Jabłecki: Moralność liberała

12 kwietnia 2006 Filozofia polityki komentarze: 0

Moralność liberała

Juliusz Jabłecki

Niedawna nominacja dra Roberta Gwiazdowskiego na stanowisko prezesa rady nadzorczej Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, czyli popularnego ZUSu, wywołała mieszane reakcje w środowiskach liberałów. Na forum www.e-upr.org, które przedrukowało fragment wywiadu z drem Gwiazdowskim, toczył się zacięty spór o to, czy mając takie przekonania, jakie przez wiele lat wyrażał prezydent Centrum im. Adama Smitha, należało podejmować pracę w takiej instytucji, jaką był jest i będzie ZUS.

Sprawa dra Gwiazdowskiego dotyka dość istotnego problemu, z którym prędzej czy później przychodzi zmierzyć się większości ludzi o wolnościowych przekonaniach: Czy moralnie uzasadniona jest praca dla zetatyzowanego systemu redystrybucji powszechnie nazywanego „państwem polskim”? A jeśli nie, to gdzie przebiega granica pomiędzy tym, co jeszcze wolno, a tym, czego już nie powinno się robić chcąc być w zgodzie z własnymi przekonaniami? Osobiście jestem zdania, że choć istotnie trudno jest wytyczyć tu jasno i wyraźnie granicę, to jednak istnieje kilka niezmiennych reguł, którymi śmiało można się kierować podejmując na przykład decyzję o wyborze pracy.

Tradycyjnie stosunek do każdego systemu ideologicznego dzielił jego stronników na trzy różne obozy. Na jednym biegunie znajdowali się zawsze radykałowie – ludzie, którzy bez względu na okoliczności traktują wytyczne swojej ideologii jak dogmaty wiary, a jej ruch jak jedną wielką krucjatę religijną. Nie tolerują żadnych odstępstw i nie znoszą kompromisów. Jeśli są marksistami, to przenoszą się z miast do małych kibuców i kategorycznie odrzucają nawet najmniejsze odstępstwo od pełnej społecznej własności środków produkcji (notabene takim ortodoksyjnym marksistą z całą pewnością nie był sam Marks). Jeśli są obiektywistami ze szkoły Ayn Rand, to potępiają np. ludzi niepalących i przedkładających Bacha nad Rachmaninowa jako kompletnie nieracjonalnych. Wśród libertarian natomiast sekciarstwo przejawia się przede wszystkim potępieniem wszelkiego rodzaju związków z państwem – od stąpania po publicznych ulicach po pracę na państwowej uczelni.

Na przeciwnym biegunie są z kolei ludzie, którzy chętnie identyfikują się z danymi poglądami, lecz głównie na jakiegoś rodzaju meta-płaszczyźnie, czyli tylko w sferze teorii. Dla przykład, taki konformistyczny marksista najchętniej pracowałby na uczelni, wśród mądrych kolegów i bogatych studentów, a swoje poglądy wygłaszał głównie w kawiarni przy szklaneczce dobrej whisky i kubańskim cygarze. Podobnie, „pragmatyczny” liberał najlepiej czuje się, gdy poprosi się go o jakiś apologetyczny wykład na temat cudów wolnego rynku czy standardu złota – idei pięknych rzecz jasna przede wszystkim dlatego, że odległych od rzeczywistości – wygłoszony z wysokości ciepłej i bezpiecznej państwowej posadki. W samym środku ruchu, pomiędzy tymi dwoma obozami, znajdują się natomiast zazwyczaj zwykli działacze i pomniejsi stronnicy, którzy bez patetycznych słów i wielkich gestów po prostu „robią swoje” zdając się najwyraźniej na zdrowy rozsądek. I mam wrażenie, że to właśnie ci ostatni są na ogół najbliżej prawdy.

Zarówno skrajna ortodoksja z sekciarstwem, jak i konformizm oraz pragmatyzm, są według mnie stanowiskami błędnymi i szkodliwymi dla samego ruchu wolnościowego, aczkolwiek z różnych powodów. Rozpatrzmy najpierw ten pierwszy pogląd. Cóż on tak naprawdę oznacza? Ortodoksi wychodzą z przekonania, że cały system, w którym żyjemy, jest nieuzasadniony moralnie, opiera się na przemocy i wyzysku, a ponadto, korzystając z niego, pośrednio czy nie, udzielamy Lewiatanowi przyzwolenia i przedłużamy jego panowanie. Problem w tym podejściu wynika z niezrozumienia dwóch podstawowych kwestii. Po pierwsze, system rzeczywiście jest niemoralny i oparty na wyzysku – pełna zgoda – ale jest on nam narzucony bez naszej woli. Funkcjonując w nim, oczywiście w pewnych granicach, o których później, nie wykazujemy wcale preferencji dla takiej lub innej formy interwencji państwowej w naszym życiu. Aby móc – tak jak chcą tego „sekciarze” – dać lub odebrać przyzwolenie, trzeba najpierw mieć wolny wybór. A my w przeważającej większości sytuacji takiego wyboru nie mamy. Poza tym, jak daleko należałoby się posunąć z „wycofywaniem przyzwolenia”? Czy mielibyśmy na przykład tylko nie korzystać z państwowej służby zdrowia, nie chodzić do państwowych szkół i nie pracować na państwowych posadach czy może jeszcze nie chodzić po państwowych ulicach? A co z państwowym pieniądzem, który – w formie, w jakiej aktualnie istnieje – opiera się na oszustwie i kradzieży? Czy nim też mielibyśmy przestać się posługiwać?

Tak czy inaczej, nie ma tu żadnej jasnej granicy. Większość tak zwanych prywatnych szkół i tak jest subsydiowana z budżetu państwa. Podobnie służba zdrowia, jeśli nawet została częściowo sprywatyzowana, to wciąż opiera się na przymusowej kartelizacji i monopolizacji świadczenia usług medycznych przez zaakceptowaną państwowo kastę. Odrzucenie pieniądza i przejście do gospodarki barterowej (skoro – jak słusznie zwrócił mi uwagę Mateusz Machaj – obowiązuje VAT) także byłoby marnym wyjściem. Co więcej, jak miałby się zachować libertarianin w PRLu czy Związku Radzieckim, czyli w sytuacji, kiedy praktycznie wszystko było państwowe i jakikolwiek czysto rynkowy biznes nie wchodził w ogóle w rachubę? Idąc za radą ortodoksów, nieszczęśnik musiałby chyba siąść, płakać i czekać na rychłą śmierć, bo przecież czego by się nie dotknął, to wspierałby państwo, „przedłużając jego agonię”. Ale żaden system ideologiczny nie powinien wymagać od ludzi, aby byli męczennikami ani, tym bardziej, aby szybko poumierali.

Co więcej, nawet jeśli przyjmiemy na chwilę, że faktycznie każde wejście w związek z państwem jest niedopuszczalne, to co z tego? Jest to być może słuszna diagnoza, ale diagnoza to przecież dopiero początek, a nie koniec leczenia. Tu zaś, raz stwierdziwszy problem, odcinamy sobie w praktyce wszystkie realne możliwości zaradzenia mu – demaskujemy państwo jako instytucję niemoralną, lecz odbieramy sobie jednocześnie możliwość przeciwstawienia się mu, bo wspieralibyśmy przecież w ten sposób instytucję, której żywot chcemy skrócić. Dla ortodoksji zatem jest być może miejsce w religii, ale raczej nie w ruchu wolnościowym, w którym rodzi tylko nieporozumienia czy wręcz skazuje go na społeczno-polityczny niebyt i marginalizację.

Równie groźna, a może nawet groźniejsza, jest jednak druga skrajna postawa – konformizmu. Typowy bowiem konformista jest tak naprawdę agentem systemu. Człowiek ten może być świetnym mówcą i nawet zdolnym, przeszkolonym specjalistą w swojej dziedzinie. Na pewnym abstrakcyjnym poziomie może całkowicie się zgadzać z postulatami wolnorynkowymi, ale w życiu codziennym konsekwentnie sam sobie przeczy, zajmując często to samo stanowisko, które pośrednio potępił ideowo. Najbardziej chyba znanym przykładem takiej postawy jest Alan Greenspan, wieloletni szef Fed. W młodości Greenspan należał do ścisłego grona uczniów Ayn Rand i popełnił nawet głośny swego czasu tekst na temat zalet standardu złota. Lecz już w parę lat później objął stanowisko kierownika instytucji, która w swym obecnym kształcie jest całkowitym zaprzeczeniem waluty złotej. Nie zrobił przy tym nic w kierunku postulowanego niegdyś przez siebie urynkowienia produkcji pieniądza.

O Greenspanie można powiedzieć wiele, ale trudno doprawdy przyznać, że jest obrońcą wolnego rynku. Przez całą swoją długą kadencję zajmował się raczej finansowaniem kolejnych wojennych eskapad rządu Stanów Zjednoczonych. Szkodliwość takiej postawy zobaczymy natychmiast, jeśli tylko wyobrazimy sobie świat pełen stronników liberalizmu przyjmujących taką postawę. Mielibyśmy wówczas samych wolnościowych prezesów banków centralnych i urzędów antymonopolowych, a w skrajnym przypadku może nawet obozów koncentracyjnych! Wolny rynek jest oczywiście pewną ideą, ale przede wszystkim jest bardzo konkretną, praktyczną formą organizacji życia społecznego i tak jak nie można się nauczyć grać na fortepianie tylko przez studiowanie jego pięknej budowy, tak samo nie można działać na rzecz wolnego rynku sytuując się dobrowolnie poza nim.

Wracając jednak po tej dygresji do poruszonego wcześniej problemu: co to dokładnie znaczy współpracować z państwem i jaki rodzaj współpracy jest do zaakceptowania dla liberała, a jaki należy potępić? Jak już pisałem, czy tego chcemy, czy nie, żyjemy w państwie, które niestety czyni nas w mniejszym lub większym stopniu beneficjentami swojego istnienia. Lewiatan pobiera wprawdzie podatki, ale za to daje nam drogi, mosty, szkoły, stypendia, emerytury, a nawet namiastkę ochrony i cały system prawny.

Rzecz w tym, że korzystając z tych wszystkich „dobrodziejstw” powinniśmy od czasu do czasu zadać sobie pytanie: Czy mimo tego, że funkcjonujemy w zastanym środowisku instytucjonalno-prawnym, to czy staramy się, na ile możemy, ostro mu przeciwstawiać, czy też aktywnie wykorzystujemy aparat państwowy dla własnych korzyści? Mówiąc nieco precyzyjniej, jeśli myślimy na przykład nad podjęciem pracy w szeroko pojętym sektorze państwowym, powinniśmy za każdym razem rozróżnić pomiędzy takimi zawodami, które byłyby w pełni legalne na wolnym rynku – jak np. nauczyciel, lekarz, itp. – oraz takimi, które ze swej istoty istnieją tylko w warunkach państwowego przymusu, jak choćby poborca podatkowy czy centralny planista. W tych pierwszych nie ma oczywiście nic złego (naturalnie poza tym, że generalnie rzecz biorąc lepiej wybierać rynek zawsze wtedy, kiedy tylko można), natomiast te drugie zasługują z reguły na zdecydowane potępienie. Z reguły, ponieważ w bardzo rzadkich niestety – ale jednak możliwych – przypadkach można oczywiście spotkać kierownika obozu koncentracyjnego, który mozolnie wspinał się po stopniach kariery oprawcy tylko po to, aby potem spektakularnie wypuścić wszystkich więźniów. Podobnie rozgrzeszony byłby prezes NBP, robiący wszystko co w jego mocy dla urynkowienia pieniądza czy deregulacji systemu bankowego. Czy zatem przyjaciołom wolności wolno angażować się w politykę? Cóż, doradzałbym raczej, o ile to możliwe, pracę organiczną, ale także i polityk może się przysłużyć sprawie wolności pod warunkiem, że konsekwentnie wchodzi w sieć pająka tylko po to, aby porozcinać ją od środka. Inna rzecz, że na ogół, kiedy jest się już dostatecznie wysoko, aby mieć na coś realny wpływ, zaczyna się też doskonale rozumieć i doceniać błogosławieństwo status quo.

Absolutnie nie podejmuję się moralnej oceny decyzji dra Roberta Gwiazdowskiego. Doprawdy trudno byłoby przecenić wkład, jaki – jeszcze jako prezydent CAS – wniósł w szerzenie idei wolnorynkowych. Nie wątpię też w jego entuzjazm i szczere chęci, jednak obawiam się, że tym razem posunął się o jeden krok za daleko. Zakład Ubezpieczeń Społecznych jest instytucją, która nie powinna istnieć – ani teraz, ani nigdy – i to nie tylko dlatego, że jest państwowa, nieefektywna czy po prostu przynosi straty, lecz dlatego, że jest rdzeniem rządowej machiny redystrybucyjnej i jako taka ma z gruntu nieetyczny charakter. Co gorsza, stanowisko dra Gwiazdowskiego nie daje mu – jak mi się wydaje – żadnej realnej możliwości wprowadzenia istotnych zmian na lepsze. ZUS należałoby bowiem zamknąć i tyle, lub przynajmniej zmienić jego przymusowy charakter, a nie sądzę, aby to akurat należało do prerogatyw przewodniczącego rady nadzorczej.

W jednym ze swoich tekstów Murray Rothbard napisał, że libertarianin żyjący w zetatyzowanym świecie powinien stosować się do trzech reguł. Po pierwsze – działać jak tylko najlepiej potrafi na rzecz sprawy wolności. Po drugie – konsekwentnie sprzeciwiać się wzrostowi aktywności państwa w jakiejkolwiek formie, a po trzecie – unikać angażowania się w działania, które byłyby nielegalne w systemie własności prywatnej, gdyż zdecydowanie utrudnia to stosowanie się do dwóch pierwszych reguł. Sądzę, że to bardzo dobre rady i mam cichą nadzieję, że ich nagłośnienie przyczyni się niebawem do jakiejś roszady w radzie nadzorczej ZUSu…

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas

O Autorze:

Juliusz Jabłecki

Pozostałe wpisy autora:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *