprost z przytoczonego fragmentu – autor zapomniał, że miejsce pracy kosztuje 2000 zł), ale i dla Szóstego, Pięćdziesiątego, i Milionowego, którzy wcale nie musieli być zwolnieni! Po prostu póki każdy nowy pracownik na rynku będzie zwiększać globalną produkcję w sposób bardziej niż proporcjonalny, to miejsc pracy nigdy nie zabraknie.

Maciej Bitner


[1] Według konsumentów i w momencie wyboru. Nie poruszam tutaj kwestii takich jak dobra publiczne, monopole i inne podobne „błędy” na rynku.

[2] Oczywiście w gospodarce występują daleko idące powiązania i pisząc producenci mam na myśli wszystkich tych, którzy zarabiają na produkcji. Ta grupa jest bardzo szeroka – obejmuje dostawców i dostawców dostawców itd. – znacznie ponad wyobrażenia przeciętnego człowieka. Czy ewentualnym spadkiem popytu na towar dotknięci są zatem wszyscy uczestnicy rynku? I tak i nie. Bo tak samo jak wszyscy tracą na spadku popytu na dobro A, tak i wszyscy zyskują na wzroście popytu na dobro B. Można podzielić ich zatem na trzy zbiory – tych, którzy tracą więcej niż zyskują, tych którzy więcej zyskują i tych, którzy stracili tyle samo co zyskali (tę ostatnią grupę można by wyeliminować, bo choć można wyobrazić sobie, że są to ludzie mający tę samą ilość pieniędzy w portfelu, to jednak podaż dóbr zmieniła swój charakter. Jeśli jednak znajdziemy takich, których nie dotknęła zmiana cen, bo nie kupują i nie kupowali dóbr, których cena uległa zmianie, to można powiedzieć, że ich dobrobyt nie zmienił się. Pamiętać trzeba przy tym, że zmiana cen dla uczestnika rynku wynika nie tylko ze zmiany popytu na A i B, ale i ze zubożenia i wzbogacenia się producentów tych dóbr).

[3] Szczególnie jeśli zwrócimy uwagę, że argumenty te są zwyczajnie bezpodstawne, ponieważ ekonomia nie jest nauką eksperymentalną i nie sposób skalkulować ilościowego rozwoju sytuacji w identycznych warunkach. Ilościowe reakcje wynikają bowiem z uszeregowania ludzkich preferencji, niewidocznych do momentu ich zademonstrowania poprzez działanie – przyp. red.

[4] „Najwyższy Czas!”, 6 października 2001.

[5] Tzw. ERE (Evenly Rotating Economy), czyli konstrukcji myślowej, w której uczestnicy życia gospodarczego wciąż dokonują tych samych wyborów, konsumują tyle by wystarczyło na odtworzenie środków produkcji i nie ma żadnego zysku ponad naturalną stopę procentową. Zasadniczo polega to na tym, że wszystko biegnie dokładnie tak jak w przeszłości, odtwarzany jest nieustannie pewien stan zastany.

[6] Oczywiście wszystkie te, z których zysk przewyższa stratę z tytułu straty uczestników rynku, z których kondycją finansową związany jest jego byt (podobnie jak w przypisie 2). Może się oczywiście zdarzyć, że kolejne przedsiębiorstwo, w którym się zatrudni za pensję powiedzmy 950 zł, zbankrutuje, a jego pensja spadnie do 900 zł po przeniesieniu do kolejnego. To może oznaczać spadek jego dobrobytu mimo innowacji i tańszych towarów naokoło. Co więcej można wyobrazić sobie takiego pechowca, który ciągle będzie zatrudniał się w likwidowanych właśnie branżach, co w sytuacji, gdy innowacje będą zachodziły wyłącznie tam (lub gdzie indziej będzie ich dostatecznie mało), może skutkować obniżonym dobrobytem, ale tu patrz dalej powód drugi.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Maciej Bitner

Ekonomista, znawca rynków finansowych. Autor licznych artykułów publicystycznych na stronie mises.pl i wykładowca na konferencjach organizowanych przez Instytut Misesa w latach 2005-2013. Obecnie główny ekonomista Warszawskiego Instytutu Studiów Ekonomicznych.

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy