Hülsmann: Euro: Rothbardiańska interpretacja najnowszej historii

22 stycznia 2006 Ekonomia międzynarodowa komentarze: 2

rg Guido Hülsmann
Euro: Rothbardiańska interpretacja najnowszej historii monetarnej
Tłumaczenie: Tomasz Wyszyński

Niniejsze dzieło Murraya Rothbarda[1] kończy się analizą międzynarodowego systemu walutowego, jaki istniał w połowie lat siedemdziesiątych. Poniżej chcemy zarysować jego dalszy rozwój (stan na rok 1999). Musimy przy tym po części cofnąć się trochę dalej i zająć się bliżej niż Rothbard teorią konkurujących pieniędzy fiducjarnych, która jest zasadnicza dla zrozumienia minionych 25 lat.

1. Istota nowych międzynarodowych instytucji monetarnych.

Mistrzowskie przedstawienie historii walutowej przez Rothbarda uświadamia nam ciągle podstawowy aksjomat teorii pieniądza, że ilość pieniądza jest nieznacząca dla stosunków handlowych. Każda dowolna ilość pieniądza wystarcza, aby sprzedać dowolną ilość dóbr i usług. Większa ilość pieniądza powoduje jedynie, że dobra i usługi sprzedawane są po wyższych cenach (na wyższym poziomie cen), podczas gdy mniejsza ilość pieniądza spełnia tę samą funkcję przy niższych cenach.

Dla konsumentów wysokość poziomu cen jest obojętna. Jeśli w obiegu jest mniej pieniędzy, ich dochody pieniężne są mniejsze, ale niższe są również ceny dóbr konsumpcyjnych. Odpowiednio, większej ilości pieniądza w obiegu towarzyszy wyższy dochód, ale także wyższe ceny dóbr konsumpcyjnych. Dla dochodu realnego nie ma to oczywiście żadnego znaczenia.

Dokładnie tak samo wygląda to z perspektywy przedsiębiorców. Dla sukcesu w przedsiębiorczości poziom cen jest całkowicie pozbawiony znaczenia. Decydujące jest raczej rozbicie cenowe pomiędzy cenami zakupu i cenami sprzedaży (tj. różnica między nimi – red.). Odnoszące sukcesy przedsiębiorstwa cieszą się wystarczającym rozbiciem cenowym, podczas gdy rozbicie cenowe przedsiębiorstw nierentownych jest za małe lub nawet negatywne. Duże i małe, pozytywne i negatywne rozbicia cenowe występują zaś, rzecz jasna, przy każdym poziomie cen. Im większa ilość pieniądza, tym wyższe ceny kupna i sprzedaży, a im mniejsza, tym niższe są ceny kupna i sprzedaży.

Zatem, jeśli ilość pieniądza jest bez znaczenia dla swojego właściwego celu – stosunków handlowych – to jak to się dzieje, że poświęca jej się tak dużo uwagi w nauce i praktyce politycznej? Dlaczego istnieją takie instytucje walutowe jak Bundesbank lub Międzynarodowy Fundusz Walutowy, których główna funkcja polega na regulacji i dystrybucji ilości pieniądza?

Rothbard pokazuje nam, że powinniśmy patrzeć nie na ilość pieniądza jako taką, lecz na zmiany ilości pieniądza. Zmiany ilości pieniądza są wprawdzie nieistotne dla funkcji wymiennej pieniądza, ale towarzyszy im z konieczności redystrybucja. Kiedy zwiększa się ilość pieniądza, to nowa moneta dostaje się na początku w ręce jedynie kilku nielicznych uczestników rynku i stąd rozchodzi się stopniowo do innych. Pierwsi odbiorcy dodatkowego pieniądza mogą teraz nabyć więcej istniejących dóbr aniżeli byłoby to dla nich możliwe w innym przypadku. To musi obciążyć późniejszych odbiorców, którzy mogą nabyć teraz już tylko mniej.

Jednym słowem: Zmiany ilości pieniądza nie mają wprawdzie żadnego wpływu na jego usługi jako środka wymiany, ale zmieniają przepływ dochodu w społeczeństwie.

To ten fakt od dawna stanowił dla rządów wszystkich krajów pokusę, by przejąć kontrolę nad produkcją pieniądza i kierować jego dystrybucją w swoim interesie. Od Rothbarda dowiadujemy się, jak dziś państwo, po długich stuleciach, osiągnęło ten cel w stopniu zupełnym. O ile pieniądz był kiedyś pieniądzem z metalu szlachetnego i jego produkcja była w ten sposób ograniczona przez bardzo wąskie naturalne granice, tak dzisiaj jest pieniądzem fiducjarnym (najczęściej w formie pieniądza papierowego)[2], którego podaż może zostać w każdej sekundzie zwiększona tysiąckrotnie przez samowolę jego producenta (władzy walutowej). Niektórzy uprzywilejowani obywatele lub grupy wzbogacają się przez to na koszt wszystkich innych.

Nie trzeba wiele fantazji, aby wyobrazić sobie, jakie znaczenie dla kierowania strumieniami dochodu mają współczesne władze walutowe. W nieskrępowanej gospodarce rynkowej to decyzje kupna konsumentów określają, jakie produkty i w jakich ilościach mogą być produkowane rentownie. W demokracji rynkowej tylko konsumenci ostatecznie decydują, komu i jaki dochód przypadnie. Jednak władze walutowe ingerują w ten proces i częściowo go anulują. Poprzez praktycznie darmową produkcję dowolnie dużych sum nowego pieniądza podtrzymują przy życiu przynoszące straty przedsiębiorstwa. Stwarzają „płynność”, która osłabia proces selekcji. Prasa drukarska tworzy także „płynność” pozwalającą na pozór bezgranicznie rosnąć zadłużeniu państwowemu i rynkowi akcji.

Krótko mówiąc: Pieniądz papierowy jest najważniejszym instrumentem wspierania i zachowania uprzywilejowanych interesów, co oznacza praktycznie zawsze: interesów establishmentu. Pieniądz papierowy nie tylko czyni bogatych bogatszymi, a potężnych potężniejszymi, aniżeli mogliby oni być przy czysto dobrowolnym poparciu swoich współobywateli. Przeszkadza rynkowi i kartelizuje go, a także jest dla państwa manną z nieba, dzięki której może ono ciągle rosnąć na koszt swoich poddanych.

W zakresie międzynarodowym pieniądz papierowy zmienia tylko formę, w której się pojawia, ale nie swą istotę narzędzia nieuzasadnionego bogacenia się. Wszystkie systemy pieniądza papierowego są tworami państwowymi, a rozwój międzynarodowych systemów walutowych jest kontynuacją wewnątrzpaństwowej polityki redystrybucji innymi środkami. Dokładnie tak jak narodowe systemy walutowe zostały stworzone po to, by dostarczać ciągłych korzyści każdorazowo najbardziej politycznie uprzywilejowanym grupom na koszt wszystkich innych obywateli, tak pewne instytucje międzynarodowe (EMU, EBC, MFW itd.) zostały powołane do życia, by te korzyści dla politycznej i administracyjnej kasty utrzymać i umocnić.

Rozwój ostatnich lat przybliżył nas przy tym znacząco do nowego porządku światowego, do jakiego dąży wpływowa grupa keynesowsko zorientowanych polityków, przedsiębiorców i intelektualistów w Europie, Japonii i USA. Chodzi o zakrojony na wielką skalę projekt, w którym międzynarodowe stosunki gospodarcze regulowane będą już nie przez prywatne umowy, lecz międzynarodową biurokrację. W nowym porządku światowym powinna być tylko jedna waluta światowa i tylko jedna światowa policja, która zajmie się przeforsowywaniem rozporządzeń jednej międzynarodowej biurokracji.[3]

Plany te, będące dla Rothbarda w 1990 roku jeszcze ponurą melodią przyszłości, zostały już po części urzeczywistnione. Jako pierwszy element pięknego, nowego świata powstała na początku lat 90. Międzynarodowa Organizacja Handlu (WTO), która zastąpiła międzypaństwowe uzgodnienia handlowe w ramach GATT. Z początkiem roku 1994 wszedł w życie północnoamerykański „układ wolnego handlu” a na początku 1999 Europejski Bank Centralny. Brukselska Komisja Europejska zyskuje coraz więcej wpływu i daje się poznać jako jądro przyszłego europejskiego rządu centralnego. Światowy bank centralny nie jest jeszcze wprawdzie na porządku dziennym, jednakże mógłby to być następny krok, gdy tylko w Europie znikną ostatecznie waluty narodowe. Rdzeń takiej instytucji mógłby znajdować się w istniejącym już Banku Światowym w Waszyngtonie, D.C., który od dawna szuka sobie sensownego zadania. (Dotychczas sztucznie utrzymywał za sterem skorumpowane rządy w Trzecim Świecie poprzez dostarczanie im kredytów z kieszeni zachodniego podatnika. Tym okupiona została podczas zimnej wojny współpraca militarna finansowanych władców. Od tej pory jego zadanie polega na punktualnej liberalizacji handlu zagranicznego, co z reguły wychodzi na dobre przedsiębiorstwom z dobrymi kontaktami w Banku Światowym.)

Jakkolwiek tendencja do nowego porządku światowego daje się łatwo rozpoznać, nie możemy się zadowolić postrzeganiem jej jako skutku międzynarodowej konspiracji. Każde planowe działanie jakiejś grupy polega w pewnym sensie na „konspiracji”. Ale ukazanie jedynie tego, iż pewni ludzie mają interes w konkretnym rozwoju zdarzeń, nic jeszcze nie wyjaśnia. Trzeba także pokazać, dlaczego ci ludzie zdołali skutecznie postawić swoje interesy naprzeciw wszystkim innym interesom. Jakie były obiektywne warunki tego, że zwolennicy keynesowskiego nowego świata w ciągu ostatnich 25 lat zdołali odnieść tak wielkie sukcesy? Poniżej chcemy odpowiedzieć na to pytanie.

2. Powstanie Europejskiego Systemu Walutowego.

Po załamaniu się systemu z Bretton Woods i klęsce Umowy Waszyngtońskiej (ang. Smithsonian Agreement) w roku 1973 banki centralne krajów zachodnich działały przez pewien czas całkowicie nieskrępowane. Drukowały pieniądze, którymi opłacane było eksplodujące państwo dobrobytu i nierentowne państwowe lub finansowane przez państwo zakłady. Banki centralne przyznawały bankom komercyjnym owe bardzo „elastyczne” linie kredytowe, na podstawie których banki mogły udzielać coraz większych kredytów państwu, regionom i gminom.

To były złote dni dla uprzywilejowanych przez państwo interesów gospodarczych na Zachodzie (w Niemczech szczególnie: banków, górnictwa, przemysłu samochodowego, urzędników, budowy dróg, związków zawodowych i koncernów farmaceutycznych). Wystąpiły też jednak skutki uboczne, które z punktu widzenia tych i innych grup były nadzwyczaj przykre.

Po pierwsze, inflacja doprowadziła do coraz bardziej obciążającej rynek kredytowy ucieczki w wartości rzeczowe. Sytuacja ta musiała wywołać opór banków i przemysłu.

Po drugie, inflacja pozbawiła zarobków ludzi oszczędzających i czerpiących stały dochód. Wywołało to niezadowolenie klasy średniej, szczególnie urzędników.

Po trzecie, inflacja groziła zmniejszeniem skłonności obywateli do oszczędzania. W większości krajów tendencja ta była jeszcze ledwie odczuwalna, ale wszyscy decydenci zdawali sobie sprawę, że przy dalszej inflacji prędzej czy później musiałoby dojść do zmniejszenia się ilości tworzonego kapitału. Z, wtedy jeszcze dużo silniejszymi, ograniczeniami międzynarodowego rynku kapitałowego w tle, sytuacja ta była nie do zaakceptowania w szczególności dla przemysłu i aktorów rynku kapitałowego. Ale państwo także musiało się obawiać zmniejszenia swojej przyszłej bazy podatkowej.

Po czwarte, wystąpił teraz zaniedbywany dotychczas problem wahających się kursów wymiany. Zasadniczymi elementami systemu z Bretton Woods były A) zobowiązanie amerykańskiego banku centralnego do wymiany dolara na złoto na żądanie innych banków centralnych i B) zobowiązanie wszystkich innych banków centralnych do wymiany na żądanie ich walut na dolara. Koniec końców, poszczególne waluty krajowe były różnymi dokumentami posiadania tego samego dobra, mianowicie złota. Pozostawały między sobą w stale określonym stosunku wartości.

Zupełnie inaczej miało się to w nowym systemie czysto narodowych walut papierowych, który wszedł w życie, gdy banknoty banków centralnych przestały być wymieniane na złoto. Teraz waluty krajowe nie były dokumentami posiadania złota, lecz niezależnymi dobrami. Banki centralne nie były już bankami, lecz producentami pieniędzy. I jako że produkowano więcej franków niż marek niemieckich i więcej marek niż franków szwajcarskich itd., to wartość walut narodowych zmieniała się w różnym stopniu. Dochodziło zatem do wahań kursów wymiany, które ciężko było przewidywać, co przeszkadzało w handlu międzynarodowym i, w szczególności, w międzynarodowych przepływach kapitału.

W takim krajobrazie powstały we wszystkich grupach nowe grupy interesów, które razem dążyły do powrotu do systemu stałych kursów wymiany. W Europie starania te doprowadziły do stworzenia Europejskiego Systemu Walutowego w roku 1979. Na konferencji, która odbyła się w grudniu 1978 w Bremie rządy Francji, Niemiec, Włoch, Holandii, Belgii, Luksemburga, Danii i Irlandii uzgodniły, że będą dążyć do stabilizacji kursów wymiany swoich walut papierowych w ramach pewnych pasm wahań. Wynik ich starań został nieco wyniośle i myląco nazwany „Europejskim Systemem Walutowym”.

ESW spełniał obie najważniejsze potrzeby panujących w uczestniczących krajach koalicji politycznych. Po pierwsze, stabilizował kursy wymiany i zmniejszał przez to, przynajmniej w Europie, ryzyko inwestycji zagranicznych i umów dostawy. (Powinno zostać podkreślone, że ten stan rzeczy wychodził naprzeciw nie tylko „interesom kapitału”, lecz wszystkich obywateli, gdyż większy międzynarodowy podział pracy podnosi produktywność wszystkich krajów.)

Po drugie, ESW nie przewidywał obowiązku wymiany walut narodowych na metal szlachetny – bądź też użycia jakiegokolwiek innego pieniądza towarowego. Raczej pozostawiał walutę papierową na swoim miejscu i dążył tylko do stabilizacji kursów wymiany między nimi.

Cel tej konstrukcji jest oczywisty. Wprowadzenie pieniądza towarowego oznaczałoby duże ograniczenie możliwości zwiększania podaży pieniądza. Władze w uczestniczących państwach nie mogły się z tym pogodzić, ponieważ ich pozycja ekonomiczna zależy właśnie od możliwości finansowania poprzez prasę drukarską. Dlatego też miały one priorytetowy interes w utrzymaniu walut papierowych. ESW musiał zostać zbudowany na papierze.

3. Znaczenie ESW, 1979 – 1998

Aby zrozumieć funkcjonowanie ESW, trzeba uwolnić się od tak podstawowego, jak szeroko rozpowszechnionego nieporozumienia. Wielu ekonomistów popełnia błąd, oceniając instytucje takie jak ESW według zamiaru ich twórców, zamiast rzeczywistej istoty. Zamiarem twórców ESW było faktycznie stworzenie systemu sztywnych kursów wymiany pomiędzy papierowymi walutami. Jednak instytucja, którą stworzyli, była czymś trochę innym.

ESW nie był systemem sztywnych kursów wymiany. I był on w stanie stworzyć jako tako stabilny porządek walutowy tylko dlatego, że nim nie był.

Fakt ten staje się jasny, gdy tylko uświadomimy sobie przesłanki i sposób funkcjonowania systemu kursów sztywnych pomiędzy walutami papierowymi. Technicznie, system taki jest równoznaczny z tym, że uczestniczące banki centralne zostają zobowiązane do zakupu walut innych banków centralnych w pewnym wymiarze. Bank centralny może stabilizować kurs wymiany swojej waluty jedynie w bardzo niedoskonały sposób. Jeśli kurs ten wzrasta, bank mógłby wyprodukować więcej pieniędzy („wydrukować banknoty”) i poprzez ich sprzedaż obniżyć kurs wymiany swojej waluty. Jednakże rzecz wygląda zupełnie inaczej, kiedy kurs wymiany zaczyna spadać. W tych okolicznościach mógłby on wprawdzie wykorzystać swój majątek (tzw. rezerwy banku centralnego), aby skupować swoją walutę. Jednak rozwiązanie to, nawet w przypadku bardzo bogatych banków centralnych, jak Bundesbank, nigdy nie może funkcjonować na dłuższą metę. Dlatego jest niezbędne, by w takich przypadkach inne banki centralne zaczęły produkować więcej własnej waluty dla celów skupu waluty zniżkującej i uniemożliwienia dalszego spadku jej kursu.

Te czysto techniczne spostrzeżenia pozwalają nam przewidzieć podstawowy problem wszystkich systemów sztywnych kursów pomiędzy walutami papierowymi. W rzeczywistości takie systemy powiększają możliwości nadużyć. Ich sens i cel polega, jak wspomniano, jedynie na tym, by szybciej i mocniej zwiększać ilość pieniądza niż byłoby to możliwe z pieniądzem towarowym, i aby zmieniać przepływ dochodu w społeczeństwie. Lecz ta redystrybucja dotyczy z grubsza tylko gospodarki narodowej z danym bankiem centralnym. Może on w istocie sterować przepływami dochodów tylko w ramach swojej własnej gospodarki. Ale nie może on wzbogacać swojej gospodarki kosztem innych krajów, ponieważ inflacja ich walut prowadzi nieuchronnie do spadających kursów wymiany, a spadające kursy wymiany wytwarzają wciąż na nowo równowagę miedzy importowanymi a eksportowanymi dobrami.

Zmienia się to w systemie kursów sztywnych. Jak widzieliśmy, system taki oznacza w istocie gwarancje zbytu dla walut inflacyjnych. Inni uczestnicy rynku (inne banki centralne) są zobowiązane przez system do zakupu po starym kursie waluty, która straciła na wartości. Przez to istnieje bodziec, by możliwie jak najsilniej zwiększać podaż własnej waluty – lub w każdym razie mocniej niż inne banki centralne zwiększają podaż swoich walut. Ponieważ tak dalece, jak to się uda, kraj powodujący inflację może importować więcej dóbr i usług niż eksportuje, a zatem bogacić się na koszt innych krajów.

W takim tle staje się jasne, iż każdy system kursów sztywnych pomiędzy walutami papierowymi musi wcześniej czy później upaść. Jeśli np. każdy kierownik jednostki administracyjnej w Niemczech miałby prasę drukarską do produkcji banknotów federalnych, to dla każdego z nich istniałby bodziec, aby wydrukować możliwie jak najwięcej banknotów i by w ten sposób wzbogacić swój okręg na koszt wszystkich innych. A nawet, jeśli nie dążyłby on do takiego jednostronnego bogacenia się, to byłby i tak zmuszony do inflacji, ponieważ posiadacze innych pras drukarskich mogliby go wyprzedzić. Oczywiście taki system jest nie do wytrzymania, gdyż prędzej czy później musi prowadzić do hiperinflacji, a przez to do załamania waluty. Powyższa sytuacja nie różni się niczym od systemu sztywnych kursów pomiędzy walutami narodowymi. Uczestniczące banki centralne nie dysponują wprawdzie prasami drukarskimi dla jednego i tego samego pieniądza, ale ich odpowiednie waluty są definiowane przez system kursów sztywnych jako jeden i ten sam pieniądz. Dlatego każdy ma interes w możliwie jak najdalej idącej inflacji.

ESW nie był systemem kursów sztywnych. Podstawowym faktem jest, że po stronie banków centralnych nie istniało żadne zobowiązanie do zakupu innych walut. Jeśliby takie zobowiązanie istniało, to ESW stałoby się hamakiem dla uzależnionych od inflacji rządów, które pozwalają regularnie się ratować przez inne banki centralne. Nieuchronnym skutkiem byłaby ogólnoeuropejska hiperinflacja.

Zobowiązanie istniało raczej tylko w odniesieniu do każdorazowo własnej waluty. Do obowiązków każdej władzy walutowej należało, by sama z siebie produkowała jak najmniej inflacji, aby zapobiec spadkowi kursu jej waluty. Jeśli kurs wymienny jej waluty się pogarszał, to była zobowiązana zatrzymać spadek kursu poprzez wykup (waluty – tł.) z własnego majątku. Poza tym mogła mieć nadzieję, że inne banki centralne pomogą jej, ale, jak wspomniano, nie były do tego zobowiązane.

W tych warunkach stabilizacja kursów wymiany była możliwa tylko przez samoograniczanie się. Każda władza walutowa musiała sama za siebie podjąć decyzję o możliwie jak najmniejszym zwiększaniu podaży swojej waluty. Ale to przekonanie przyjmowało się zrazu wolno. Wiele europejskich państw nie chciało tak szybko odejść od inflacyjnej polityki lat siedemdziesiątych. Chciały stabilnych kursów wymiany i chciały nadal w wielkim stylu zmieniać przepływ dochodów narodowych prasą drukarską. Lecz to nie było możliwe dopóki, dopóty inne władze walutowe produkowały mniej inflacji niż one, a w związku ESW był co najmniej jeden bank centralny, który powodował mniej inflacji niż wszystkie inne. To była historyczna rola niemieckiego Bundesbanku.

Ponieważ wszystkie inne banki centralne, w szczególności we wczesnych latach ESW, powodowały dużo większą inflację niż Bundesbank, to wartość ich walut w porównaniu do marki niemieckiej ciągle spadała. Nieuchronnym skutkiem były ciągle „dopasowania” rzekomo sztywnych kursów wymiany. Pomiędzy 1979 a 1983 były one zmieniane nie mniej niż 9 razy, aby uwzględnić spadek wartości inflacyjnych walut. Odczuwalna zmiana wystąpiła dopiero w 1983 roku, kiedy pod wrażeniem bankructwa swej inflacyjnej polityki opamiętał się rząd francuski. Po tym zmiany kursów stały się rzadsze, ale bardziej spektakularne. Pomiędzy 1987 a 1992 rokiem nie było żadnych godnych uwagi zmian i pro-brukselscy politycy ze wszystkich frakcji zaczęli już przechwalać się, że ESW stworzył teraz nieodwołalnie sztywne kursy wymiany. Latem 1992 roku ten wytwór wyobraźni pękł jak bańka mydlana, gdy irlandzki funt i hiszpańska peseta musiały zostać „dopasowane”.

Już jesienią następnego roku doszło do ostatecznego załamania się innych parytetów walutowych, gdy funt upadł tak nisko, że brytyjski rząd zaprzestał wszelkich prób stabilizacji i wystąpił z ESW. Krótko po funcie rynki dewizowe wystawiły także i frankowi francuskiemu rachunek za spadek wartości. Banque de France skończyły się rezerwy, którymi mógł odkupywać swojego inflacyjnego franka. ESW spalił na panewce.

Jednak eurokraci we Francji i Niemczech w żadnym razie nie chcieli przyznać się do tej porażki, gdyż obawiali się utraty prestiżu idei politycznej centralizacji, do której dążyli. Chodziło o to, żeby na pewien czas zachować pozór, aż gotowa będzie europejska unia walutowa. Uciekli się zatem do sztuczki i poszerzyli pasma wahań, wewnątrz których kursy dewiz mogły odbiegać od założonego celu z 2,5%, do 15%. Dlatego też stara ESW istniała dalej, „tylko” pasma wahań były nieco szersze. Sztuczka udała się, ponieważ mało który ekonomista bądź dziennikarz nazwał rzecz po imieniu: cesarz nie miał żadnych nowych szat – on był nagi! Nowy ESW był we właściwym tego słowa znaczeniu „systemem” w tak samo małym stopniu jak jego poprzednicy. Ale, podczas gdy za bajdurzeniem starego systemu była jeszcze rzeczywistość w postaci na wpół stabilnych kursów wymiany, to odtąd było już tylko bajdurzenie bez żadnych stałych kursów wymiany.

Kryzysy ESW pokazały nazbyt wyraźnie, że narodowe władze walutowe nastawione były tylko i wyłącznie na siebie. ESW zakładał, że każdy bank centralny podejmie jednostronnie konieczne środki, aby ustabilizować swoje kursy wymiany. Innymi słowy: ESW jako taki nie miał żadnego praktycznego znaczenia. Nie był żadnym systemem w tym sensie, że decyzje uczestniczących banków centralnych były od siebie zależne. Każdy bank centralny działał sam, a zatem wszystkie przypisywane ESW sukcesy osiągnęły własnymi siłami państwa narodowe. Rozwój, jaki od 1979 r. przyjął europejski rynek dewizowy, mógłby wystąpić także bez umowy rządowej z grudnia 1978 r.

Nic nie uzmysławia upadku myślenia ekonomicznego bardziej, aniżeli fakt, że bardzo mało ekonomistów rozpoznało ten stan rzeczy.[4] Najczęściej ekonomiści brali zamiar twórców ESW za dobra monetę i zakładali, że ESW rzeczywiście był systemem kursów stałych. Ich podręczniki i eseje bezkrytycznie przedstawiały przepisy wykonawcze ESW. Powtarzali gadaninę o „symetrycznej interwencji” władz walutowych, pletli o „wiązaniu” (ang. pegging) i opisywali w szczegółach nowo stworzony pieniądz obrachunkowy ESW – Ecu. Te techniczne odniesienia nie były jednak niczym innym aniżeli niewiele znacząca fasadą. Władze walutowe ESW jednoczył tylko cel stabilizacji kursów wymiany. Jednak do każda z władz dążyła do niego oddzielnie. Nie było żadnej wspólnej polityki pieniężnej, żadnej „koordynacji”, a ECU było zaledwie księgową igraszką., Dlatego właściwe znaczenie ESW i Euro leżało nie na polu ekonomicznym, lecz politycznym. Poprzez to, że słowa ESW i Euro były na ustach wszystkich przez dwa dziesięciolecia, narody wspólnoty europejskiej zostały przyzwyczajone do myśli, że słowa te odpowiadają politycznej rzeczywistości. Obywatele wierzyli, że jest europejska polityka pieniężna, że Ecu jest „europejskim pieniądzem” i że wspólna polityka pieniężna i Ecu były zasadnicze dla stabilnych kursów wymiany i prosperity gospodarczej lat 80. i 90.

Ta błędna wiara osłabiała wiarę we własne siły, a także sceptycyzm przeciwko jeszcze relatywnie małej biurokracji w Brukseli. Był to ważny psychologiczny wytrych dla stworzenia Europejskiego Banku Centralnego, obok którego wyrasta dziś nowe europejskie państwo centralne.

4. Rola Bundesbanku w ESW.

Przy wszystkich nowych ustaleniach „stałych” kursów wymiany ESW Bundesbank stał się celem zaciekłych ataków. Nie współpracował, dławił gospodarkę zagranicy, gnębił inne banki centralne itd. Jak to jest jednak możliwe, aby w splocie czysto dobrowolnych stosunków wymiany, jakim jest przecież rynek, jedna strona może wyzyskiwać, albo jakoś inaczej gnębić drugą? Niezliczeni ekonomiści łamali sobie głowę nad tym pytaniem. Jak wyjaśnić „panowanie” Bundesbanku?

Odpowiedź jest taka, że władza Bundesbanku wynikała ze słabości samozadłużenia innych władz walutowych. Właściwym problemem „miękkich” walut nie była marka niemiecka bądź Bundesbank, lecz nienasycona żądza polityków i grup interesu w krajach owych miękkich walut. Obsługiwanie tych grup za pomocą prasy drukarskiej doprowadzało wciąż na nowo do spadku wartości tychże walut, a aby ten spadek wartości nie uwidocznił się w spadającym kursie wymiany, to Bundesbank ze swojej strony powinien produkować więcej pieniędzy, by kupować inflacyjne waluty!

Tak zwana wina Bundesbanku polegała więc na tym, że nie zwiększał podaży marki tak mocno (a przez to nie powodował spadku jej wartości), jak Banque de France franka czy Banca d’Italia lira. Niemcy będą mu zawsze za to dziękować, ale niemieccy i zagraniczni politycy oraz grupy interesów nie mogły mu tego nigdy przebaczyć.

Nie możemy pozostawić żadnej wątpliwości co do istoty instytucji walutowych. Wszystkie banki centralne służą tylko i wyłącznie plądrowaniu ludności na korzyść politycznie zorganizowanych grup interesu. Bundesbank nie jest żadnym wyjątkiem. Jednakże ze wszystkich banków centralnych najmniej szkodził politycznie niezorganizowanej masie ludności. I przysługę tą wyświadczył nie tylko ludności niemieckiej, lecz wszystkim obywatelom Europy. Ponieważ przez wstrzemięźliwość Bundesbanku, do podobnej wstrzemięźliwości zmuszone zostały wszystkie inne banki centralne, które dążyły do stabilizacji kursów wymiany. Marka niemiecka była więc nie tylko kotwicą stabilizacyjną w ESW. Była bastionem w walce pomiędzy europejskim społeczeństwem obywatelskim a europejskimi państwami.

5. Koniec ESW i narodziny Europejskiego Banku Centralnego (EBC).

Zawsze wtedy, kiedy wolność obywateli ograniczana jest w niesłychany sposób, w interesie państwa leży, by jego poddani pozostawali w stanie niewiedzy o tym nowym rabunku. Tak jest również w przypadku Europejskiego Banku Centralnego. Państwowa propaganda przedstawia stworzenie EBC jako proces, który organicznie kontynuuje rozwój w kierunku wytyczonym przez ESW. EBC jedynie poprawia to, co i tak już istnieje.

Ale takie przedstawienie sprawy nie odpowiada faktom, lecz tylko politycznym celom jego twórców. EBC nie jest zwieńczeniem ESW. Stoi na zupełnie innych podstawach i służy całkowicie innym celom. ESW polegał na jednostronnej i indywidualnie odpowiedzialnej czynności uczestniczących władz narodowych. Zmuszał każdą władzę, która chciała ustabilizować kurs wymiany swojej waluty, do tego, by nie powodować więcej inflacji, aniżeli najmniej pro-inflacyjna władza siostrzana. Prowadziło to do relatywnej stabilności kursów wymiany. Przede wszystkim jednak, prowadziło to (prawdopodobnie wbrew woli ojców ESW) do ograniczenia finansowania państwa przez prasę drukarską.

Znaczenie nowego EBC polega na tym, że oto po raz pierwszy w historii istnieje centralny europejski producent pieniądza fiducjarnego, który znosi nadane przez stary system ograniczenie państwowych budżetów, a przez to otwiera państwu i ściśle z nim powiązanym grupom interesu nową drogę do bogacenia się. To jest właściwy cel EBC i zamiar jego twórców. Aby uświadomić sobie ten fakt, rzućmy okiem raz jeszcze na rozwój sytuacji w latach 70. i 80.

Po upadku systemu z Bretton Woods, prasa drukarska stała się we wszystkich zachodnich państwach ważnym źródłem dochodu. Jak to jest zazwyczaj w takich sytuacjach, żadne nie uczyniło z dodatkowego dochodu sposobności do obniżenia podatków i zmniejszenia długów. Co więcej, inflacja postrzegana była jako pożądany dodatkowy dochód, za pomocą którego dało się finansować poszerzanie się zakresu działań państw.

Godzina prawdy nadeszła, kiedy pod koniec lat 70. nagle zmienił się polityczny trend i stabilizacja kursów wymiany wymagała zmniejszenia inflacji do poziomu najmniej inflacyjnych krajów. Dochody, które państwo straciło przez zmniejszenie inflacji, mogły zostać wyrównane za pomocą zmniejszenia wydatków. Jednak we wszystkich krajach rozwiązaniu temu opierał się panujący kartel polityków i zorganizowanych politycznie grup. Korzyści, których – na koszt nieświadomych i niezorganizowanych obywateli – przysparzała im inflacja, stały się „społeczną własnością stanów”, którą należało zachować.

Pozostały dlatego tylko dwa rozwiązania. Pierwsze polegało na podwyżce podatków i danin. Ten środek jest jednak zawsze bardzo niepopularny, ponieważ uśpiony dotychczas obywatel-podatnik jest tu wzywany bezpośrednio do kasy i najczęściej reaguje na to bardzo opryskliwie wielką niechęcią. Ponieważ politycy obawiali się rewanżu „szarego człowieka”, skoncentrowali się na drugim rozwiązaniu, które polega na zwiększaniu długu państwa.

Szczególność tego zadłużenia polegała na tym, że nie był to jednorazowy akt, który został wykorzystany do finansowania szczególnych wydatków. Chodziło raczej o to, by ową część wydatków zwykłego budżetu państwowego, która przedtem finansowana była poprzez inflację, ciągle finansować poprzez zadłużanie. Było to jednak możliwe tylko przez trwające ciągle nowe zadłużanie. Dlatego też od końca lat 70. we wszystkich państwach obniżaniu inflacji towarzyszyło ciągle rosnące zadłużenie państwowe.

To przeniesienie ciężaru struktury dochodów państwa z inflacji na nowe zadłużanie, w ciągu lat 80. coraz wyraźniej wychodzące na jaw, było decydująca dla rozwoju międzynarodowego systemu walutowego.

Z góry wiadomo było, że państwowe zadłużenie nie mogło być trwałą odpowiedzią na pytanie o finansowanie państwa. Państwa i obywatele są wprawdzie pod wieloma względami rożni, ale każde z nich może podjąć kredyt tylko wtedy, kiedy jest nadzieja na jego spłatę. W obydwu przypadkach nadzieja ta jest tym mniejsza, im większe są istniejące długi. W wielu krajach zadłużenie państwowe osiągnęło bardzo szybko rząd wielkości, który praktycznie wyklucza spłatę. To dotyczy nawet raczej „konserwatywnych” państw. W Niemczech na przykład na dziś państwo, landy i gminy zadłużone są według urzędowych statystyk już na więcej niż 60% niemieckiego PKB. Jednak w liczbie tej odbicia nie znajdują ważne składniki zobowiązań finansowych (jak np. zobowiązania wypłat wynikające z ubezpieczeń społecznych). Dlatego – realistycznie – zadłużenie niemieckiej administracji terytorialnej oszacowane musi zostać na 300 do 400% PKB, a w innych państwach wygląda to najczęściej jeszcze gorzej.[5]

W latach 80. stawało się coraz wyraźniejsze, że podejmowanie przez państwo kredytu w bardzo krótkim czasie osiągnie granice i że będą musiały zostać znalezione inne drogi finansowania państwa. Zasadniczo w rachubę wchodziły jednakże tylko dwa już wymienione rozwiązania. Można było podwyższyć podatki i składki, ale, jak wspomniano, prawie żaden polityk nie chciał i nie chce przeprowadzić takiej podwyżki w potrzebnym zakresie. Dlatego też pozostało tylko finansowanie poprzez prasę drukarską, ale rozwiązanie to było nie do pogodzenia ze stabilnymi kursami wymiany tak długo, jak długo niemiecki Bundesbank nie szedł razem w szeregu. Musiało zatem siłą rzeczy wciąż na nowo dochodzić do kryzysów ESW, do „rozszerzeń pasm wahań” i zmian rzekomo nieodwoływalnych kursów wymiany.

Z tego co powiedziano wynika niechybnie wniosek, że kryzysy te nie były nieszczęsnymi wypadkami, lecz zwiastunami upadku całego ESW. Kraje notorycznie słabych walut, jak Włochy, były po prostu pierwszymi w kolejności. Wiele innych państw, których długi osiągnęły podobne rozmiary, czekał ten sam los. Staje się to jasne już choćby dlatego, że tylko dwa kraje przystępujące do Europejskiej Unii Walutowej (Luksemburg i Niemcy) względnie nieznacząco przekroczyły ustalony w traktacie z Maastricht limit zadłużenia. Wszystkie inne państwa przystępujące miały widoczną potrzebę, by w ciągu dwóch lat przed unią walutową nie pozwolić nowemu zadłużeniu wzrosnąć nazbyt mocno, jednak z reguły pozostały wysoko ponad ustalonym (urzędowym) stopniem zadłużenia w wysokości 60% PKB. Było zatem tylko kwestią czasu, kiedy inne waluty pójdą w ślad lira i Europa powróci do inflacyjnego systemu „wolnych kursów wymiany” z lat 70.

Innymi słowy, stabilność ESW była jedynie pozorem. Iluzja relatywnej stabilności powstała poprzez zadłużanie się uczestniczących państw, a to czyniło coraz bardziej nieuniknionym powrót do inflacyjnej polityki lat 70. ESW był bombą z opóźnionym zapłonem, której zegar z początkiem lat 90. cykał coraz głośniej.

Nie doszło jednak do powrotu do lat 70. Stało się coś gorszego. Ponieważ, jeśli nie można nic pozytywnego uzyskać już od narodowej władzy walutowej, to cóż dopiero od międzynarodowej, która ma nieporównanie większe możliwości szkodzenia. Nowo stworzony EBC i jego produkt, Euro, nie rozwiązują w rzeczywistości żadnego z problemów walutowych, które pojawiły się od czasu odejścia od pieniądza opartego na metalu szlachetnym. Co więcej, odsuwają w czasie rozwiązanie tych problemów, tylko je zaostrzając.

EBC i Euro powstały pod wpływem zarówno rynkowych, jak i politycznych sił. Siły rynkowe wyrosły z usuwania barier handlowych, które w latach 80. i 90. doprowadziły do rosnącego międzynarodowego podziału pracy. Przekraczająca granice wymiana towarowa i relatywnie stabilne kursy dewiz przyniosły odczuwalne gospodarcze ożywienie. Na przekór wszelkiemu krakaniu o rzekomej jednostronnej orientacji na interesy kapitału, epoka ta przynosiła coraz większy dobrobyt coraz większym częściom ludności. Poprzez wzrastające gospodarcze powiązanie z zagranicą coraz więcej przedsiębiorstw miało interes w stabilnych warunkach ramowych w stosunkach z nią. Obok przedsiębiorstw eksportujących dotyczyło to w szczególności banków i innych przedsiębiorstw finansowych, które brały udział w międzynarodowym obiegu kapitału. Rynkowe interesy tych grup były jedną pobudką EMU.

Druga pobudka była politycznej natury. Wspomnieliśmy już, że Bundesbank powodował ciągle mniej inflacji niż inne władze walutowe i że ściągnęło to na niego wrogość wielu politycznie zorganizowanych grup w kraju i zagranicą. Było zatem jasne, że zagraniczne rządy dążyły do reformy walutowej, która przyniesie im wpływ na decyzje Bundesbanku. Były gotowe poczynić ustępstwa politycznej natury miarodajnym w niemieckim państwie grupom interesu, aby uwolnić się z trudnej sytuacji finansowej, w którą same się wpędziły.

Na tym tle zrozumiałe staje się, dlaczego niektórzy krytycy rządu Kohla zarzucali mu, że sprzedał markę niemiecką jako cenę za zjednoczenie Niemiec. Z perspektywy tych krytyków zniesienie znienawidzonego Bundesbanku było ceną, której rządy Francji, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych zażądały za swoją zgodę na zjednoczenie. Ta teoria ma rzeczywiście nieco racji. Ale nie wolno myśleć, że odsłania więcej aniżeli jeden poboczny aspekt zdarzenia. Żaden rząd nie może sobie pozwolić, aby zachowywać się wobec swoich poddanych jako rzecznik czysto zagranicznych interesów. Wspomnieliśmy już o fakcie, że coraz większe i coraz bardziej wpływowe koła niemieckiej gospodarki miały interes w stabilnych europejskich warunkach walutowych.

Ale faktem jest również, że politycznie wpływowe w Niemczech grupy były zainteresowane poświeceniem marki, aby w odpowiedzi na to otrzymać z zagranicy polityczne koncesje. Zilustrują to dwa przykłady.

Niemiecki przemysł samochodowy produkuje jakościowo najwartościowsze, ale i najdroższe samochody w Europie. Lecz z punktu widzenia konsumentów jakość nie uzasadnia każdej ceny. W wielu przypadkach konsument preferuje samochód z gorszą obróbką i niższymi standardami bezpieczeństwa, jeśli cena jest niższa. Lecz jeśli wszyscy producenci zostają przez państwo zmuszeni do dotrzymywania pewnych technicznych standardów, wówczas ten wybór oczywiście odpada. Produkowane mogą być już tylko drogie samochody i wówczas konsumenci mogą decydować się już tylko pomiędzy nimi. Zatem państwowe standardy uprzywilejowują najdroższych producentów obciążając konsumentów i tanich dostawców. A przecież „harmonizacja” warunków produkcji w Europie nie oznacza nic innego aniżeli państwowo wymuszone ujednolicenie wszystkich standardów produkcji. Beneficjantem harmonizacji motoryzacyjnej jednoznacznie jest przemysł niemiecki, który może wzbogacić się na koszt swoich klientów i swych zagranicznych konkurentów.

Identyczna sytuacja ma miejsce w zakresie zorganizowanej pracy. Niemieckie związki zawodowe reprezentują najbardziej technicznie doświadczonych, ale także najdroższych pracobiorców w Europie. Kwalifikacje pracowników nie są celem samym w sobie, lecz muszą zostać odniesione do płac. Wielu przedsiębiorców preferuje w istocie tańszą siłę roboczą, jakkolwiek jest ona mniej doświadczona. Dlatego inwestują w krajach o niskich płacach. Inwestycje te podwyższają tam płace, jednocześnie zmniejszając je w tych krajach, gdzie płace są wysokie – osłabia to władzę związków zawodowych w krajach o wysokich placach. Jeśli jednak poprzez państwowy przymus praca staje się wszędzie jednakowo droga, wówczas odpada zachęta do eksportu kapitału. Dokładnie to jest skutkiem europejskiej harmonizacji państwowo przypisywanych warunków pracy (zakaz zwalniania z pracy, czas pracy, ochrona pracy, ubezpieczenie na wypadek bezrobocia, itd.). W istocie środki te oznaczają ujednolicenie warunków produkcji w Europie. Beneficjantami są niemieckie związki zawodowe, ofiarami krajowi i zagraniczni pracobiorcy, którzy przy wymuszonych wysokich kosztach pracy nie mogą znaleźć zatrudnienia, a na koniec oczywiście konsumenci.

Jak powiedziano, są to tylko przykłady tego, że z politycznej centralizacji w Europie skorzystały w Niemczech ważne grupy i dlatego miały bodziec, by opowiadać się za polityczną wymianą („marka niemiecka w zamian za przywileje”). Rząd federalny mógł liczyć na wsparcie tych grup także wtedy, gdy z wielkim naciskiem występował za europejską unią walutową.

Niestety starania te okazały się skuteczne. Z początkiem 1999 władze narodowe przekazały swoje kompetencje decyzyjne w kwestiach walutowych EBC i stały się jego organami wykonawczymi. Innymi słowy, Euro zostało wprowadzone faktycznie już teraz, ponieważ decyzje o wszystkich walutach państw przystępujących podejmowane są przez władzę centralną. Euro istnieje, aczkolwiek w tej chwili jeszcze nie w formie określonych banknotów i monet, lecz reprezentowany przez narodowe banknoty i monety. Banknoty marki niemieckiej nie są już samodzielnym pieniądzem, lecz przedstawicielem Euro. Tak samo jest z banknotami i monetami innych państw przystępujących.

6. Gospodarcze i polityczne skutki EBC i Euro.

Wielkim pytaniem jest oczywiście, jaką politykę podaruje nam w przyszłości EBC, i niestety nie można oddać się tu iluzjom. EBC i Euro zostały stworzone, ponieważ stary system był na drodze do upadku na skutek zadłużenia państw narodowych. Jednak EBC i Euro nie pozbywają się ani długów, ani zależności państw od ciągłych dostaw nowych kredytów. Nie rozwiązują tych problemów, lecz będą je zaostrzać.

Niektórzy obserwatorzy sądzą, że przyszła polityka EBC w decydującym stopniu zależy od tego, kto ją prowadzi i jak jej zadania są określone przez ustawę. Przede wszystkim w Niemczech osobie prezesa banku emisyjnego przypisuje się duże znaczenie, a wielu żąda ustawowego pierwszeństwa stabilizacji wartości pieniądza, która powinna kierować EBC tak jak wcześniej Bundesbankiem.

Jednakże te personalne i techniczne szczegóły są nieistotne. Decydującym jest raczej następujący fakt: Euro umożliwia nowe kredyty, jednak nie dyscyplinuje państw. Poprowadzi więc państwowe zadłużenie w Europie ku nowym wysokościom, aż dotrze ono do swych naturalnych granic, tak jak swoje naturalne granice osiągnęło dziś zadłużenie narodowe. Najpóźniej wtedy, kiedy nowe państwo centralne nie będzie mogło już uzyskać nowych kredytów, dojdzie do powrotu do inflacyjnej polityki lat 70. Nic w tym fakcie nie zmienią wszystkie zapewnienia opłacanych przez państwo orędowników europejskiej unii walutowej. Euro prowadzi do inflacji. Zastępuje on ledwie narodowe kartele beneficjentów inflacji kartelem europejskim i utrudnia przez to obywatelom obronę przed interwencją tego wielkiego państwa.

Rozwój ten bynajmniej nie może także zostać uniemożliwiony przez to, że stworzy się konstytucję europejską, która przypisze granice państwowemu pobieraniu kredytu i zobowiąże EBC do określonej polityki. Pisane postanowienia są bezsilne, jeśli nie podziela ich opinia publiczna, a w tej chwili wygląda to tak, że opinia publiczna toleruje inflację i długi państwowe. Niemcy pogodzili się z tym, że owe postanowienia traktatu z Maastricht, które uczestnicy unii walutowej ustalili na podstawie obiektywnych kryteriów, zostały poważnie naruszone. I tak trwać to będzie dalej w przyszłości, jeśli nie wystąpi zasadnicza zmiana w opinii publicznej. A jak zajść może taka zmiana u nas, gdzie wszystkie instytucje edukacyjne są w państwowych rękach, gdzie wszystkie stacje radiowe i telewizyjne potrzebują państwowej licencji i gdzie państwowe sądy już wychodzą z założenia, że wolność przekonań przestała być niezaprzeczalną zasadą?

Jednak EBC i Euro przynoszą nie tylko inflację, lecz ułatwiają także centralizację politycznych instytucji. Do przewidzenia jest, że państwa narodowe popadną najpierw w finansową, a potem także polityczną zależność od nowego państwa centralnego. Ponieważ państwa członkowskie Unii Europejskiej coraz bardziej tracą swoją wiarygodność kredytową, to nowe kredyty otrzymywać będą w coraz mniejszym stopniu na własny rachunek. Zamiast tego za kredyty te ręczyć musiała będzie Komisja Europejska, która na podstawie swojego statutu pozostała dotychczas praktycznie wolna od długów. Do pomyślenia jest, że Komisja ograniczy się do roli poręczyciela. Ale do pomyślenia jest także, że ona sama podejmuje kredyty, by używać tych pieniędzy bezpośrednio w państwach członkowskich. W każdym razie nazbyt zadłużone państwa narodowe staną się finansowo i politycznie zależne od nowego państwa centralnego.

Te same wydarzenia dokonały się już w wielu krajach w ramach narodowych. Ambicja i omamienie nakłoniły w ciągu ostatnich 30 lat wielu niemieckich polityków lokalnych do pobierania dla swoich gmin coraz większej ilości kredytów. Kredyty te musiały bardzo szybko zostać zabezpieczone przez poręczenia landów, a zatem te miasta i gminy stały się ich podopiecznymi. Jednakże wiele landów prowadziło w swoim zakresie taką samą politykę i stały się zależne od poręczeń kredytowych związku. I tak dochodzi do tego, że landy, gminy i miasta w wielu zakresach polityki nie mogą już podejmować samodzielnych decyzji. Wszyscy są na rządowej kroplówce i potrzebują przychylności państwa.

Związek ze swej strony powoli, ale pewnie zbliża się ku temu samemu losowi. Pocieszające jest wprawdzie, że niemieckie finanse państwowe wyglądają w porównaniu do innych krajów naprawdę znośnie. Ta pociecha jest jednak pociechą człowieka, który ma spaść w przepaść, ale widzi przed sobą jeszcze innych. Być może Niemcy mogą żyć jako tako stanowiąc o sobie jeszcze dwa lub trzy dziesięciolecia (chociaż w obliczu ich dziecinnego utożsamiania brukselskiego państwa centralnego z Europą jest wątpliwe, czy tego w ogóle chcą). Ale długookresowo nie będzie to możliwe. Niemcy coraz bardziej wpadać będą pod skrzydła brukselskiego molocha, który usunie w cień wszystkie dotychczasowe tyranie naszego kontynentu.

Brukselskie państwo nie będzie zwlekać, by prędzej czy później wziąć rozdział gwarantowanych przez siebie kredytów we własne ręce, aby uczynić się w ten sposób w oczach wszystkich europejskich obywateli niezbędnym. To jest natura rzeczy. Władza polityków wypływa z ich poważania przez obywateli. Dlaczego intryganci w Brukseli mieliby tylko pracować i pozostawić politykom zbieranie laurów? Prędzej czy później „zharmonizowane” zostaną instytucje narodowego państwa dobrobytu (w szczególności ubezpieczenia społeczne), tzn. przesunięte pod nadzór brukselskich organizacji.

W rezultacie EBC i Euro wywołują w ten sposób tendencje dwojakiego rodzaju: z jednej strony powstawanie i rozwój centralnego europejskiego państwa dobrobytu, z drugiej strony namnożenie nowych długów w jego imieniu. Obie tendencje doprowadzą – wcześniej czy później – albo do załamania w hiperinflacji, albo do załamania wszechwładnego państwa centralnego pod swoją własną nieefektywnością. To jest to, co ma nam do zaoferowania przyszłość, jeśli nie wystąpi zasadnicza zmiana: nowy rok 1923 albo nowy Związek Radziecki.

7. Alternatywy dla Euro.

Wielu ekonomistów rozpoznało zagrożenia związane z Europejską Unią Walutową. Opłaca się rzucić okiem na dyskutowane przez nich alternatywy, ponieważ problem lepszego ładu walutowego pozostaje aktualny. Teraz jest już mianowicie jasne, że EBC i Euro nie stworzą w europejskich stosunkach walutowych trwałego ładu. Porządek obecny zmierza do ich pewnego upadku, a całe wierne państwu mamienie i propaganda nie może tego zmienić. Zatem jakie były alternatywy, a jakie będą w przyszłości?

Pierwsze rozwiązanie miało polegać na tym, by w całkowitym spokoju pozwolić upaść ESW i wrócić do systemu lat 70. Inflacja walut narodowych i ciągle wahające się kursy wymiany doprowadziłyby bez wątpienia do dezorganizacji międzynarodowego podziału pracy. Ale obywatele „krajów o mocnych walutach” byliby o wiele lepiej chronieni przed wyzyskiwaniem przez ich państwo (a przede wszystkim przez zagraniczne państwa). Mimo wszystko alternatywa ta wkrótce nie będzie nawet interesować akademików, mianowicie wtedy, gdy narodowe banknoty i monety znikną ze sceny i pozostanie już tylko Euro.

Drugą dyskutowaną alternatywą było wprowadzenie „waluty równoległej”. Ta propozycja polegała na tej myśli przewodniej, że dla każdej waluty istnieje coś takiego jak obszar optymalny. Nie jest bynajmniej oczywiste, jak duży ten obszar jest i wątpliwe jest, czy w ogóle może zostać określony na drodze teoretycznej. Jest jednak możliwość, by praktycznie rozwiązać ten problem, przez to mianowicie, iż pozostawi się wszystkim obywatelom Europy wolność używania obok narodowych walut także szczególnego „równoległego Euro”. Jeśli równoległy Euro oferuje rzeczywiste korzyści w stosunku do narodowych pieniędzy, to przebije się w konkurencji walut. W każdym razie rozstrzyga tu rynek, a nie jakakolwiek biurokracja, która o rzeczywistych potrzebach rynku poinformowana jest bardzo słabo.

Najwięcej orędowników tej propozycji myślało o wprowadzeniu równoległej papierowej waluty. Nie docenili oni jednak, że waluty papierowej nie wprowadza się na rynek tak prosto. Dobro może być używane jako pieniądz tylko wtedy, jeśli w przeszłości było już wymieniane na rynku. Ponieważ tylko wtedy uczestnicy rynku mogą wyrobić sobie zdanie o przyszłej sile nabywczej tego dobra. Jeśli, na przykład, zaoferowałbym handlarzowi samochodów kartkę z napisem „3 Hülsmanny”, to z dużym prawdopodobieństwem interes nie dojdzie do skutku. Handlarz bowiem nie ma najmniejszego pojęcia, co może za tę kartkę kupić. Nie inaczej wygląda to także przy kartce z napisem „1 równoległy Euro”.

Były tylko dwie sensowne możliwości rozpowszechnienia równoległego Euro. Musiałoby dopuścić jedną lub kilka istniejących walut narodowych we wszystkich krajach jako środki płatnicze. Tu można byłoby myśleć w szczególności o marce niemieckiej, która już była chętnie akceptowana w wielu miejscach za granicą. Jednakże ze względów politycznych, możliwość ta nie wchodziła w rachubę. Przede wszystkim francuscy i angielscy politycy nie mogli znieść myśli, że ich rodacy płaciliby marką niemiecką zamiast frankiem i funtem.

Dlatego pozostała tylko druga możliwość, która jednocześnie byłaby trzecią wielką alternatywą do stworzenia europejskiego ładu walutowego. Polegałaby ona na tym, że dopuszcza się użycie każdego dowolnego dobra jako pieniądza. Innymi słowy pozostawiłoby się uznaniu obywateli uzgodnienie dowolnego środka płatniczego w ich umowach. Nie potrzeba zbyt wielkiej fantazji, by przewidzieć skutki tego systemu nieskrępowanej wolności walutowej. Sprzyjałby w rzeczywistości ponownemu użyciu metali szlachetnych jako pieniądza. Złote, miedziane i srebrne monety znalazłyby się znowu w obiegu, w którym w wielu krajach pozostawały do początku 20. stulecia. Jak jednak nietrudno zrozumieć, właśnie dlatego alternatywa ta była dla politycznego establishmentu całkowicie nie do przyjęcia. Historia walutowa 20. stulecia jest w końcu niczym innym jak historią licznych prób. uwolnienia się od metalu szlachetnego, aby poprzez pieniądz papierowy kierować strumieniami dochodów poza rynkiem w politycznie pożądane kanały.

Chociaż ta trzecia alternatywa nie znajduje łaski w oczach wszystkich politycznych grup interesu (albo raczej: właśnie dlatego, że jest nie do pogodzenia z ich celami), nie można jej na przyszłość tracić z oczu. W przeciwieństwie do narodowych walut papierowych albo papierowego równoległego Euro pozostaje ona nadal aktualna. Przecież, by stworzyć wolny rynek walutowy, wystarczy znieść bariery na nim. Aby srebrne i złote monety znów krążyły, wystarczy zezwolić na ich wykorzystanie w roli środka płatniczego i w szczególności znieść podatki, którym podlega ich użycie (przede wszystkim podatek od wartości dodanej i podatek od kapitału). Reformy te mogą nastąpić w ramach europejskich. Ale przeprowadzone też mogą zostać w ramach narodowych, regionalnych czy komunalnych. Jednym słowem: każda wspólnota lub społeczeństwo, które wydaje odważnych i wizjonerskich ludzi, ma we własnych rękach możliwość stworzenia wolnego ładu walutowego.

8. Inflacja amerykańska i spekulacje na giełdach, 1982 – ?

Dotychczas zajmowaliśmy się przede wszystkim omówieniem rozwoju sytuacji w Europie, ponieważ sprawy te szczególnie interesują Niemców. Jednak w centrum ostatnich gospodarczych i walutowych kryzysów nie stoi żadna europejska instytucja, lecz amerykańska władza walutowa – System Rezerwy Federalnej (krotko: Fed).

Fed stworzony został w roku 1913 z inicjatywy wpływowych bankierów (J.P. Morgan, Rockefeller, Kuhn Loeb), a wraz z nim powstała w USA kultura inflacji, która płynnie ciągnie się do dnia dzisiejszego. Prawie 90-letnia inflacja amerykańska powodowała w międzyczasie wciąż na nowo kryzysy i zastoje gospodarcze. I tak jak odpowiada to gospodarczemu znaczeniu USA, kryzysy te osiągały niespotykane wcześniej rozmiary, jak w Wielkim Kryzysie 1929-1941 i upadku systemu z Bretton Woods.[6]

Po Bretton Woods wydawało się przez chwilę, jakby zniesiony został świetnie opisany przez Murray’a Rothbarda związek pomiędzy państwową polityką walutową a kryzysami gospodarczymi. W oczach wielu ekonomistów Fed stał teraz przed stosunkowo prostymi zadaniami. Inflacja ilości pieniądza wyrażałaby się jedynie spadkiem wartości dolara na rynkach krajowych (obniżający się kurs wymiany). Fed miał decydować, jak mocny miałby być spadek wartości dolara. To było wszystko.

Jednak, tak jak każda gospodarka centralnie planowana, tak i gospodarka centralnego sterowania pieniądzem została zaskoczona przez okoliczności, których nie przewidziała i przeciwko którym była bezradna. Z powodu tych szczególnych okoliczności, które omówimy poniżej, wielka amerykańska inflacja lat 80. i 90. nie doprowadziła od razu do spadku ceny dolara, lecz najpierw stworzyła dwa główne problemy współczesnej gospodarki światowej: odłączoną od jakiejkolwiek rzeczywistości gospodarczej hossę na giełdach i kryzysy gospodarcze i walutowe w Azji Południowej, Rosji, i Ameryce Południowej.

Nie trzeba ekonomicznego geniuszu, lecz tylko zdrowego rozsądku, aby przewidzieć gorzkie zakończenie takiego rozwoju spraw. Jednak trzeba sobie uświadomić, że problemy te nie wypływają z błędów systemowych kapitalizmu, lecz są wynikiem państwowych ingerencji w organizm pieniężny. Tak jak każda inna sytuacja, która jest sztucznie stworzona i utrzymywana przez inflację, tak też i obecny system nosi w sobie zalążek swojego zniszczenia. Przeżyje lądowanie bez podwozia, którego ledwie słabym przedsmakiem są ostatnie kryzysy w Azji Południowej, Rosji i Ameryce Południowej.

Bez wątpienia najbardziej rzucającym się w oczy zjawiskiem gospodarczym XX wieku są rzekomo bezgraniczne wzrosty kursów giełdowych, które straciły jakikolwiek kontakt z sytuacją dochodową przedsiębiorstw. Oczywiste jest, że w normalnych okolicznościach musi istnieć ścisły związek pomiędzy ceną akcji i nadzieją danego przedsiębiorstwa na dochód, ponieważ ten szczególny związek zaledwie odzwierciedla ogólny związek pomiędzy wartością środka a wartością celu, któremu służy środek. Jeśli np. używana jest obrabiarka, by obrabiać metalowe półfabrykaty, to maszyna nie może być warta więcej aniżeli cała wartość wszystkich obrobionych sztuk. Dokładnie tak samo cel przedsiębiorcy polega na tym, by produkować na rynek. Dlatego cena przedsiębiorstwa nie może być wyższa aniżeli cały dochód, który osiąga ze zbytu swoich produktów. I dlatego także łączna cena wszystkich akcji przedsiębiorstwa nie nigdy nie może być wyższa niż suma wszystkich przychodów pieniężnych, które dane przedsiębiorstwo przypuszczalnie osiągnie. Zdanie o przyszłych dochodach tworzy zatem zawsze punkt wyjścia przy określaniu obecnej wartości akcji. Oczekiwane w nadchodzących latach dochody są dyskontowane, a potem dodawane. Wynikająca stąd suma stanowi obecną wartość przedsiębiorstwa, a wartość akcji to nic innego jak ta obecna wartość podzielona przez liczbę akcji.

Codziennie zdarza się, że wartość jakiejś akcji jest źle oszacowana. Akcja ma wówczas kurs, który nie odpowiada rzeczywistym dochodom przedsiębiorstwa. Oceniana jest albo zbyt wysoko albo zbyt nisko – w porównaniu do dochodów. Innymi słowy, w obecnej sytuacji to nie wysokość kursów akcji jako taka daje powód do niepokoju, lecz ich odłączenie od dochodów przedsiębiorstw. Wysokie, a nawet wzrastające ceny akcji nie są same w sobie żadnym problemem, ponieważ tak długo, jak nowo pojawiająca się na rynku ilość pieniądza rozdzielana jest w całej gospodarce równomiernie, to to zwiększenie ilości pieniądza prowadzi do wzrostu wszystkich cen – tzn. cen akcji i dochodów. W tych okolicznościach wysokie kursy giełdowe nie są powodem do szczególnego niepokoju, ponieważ wyraża się w nich zaledwie ogólny spadek wartości pieniądza.

W normalnych okolicznościach – tzn. w warunkach, które zachodzą na wolnym rynku – z pewnością możliwe jest, że jednocześnie przez jakiś czas zbyt wysoko ocenianych jest wiele akcji. Możliwe jest także, że błąd ten ogarnia cały rynek kapitałowy i trwa 15 lat. To wszystko jest możliwe, jakkolwiek takiej sytuacji jeszcze nigdy nie było. Jednak nie jest możliwe, że na wolnym rynku akcje oceniane są bez powiązania z sytuacją dochodów przedsiębiorstw. Inwestorzy giełdowi mogą się z pewnością mylić co do sytuacji finansowej, nie zmienia to jednak nic w fakcie, że przy swoich sprzedażach i zakupach tę sytuację finansową mają na oku.

Ale znak charakterystyczny obecnej hossy giełdowej polega dokładnie na tym, że nie tylko straciła kontakt z jakąkolwiek sytuacją finansową przedsiębiorstw, lecz że wszyscy więksi (i prawie wszyscy mali) inwestorzy kapitałowi są tego świadomi. Jak to jest możliwe? Czy giełda stała się spekulacją? Czy kursy wzrastają coraz wyżej dlatego, iż każdy inwestor liczy w swych spekulacjach na to, że znajdzie później jeszcze bardziej optymistycznego spekulanta, który sprzeda akcje po jeszcze wyższych cenach, ponieważ on także wierzy, że spotka później jeszcze bardziej optymistycznego spekulanta itd.? Jak wiemy, takie gry są możliwe, ale znamy także ich wąskie granice: biorą w nich udział tylko szczególnie lubiący ryzyko i szczególnie naiwni ludzie, a zarówno krąg tych osób, jak i sumy, które mogą postawić, są naprawdę ograniczone. Skoro tylko nie znajdą się kolejni głupcy i hazardziści, to cały ten domek runie. Runie, ponieważ kiedyś nie będzie już nikogo, kto zaryzykowałby jeszcze więcej swojej własności. Jednak dzisiejsza hossa trwa prawie dwa dziesięciolecia, a z biegiem czasu wciągała w swoje urokliwe sidła nie coraz mniej, lecz coraz więcej inwestorów. Jakie okoliczności pozwoliły inwestorom lokować coraz więcej pieniędzy w akcje, których cena coraz bardziej oddala się od kursu, odpowiadającego sytuacji dochodowej przedsiębiorstw?

Zwięzła odpowiedź jest taka, iż Fed we współpracy z innymi ważnymi władzami walutowymi wciąż na nowo drukuje nowe pieniądze, które mogą być użyte na giełdzie.

Naturalną granicą spekulacji byłoby wyczerpanie się własności poszukiwaczy przygód i głupców. Jednakże władze walutowe mają możliwość nieustannej produkcji nowych bezpłatnych pieniędzy i pozwalają im płynąć do związanych z giełdą kręgów. Unieważniają przez to naturalne granice własności osobistej. Od teraz giełda staje się placem zabaw, inwestorzy graczami, a ryzykowne wcześniej użycie majątku grą na pozór bez konsekwencji. Gracze z dobrymi układami z władzami walutowymi (w szczególności banki, wielki przemysł, rządy) mają dostęp do wciąż nowej, powstałej z niczego podaży pieniądza. Mogą brać udział w grze giełdowej bez zastanawiania się, czy któregoś dnia mogą zbyć swoje akcje po jeszcze wyższej cenie. Tak długo, jak długo władze walutowe wciąż produkują nowy pieniądz fiducjarny, zawsze będą ludzie, którzy mogą grać po jeszcze wyższych stawkach i którzy także tego chcą, optymistycznie oczekując dalszej inflacji.

Widzimy zatem, dlaczego sytuacja dochodowa przedsiębiorstw pod wpływem wysokiej inflacji staje się coraz bardziej nieznacząca dla kursów akcji. Państwowa produkcja pieniądza papierowego czyni giełdę finansowym perpetuum mobile.

Jakie są skutki? Na początek, polityka ta wzbogaca branżę finansową kosztem wszystkich innych dziedzin działalności gospodarczej. Ogólnie mówiąc, wspomaga użycie czasu i energii przy lokowaniu pieniędzy, obciążając wszystkie inne zajęcia. W USA jest coraz więcej lekarzy i prawników, którzy na lokowanie pieniędzy zużywają więcej czasu aniżeli na swój właściwy zawód. Zatem inflacja przyczynia się do rozkładu naturalnego podziału pracy i zmniejszenia produkcji. Uprzywilejowuje gospodarczy establishment kosztem wszystkich innych warstw ludności, powiększając tym samym naturalne różnice w ich dochodach. Poza tym, coraz większe części ludności uzależnia gospodarczo od decyzji władz walutowych, a to z kolei podwyższa polityczną presję na kontynuowanie inflacji.

Mimo eksplozji kursów akcji, typowy dla inflacji proces jednostronnego bogacenia się nielicznych, obciążający znaczną większość, był dotychczas niedostrzegalny. Zwykle rzeczy mają się tak: Władza walutowa przekazuje nowo wytworzone pieniądze bliskim sobie kręgom, a stąd rozprzestrzeniają się one ku innym częściom gospodarki narodowej. Wzrosty cen, które występują najpierw w kilku nielicznych sektorach (np. giełda) przerzucają się następnie z określonym czasowym opóźnieniem na inne sektory. Jednakże inflacja ostatnich 20. lat nie spowodowała takiego typowego rozwoju sytuacji, lecz pokazała się w istocie tylko w hossie na rynkach finansowych. Jak da się to wyjaśnić? W rachubę wchodzą szczególne okoliczności, o których była mowa na początku.

Z perspektywy polityki walutowej decydujący jest fakt odpływu dużych ilości dolara amerykańskiego i marki niemieckiej za granicę. Około 60-70% wszystkich dolarów jest dziś w obiegu poza USA, a ok. 30% marek poza Niemcami.

Dolar jest tradycyjnie walutą bardzo międzynarodowo rozprzestrzenioną, jednak w latach 80. tendencja ta została bardzo wzmocniona przez dodatkowy popyt na dolara, który wynikał ze stworzenia Currency Boards (Hong Kong, Singapur) i z „dolaryzacji” kolejnych części Ameryki Łacińskiej (w szczególności Salwadoru, Argentyny, Ekwadoru, Brazylii, Kolumbii i Chile). Ludność tych krajów szukała w dolarze ochrony przed potężną inflacją, którą powodowały ich własne rządy. A jako że uzyskiwali dolara miedzy innymi poprzez sprzedaż towarów i usług, to „dolaryzacja” oznaczała w rezultacie, że dolary płynęły do Ameryki Łacińskiej, a towary i usługi do USA. To właśnie taki rozwój sytuacji ograniczył wzrost cen do giełdy.

W latach 90. dołożyły się do tego całkiem podobne wydarzenia. W następstwie upadku bloku wschodniego duże ilości marek i dolarów popłynęły do krajów byłych republik radzieckich. Dokonało się to na dwa sposoby. Po pierwsze – tak jak w Ameryce Łacińskiej – sami obywatele pożądali tych walut, by chronić się przed krajową inflacją. Po drugie, potrzebowano także dużych ilości dolarów i marek do kolejnych Currency Boards (np. w Estonii), a w Niemczech doszła jeszcze do tego unia walutowa. Dokładnie tak jak w latach 80., okazało się skutkiem tego, iż wzrosty cen w Niemczech i USA pozostały ograniczone w istocie do rynków finansowych. Bundesbank i Fed produkowały duże ilości nowych pieniędzy, które najpierw były używane na giełdzie, a stamtąd kontynuowały wywołaną przez państwo spekulację. Nowy pieniądz rozprzestrzeniał się z giełdy na resztę krajowej gospodarki, a tam musiałoby dojść nieuchronnie do dalszych wzrostów cen, gdyby odpływ większych ilości pieniędzy za granicę nie spowodował odwrotnych skutków. Doszło jeszcze także kilka dalszych okoliczności, które tłumiły wzrost cen w zachodnich gospodarkach, np. duży wzrost zatrudnienia w USA. Ale głównym czynnikiem był odpływ dewiz za granicę.

Relatywna stabilność cen, która panowała w ostatnich dwóch dziesięcioleciach mimo wielkiej inflacji, przyczyniła się bez wątpienia do tego, że szerokie części amerykańskiej i niemieckiej ludności pogodziły się z samą inflacją. W życiu normalnego obywatela była ona całkowicie niezauważalna. Obywatelom powodziło się gorzej niż powodziłoby im się bez inflacji, ale nie gorzej niż przedtem. Zgodnie z doświadczeniem, poważny opór przeciw inflacji powstaje tylko wtedy, kiedy relatywne zubożenie obywateli staje się absolutnym, tzn. kiedy dziś powodzi im się gorzej niż przed rokiem. Do tego mogłoby jednak już niedługo dojść, jeśli uwzględnimy, że odpływ pieniędzy w ostatnich latach był czynnikiem szczególnym, który już wkrótce może ulec zatrzymaniu. Wtedy osiągniemy kres. Kiedy tylko zbywanie dolarów i marek stanie się niemożliwe, inflacja musiała będzie ostatecznie zderzyć się z krajowym poziomem cen. Towarzyszące temu osłabienie siły nabywczej pieniądza doprowadzi wtedy między innymi do wyższego nominalnego oprocentowania wszystkich lokat kapitałowych. Do procentu, który istniałby bez oddziaływania wzrostu cen, dodawane będzie teraz wynagrodzenie za malejącą siłę nabywczą pieniądza (tzw. premia cenowa). Ale wraz z wzrastającymi odsetkami, lokata pieniężna w spekulacje giełdowe stanie się coraz mniej atrakcyjna. Ludzie znów zaczynają wynajmować działki i zakładać nowe przedsiębiorstwa, gdyż przy mniejszym ryzyku mogą w ten sposób osiągnąć co najmniej podobnie wysokie oprocentowanie jak na giełdzie.

Jeśli już doszło do takiej sytuacji, to giełdę czeka upadek. Obecni właściciele papierów wartościowych nabyli je bez oglądania się na sytuację dochodową przedsiębiorstw, jedynie w nadziei, że później spotkają jeszcze bardziej optymistycznego kupca. Teraz jednak liczba chętnych do kupienia akcji zaczyna maleć, ponieważ coraz więcej posiadaczy pieniędzy decyduje się na realne inwestycje i unika giełdy. Władza walutowa może ze swojej strony podjąć dwie decyzje:

a) Może wydrukować jeszcze więcej pieniędzy i przekazać je wpierw aktorom rynku finansowego, by podtrzymać spekulacje. Jednak to rozwiązanie nie może być trwałe, ponieważ inflacja przeniesie się całkiem na inne ceny i dlatego podwyższy także odsetki. Co więcej, niedługo potem oczekiwania uczestników rynku co do cen i odsetek uprzedzą plany władz walutowych, tak że te będą musiały się pośpieszyć, by drukować wciąż nowe zera na swoich banknotach, by nie pozostawać za bardzo w tyle za rozwojem sytuacji. W stanie hiperinflacji sama waluta stanie bezpośrednio przed upadkiem. Jej posiadanie będzie coraz bardziej niekorzystne, ponieważ każdy podejmujący pieniądze bezzwłocznie zacznie szukać kupca, aby uniknąć deprecjacji. Dlatego uczestnicy rynku bardzo szybko przejdą do używania innych rodzajów pieniądza, zaprzestanie się używania inflacyjnej waluty, a rozłożony przez nią system cen upadnie. Dokładnie to wydarzyło się w Niemczech w 1923 r.

b) Może też zaniechać powodowania dalszej inflacji. Jednak wtedy dopasowanie kursów akcji do sytuacji dochodowej przedsiębiorstw będzie nieuniknione. Praktycznie oznacza to krach giełdowy, tzn. olbrzymie straty majątku osób, które na początku łańcucha pokarmowego inflacji stają się posiadaczami papierów wartościowych. Ponieważ największa cześć zakładów ubezpieczeniowych trzyma duże części swoich aktywów w postaci papierów wartościowych, to każdy może sobie wyobrazić, co oznacza krach giełdowy dla przeciętnego obywatela.

W każdym razie kryzys jest nieunikniony. Wybuchnie, kiedy tylko wypychający ceny ku górze skutek inflacji nie będzie już równoważony przez odpływ pieniądza poza granice kraju albo inne czynniki. (I oczywiście zostaje przyspieszony, jeśli inflacyjna waluta płynie z zagranicy z powrotem do kraju.)

To jest to, co czeka nas w najbliższym czasie i może dlatego na miejscu jest uwaga, że oczekujące nas wydarzenia przyniosą wprawdzie radykalne zmiany, lecz bynajmniej nie mają samych złych konsekwencji. Kryzys jest bowiem tylko ostatnią stacją na trasie rozpoczynającej się wraz z wprowadzeniem państwowego pieniądza przymusowego. Dlatego oznacza także częściowe uwolnienie spod jarzma państwa i panujących w nim grup. Może też stworzyć okazję do mobilizacji szerszych warstw ludności do oporu przeciw państwowemu prowadzeniu na pasku i pomóc zredukować podatki i przepisy. Upadek przymusowej waluty jest zatem pod wieloma względami wydarzeniem pozytywnym. Z pewnością znaczne części ludności stwierdzą po jej upadku, że ich majątek został bardzo zmniejszony, ale problem w tym, że ich majątek już teraz jest mniejszy aniżeli im się wydaje. Jedynymi trwałymi ofiarami załamania są członkowie politycznych karteli, którzy poprzez inflację wzbogacają się na koszt reszty ludności.

9. Ostatnie kryzysy w gospodarce światowej 1997 – ?

Niezauważalna inflacja amerykańska lat 80. i 90. wytworzyła sytuację nie do utrzymania nie tylko na giełdach, lecz stworzyła także podstawę dla jeszcze większej inflacji w innych państwach. I z tego biorą się gospodarcze i walutowe kryzysy współczesności.

Związek ten można bardzo prosto pokazać na fikcyjnym przykładzie. Jak wiemy, inflacja jakiejś waluty prędzej czy później prowadzi do spadku jej kursu wymiany wobec stabilniejszych walut zagranicznych. Załóżmy teraz, że król małego kraju Alfanii spowodował inflację swojej waluty, alfa, i w skutek tego spada kurs wymiany alfy do bety, waluty dużego kraju Betanii. Szkodzi to nie tylko alfańskim konsumentom, którzy muszą teraz przynajmniej przejściowo płacić wyższe ceny za importowane dobra i usługi. Szkodzi to również wszystkim betańskim inwestorom, którzy ulokowali swój kapitał w Alfanii w obawie przed spadkiem kursu wymiany. Dlatego alfański król i alfańscy eksporterzy bogacą się na koszt alfańskich poddanych i betańskich kredytodawców. Jednak, podczas gdy masy Alfańczyków nie mają możliwości uniknięcia inflacji, to betańscy kapitaliści mogą się przed nią chronić poprzez rezygnację z lokat pieniężnych w Alfanii. Jednak wówczas inflacja szkodzi szerokim warstwom ludności Alfanii w podwójny sposób: po pierwsze, poprzez spowodowaną przez nią redystrybucję, po drugie, poprzez mniejszy przypływ kapitału i idące za tym mniejsze możliwości rozwoju. To ostatnie nie leży oczywiście w interesie alfańskiego króla, ponieważ zmniejszony wzrost gospodarczy oznacza także mniejsze dochody z podatków na przyszłość. Dlatego król trzyma inflację w granicach rozsądku, by nie przekazać kiedyś synowi całkowicie zrujnowanego kraju.

Nie dochodzi oczywiście do spadku kursu wymiany, jeśli także beta pomnożona zostanie w wystarczającej ilości. Kim są w tym przypadku zwycięzcy i przegrani? Do zwycięzców nadal zaliczają się alfańskie grupy, na korzyść których kierowana jest inflacja, a przegrywającymi są nadal wszyscy inni Alfańczycy. Jednak teraz są także zwycięzcy i przegrani inflacji bety. Do betańskich zwycięzców zaliczają się w szczególności owi kapitaliści, którzy ulokowali w Alfanii swoje pieniądze. Gdyż bez inflacji w Betanii albo a) przy lokacie w Alfanii ponieśliby stratę, albo b) nie zainwestowaliby tam wcale swoich pieniędzy, lecz gdzie indziej, na gorszych warunkach.

Są to efekty redystrybucyjne, jakie występują w obu krajach przy jednorazowej inflacji. Ale załóżmy teraz, że rząd Betanii sympatyzowałby szczególnie ze swoimi zaangażowanymi za granicą kapitalistami i spróbowałby trwale wspierać ich interesy. Dlatego betański rząd obiecuje swoim przyjaciołom ciągle produkować wystarczająco dużo bet, aby przez ich sprzedaż ustabilizować kurs wymiany alfy. Oczywiście ryzyko walutowe jest teraz bardzo mocno zmniejszone względnie zniesione. Jakie skutki ma ta polityka? Betańscy eksporterzy kapitału cieszą się dużymi zyskami, które uzyskali w końcu na koszt innych Betańczyków. Jednak to nie wszystko. Nowa polityka rządu Betanii nie pozostaje na długo ukryta przed królem Alfanii, a ten dostosowuje swoje zachowanie do nowej sytuacji. Ponieważ wie, że betański rząd będzie stabilizował kurs wymiany alfy, może lekkomyślnie powodować dużo więcej inflacji, nie musząc się obawiać niepożądanych skutków ubocznych. Jak widzieliśmy, trzymał on dotychczas swoje inflacyjne zapędy na wodzy, ponieważ chciał uniknąć nazbyt mocnego zmniejszenia dopływu kapitału z Betanii. Jednak z quasi-gwarancją betańskiej polityki walutowej dla alfy nie musi się już on obawiać odejścia betańskich kapitalistów. Quasi-gwarancja kursu wymiany jego waluty ma zatem ten skutek, że może bogacić się na koszt swoich poddanych oraz obywateli Betanii.

Taki rozwój sytuacji nie może całkiem leżeć w interesie rządu betańskiego. Przy całej sympatii dla betańskich eksporterów kapitału, rząd po prostu nie może pogodzić się z wrzucaniem swoich pieniędzy do beczki bez dna, gdyż to zabiera mu środki, których brakuje w innych miejscach: w ubezpieczeniach społecznych, armii, budowie dróg itd. Nie może tolerować faktu, że alfańscy autokraci przepuszczają betański kapitał, nawet jeśli niektórzy zasłużeni Betańczycy na tym zarabiają. Dlatego prędzej czy później musi odejść od swojej polityki i przerwać stabilizację kursu alfy.

Kiedy tylko to się zdarzy, musi dojść do wielkiego kryzysu gospodarczego i walutowego, ponieważ relatywnie mała gospodarka alfańska specjalizowała się podczas lat inflacji w tych gałęziach produkcji, które były rentowne tylko dzięki strumieniom dochodu przekierowanym przez betańską inflację. Ponieważ ten wpływ teraz odpadł, to wiele fabryk naraz straci rentowność za jednym zamachem. A z nimi swą wartość stracą także obecne wiedza i kwalifikacje zatrudnionych. Alfańczycy mogą wprawdzie nadal prowadzić swoje obecne czynności przez jakiś czas, jednak po tym, jak zainwestowany w fabrykach kapitał został wyczerpany, nie mogą być one dalej prowadzone, a zatrudnieni stracą pracę. Muszą teraz zostać założone nowe przedsiębiorstwa – potrzebne i uzyskiwane są nowe umiejętności, występują nowi przedsiębiorcy. Bez wątpienia jest to dla wielu Alfańczyków proces bolesny. Duże problemy, które występują przy zmianie wzmocnione zostają jeszcze przez spadający kurs wymiany alfy. Wskutek tego zaniepokojeni inwestorzy zagraniczni unikają Alfanii właśnie w chwili, w której świeży dopływ kapitału byłby potrzebny, by sprawnie zrestrukturyzować gospodarkę.

Ale największą przeszkodą przy reorganizacji gospodarki są starzy beneficjanci inflacji: król, jego rodzina i jego przyjaciele, którzy w czasie inflacji zostali największymi kapitalistami. Jednak odmiennie niż kapitaliści odnoszący sukcesy na rynku, do swojego majątku nie doszli dzięki większej wyobraźni i lepszemu przewidywaniu, lecz jedynie przez zwiększenie podaży papierowego pieniądza, który został narzucony ludności. Teraz oni siedzą za sterem gospodarki, ale nie wiedzą, co powinni uczynić. Ten występny sojusz majątku i gospodarczej władzy spowoduje wówczas bardzo szybko pogorszenie sytuacji. Gospodarczo Alfania zsuwa się z kryzysu w depresję, ponieważ potężnej ekonomicznie rodzinie królewskiej brakuje przedsiębiorczych zdolności, a alfańskim przedsiębiorcom prywatnym brakuje potrzebnego kapitału, aby spowodować szybką zmianę. Depresja ta oznacza polityczne niebezpieczeństwo, które król musi jak najszybciej zażegnać. Jako że sam nie może spowodować gospodarczej zmiany, dla złagodzenia biedy dąży on do uzyskania kredytów i innej pomocy gospodarczej z zewnątrz, np. z Betanii. Popada jednak przez to w polityczną zależność od tych władz. Smutny rezultat końcowy jest taki, że przyczyny gospodarczej nędzy Alfanii (nieprawowicie uzyskana własność w niewłaściwych rękach) nadal się utrzymuje, a dochodzi do tego jeszcze problem politycznej zależności od zagranicy.

Gospodarcze i walutowe kryzysy współczesności następują w istocie dokładnie według tego fikcyjnego schematu stosunków między małą Alfanią a dużą Betanią. „Duża Betania” to oczywiście nic innego jak Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, których władza walutowa próbowała ponad dziesięć lat zabezpieczać inwestycje zagraniczne dużych amerykańskich inwestorów poprzez stabilizację ważnych kursów wymiany do małych walut alfa. Doprowadziło to do takiego zwiększenia inflacji w każdym z krajów alfy, że musiano w końcu zaniechać tej polityki. Następował nieunikniony kryzys, po którym zazwyczaj następowały płatności pomocowe, które świadczone były albo bezpośrednio przez USA, albo przez zdominowane przez USA instytucje takie jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) i poprzez to czyniły rząd adresata politycznie uległym.

Pierwszym z tych kryzysów był meksykański kryzys walutowy w zimie 1994/1995. Po wejściu w życie północnoamerykańskiego „Układu o wolnym handlu” (NAFTA) meksykański rząd był pewny, że Fed gwarantować będzie kurs wymiany peso. Ze względu na odbywające się jesienią 1994 roku wybory rząd meksykański wspaniałomyślnie rozdzielał dary, które jak zwykle sfinansowane zostały przez prasę drukarską i dlatego bardzo szybko spowodowały kłopoty peso na rynkach dewizowych. Meksykański kryzys walutowy nie został jednak wywołany rezygnacją z parytetu kursu walutowego, lecz przez ucieczkę z urzędu meksykańskiego prezydenta i specjalny kredyt w wysokości 50 miliardów dolarów. Odtąd meksykańska polityka gospodarcza jest pod większym nadzorem władz NAFTA, a amerykańscy obywatele płacą inflacją dolara za to, że amerykańscy politycy mogą rządzić Meksykiem.

W lipcu i sierpniu 1997 nastąpiły walutowe i gospodarcze kryzysy w Tajlandii, Filipinach, Malezji, Indonezji, Singapurze i Korei. We wszystkich tych krajach indeksy giełdowe spadły w ciągu kilku dni od 24 (Korea) do 48% (Malezja), i wszystkie te kraje otrzymały po części znaczące płatności pomocowe z MFW. Panujące w tych krajach grupy zapewniły sobie podczas tłustych lat inflacji czołowe stanowiska w gospodarce i teraz okazały się niezdolne spowodować szybką zmianę. Szczególnie głośny był przypadek Indonezji, kraju bardzo uzależnionego od importu środków żywnościowych, w którym doszło do licznych gwałtownych akcji protestacyjnych przeciwko rządowi. Jednak ten właśnie rząd, który latami plądrował swój kraj inflacją i podatkami, i powlekł go siecią kumoterstwa, otrzymał od MFW kredyt 23 miliardów dolarów, a zatem mógł sztucznie długo utrzymywać się u władzy.

W czerwcu 1998 przyszła kolej na Rosję. W kraju tym rzeczywiste reformy gospodarcze nigdy nie miały miejsca. Wielki przemysł pozostawał, jak w czasach sowieckich, w posiadaniu państwa, a bank centralny produkował pieniądze, którymi utrzymywano na rynku nierentowne zakłady państwowe. W końcu moskiewska giełda, nie będąca niczym więcej, niż tylko miejscem, w którym handluje się rosyjskimi obligacjami państwowymi, a zachodnie kredyty państwowe kieruje się ku prywatnym kieszeniom bliskich państwu osobników. Lecz tutaj kryzys nie pojawił się bynajmniej niespodziewanie, chociaż dokładna pora przewidziana została tylko przez kilku fachowców. Rosjanie także dostali kredyty od MFW i zachodnich rządów, tyle że prawdopodobnie musieli poczynić mniej ustępstw, ponieważ: 1) mają potencjał zagrożenia z uwagi na arsenał broni atomowej (głównym argumentem rosyjskiego prezydenta w negocjacjach kredytowych z Zachodem jest:, „Jeśli nie dacie mi państwo pieniędzy, nie zostanę ponownie wybrany. Ale wówczas rakietami atomowymi dysponować będą komuniści.”) i 2) są już tak wysoko zadłużeni, że ich wierzytelności na Zachodzie nie mogłyby tak po prostu zostać spisane na straty bez wywołania niebezpieczeństwa kryzysu gospodarczego. Tak więc mamy kolejne kredyty dla rosyjskiego molocha.

Jest tylko kwestią czasu, kiedy także w Ameryce Północnej i Europie osiągnięty zostanie koniec tej ślepej uliczki, w której znajduje się cała zbudowana na przymusowym pieniądzu gospodarka. W każdym razie wtedy nie będzie już nikogo, kto kolejnymi kredytami i dalszą inflacją podtrzymałby przy życiu tę żałosną grę. Gospodarka zachodnia albo znajdzie się wówczas całkowicie pod kontrolą państwa, jak to już było w niemieckim narodowym socjalizmie, albo czeka nas hiperinflacja. Ta chwila może być jeszcze kilka lat lub dziesięcioleci przed nami. Może zostać odłożona w czasie poprzez zawarcie unii walutowej pomiędzy Euro i dolarem (i jenem?). Ale przecież pozostaje ślepa uliczka, na końcu której nieuchronnie stoi socjalizm albo hiperinflacja. Wyprowadzą nas z niej wyłącznie radykalne rynkowe reformy – słowami Rothbarda: powrót do pieniądza towarowego jak złoto na wolnym rynku walutowym i całkowite wygnanie państwa ze sfery pieniądza.


Publikacja za specjalnym zezwoleniem wydawcy niemieckiego książki. Warunkiem publikacji jest umieszczenie następującego tekstu i obrazka:

W jezyku niemieckim ksiazka ukazala sie w wydawnictwie Resch-Verlag, Gräfelfing, http://www.resch-verlag.com:

Das Schein-Geld-System – Wie der Staat unser Geld zerstört

Autor: Murray Newton Rothbard

Wydawca: Liberale Akademie Berlin
Posłowie i tłumaczenie: Dr. Jörg Guido Hülsmann
Tytuł oryginału: What has Government done to our money?

160 stron, wydanie kieszonkowe
ISBN 3-930039-72-9

14,32 EUR

http://www.resch-verlag.com/Shop/index.htm



Zalecana literatura:

Baader, Roland, 1997. Fauler Zauber. Gräfeling: Rech-Verlag.

 

· .1995. Die Enkel des Perikles. Gräfeling: Rech-Verlag.

· .1995. Wider die Wohlfahrtsdiktatur. Gräfeling: Rech-Verlag.

· .1998. Die belogene Generation. Gräfeling: Rech-Verlag.

· .1994. Die Euro-Katastrophe. Berlin: Anita Tykve Verlag.

FEE. Wyd. 1995. The Lustre of Gold. Irvington-on-Hudson, New York: Foundation for Economic Education.

 

· . Wyd. 1994. Inflation is Theft. Irvington-on-Hudson, New York: Foundation for Economic Education.

Fikentscher, Wolfgang. 1997. Wertewandel – Rechtswandel. Gräfeling: Rech-Verlag.

Hayek, Friedrich August. 1965. Was der Goldwährung geschechen ist. Nachdruck. Tübingen: Mohr Siebeck.

Hazlitt, Henry. 1984. From Bretton Woods to World Inflation. Chicago: Regnery Gateway.

Hoppe, Hans-Hermann. 1993. The Economics and Ethics of Private Property. Boston: Kluwer.

Hülsmann, Jörg Guido. 1996. Logik der Währungskonkurrenz. Essen: Management Akademie Verlag.

Huerta de Soto, Jesus. 1998. Dinero, credito bancario y ciclos economicos. Madrid: Union Editorial.

Mises, Ludwig von. 1980. Nationalökonomie. Nachdruck. München: Philosophia.

 

· .1924. Theorie des Geldes und der Umlaufsmittel. 2. Aufl. Leipzig: Duncker&Humblot.

Paul, Ron. 1991. The Ron Paul Money Book. Lake Jackson, Texas: Ron Paul&Associates, Inc. 1995.

Paul, Ron i Lehrmann, Lewis. 1982. The Case for Gold. Washington, D.C.: Cato Institute.

Rockwell, Lewellyn. Wyd. 1992. The Gold Standard. Auburn, Alabama: Mises Institute.

Rothbard, Murray N. 1995. Making Economic Sense. Auburn, Alabama: Mises Institute.

 

 

· . 1995. Wall Street, Banks, and American Foreign Policy. Auburn, Alabama: Mises Institute.

 

· . 1994. The Case Against the Fed. Auburn, Alabama: Mises Institute.

 

· . 1993. Man, Economy, and State. Wyd. trzecie. Auburn, Alabama: Mises Institute.

 

· . 1991. The Case for a 100 Percent Gold Dollar. Auburn, Alabama: Mises Institute.

 

· . 1983. The Mystery of Banking. New York: Richardson & Snyder

Salin, Pascal. 1992. L’ordre monétaire mondial. Paris : Presses Universitaires de France.

 

· . 1991. Libre échange et protectionnisme. Paris : Presses Universitaires de France.

· . 1990. La vérité sur la monnaie. Paris : Jacob Odile.

· . 1979. L’unité monétaire européenne, au profit de qui? Paris : Economica.

Selgin, George. 1996. Bank Deregulation and Monetary Order. London: Routldege.

Sennholz, Hans. 1985. Money and Freedom. Spring Mills, Pa: Libertarian Press.

 

· . 1979. Age of Inflation. Belmont, MA: Western Islands.

· . 1975. How Can Europe Survive. New York: van Nostrand.

· . Wyd. 1975. Gold is Money. Westport, Conn.: Greenwood Press.

Shelton, Judy. 1994. Money Meltdown. New York: The Free Press.

Skousen, Mark. 1996. Economics of a Pure Gold Standard. Wyd. trzecie. Irvington-on-Hudson, New York: Foundation for Economic Education.

Vaubel, Roland. 1995. The Centralisation of Western Europe. London: Institute for Economic Affairs.



[1] Mowa o Złoto, banki, ludzie – krótka historia pieniądza, do którego wersji niemieckiej (Murray N. Rothbard, Das Schein-Geld-System – Wie der Staat unser Geld zerstört, Joerga G. Huelsmanna, tłum., Liberale Akademie Berlin) niniejszy artykuł jest wstępem. O wydaniu polskim czytaj więcej pod adresem http://mises.pl/site/biblioteka.php?id=71&content_id=131&view=full – red.

[2] Pieniądz fiducjarny jest szczególnym rodzajem państwowego pieniądza przymusowego (angielskie: fiat money). Wyróżnia się po pierwsze przez to, że nie może zostać użyty do żadnego innego celu aniżeli wymiany pośredniej. Jest po prostu pewną ilością znaków. (Dla oznaczenia pieniądza fiducjarnego autor używa słowa „Zeichengeld”, „Zeichen” oznacza właśnie znak. – przyp. tł.) Ze względu na tę właściwość nie może nigdy powstać spontanicznie na rynku. Powstać może tylko poprzez państwowy przymus i tylko poprzez państwowy przymus może być utrzymany w obiegu. Po drugie, podaż pieniądza fiducjarnego może zostać dowolnie zwiększona, ponieważ nie jest on przywiązany do żadnego ciała fizycznego. W najczystszej postaci niematerialny charakter pieniądza fiducjarnego uwydatnia się w kontach utrzymywanych przez władzę walutową, ponieważ zaksięgowane tam kwoty mogą zostać powiększone ledwie przez wpis. Nieco mniej czysty, ale bardziej rozpowszechniony jest ten pieniądz fiducjarny, który występuje w formie pieniądza papierowego. Wszystkie dzisiejsze waluty narodowe są rodzajami pieniądza fiducjarnego, oferowane przez swych producentów jako banknoty banku centralnego albo depozyty na żądanie – przy czym w przypadku depozytów żadnej roli nie gra oczywiście to, w jakiej formie technicznej (wypełnienie noty obciążającej, klikniecie myszką na stronie internetowej itd.) dysponuje nimi ich posiadacz.

[3] Zob. Rothbard (Wall Street, Banks, and American Foreign Policy. Auburn: Mises Institute, 1995, s. 53 i nn.). Innym dobrym źródłem na ten temat jest książka amerykańskiego deputowanego do Kongresu Rona Paula (The Ron Paul Money Book. Lake Jackson: Ron Paul & Associates, Inc., 1991, s. 221 i nn.). Paul wymienia m.in. następujących Europejczyków, którzy popierali EBC jako pierwszy stopień na drodze do światowego banku centralnego i światowej waluty papierowej: Giovanni Agnelli, Karl Carstens, Jacques Delors, Wim Dusenberg, Valery Giscard d’Estaing, Wilfried Guth, Max Kohnstamm, H.L. Merkle, Helmut Schmidt i Hans-Jochen Vogel.

[4] Do chwalebnych wyjatków zaliczaja sie francuski ekonomista Pascal Salin, L’10.0pt”>unité monétaire européenne, au profit de qui? Paris: Economica, 1979 i niemiecki ekonomista H.H. Lechner, (Währungspolitik, Berlin: de Gruyter, 1988).

[5] Zob. tu prace Rolanda Baadera, Fauler Zauber (Gräfelfing: Resch Verlag, 1997) i Die Euro Katastrophe (Berlin: Anita Tykve Verlag, 1994).

[6] Por. znakomite prace Murray’a Rothbarda: Wall Street, Banks, and American Foreign Policy (Auburn, Alabama: Mises Institute, 1995) i The Case Against the Fed (Auburn, Alabama: Mises Institute, 1994).

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Jörg Guido Hülsmann

Jörg Guido Hülsmann (ur. w 1966 r.) jest profesorem ekonomii na University of Angers we Francji.

Pozostałe wpisy autora:

2 Komentarze “Hülsmann: Euro: Rothbardiańska interpretacja najnowszej historii

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy