Machaj, Jabłecki: Teoria i historia Imperium Americanum

29 kwietnia 2006 Filozofia polityki komentarze: 4

Teoria i historia Imperium Americanum

Mateusz Machaj
Juliusz Jabłecki

Tekst ukazał się pierwotnie w miesięczniku „Opcja na prawo”, nr 3/51.

Rzut oka na historię Stanów Zjednoczonych Ameryki XX wieku odkrywa przed nami długi zapis wojen, interwencji zbrojnych, akcji „pacyfikacyjnych”, działań prewencyjnych, konferencji pokojowych, spotkań i nasiadówek politycznych. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że kształtowana przez politycznie poprawne media pamięć o tych wydarzeniach przypomina chaotyczny zbiór niepowiązanych ze sobą stopklatek. Starannie dobrane zdjęcia lub migawki telewizyjne zastępują wszechstronną analizę historyczną, tworząc przystępny, łatwy w odbiorze i przekazie obraz rzeczywistości. W ten sposób historia wieku XX staje się komiksem, w którym najpierw widzimy zatopienie Lusitanii, zaraz potem atak na Pearl Harbor, bombowce nad Hiroszimą i Nagasaki, strzały do Kennedy’ego, uśmiechy prezydenta Cartera w Camp David, czołgi z Pustynnej Burzy, płonące wieże WTC, obalenie pomnika Saddama Husajna… Co kilka sekund dopisany zostaje nowy obrazek, a rozbudowana wykładnia historyczna trafia do szkół, uczelni i mowy codziennej. W dobrym guście jest oczywiście na wyrywki znać następujące po sobie stopklatki, ale równie ważne – a może nawet ważniejsze – jest, by każdą z nich pamiętać jako wydarzenie przypadkowe, niemal bez związku z pozostałymi. Najmniejsza próba poprzestawiania elementów tej „historycznej układanki”, spojrzenia nie tylko na jeden, ale całościowo na wszystkie obrazki, by ustalić pomiędzy nimi związki i właściwe zależności, spotyka się z natychmiastowym oskarżeniem o paranoję i głoszenie „spiskowej teorii dziejów”. Prezydent Franklin Delano Roosevelt mawiał jednak, że w polityce nic nie dzieje się przypadkiem, a jeśli się dzieje, to można iść o zakład, że tak to zostało zaplanowane. Warto więc chyba, niejako dla odmiany, zadać sobie trud i spojrzeć na historię USA nie jak na materiał filmowy z FOX News, ale jak na zapis realizacji planów, zamysłów, knowań i intryg. Słowem, zadać sobie pytanie nie tylko o to, jak naprawdę przedstawia się amerykańska rzeczywistość, ale również o to, dlaczego akurat tak, a nie inaczej. Naturalnie przedstawienie całej historii Stanów Zjednoczonych i ich dojrzewania do statusu globalnego hegemona jest zadaniem tyleż trudnym, co wymagającym dużo więcej miejsca niż pozwalają na to ramy tego artykułu. Postaramy się zatem raczej przedstawić teorię powstawania potęgi imperialnej USA oraz kluczowe wydarzenia historyczne ilustrujące ten proces. Proces, który podobnie jak wszystkie inne etatystyczne projekty, zmierza stopniowo do swojego kresu.

Wolny rynek, etatyzm i wielki biznes

Analiza funkcjonowania podstawowych instytucji społecznych opiera się na rozróżnieniu pomiędzy relacjami dobrowolnymi, czyli wszelkiego rodzaju kontraktami (np. handlowymi czy małżeńskimi), a władczymi, czyli takimi, w których jedna strona siłą zmuszą drugą do posłusznego podporządkowania się (np. niewolnictwo, podatki itd.). Na podstawie tej właśnie dychotomii francuscy klasycy liberalizmu, jak Charles Comte czy Charles Dunoyer wprowadzili pojęcie „walki klas”, która choć dziś kojarzy się niemal automatycznie z marksizmem, kiedyś rozumiana była jako konflikt między ludźmi pracującymi na rynku – płacącymi podatki – a ludźmi, których działalność jest finansowana za pomocą instytucji przymusu – żyjącymi z podatków. Zgodnie z takim podejściem historia staje się areną walki nie tylko między wyzyskującym rządem a wyzyskiwanymi obywatelami, ale szerzej także między różnymi rządami, z których jedne usiłują wyzyskiwać inne. Zacznijmy od tych pierwszych relacji.

Wolny rynek to nazwa dla imponującego mechanizmu, który, jak już zauważyliśmy, konstytuują dobrowolne umowy. Wraz z koncepcją wolnego rynku zostało ukute (przez W. H. Hutta) pojęcie „suwerenności konsumenta”, oznaczające, że każdy konsument ma prawo ostatecznie zdecydować, na jakie dobra wyda swoje własne pieniądze. Stąd ostatecznym sędzią i nadzorcą całego procesu gospodarowania jest konsument, pragnący zaspokoić swoje potrzeby. To właśnie ten, niedoceniony we współczesnych teoriach, mechanizm sprawia, że przedsięwzięcia niepożądane przez społeczeństwo – a zatem po prostu nierentowne – zostają szybko usunięte ze sfery gospodarczej.

Zupełnie inaczej jest jednak w przypadku relacji przymusowych, ustanawianych przez określony na danym terenie porządek prawny. Tutaj zgodnie z tradycją prawa publicznego relacja między dwoma podmiotami nie jest równorzędna, jak w prawie cywilnym, lecz władcza, co umożliwia jednej stronie na przykład ogłoszenie się właścicielem danej części zasobów drugiej strony. Pozyskiwanie środków do życia nie musi zatem odbywać się na drodze dobrowolnych umów, ale poprzez werbalną deklarację wzbogaconą najczęściej groźbą przemocy fizycznej w tej czy innej formie. Oczywiście we współczesnych systemach prawnych występują ograniczenia na tego typu działalność, mają one jednak raczej naturę proceduralną niż substancjonalną.

Instytucją działającą w oparciu o relacje władcze jest państwo definiowane jako przymusowy monopolista prawny oraz ostateczny sędzia we wszystkich konfliktach na danym terenie – także tych, dotyczących samego państwa. Z samego statusu monopolisty wynika, że jakość świadczonych przezeń usług – w tym wypadku produkcji prawa i porządku – będzie się stopniowo obniżać, a ich cena będzie rosnąć. Oznacza to zatem, że naturalną koleją rzeczy będzie stopniowy wzrost podatków, czyli ceny, jaką płacimy rządowej agencji za ochronę, oraz spadek poczucia bezpieczeństwa, wynikający z inflacji utrudniających życie przepisów interpretowanych w dodatku zawsze na korzyść państwowych urzędników. Rozrost legislacji leży więc niejako w naturze państwa, ale jest on tym większy, że może służyć nie tylko do – jak pisaliśmy wyżej – zapewnienia państwu przychodów budżetowych, lecz także do wprowadzania rozwiązań prawnych, które będą wspierać grupy interesu związane z istniejącym systemem. Wyjaśnijmy to pokrótce.

Prywatny przedsiębiorca musi sprzedawać produkty pożądane przez konsumentów, a oddanie się w ręce mechanizmu rynkowego, opartego na nigdy nie dających się do końca przewidzieć aktach wyboru, jest bardzo ryzykowne. Po zainwestowaniu ogromnych środków może się bowiem okazać, że towar nie cieszy się uznaniem klientów i cała inwestycja zostanie zmarnowana. Dlatego właśnie w pewnym sensie trudno wyobrazić sobie coś bardziej niebezpiecznego dla przedsiębiorcy niż wolny wybór kupującego.

O ileż łatwiej żyłoby się przedsiębiorcy, który by usunął z drogi tę przeszkodę i na przykład prawomocnym dekretem odebrał konsumentom prawo do kapryśnego zmieniania gustów i niekupowania jego produktów! Problem jednak polega na tym, że taki przedsiębiorca musiałby zastosować środki przymusowe, czyli skierować siłę bezpośrednio przeciw konsumentowi i narzucić mu jakąś formę niewoli, a takie zachowanie prawdopodobnie szybko spowodowałoby opór społeczny. Zupełnie inaczej jest natomiast w przypadku monopolisty prawnego, który przecież nie stoi wobec jakiegokolwiek niepodważalnego prawa, ale sam je tworzy z pomocą „ojców założycieli”, konstytucjonalistów i architektów systemowych. Nikt nie waży się podnieść ręki na państwo, a jeśli nawet, to odpowiednie jednostki „pacyfikacyjne” błyskawicznie zatroszczą się o to, by więcej już nie burzył „ładu społecznego”. Inflacja przepisów prawnych pozbawiona jest zatem w państwie demokratycznym praktycznie wszelkich ograniczeń.

Siłą rzeczy labirynt prawa, po którym wzajemnie ścigają się prawnicy, budowany z dnia na dzień przez państwo umożliwia poszczególnym grupom interesu redystrybuowanie środków od całości społeczeństwa. Chociaż przedsiębiorca nie był w stanie przyłożyć pistoletu do skroni klienta i zmusić go do kupna określonego towaru, to przecież dzięki odpowiednim układom z władzą może przepchnąć takie regulacje, które konsumentów skutecznie do tego „zachęcą”. Przykładowo, jeśli producenci zestawów głośnomówiących chcą zarabiać więcej pieniędzy, a mają problemy z popytem na swoje produkty, to przecież wystarczy namówić ustawodawcę, by ten uchwalił odpowiednie prawo i zakazał używania telefonów komórkowych w trakcie jazdy.

Na forsowanie korzystnych regulacji mogą sobie pozwolić przede wszystkim wielcy przedsiębiorcy. W grę wchodzą bowiem najczęściej duże pieniądze, z czego doskonale zdają sobie sprawę wykonawcy i twórcy prawa, wyciągając ręce po odpowiednio wysoką zapłatę. Korzyści skali pojawiają się zatem w produkcji prawa dokładnie na tej samej zasadzie, co w przypadku prowadzenia zwykłego, rynkowego, biznesu. Dysponowanie wielkim kapitałem ułatwia większą produkcję i korzystniejszy rozkład kosztów na jednostkę. Wymagane są większe nakłady finansowe, ale te większe nakłady spowodują większą produkcję, która lepiej rozłoży wszystkie koszty na jednostkę.

Przedstawiciele wielkiego biznesu będą więc bardzo chętnie inwestować swoje zarobione pieniądze w celu zmniejszania zakresu suwerenności konsumenta, bo choć koszty łapownictwa mogą być znaczne, to jednak przyszłe i, co istotne, pewne zyski wynagradzają je z nawiązką. To najlepiej tłumaczy na pozór dziwny historyczny fakt, że najwięksi kapitaliści są też najbardziej zażartymi wrogami prawdziwego kapitalizmu. Jak wykazali rewizjonistyczni historycy, tacy jak Murray Rothbard czy Gabriel Kolko, początek ekspansji etatyzmu w USA na fali tzw. Progressive Era (przełom XIX i XX wieku) był zainicjowany przez przedstawicieli wielkiego biznesu, którzy w imię „progresywnych” reform ochoczo przystępowali do regulowania skartelizowanego – nota bene na ogół w jakimś stopniu przez nich samych – przemysłu. Każdy, najmniejszy nawet krok państwa ku centralnemu planowaniu – utworzenie banku centralnego, reformy socjalne czy choćby affirmative action – był w USA dopingowany lub wręcz inicjowany przez największe i najsilniejsze politycznie grupy interesów. Ogromne korporacje zawsze chętnie poddawały się regulacjom pod warunkiem oczywiście, że jeszcze bardziej niż w nie same godziły one w konkurencję. Dlatego właśnie chętnie witają one wprowadzanie rozmaitych zezwoleń czy koncesji, bo na pewno utrudni to szybkie powstanie konkurencji w danym sektorze. Podobnie ma się rzecz z wprowadzaniem większych podatków albo innego rodzaju obciążeń. Jeśli tylko wyeliminują one biedniejszych przedsiębiorców, to dodatkowa opłata uiszczana na rzecz państwa (lub zasilająca prywatną kieszeń poborcy podatkowego) może się okazać znacznie mniejsza niż zwiększone zyski z tytułu eliminacji konkurencji. To właśnie dlatego szefostwo Wal-Marta, ogromnej amerykańskiej sieci supermarketów, opowiedziało się niedawno za zwiększeniem płacy minimalnej w USA. Wynikało to z prostego faktu, że Wal-Mart i tak płaci średnio więcej niż wynosi płaca minimalna, a jej podniesienie wyeliminowałoby przymusowo małych konkurentów. Faktem jest, że zasada postępowania ogromnych korporacji przypomina tu rzucanie sobie samemu belek pod nogi. Z pewnością będzie trzeba ponieść wysiłek w postaci dla zręcznego ich przeskoczenia, ale cóż z tego, skoro belki sprawią, że wszyscy mniejsi konkurenci depczący po piętach porozbijają sobie przez nie głowy.

Zyski, które wielki biznes może osiągać przy pomocy regulacji prawnych ustanawianych przez państwo można by wymieniać bez końca. Naturalnie równie długa jest lista korzyści, które czerpią urzędnicy państwowi z kontaktów z majętnymi biznesmenami. Dla nas ważne jest jednak to, że ekspansja wewnętrzna aparatu państwowego jest tym większa i tym szybsza, im większa jest w danym państwie koncentracja silnych grup biznesowych. Im większy biznes, tym większy potencjał dla dużego, silnego, bardziej i opresyjnego państwa.

Państwo i polityka zagraniczna

Przejdźmy teraz do innych implikacji z przedstawionej wyżej definicji państwa. Jest ono, jak powiedzieliśmy, jedyną na danym terenie instytucją posiadającą władzę tworzenia i interpretowania prawa oraz używania przemocy w jego egzekwowaniu. Wynika stąd natychmiast, że państwo może nakładać podatki, tj. wywłaszczać swoich obywateli, arbitralnie określając rodzaj i wielkość daniny. Wiąże się to jednak z łatwym do przewidzenia ryzykiem emigracji obywateli-podatników. Skoro bowiem państwowa władza nakładania podatków rozciąga się tylko na pewien jasno określony obszar, to dość naturalnym odruchem w sytuacji gdy opodatkowanie (lub inne regulacje) staje się zbyt uciążliwe jest opuszczenie terytorium Lewiatana, umożliwiające jeśli nie uzyskanie całkowitej wolności, to chociaż zmianę suwerena na łagodniejszego. Oczywiście państwo na każdą taką ucieczkę patrzy nieprzychylnie, gdyż oznacza ona zmniejszenie dochodu z podatków, tym wyraźniejsze im mniejsza jest początkowo populacja danego kraju i im bogatsze, bardziej produktywne jednostki decydują się na emigrację.

Jest także i druga strona medalu – imigracja. Inaczej niż emigracja, prowadzi ona do zwiększenia populacji danego kraju i witana jest na ogół z radością, gdyż przynajmniej potencjalnie przekłada się na większe wpływy do kasy państwa. O wielkości imigracji decyduje relatywna uciążliwość polityki wewnętrznej danego państwa w porównaniu z innymi. Im bardziej liberalny jest rząd w kraju X, tzn. im mniejsze są tam podatki lub znośniejsze przepisy, tym więcej ludzi, skuszonych choćby niewielką poprawą warunków życia, stanie się z wyboru jego mieszkańcami. Oczywiście nie istnieje żadna raz na zawsze ustalona skala liberalnego charakteru polityki wewnętrznej. Atrakcyjność poszczególnego państwa jest raczej cechą relatywną, ustalaną w odniesieniu do atrakcyjności pozostałych.

Ważne jest jednak to, że zwiększanie bazy podatkowej może się odbywać nie tylko poprzez liberalizację polityki wewnętrznej, ale i na drodze ekspansji, która naturalnie odbywa się kosztem innych państw. Pozawala to zresztą zrealizować jednocześnie dwa cele. Z jednej strony oczywiście zwiększa się liczbę poddanych-podatników, a więc tym samym również władzę i wpływy do kasy państwa. Z drugiej natomiast zmniejsza się liczbę sąsiadujących państw, czyli konkurentów, do których mogliby potencjalnie wyemigrować poddani. W wyniku ekspansji emigracja staje się trudniejsza i bardziej kosztowna (trzeba przemierzyć większe odległości), co z kolei pozwala zwiększyć opresyjny charakter rządów.

Powiększanie terytorium i wciąganie pod swoją kontrolę coraz większej liczby ludzi jest procesem niebezpiecznym i wymagającym sporych nakładów finansowych, ale dla państwa jako monopolistycznego wywłaszczyciela fakt ten stanowi zdecydowanie mniejszą przeszkodę niż zwykli obywatele (co być może tłumaczy w jakimś stopniu fakt, że „zwykła” przestępczość mimo całej swej uciążliwości i brutalności nigdy nie osiągnęła rozmiaru wojen międzypaństwowych). Mogąc z jednej strony osiągnąć natychmiastową gratyfikację na drodze ekspansji, a z drugiej przenieść koszt swoich agresywnych eskapad na wszystkich obywateli, państwa będą angażować się w konflikty, dążąc do przejęcia kontroli nad rywalami. Elementarna wiedza ekonomiczna pozwala nam nawet przewidzieć, które z państw będą w tej długiej batalii zwycięskie. Oczywiście zwycięstwo lub porażka w wojnie może być rezultatem wielu nakładających się na siebie czynników, ale bez wątpienia na dłuższą metę najważniejsze jest to, jaką ilość środków materialnych może dane państwo objąć w posiadanie (zabrać obywatelom) i wykorzystać dla własnych celów. Powodzenie w konflikcie zbrojnym zależy więc w dużej mierze od bogactwa obywateli. Ci zaś będą tym bogatsi, im mniej opresyjny będzie rząd, ponieważ podatki i regulacje zmniejszają produktywność poniżej poziomu, który mogłaby inaczej osiągnąć. Podsumowując zatem, zwycięskie, a więc i bardziej agresywne, będą państwa prowadzące bardziej liberalną politykę wewnętrzną, gdyż to właśnie one są w stanie zmobilizować większe ilości środków materialnych koniecznych do prowadzenia długich kampanii wojennych. Z rozważań tych natychmiast wynika, dlaczego to właśnie Wielka Brytania odgrywała dominującą rolę na arenie światowej w XIX w., a także to, dlaczego w XX w. jej miejsce zajęły Stany Zjednoczone. Otóż w okresach swej świetności oba te kraje były – a USA nadal są – wyraźnie bardziej liberalne od pozostałych.

Teoria gospodarczego imperializmu

Istnieje proste kryterium pozwalające dość łatwo określić, kiedy mamy do czynienia wciąż jeszcze ze zwykłym państwem narodowym, a kiedy już z imperium. Naturalnie każde takie rozróżnienie jest z konieczności dość arbitralne, jednak w zupełności wystarczające na potrzeby tego artykułu. Otóż państwo narodowe nakłada podatki jedynie na swoich obywateli, podstawą statusu imperialnego jest natomiast możliwość opodatkowywania obywateli innych państw. Historycznie wykorzystywane były różne formy opodatkowania i różne formy ekspansji. Zarówno imperium rzymskie czy otomańskie, jak i kolonialne imperium brytyjskie opierały się ekspansji militarnej – podboju, za którym szło bezpośrednie ściąganie daniny, najczęściej w postaci złota, srebra, niewolników lub innych dóbr ekonomicznych. Jednak dwudziestowieczne imperium amerykańskie, pomne problemów, jakie wiązały się z kolonializmem i ekspansją militarną posłużyło się dużo subtelniejszymi środkami, które pozwoliły z czasem ostatecznie rozciągnąć sferę pośredniego opodatkowania i kontroli na niemal cały świat. Aby to wyjaśnić wróćmy do analizy związków pomiędzy wielkim biznesem i państwem.

Jak pisaliśmy wyżej, państwo dla zwiększenia swojej siły zawiązuje swoisty strategiczny alians z przedstawicielami silnych grup biznesowych, którzy z kolei używają państwowej machiny przymusu do ukształtowania rynku w sprzyjający dla siebie sposób. Profity, na jakie w takim sojuszu może liczyć wielki biznes będą zależały od tego, na jak dużym terenie działa państwo. W skali jednego kraju możliwości wyzysku są relatywnie niewielkie. Gdyby natomiast zakres interwencji państwowej został rozszerzony na inne państwa i tereny, wówczas znacznemu rozszerzeniu uległyby także powiązania biznesowe. To zupełnie nowe pole do współpracy pomiędzy państwem a wielkim biznesem wyśmienicie określa teoria tzw. „optymalnego obszaru handlowego”.

Zgodnie z teorią ekonomii rynku, optymalny obszar handlowy jest ustalany przez preferencje i swobodne decyzje osób ze sobą handlujących. Jeśli między jakimiś obszarami nie dochodzi do wymiany, oznacza to po prostu, że w pojęciu ludzi zamieszkujących te obszary, nie jest ona szczególnie korzystna, i że wolą oni inaczej wykorzystać posiadane dobra. Jeśli natomiast dochodzi do wymiany i to na takich, a nie innych warunkach, to należy rozumieć, że strony wolą zrobić taki akurat użytek ze swoich zasobów. Preferencje te – będące naturalnie zawsze preferencjami konkretnych, handlujących ze sobą ludzi – nie zawsze zgadzają się jednak z preferencjami władzy. Urzędnicy państwowi często mają odmienne zdanie co do tego, jaki powinien być „optymalny obszar handlowy” w danej sytuacji. Z jednej strony więc nakładają cła na konkurencję z zagranicy, ograniczając tym samym przymusowo obszar handlowy (jak zrobiła to na przykład administracja G. Busha w przypadku handlu stalą). Z drugiej zaś strony – uważając, że wymiana między pewnymi obszarami jest zbyt mała – na różne sposoby subsydiują rozszerzenie „obszaru handlowego”. Nietrudno zauważyć, że – tak jak w przypadku rynku wewnętrznego – każda decyzja państwa o regulacji rynku międzynarodowego, jego przymusowym pomniejszeniu lub zwiększeniu oznacza zamknięcie lub otwarcie nowych przestrzeni handlowych, a zatem większe zyski dla jednych, a straty dla drugich.

Widać zatem, że w sferze polityki zagranicznej interesy wielkich biznesmenów także mogą pokrywać się z interesami urzędników państwowych. Aby jednak zapewnić społeczne przyzwolenie dla takiego strategicznego aliansu, konieczne jest jeszcze włączenie do współpracy przedstawicieli trzeciego środowiska – intelektualistów. To oni postarają się o zasłonę dymną dla machinacji możnych i wielkich, w zamian za co otwarty zostanie rynek zbytu na świadczone przez nich, wątpliwej jakości usługi, którymi nikt by inaczej nie był zainteresowany. Dokładnie według tego scenariusza rozwijała się na początku XX w. a Ameryce późniejsza „triple helix” – związek państwa, biznesu i intelektualistów.

Słynne prawo Saya w ekonomii, doskonale rozwijane przez szkołę austriacką, mówi o tym, że relacja między popytem a podażą jest równoważona przez obustronne związki konsumentów i producentów. Produkcja jest zorganizowana pod konsumpcję i przedsiębiorcy starają się skutecznie przewidzieć popyt konsumentów. Jak zaznaczyliśmy wyżej, stanowi to dla przedsiębiorców prawdziwe wyzwanie. Klienci mogą się w każdej chwili od danego towaru odwrócić, a to sprawia, że jego producent musi bacznie obserwować proces produkcyjny, nie zawyżać kosztów i pilnować wartości własnej produkcji. Jeśli sprzedawca nie może czegoś sprzedać, oznacza to po prostu, że wyprodukował towar w danym momencie niepożądany. Jeśli producent chce sprzedać swój towar, to wystarczy, że obniży cenę tak, by przyciągnąć konsumentów. Jeśli jednak cena spadnie poniżej kosztów, cały proces przyniesie straty, co z kolei będzie sygnałem dla przedsiębiorcy, że niepotrzebnie podbijał koszty i winien był wstrzymać się z produkcją.

Zupełnie innego zdania byli – powiązani zarówno z rządem amerykańskim, jak z wpływowymi biznesmenami – „inżynierowie ekonomiczni i społeczni”, Arthur Hadley, Jeremiah Jenks i Charles A. Conant (autor jakże wymownej pracy „Ekonomiczna podstawa imperializmu”). Wraz z tezami o tym, że prawo Saya jest nieważne, a szkoła austriacka to bardziej psychologia niż ekonomia, sformułowali oni teorię imperializmu wynikającego z nadprodukcji i zbyt dużej akumulacji kapitału. Według nich nagromadzenie kapitału w USA odpowiadało za zbyt niskie stopy procentowe, uniemożliwiające dalszą rentowną produkcję. Kapitalizm był systemem, w którym wysokie „stałe koszty” hamowały sprawne funkcjonowanie popytu i podaży, co objawiało się tym, że ponoszone były wysokie nakłady na produkcję, a siła nabywcza ludności nie wystarczała do „oczyszczenia rynku”.

Receptą na wszystkie te bolączki miała być według nowych speców interwencja państwowa, polegająca na „otwieraniu zagranicznych rynków” na amerykański kapitał i regulowaniu niedopasowania popytu i podaży. Rzecz jednak w tym, że cała teoria głoszona była w zasadzie tak, jakby zyski amerykańskiego rządu i wielkiego biznesu były ostatnią rzeczą, jaką reformatorzy mieli na myśli. Przede wszystkim bowiem, chodziło o przyjście z pomocą ciemnemu ludowi, szczególnie Ameryki Łacińskiej, oswojenie go z cywilizacją i umożliwienie handlu z białym człowiekiem. Pod sztandarami „white man’s burden” w pierwszym rzędzie reformowano system walutowy we wszystkich de facto podległych krajach (najczęściej w zamian za duże pożyczki) wprowadzając rodzaj systemu dewizowo-złotego opartego na dolarze. Następnie przy współudziale amerykańskich biznesmenów i lokalnych elit nawiązywano korzystne (oczywiście przede wszystkim dla USA) stosunki handlowe. Nagle zupełnie zdezaktualizowały się stare teorie klasyczne głoszące, że o handlu i jego optymalnym poziomie decydują preferencje ludzi. Priorytetem było uregulowanie gospodarki, początkowo w kraju, a potem za granicą i – w mocnych słowach Charlesa Conanta – „rzeczą całkowicie drugorzędną” było, „czy Stany Zjednoczone zbrojnie zajmowały jakieś terytorium, ustanawiały na wpół niezależne protektoraty, czy też po prostu polegały na silnej strategii dyplomatycznej promującej dostęp dla inwestorów do wcześniej niedostępnych terenów”. Dzięki przymusowemu otwarciu zagranicznych rynków zbytu, skartelizowany przemysł amerykański mógł pozbyć się dodatkowej produkcji, która z powodu zbyt wysokich cen nie znajdowała kupców w kraju. Rząd tymczasem poprzez reformę systemu walutowego obejmował kontrolę nad nowymi obszarami handlowymi, unikając bezpośredniej interwencji militarnej.

Trzeci element wspomnianej już „triple helix” – intelektualiści, przedstawiciele amerykańskich lobbystów i zwolennicy rozpasanego etatyzmu są praktycznie nieznani w świecie naukowym. Często dziś można przeczytać o teorii imperializmu Hobsona-Lenina, o teorii niedoskonałej konkurencji Chamberlina-Robinson, czy też najsłynniejszej teorii efektywnego popytu Johna Maynarda Keynesa. Co ciekawe jednak, wszystkie ważne tezy tychże znanych później postaci wyszły wprost spod pióra pierwszych piewców teorii imperialistycznych. To nie Lenin, wielki komunistyczny teoretyk, wymyślił teorię imperializmu wynikającego z nadprodukcji i malejących zysków. To nie Keynes, architekt współczesnego państwa interwencjonistycznego, wymyślił teorię polityki fiskalnej i monetarnej. To nie Robinson, czy Chamberlin, wymyślili teorię polityki antytrustowej i konieczności walki z nadmierną koncentracją na rynku. Czy się tego chce, czy nie, wszystkie te teorie zostały po raz pierwszy zaprezentowane przez mało znanych orędowników imperializmu działających na zlecenie rządu i wielkich kapitalistów, dla których, paradoksalnie, teorie interwencjonistyczno-imperialistyczno-antytrustowe stanowiły znakomity środek do powiększenia siły i majątku.

Rząd, banki i pieniądze

Wyjaśniliśmy już, że wielki rząd potrzebuje wielkiego biznesu. Nie wspominaliśmy jednak dotąd, jak ważnym elementem ekspansji aparatu państwowego jest kontrola pieniądza. Amshall Rothschild, właściciel banku w osiemnastowiecznym Frankfurcie miał kiedyś powiedzieć: „Pozwólcie mi drukować i kontrolować pieniądz narodowy, a nie będę liczył się z tym, kto ustanawia prawa”. Słowa te doskonale oddają wagę posiadania kontroli nad walutą krajową – przywileju, który złożony w ręce jednej instytucji gwarantuje jej oczywiście nie tylko dostatek, ale pozwala również pośrednio uzależnić od siebie wszystkie podmioty rynkowe na co dzień posługujące się pieniędzmi. Pełna władza nad pieniądzem jest jednak dopiero zwieńczeniem wielowiekowego procesu wywłaszczania, któremu początek dało bezpośrednie opodatkowanie.

Podatki są nie tylko najprostszym i najstarszym sposobem pozyskiwania bogactwa od społeczeństwa, ale sposobem wręcz wpisanym w naturę państwa. Z punktu widzenia władzy jest to jednak sposób dosyć problematyczny, bo wymagający bezpośredniej konfiskaty. Jawne zawłaszczanie czyjegoś mienia może łatwo poprowadzić do rewolty społecznej i oporu. Taki zresztą paradoksalnie był właśnie początek Stanów Zjednoczonych, które narodziły się po rewolcie kolonistów przeciwko podatkom nakładanym przez angielskiego króla Jerzego III. Wobec tych oczywistych problemów, rządzący zdali sobie sprawę, że pozyskane pieniądze są potrzebne nie dla samych siebie, ale do kupowania dóbr i usług na rynku oraz redystrybucji zasobów i nagradzania beneficjentów systemu państwowego. A zatem potrzebne są nie same konkretne fizyczne pieniądze, lecz pieniądze, które zostaną zaakceptowane przez sprzedawców na rynku. Po co więc zabierać pieniądze obywatelom, którzy mogą się przez to zbuntować, jeśli można by po prostu samemu wyprodukować dokładnie takie same pieniądze i kupować na rynku wszystko, co potrzebne!

W ten sposób narodziła się idea regaliów menniczych, czyli specjalnych przywilejów władzy do emisji własnego pieniądza. Z chwilą gdy ludzie w wyniku swobodnej wymiany wybrali na pieniądz kruszec, wtedy rządzący zabrali się za nacjonalizację bicia monety. Zasadniczy problem polegał jednak na tym, że do bicia monety dalej potrzebne było złoto lub srebro – towary, których wytworzenie i wprowadzenie do obiegu wymagało znacznych nakładów. Przywilej bicia monety poprawiał więc nieco sytuację władzy względem poddanych, ale wciąż nie zdawał się rozwiązywać podstawowego problemu rzadkości. Rządzący posunęli się zatem o krok dalej – zaczęli psuć monety. Proceder ten polegał na prostej obserwacji, że jeśli ludzie akceptują daną monetę, to wystarczy bić ją z odpowiednio mniejszą ilością kruszcu i oszukiwać, że de facto jest to moneta w pełni wartościowa. To właśnie szkoła austriacka zwykła określać mianem inflacji. W większości przypadków podwładni jednak stosunkowo szybko orientowali się, że są oszukiwani i znajdowali chytre sposoby wykrywania, czy moneta jest dobra, czy niepełna. Jeśli była fałszywa to należało ją odpowiednio zdyskontować w porównaniu do monety pełnowartościowej i sprzedawać za niższą cenę.

Naturalnie nie było to po myśli rządzących, gdyż sprowadzało cały wysiłek fałszerski w zasadzie do punkty wyjścia. Kolejnym krokiem było więc narzucenie praw wymuszających na ludziach równe traktowanie wszystkich monet. Odtąd nie wolno już było dyskontować gorszych, rządowych monet – musiały one mieć oficjalnie tę samą wartość handlową. W ten sposób państwo wprowadziło cenę maksymalną na monety lepsze. Elementarne prawo ekonomii uczy jednak, że wprowadzenie ceny maksymalnej na jakiś towar doprowadzi do pojawienia się jego niedoborów. Dokładnie ten sam efekt, nazywany dziś prawem Greshama-Kopernika, przyniosły nowe regulacje państwowe. Po co sprzedawać po zaniżonej wartości lepszą monetę? Czyż nie lepiej byłoby ją przetopić na coś wartościowego i wyeksportować, albo schować na lepsze czasy? W ten sposób dobra moneta znikała z rynku, a jej miejsce zajmowała gorsza.

Podstawowy problem rządu polegał na tym, że kruszec, prawdziwy rynkowy pieniądz, był zawsze hamulcem do wzbogacenia się kosztem reszty społeczeństwa. Bowiem nawet jeśli udawało się chwilowo oszukać ludzi poprzez psucie monety, na dłuższą metę było to niezwykle trudne i przynosiło relatywnie niewielkie zyski. Powszechne przekonanie o kiepskiej jakości państwowej monety rodziło destabilizację, brak zaufania, a czasem wręcz odwrót ku innym towarom, które nie traciły na wartości.

Dlatego właśnie sytuację władców znacznie poprawiło wynalezienie banknotów, czyli kwitów reprezentujących określone ilości kruszcu. Wraz z rozwojem kapitalizmu pojawiły się instytucje finansowe, które oferowały banknoty w zamian za zdeponowane u nich złoto. Zamiast chodzić z kruszcem lub ciężkimi monetami w kieszeni wystarczyło zdeponować majątek i posługiwać się papierkiem, za który w każdej chwili można było otrzymać z powrotem swoją własność. Taki rozwój wypadków szczególnie sprzyjał rządzącym, którzy szybko zorientowali się, jak zyskowna może być dla nich nowa sytuacja. Wystarczyło bowiem wydrukować więcej papierków niż zostało zdeponowanego kruszcu i wypuścić je na rynek. Inaczej niż w przypadku psutych monet, tu nikt nie mógł już z góry stwierdzić, że jakiś konkretny banknot był fałszywy, czyli nie miał odpowiedniego pokrycia w złocie czy srebrze. Wszystkie banknoty wyglądały dokładnie tak samo. Dopóki więc właściciele banknotów nie żądali wypłaty swego kruszcu (do czego trzeba ich było inteligentnie zniechęcać), rząd mógł, dzięki takiemu pośredniemu opodatkowaniu, bezpiecznie zwiększać swój dobytek i realizować wybrane cele polityczne.

Rzecz w tym, że choć swobodnie i z nadmiarem emitowane, banknoty reprezentują jednak mimo wszystko jakiś tytuł własności i w pewnym momencie – gdy znacznie urośnie dysproporcja między zdeponowanym kruszcem a ilością pieniędzy – fałszerstwo zostanie zdemaskowane. Pierwszym objawem wzrostu ilości wydawanych na rynku papierków będzie wyraźny wzrost cen. Na krótką metę państwu udawało się z reguły odwrócić uwagę od swego niecnego procederu i winą za drożyznę obarczyć spekulantów czy przedsiębiorców, lecz niezależnie od tego zdrowy rozsądek nakazywał ludziom w takiej sytuacji wymianę kwitów na złoto. Naturalnie nie wszyscy posiadacze kwitów mogli otrzymać wypłatę, gdyż zdeponowanego kruszcu było zdecydowanie mniej niż wynikałoby to z ilości krążących po rynku banknotów. Tak zwany run na banki oznaczał wielki problem i właściwie akt bankructwa zarówno dla skarbu państwa jak wszystkich kontrolowanych przez niego instytucji.

Wiadomą rzeczą jednak jest, że skarb państwa nie może zbankrutować. Nie mogą też zbankrutować banki gwarantujące przecież „stabilność finansową” w danym kraju. Wobec tego podjęto pewne środki zaradcze. Po pierwsze skartelizowano system bankowy, uniemożliwiając w nim konkurencję banków niezależnych od państwa. Po drugie stworzono takie prawo bankowe, które bardzo utrudniało ludziom przeprowadzania runów na banki. W sytuacji, gdy klienci ruszali do banku po swoje pieniądze, rząd wspomagał zagrożony bank, a w ostateczności ogłaszał „wakacje bankowe”, zezwalając mu na niespłacenie wierzytelności. W ten sposób zawiązany został kolejny sojusz państwa z wpływowymi grupami biznesowymi, tym razem nie przemysłowcami, ale bankierami. Charakter tego związku był zupełnie analogiczny do wcześniejszych. Państwo przejmowało kontrolę nad „rynkiem pieniądza”, co pozwalało jego kluczowym graczom wyeliminować niechcianą konkurencję i samemu następnie ciągnąć monopolistyczne profity w przekonaniu, że silny aparat prawotwórczy jest w wypadku kłopotów po ich stronie. Rząd natomiast mógł dzięki bankom z jednej strony uniknąć oskarżeń o trzymanie w swoim ręku wszystkich struktur finansowych (co w praktyce oczywiście miało miejsce), a z drugiej dzięki ścisłej kontroli mógł finansować i wspierać wybrane grupy interesów. W ten sposób bankowość stała się najbardziej etatystycznym sektorem w gospodarce, pozwalając władzy nie tylko okradać ludzi, tak aby ci nie mieli o tym pojęcia, ale również szantażować praktycznie wszystkie ośrodki biznesowe, obejmując pełnię kontroli na danym terenie.

Wszystkie powyższe stadia przejmowania władzy nad walutą dotyczyły państwa narodowego, jednak pozostają w dużej mierze aktualne także dla imperium. Jak pisaliśmy, imperium tym różni się od państwa narodowego, że nakłada podatki nie tylko na własnych obywateli, ale także na mieszkańców innych krajów. W tym właśnie sensie ewolucja władzy imperialnej, jako w istocie władzy nakładania podatków, jest odbiciem ewolucji systemu opodatkowania wewnętrznego, narzuconego obywatelom przez państwo. Dokładnie tak samo jak pierwsi władcy zawłaszczali cudzą własność i był to praktycznie jedyny sposób ciemiężenia poddanych, tak samo pierwsi imperialiści podbijali zbrojnie inne kraje siłą odbierając to, co miały najcenniejszego. Stopniowo ta bezpośrednia forma opodatkowania ustąpiła miejsca pośredniej, co polegało na zreformowaniu systemu walutowego w podległym państwie tak, aby w istocie wszyscy jego mieszkańcy musieli i rzeczywiście chcieli akceptować pieniądz emitowany w metropolii.

Krótka historia Imperium Americanum

Socjologiczna rekonstrukcja procesu powstawania superpaństwa pozwala pod maską przypadkowych zmian ujrzeć celowość i logikę przyświecającą wytrwałym staraniom bardzo konkretnych grup interesów. Historia Stanów Zjednoczonych i ich stopniowej ewolucji od klasyczno-liberalnego modelu państwa minimum do światowego imperium stanowi doskonałą ilustrację dla przeprowadzonych przez nas wcześniej teoretycznych rozważań.

Często mówi się, że USA są ojczyzną wolności. Choć nie jest to zapewne do końca prawda, Ameryka ma rzeczywiście chlubną tradycję wolnościową jako państwo, które powstało po toczonej w obronie prawa do samorządności wojnie przeciwko angielskiemu królowi. Wywalczywszy niepodległość Stany Zjednoczone przez niemal siedemdziesiąt lat można było uważać za urzeczywistnienie liberalnej koncepcji państwa minimum, w którym świętym prawem każdego była secesja usankcjonowana przez zapisane w Deklaracji Niepodległości słowa o tym, że sprawiedliwa władza wywodzi się jedynie ze zgody rządzonych. Kres marzeń o państwie minimum przyszedł wraz z wybuchem wojny secesyjnej w 1861 r., która – niezależnie od tego, jak ocenia się ją moralnie – na gruncie ideologiczno-politycznym była walką Unii o zniesienie prawa do secesji i przyznanie rządowi amerykańskiemu prawa do militarnej interwencji w sprawy innego państwa – w tym wypadku Konfederacji – ilekroć wymagał tego „interes państwowy”, czyli ilekroć miało to służyć umocnieniu aparatu centralnego. Wojna secesyjna była więc pod każdym względem precedensem w historii Ameryki i otworzyła drzwi do niepohamowanej ekspansji władzy.

Na rezultaty nie trzeba było długo czekać. To właśnie w czasie wojny rząd, który wcześniej utrzymywał się niemal wyłącznie z opłat celnych, dla sfinansowania swoich olbrzymich wydatków sięgnął po bezwartościowe kwity – tzw. greenbacki – nadając im status przymusowego środka płatniczego. Koniec wojny i okres tzw. rekonstrukcji oznaczał w praktyce podwyżki podatków i dalszy rozrost państwa, tym razem związany z olbrzymimi subsydiami dla przedsiębiorstw budujących kolej. Prawdziwy wybuch etatyzmu nastąpił jednak dopiero na przełomie XIX i XX wieku wraz z Progressive Era, czyli silnym prądem reformatorskim, głoszącym potrzebę zmian w imię postępu. Co ciekawe, zmiany i postęp oznaczały dla reformatorów tylko jedno – umocnienie władzy państwa na czele z przymusową kartelizacją i centralizacją systemu bankowego, kierowanego przez bank centralny oraz legislacją antytrustową wprowadzającą monopolizację przemysłu. Postępowcom, takim jak np. wspomniany już wcześniej Charles Conant, towarzyszyła quasi-religijna wiara w porządek i konieczność regulowania nie tylko gospodarki, ale w ogóle wszystkich dziedzin życia, szczególnie zaś u ludzi, którzy swym zachowaniem (lub rasą) zdradzają, że sami sobie z tym nie poradzą.

Wojna z Hiszpanią w 1898 r. i przejęcie przez USA dwóch kolonii – Filipin i Portoryko – było kolejnym potwierdzeniem tezy, że rząd amerykański dawno już przestał być rządem minimum i zaczął być ważnym graczem na arenie międzynarodowej twardo realizującym swoje interesy. Przejęcie nowych terytoriów zamorskich wymuszało na rządzie USA określenie ogólnej strategii postępowania w takich wypadkach. Czy należało zamienić Filipiny i Portoryko w kolonie na wzór brytyjskich Indii? A może lepiej było odwołać się do bardziej „cywilizowanych” metod? Amerykanie, najpierw pod wodzą prezydenta McKinleya, a potem Roosevelta, Tafta i Wilsona zdecydowali się na tę drugą metodę nazywaną dziś dyplomacją dolarową i polegającą na zapewnieniu w poszczególnych krajach silnych amerykańskich wpływów przy użyciu bankierów zamiast oddziałów piechoty morskiej. Choć forma tej polityki zmieniała się z czasem, jej istotą było sprowadzenie krajów, którymi ze względów politycznych interesował się rząd amerykański na rodzaj standardu dewizowo-złotego opartego na dolarze, z bankiem centralnym i rezerwami zdeponowanymi w nowojorskich bankach.

„Oświecona” reforma systemu walutowego była kwestią dość delikatną, gdyż wszelkie manipulacje przy pieniądzu wzbudzały – słusznie zresztą – nieufność „ciemnego” ludu. Wypracowano więc chytry zabieg wykorzystujący duże zadłużenie większości krajów leżących w sferze geopolitycznych zainteresowań Ameryki. Mianowicie proponowano im umowę, na mocy której rząd USA zobowiązywał się zorganizować duże pożyczki (wykorzystywane często przez lokalnych polityków dla własnych korzyści) od banków prywatnych, w zamian za co obejmował kontrolę nad izbami celnymi dbając o spłatę długu i podejmował się reformy systemu pieniężno-bankowego. Korzystali na tym wszyscy zainteresowani. Banki inwestycyjne chętnie udzielały wysokooprocentowanych pożyczek, których spłatę gwarantował rząd USA. Urzędnicy państwowi z kolei obejmowali bardzo dużą kontrolę nad protektoratami – narzucając im w tej czy innej formie własną walutę – praktycznie bez konieczności militarnego zaangażowania. Wreszcie korzystały też lokalne marionetkowe rządy, które wykorzystywały nowe fundusze dla sfinansowania własnych zachcianek i prowadzenia własnej polityki na trochę mniejszą skalę.

Dyplomacja dolarowa praktykowana przez całą pierwszą połowę XX w. usankcjonowała Stany Zjednoczone jako imperium, umożliwiając rozciągnięcie wpływów i pośrednio także ściąganie podatków z wielu krajów świata. To właśnie dzięki kontroli, jaką w zasadzie bez otwartego użycia siły sprawowały USA, Cordell Hull, sekretarz stanu w administracji Franklina Roosevelta, mógł powiedzieć o jednym z dyktatorów Nikaragui: „Może i jest sukinsynem, ale jest naszym sukinsynem”. Słowa te, nie bez przyczyny, powtarzali po nim wielokrotnie inni prezydenci.

Pozycja Stanów Zjednoczonych umacniała się przez całą pierwszą połowę XX w. w miarę jak słabła pozycja Wielkiej Brytanii, której pieniężne i imperialne bankructwo było usankcjonowane wspieraniem przez amerykańskie finanse. Szczególnie korzystną dla Amerykanów sytuację międzynarodową przyniósł jednak dopiero koniec II wojny światowej. Większość krajów pogrążona była w ruinie, a USA nie tylko nie były zniszczone, ale dodatkowo posiadały około 80% światowych rezerw złota. W tych właśnie okolicznościach w małej miejscowości Bretton Woods w 1945 r. narodził się system, który zadecydował o późniejszym światowym ładzie monetarnym. Z ekonomicznego punktu widzenia zawarta umowa oznaczała, że dolar zostanie światową walutą rezerwową. Stany Zjednoczone namówiły bowiem pozostałe kraje do oparcia swoich walut na dolarze, same zaś zobowiązały się do zagwarantowania jego wymienialności na złoto. Oczywiście przywilej ten miał dotyczyć tylko zagranicznych rządów, a nie obywateli USA czy nawet zagranicznych instytucji prywatnych. W ten sposób powstała międzynarodowa piramida finansowa, w której Stany Zjednoczone drukowały dolary, które z jednej strony były wymienialne na złoto po pewnym ustalonym kursie, z drugiej zaś także po ustalonym kursie mogły być wymienione na pozostałe waluty. Jeśli dodatkowo przypomnimy, że wszystkie kraje miały zreformowany na amerykańską modłę system bankowy, pozwalający zwiększać podaż pieniądza proporcjonalnie do posiadanych rezerw, natychmiast staje się jasne, że system z Bretton Woods służył legitymizacji globalnego podatku, który nakładały Stany Zjednoczone na resztę świata. Oto bowiem amerykański bank centralny drukował pieniądze, wymieniał je po stałym kursie, powiedzmy na franki, po czym sprowadzał do USA francuskie dobra. Francuski bank centralny przyjmował dolary rejestrując je jako wzrost rezerw pozwalający na proporcjonalny wzrost podaży pieniądza. Trzymanie dolarów było w pewnym sensie opłacalne nie tylko ze względu na to, że pozwalało prowadzić własną politykę monetarną, ale też dlatego, że na mocy umowy dolary miały – przynajmniej teoretycznie – podlegać wymianie na złoto. USA miały tym sposobem wyraźny deficyt w handlu zagranicznym – import przewyższał eksport – ale, jak ujął to doradca prezydenta de Gaulle’a, Jacques Rueff, był to „deficyt bez łez”, gdyż za nadwyżki importu nie trzeba było płacić eksportem. Najważniejszym towarem eksportowym Stanów Zjednoczonych była inflacja.

Pod koniec lat 60. zwiększyły się naciski, aby USA spłaciły swoje wierzytelności wymieniając dolary na złoto. Naturalnie, nawet zakładając dobrą wolę rządu amerykańskiego, był to postulat nie do zrealizowania, gdyż ilość pieniędzy dawno przerosła ilość kruszcu w Forcie Knox. W tej sytuacji prezydent Nixon zdecydował się na „oddłużenie” Ameryki i 15 sierpnia 1971 r. ogłosił zawieszenie wymienialności dolara na złoto. Manewr ten był ostatecznym potwierdzeniem roli i siły USA na świecie, o czym najlepiej może świadczyć fakt, że ta bez wątpienia największa i najbardziej spektakularna kradzież świata nie napotkała w zasadzie nawet cienia sprzeciwu ze strony okradanych państw.

Napiętą sytuację międzynarodową dodatkowo skomplikował wówczas dodatkowo kryzys naftowy związany z wojną Jom Kipur z 1973 r. i embargo nałożone przez państwa OPEC na sojuszników Izraela, w tym na Stany Zjednoczone. Rozwój wypadków zmuszał Waszyngton do uporania się z dwoma różnymi problemami. Po pierwsze, aby móc utrzymać status gospodarczego imperialisty, trzeba było w jakiś sposób zapewnić dalszą „wymienialność” dolara, to znaczy znaleźć dobry powód, dla którego wciąż korzystne byłoby trzymanie dolarów i finansowanie amerykańskiego długu. Po drugie należało upewnić się, że niebezpieczeństwo kryzysu naftowego już się nie powtórzy – chyba że pod amerykańskie dyktando.

Ponieważ kluczową rolę wśród państw OPEC odgrywała Arabia Saudyjska, to do niej właśnie skierowana była opracowana w Waszyngtonie i w pewnym sensie przypominająca stare wzorce dolarowej dyplomacji umowa. Nixon oferował saudyjskiej rodzinie królewskiej ochronę i polityczne wsparcie, a także pomoc w „wejściu w XX wiek”, ale pod dwoma warunkami. Po pierwsze Arabia Saudyjska, jako jeden z największych producentów ropy i kraj posiadający około 25% zasobów światowych tego surowca, miała gwarantować, aby mimo fluktuacji cena „czarnego złota” zawsze pozostawała w akceptowalnych dla USA widełkach i aby nigdy już nie powtórzyło się dramatyczne w skutkach embargo. Po drugie Saudyjczycy mieli odtąd akceptować tylko dolary w zamian za swą ropę i doprowadzić do przyjęcia tej zasady przez resztę państw OPEC. Tak zarobione petrodolary miały być inwestowane w obligacje rządu amerykańskiego, który z kolei zobowiązywał się za zarobione odsetki modernizować Arabię Saudyjską. Innymi słowy odsetki skumulowane na miliardowych dochodach z handlu saudyjską ropą miały być użyte na opłacenie amerykańskich firm (m.in. takich jak Halliburton, Bechtel, Brown&Root), które podejmowały się zamienić zacofane, lecz bogate państwo w nowoczesne, uprzemysłowione i przyjazne dla biznesu centrum naftowe. Trudno byłoby chyba rządowi amerykańskiemu wynegocjować lepszy układ. Udało się, bowiem nie tylko zagwarantować byt finansowy imperium i dalszą ściągalność podatków, ale także przejąć ścisłą kontrolę (a poprzez długoletnie kontrakty także swego rodzaju współzależność) nad jednym z najpotężniejszych państw bliskowschodnich.

Istotą ładu finansowego, który wyłonił się w połowie lat 70. był nowy rodzaj wymienialności dolara – tym razem nie na złoto, lecz na ropę. W miarę postępującego rozwoju gospodarczego wszystkie kraje potrzebowały ropy, a potencjalne skutki jej niedoboru dostatecznie obnażył kryzys naftowy. Ponieważ zaś ropę można było kupić tylko za dolary, to nagle pojawił się nowy powód dla ich trzymania. Stany Zjednoczone dalej mogły prowadzić swój eksport inflacji, doprowadzając do tego, że deficyt handlowy w 2005 r. wynosił ponad 700 miliardów dolarów. Status dolara jako hegemona walutowego, a USA jako imperium światowego zależy więc w bardzo istotnym stopniu od tego, jak bardzo inne państwa potrzebują zielonych banknotów. Naturalnie siła gospodarcza jest niczym bez siły politycznej, ale ta ostatnia może się umacniać jedynie dzięki tej pierwszej. Dlatego właśnie bardzo niebezpieczne dla Stanów Zjednoczonych są wszelkie ruchy na międzynarodowej scenie politycznej zmierzające do podważanie statusu dolara i deprecjacji jego siły.

Jeśli jakiś bank centralny drukuje pieniądze i chce w ten sposób zakupywać za granicą dobra, to jego waluta zaczyna się szybko deprecjonować – zagranica nie widzi powodu, aby trzymać się psującej się waluty i przerzuca się na inną. Tak jednak nie jest w przypadku dolarów, ponieważ istnieją ważne instytucjonalne powody – np. organizacja międzynarodowych giełd towarowych – dla zagranicy, aby te dolary trzymać. To sztucznie podbija ich wartość i umożliwia Ameryce ciągłą inflację, przerzucaną na inne kraje. Dlatego też nagłe odejście od dolara przez zagranicę byłoby groźne dla amerykańskiego imperium.

Potwierdzającym to przykładem może być niechęć, z jaką USA patrzą na dywersyfikację rezerw walutowych przez banki centralne dalekowschodnich gigantów. Jednak chyba jeszcze wyraźniejszej ilustracji dostarczyła niedawna interwencja amerykańskich wojsk w Iraku. Stosunkowo rzadko wspomina się o tym, że pod koniec 2000 r. Saddam Husajn zdecydował się przejść na euro w rozliczeniach za ropę, a także wymienić na euro 10 miliardów dolarów irackich rezerw. Chociaż przewidywano, że ten krok przyniesie Irakijczykom ogromne straty, było to w istocie bardzo sprytne posunięcie, gdyż euro umocniło się od tego czasu o ponad 17% w stosunku do dolara. Trudno oczywiście jednoznacznie twierdzić, że krok Husajna był wyłącznym czynnikiem, który zadecydował o wojnie. Z całą pewnością jednak irackie operacje walutowe brano w Waszyngtonie pod uwagę, inaczej trudno byłoby bowiem wyjaśnić fakt, że gdy tylko usankcjonowała się nowa amerykańska administracja w Iraku, wrócono do rozliczeń dolarowych i szybko rozpoczęto proces powrotu do poprzednich rezerw.

Z podobnego punktu widzenia można patrzeć na obecne napięcie dyplomatyczne na linii USA-Iran. Scenariusz wydarzeń do złudzenia przypomina ten sprzed 4 lat. Stany Zjednoczone znów oskarżają państwo bliskowschodnie o tajne rozwijanie technologii służącej do produkcji broni atomowej. Zarzuty przeciwko Iranowi mogą być prawdziwe lub nie. Faktem – choć szerzej nieznanym – pozostaje jednak irański plan otwarcia w marcu 2006 r. giełdy handlującej ropą i używającej do rozliczeń nie dolara, lecz euro. Nowa giełda miałaby prawdopodobnie dużo większy wpływ na światowe rynki niż niewiele znaczący krok Husajna (handel iracką ropą i tak znajdował się pod kuratelą ONZ w ramach programu „ropa za żywność”), gdyż zaangażowałaby większość krajów Bliskiego Wschodu, których import w przeważającym stopniu dotyczy dóbr europejskich. Wiele krajów – np. Chiny, Japonia, Rosja – przestałoby zatem potrzebować do czegokolwiek dolarów, które straciłyby tym samym swój status hegemonicznej waluty. Nie można naturalnie nie docenić siły nacisków politycznych, do których mogłyby odwołać się Stany Zjednoczone, w celu zatrzymania odwrotu od dolara. To jednak jest już zupełnie inny problem.

Postscriptum, czyli o nieuchronnym kryzysie

Gwałtowny rozwój wydarzeń na arenie międzynarodowej przyćmiewa nieco fakt, że cena złota dawno już zaczęła bić rekordy. Niektórzy uważają, że dzisiejsze ceny wahające się w pobliżu 600 dolarów za uncję to już rekord, którego nie można przekroczyć. Inni natomiast, zwracając uwagę na nadchodzący krach dolara, uważają, że bardzo realne jest osiągnięcie ceny kilku tysięcy dolarów za uncję.

Zakładając, że Big Ben Bernanke, jak niektórzy prześmiewczo nazywają nowego prezesa Fed, będzie szedł tropem swojego poprzednika Alana Greenspana, taki scenariusz nie wydaje się wcale niemożliwy. Greenspan wykreował bowiem jeden z największych sztucznych boomów w historii Stanów Zjednoczonych. Drukowanie przez podległy mu bank pieniądza doprowadziło do okresu fałszywej prosperity zakończonego na początku dwudziestego pierwszego wieku recesją. Odpowiedzią prezesa Fed nie było jednak, mogące rzeczywiście uzdrowić sytuację, skurczenie podaży pieniądza, ale dalszy jego dodruk, który po drobnych tarciach ponownie spowodował papierowe ożywienie rynków. Tak, papierowe, bowiem jedynym jego efektem było – i jest nadal – zwiększenie zadłużenia i sztuczna zwyżka na rynku nieruchomości.

Receptą Greenspana na wszelkie kłopoty gospodarcze było drukowanie zielonych papierków i zapewne jego następca będzie również kontynuował tę linię, ale dodruk pieniądza pozwala jedynie oddalić – i niestety także spotęgować – katastrofę. Nikt nie zaprzecza, że ceny akcji od recesji w 2001 r. stale rosły. Jednakże rosły tylko dlatego, że Fed ciągle drukował dolary i nie był to wcale sygnał prawdziwej prosperity, ale wspomnianego już papierowego ożywienia. Jeśli bowiem spróbujemy „urealnić” ceny akcji spółek amerykańskich, przyrównując je na przykład do cen złota, to okaże się, że w rzeczywistości spadają systematycznie od kilku lat. Nawet już zresztą w tej chwili można zaobserwować na rynku tendencję odchodzenia od aktywów finansowych w stronę twardego rynku dóbr (jak w przypadku złota, które naszym zdaniem będzie się dalej pięło w górę).

Historia imperiów uczy nas tego, że muszą opierać na inflacji. Teoria uczy nas zaś, że choć inflacja może pomóc zbudować imperium, to niepohamowana musi doprowadzić także do jego końca. Jednak pytanie, czy kryzys amerykański wyniknie z krajowej polityki monetarnej, czy załamania się dolara na rynku międzynarodowym, dalej pozostaje otwarte. Pewne jest tylko to, że ogromne nadwyżki zielonego papieru zaczynają ciążyć już i w samych USA, i za granicą. Świadczyć o tym mogą wspomniane już wcześniej decyzje azjatyckich tygrysów o dywersyfikacji rezerw walutowych (niedawno także Syria odwróciła się od dolara, przestawiając w handlu zagranicznym na euro) oraz decyzja amerykańskiego banku centralnego – najwyraźniej silnie zaniepokojonego obrotem spraw – o zaprzestaniu publikowania danych dotyczących agregatu pieniężnego M3.

Nie jesteśmy oczywiście w stanie przedstawić pełnej prognozy rozwoju sytuacji. Jesteśmy natomiast pewni, że przy obecnej polityce dolar będzie musiał się w końcu załamać. Kwestia czym dokładnie – jaką roszadą na międzynarodowej scenie politycznej – się to skończy pozostaje otwarta. Historia pokazuje, że przyparte do muru imperia agresywnie włączają się w wojny – w końcu to najlepszy okres do zawieszenia spłaty długu i dalszego wzmacniania globalnego etatyzmu. Można przy tym jednocześnie stosować inne sztuczki – na przykład ostemplować dolary zagraniczne jako nieakceptowane w USA. Wtedy ewentualne dolary krążące poza Stanami (a stanowią one znaczny odsetek amerykańskiego PKB), te same dolary dzięki którym USA stworzyły sobie ogromny deficyt handlowy, zostaną przez amerykańskie władze uznane za bezwartościowe. Taki krok w dużym stopniu zależałby jednak od siły politycznej, która w feralnym momencie będą mogły wykorzystać USA. Tak czy inaczej, w pewnym stopniu przed kryzysem może się uchronić każdy z nas, kupując za posiadane oszczędności złoto. Mimo swojej rekordowej ceny, pozostaje ono obecnie najlepszą inwestycją – najlepszą, bo okaże się nietrafioną tylko wówczas, gdy sytuacja na świecie będzie naprawdę bardzo dobra.

Staraliśmy się nakreślić socjologiczno-ekonomiczną teorię powstawania wielkiego państwa i światowego imperium. Pokazaliśmy, że wielki rząd nie mógł i nie może istnieć bez ściągania ze swych obywateli jakiegoś rodzaju podatku, którego jednym z rodzajów jest inflacja – wzrost podaży pieniądza ponad posiadane zasoby kruszcu. Ta sama zasada jest prawdziwa dla każdej potęgi imperialnej, dla której inflacja i opodatkowanie podległych państw jest jak morfina podtrzymująca przy życiu niezdolne do życia ciało. Inflacja zapewnia dopływ gotówki, sprawia, że pieniądze na nowe wydatki, na wsparcie bankrutów czy na dalszą redystrybucję środków spadają praktycznie za nic prosto z nieba. Import zagranicznych dóbr za cenę wydrukowania zielonych banknotów dał początek i umożliwił rozwój Imperium Americanum. Wiele wskazuje jednak na to, że może doprowadzić także do jego końca.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Mateusz Machaj

O Autorze:

Mateusz Machaj

dr hab. Mateusz Machaj - Instytut Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Wrocławskiego, założyciel oraz główny ekonomista Instytutu Misesa.

Pozostałe wpisy autora:

4 Komentarze “Machaj, Jabłecki: Teoria i historia Imperium Americanum

  1. Świetny artykuł, ale konkluzja chyba zbyt przedwczesna. Siła Imperium Americanum nie opiera się wyłącznie na drukowaniu zielonych papierów.Jest jego podstawą, ale nie zapominajmy o sile „bijącego serca Ameryki”, US Army. Dzisiaj dolary mają pokrycie w ropie, ale za kilkanascie, kilkadziesiąt lat dolary będą miały pokrycie w innym strategicznym towarze, do czego ochoczo przekona nas siła argumentów US Army. Maszyny drukarskie będą pracowały pełną parą, a my będziemy utrzymywać USA i ich beneficjentów. No chyba, że coś wymsknie się spod kontroli np. Chiny. No cóż, pomażyć zawsze można.

  2. ciekawe są te dane o nadwyżce importu USA. Ciekawi mnie jak to jest liczone, i gdzie moge znaleźć więcej na ten temat. Podana liczba (700mld) jest ciekawa, jesli zestawic z nia wysokosc wydatkow USA na wojsko. Według danych znalezionych przeze mnie w internecie, USA w 2006 wydało na ten cel 530 mld. Czyli, biorąc po uwage fakt, ze aby „sciagnac haracz” z reszty swiata potrzebne jest wlasnie wojsko (czyli w nowomowie „siła polityczna”), to USA są (a przynajmniej były 3-4 lata temu) do przodu o jakies 170 mld dolarów. Calkiem niezla inwestycja. Tylko ogólno-światowo nieoplacalna przez pryzmat teorii gier – zeby zarobic 170 mld, trzeba zabrac innym 700mld.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy