Jabłecki: Ekonomika niewolnictwa i wyzwolenia

16 maja 2006 Filozofia polityki komentarze: 4

Ekonomika niewolnictwa i wyzwolenia

Juliusz Jabłecki

Tekst ukazał się pierwotnie w miesięczniku „Opcja na Prawo”.

Wojna secesyjna była niewątpliwie jednym z najkrwawszym konfliktów w historii Ameryki. Pochłonęła blisko 620 tys. ofiar, czyli ponad dziesięciokrotnie więcej niż wojna w Wietnamie oraz o połowę więcej niż II wojna światowa[*] i kosztowała obie strony ponad 6 miliardów dolarów. A jednak jej apologeci przekonują nas nie tylko o tym, że była słuszna, ale wręcz konieczna, gdyż – jak zręcznie ujął to Marek Król – toczyła się wyłącznie o ideały równości i demokracji[1]. Abstrahując od rzeczywistych przyczyn wojny secesyjnej (dla której kwestia niewolnictwa z całą pewnością nie była kluczowa), wypada zauważyć, że naiwne pytanie o celowość wojny secesyjnej jest jednocześnie pytaniem o sens i cenę takich wartości jak „równość” i „demokracja”, oraz o to, czy siła militarna jednego państwa powinna być ich gwarantem w innym państwie. Skoro zaś stawka jest tak wielka – a idzie przecież o legitymizację całego obecnego ładu demo-imperialnego – nie należy się dziwić, że całe rzesze „dworskich” intelektualistów pospieszyły, aby „naukowo” dowieść, że niewolnictwo w stanach południowych było nadzwyczaj zyskowne, i że w związku z tym do jego zniesienia konieczna była militarna interwencja obcego państwa, jakim była już wtedy Unia. W argumentacji tej widać jak na dłoni stary i dobrze znany argument etatystów o zawodności rynku – to przecież rynek „wyprodukował” niewolnictwo i rynek zadecydował o jego opłacalności, a gdyby nie ingerencja państwa, w tym przypadku akurat nieco bardziej brutalna niż zwykle, być może Murzyni do tej pory harowaliby zakuci w kajdany na plantacjach bawełny. Rzecz w tym, że niewolnictwo w stanach południowych nie było wcale „produktem rynku”, ale raczej rezultatem ingerencji państwa i to nie „rynek”, ale prawodawstwo państwowe było odpowiedzialne za jego zyskowność.

Mit „rynkowego” niewolnictwa

Właściwie można by odnieść wrażenie, że żyjemy otoczeni przez niewolników. Dziś „niewolnicą” jest pani kasjerka z Biedronki, „niewolnikiem” zaś pan rencista „zmuszony” przeżyć za marne 600 zł miesięcznie. „Zniewolona” przez „brak perspektyw” jest też młodzież, przez „nierówny status kobiet” feministki, a środowiska gejowskie przez „brak tolerancji”. Oczywiście cel takich sztuczek semantycznych jest jasny: im więcej zniewolonych, tym większe pole do popisu dla wyzwolicieli, którzy tylko liczą na to, aby móc wyzwolić każdego od wszystkiego (w pierwszej kolejności od nadmiaru pieniędzy, rzecz jasna). Nie wolno jednak dać się zwieść – niewola jest asymetryczną, opartą na przemocy relacją pomiędzy panem i sługą. Pani kasjerki nikt nie zmusza do podjęcia pracy w supermarkecie; jest to jej dobrowolny i suwerenny wybór (choć najczęściej oczywiście podyktowany palącą potrzebą zarobienia pieniędzy – jak zresztą każda praca). O niewoli można mówić tylko i wyłącznie wtedy, gdy prawo własności jednego człowieka do jego własnej osoby i ciała zostaje pogwałcone przez innego człowieka.

Pytanie o to, czy niewolnictwo mogłoby wykształcić się samodzielnie na wolnym rynku należy uznać za jedno z gatunku tych źle postawionych. Ludzie posiadają wolną wolę, co oznacza, że w każdej chwili podejmują świadome decyzje, określając tym samym swój stosunek do otoczenia – wybierają co i jak produkować oraz z kim i w jaki rodzaj relacji wchodzić. Mogą się sobie kłaniać na ulicy i zapraszać na imieniny, lecz mogą się także zabijać i krzywdzić, a żaden system organizacji społecznej, dopóki umożliwia w ogóle jakikolwiek rodzaj kontaktu, nie wyklucza z góry żadnego zachowania. Tyczy się to również ładu własności prywatnej, który jest wprawdzie rezultatem zrozumienia przez ludzi faktu, że dobrowolne wymiany i poszanowanie praw własności prowadzi do wyższej produktywności niż przemoc lub wyzysk, ale nie łączy się wcale ze stworzeniem nowego, lepszego, człowieka – homo privatusa – który nie wiedziałby nawet na czym polega agresja. W tym wypadku nie sama potencjalna możliwość zwrócenia się ku agresji i przemocy jest najważniejsza, ale fakt, że są one zupełnie niekompatybilne z ładem własności prywatnej. A zatem choć nie można wykluczyć, że na rynku dojdzie do pobicia czy zniewolenia pana A przez pana B, to z całą pewnością naturalne mechanizmy rynkowe szybko uczynią taki niecny proceder nieopłacalnym i doprowadzą do jego marginalizacji lub zaniku. Przemoc i agresja mogą więc tryumfować tylko mając ochronę prawa państwowego. Na takiej właśnie zasadzie, pod ochroną specjalnej struktury instytucjonalno-legislacyjnej funkcjonuje dziś np. kradzież („prawo” jednych do pieniędzy drugich) czy przymus („prawo” jednych do zmuszania innych, by świadczyli określone usługi, na przykład ochraniali granice). Okazuje się, że bardzo podobne czynniki stały za zyskownością niewolnictwa w stanach amerykańskiego Południa.

Prawna instytucjonalizacja niewoli

Choć handlarze niewolników nie zasługują raczej na obronę, często przypisuje się im więcej niż faktycznie mieli za kołnierzem. Dotyczy to w szczególności zarzutu, jakoby to oni „wprowadzili” niewolnictwo w Afryce i Ameryce. W rzeczywistości jednak niewolnicy, którzy docierali na amerykańskie plantacje byli już na ogół niewolnikami zanim opuścili swój rodzimy kontynent. Niewolnictwo istniało bowiem w społecznościach afrykańskich na długo przed przybyciem tam białego człowieka i stanowiło właściwie jeden z filarów tamtejszego systemu społecznego[2]. Wiele plemion toczyło ze sobą walki, a nawet całe wojny, niekiedy tylko w celu zdobycia jeńców, których później można było z dużym zyskiem sprzedać – nie tylko białym kupcom – jako niewolników.

Podobne nieporozumienie dotyczy roli dopiero rodzącego się wówczas kapitalizmu w instytucjonalizacji niewolnictwa. Twierdzenie, że to rynek przemienił Murzynów w niewolników jest oczywiście bardzo wygodne dla współczesnej doktryny lewicowej, bo przecież jeśli to rynek „wymyślił” kiedyś niewolę, to zapewne jest jej gwarantem również i teraz, czego przykładem mają być kasjerki z Biedronki, renciści, itd. Dzisiejsze „niewolnictwo” nie jest jednak wcale niewolnictwem, gdyż nie opiera się na przemocy fizycznej i nie warto się więcej nad tym faktem rozwodzić. Warto natomiast odnieść się do roli, jaką kapitalizm miał rzekomo odegrać w sprowadzeniu niewolnictwa do Ameryki.

W atlantyckim handlu niewolnikami głównymi rozgrywającymi były faktycznie wielkie kompanie handlowe, takie jak Holenderska Kompania Wschodnioindyjska czy angielska Królewska Kompania Afrykańska (Royal Company of Adventurers for the Importation of Negroes), ale nie zmienia to faktu, że z wolnym rynkiem miał on niewiele wspólnego. Kompanie handlowe były kapitalistyczne tylko z nazwy, gdyż sposób ich zorganizowania odpowiadał raczej strukturom parapaństwowym. Posiadały one na ogół własną armię i flotę, prawo bicia pieniądza, a także zagwarantowany prawnie monopol handlowy oraz prawo reprezentowania interesów imperium, w konsekwencji czego stawały się po prostu agendami państwa w odległych zakątkach świata.

Najpoważniejszym i jednocześnie najbardziej „naukowym” argumentem na rzecz wojny secesyjnej nie jest jednak kwestia początków niewolnictwa, ale teza o jego rzekomej zyskowności, na którą dowodem mają być dane historyczne świadczące o tym, że ceny niewolników wzrosły w latach 1802–1860 z 900 do prawie 1800 dolarów, i wzrosłyby jeszcze bardziej, gdyby im na to pozwolić (tzn. nie wszczynać wojny). Chociaż ten ostatni wniosek jest już zdecydowanie mniej oczywisty – metodom ilościowym w historii gospodarczej można zarzucić wiele od strony czysto merytorycznej – warto przez chwilę zastanowić się, co sprawiało, że ceny niewolników były tak wysokie (rosnące), a tym samym, że niewolnictwo było tak opłacalne.

Wysoka cena jakiegoś towaru może być wynikiem nałożenia się na siebie wielu czynników, ale w przypadku zasobów niespecyficznych – takich jak prosta praca na roli – nie prowadzi raczej do zwiększonych profitów dla sprzedawcy, gdyż konsumenci zamiast kupować droższy produkt przerzucają się z reguły na jego substytuty. Fakt, że jakieś dobro drożeje, stanowi też sygnał dla potencjalnych producentów, aby poszukać lepszych i tańszych jego substytutów. Z tych teoretycznych uwag wynika, że rosnące ceny niewolników wcale nie stanowiły dla handlarzy i plantatorów gwarancji zyskowności. Należy raczej przypuszczać, że ze wzrostem cen niewolników wzrosłaby też natychmiast konkurencja ze strony wolnej siły roboczej, co przyczyniłoby się do wyparcia, a przynajmniej osłabienia niewolnictwa. Oczywiste jest przecież, że praca wolnego człowieka jest bardziej produktywna niż niewolnika, a jeśli do tego ma być tańsza „w eksploatacji”, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby „rynkowo” wyparła droższą konkurencję. I rzeczywiście do pewnego stopnia miało to miejsce.

Południowi plantatorzy byli w pełni świadomi faktu, że ich niewolnicy nadają się tylko do wykonywania relatywnie prostych czynności. Każda bardziej skomplikowana praca wymagałaby wykształcenia, a to z kolei nie tylko zwiększałoby koszty posiadania niewolnika, ale także stwarzało ryzyko, że – mówiąc wprost – ów zmądrzeje i zapragnie wolności. Z tych właśnie powodów w latach 1790-1810 stopniowo wzrastała liczba wyzwalanych niewolników, którzy powiększali grono wolnych robotników i tym samym jeszcze bardziej zwiększali konkurencję dla niewolnictwa, przyczyniając się do kolejnych wyzwoleń. Gdyby temu samonapędzającemu się rynkowemu procesowi pozwolono spokojnie funkcjonować przez kolejne lata do roku 1860, trzeba by uwolnić dwa razy więcej niewolników, niż w ogóle ich było. Jednakże w 1800 r. stopa wyzwoleń znacznie się obniżyła, a w latach 1830-1860 spadła nawet do zera za sprawą stanowych przepisów, które zabraniały zwracania wolności niewolnikom.

Jakkolwiek trudno może w to uwierzyć, prawo własności do kupowanego niewolnika nie było wcale nieograniczone, gdyż krępował je wydawany przez legislaturę stanową zakaz wyzwolenia go, niezależnie od warunków, na jakich miałoby się to odbyć. Niewolnik nie mógł się wykupić, a właściciel nie mógł, pod groźbą srogiej kary, zagwarantować mu wolności nawet w testamencie. Niewolnicy byli więc tak na dobrą sprawę własnością legislatury stanowej. Na wszystkich białych spoczywał też obowiązek (za jego niedopełnienie także groziły kary) uczestniczenia w specjalnych patrolach, nad których organizacją czuwali lokalni sędziowie i przedstawiciele miejscowej elity politycznej. Patrole takie polegały najczęściej na rozstawianiu wart na drogach, sprawdzaniu przepustek napotkanych Murzynów lub niezapowiedzianych kontrolach na plantacjach, a wszystko po to, aby zapobiec ucieczkom niewolników na Północ.

Naturalnym skutkiem tego rodzaju obostrzeń prawnych było zmniejszenie populacji wolnych Murzynów. Jeśli bowiem właścicielom nie wolno było wyzwolić swoich niewolników, a na uciekinierów czekały brutalne i najczęściej nieprzebierające w środkach patrole, to odsetek wolnych czarnych był w każdym okresie mniejszy niż potencjalnie mógłby być. A zatem również konkurencja dla niewolnictwa była mniejsza niż mogłaby być, czyli, innymi słowy, żywot niewolnictwa był sztucznie przedłużany.

Innym skutkiem anty-abolicjonistycznych przepisów było „uspołecznienie” kosztów posiadania niewolników. Redystrybucja polegała w tym wypadku na tym, że koszty pilnowania niewolników pokrywali obok plantatorów częściowo także ludzie nie posiadający niewolników zmuszani przez prawo stanowe do odpracowania swoich dyżurów na patrolach (skala tego przerzucania kosztów była dość znacząca, gdyż tylko około 25% Południowców posiadało niewolników). A ponieważ zawsze dostaje się więcej tego, co się subsydiuje – w tym wypadku niewolnictwa – liczba niewolników miast zmniejszać się, konsekwentnie rosła.

Oba przepisy prawne pomyślane były tak, aby nawzajem się wspierać. Zakaz wyzwalania niewolników sprawiał, że większość Murzynów była w niewoli, co znacznie ułatwiało zadanie patrolom. Istnienie patroli zaś zmniejszało prawdopodobieństwo ucieczki, podnosząc tym samym wartość kapitałową niewolników i sztucznie podnosząc ich ceny.

Polityka niewolnictwa

Opłacalność niewolnictwa nie miała zatem nic wspólnego z wolnym rynkiem. Wysokie ceny były skutkiem przepisów stanowych, które ograniczały prawa właścicieli niewolników (po części również ich samych skazując na rodzaj niewoli, jakim był przymus uczestniczenia w patrolach) i pogarszały sytuację samych zniewolonych, bardzo utrudniając odzyskanie wolności. Jeśli jednak niewolnictwo było uzależnione od czynników stricte politycznych, egzogenicznych w stosunku do rynku, to czy jego zniesienie nie wymagało przypadkiem również czegoś „zewnętrznego”, jakiegoś egzogenicznego bodźca, np. w postaci interwencji militarnej państwa ościennego?

Historia uczy, że takie „interwencje państw ościennych” przynoszą na ogół rezultaty przeciwne do zamierzonych i choć główny cel zostaje osiągnięty, to sytuacja wcale się nie poprawia, a często nawet pogarsza. Prawo naturalne – prawo każdego człowieka do swojej osoby i własności – okazuje się być silniejsze od potencjałów militarnych największych nawet potęg światowych i, choć czasem niespiesznie, to jednak konsekwentnie natura rzeczy dopomina się o jego poszanowanie. Najbardziej chyba oczywistym przykładem potwierdzenia tej tezy jest zainicjowany w Polsce upadek „eksperymentu komunistycznego”, polegającego na całkowitym zaprzeczeniu naturalnemu prawu wszystkich ludzi do wolności i własności. Prawu, po które ci ostatni mimo wszystko wyciągnęli rękę, widząc, że sowiecki kolos sam zaczyna chwiać się pod własnym ciężarem. W pewnym sensie podobnie wyglądała sytuacja na amerykańskim Południu w przededniu wybuchu wojny 1861–1865. Kodeksy stanów południowych niewątpliwie utrudniały niewolnikom uzyskanie wolności, lecz nawet one nie byłyby w stanie zatrzymać postępującego trendu emancypacji, który paradoksalnie przybrał jeszcze na sile po oddzieleniu się Południa od Północy.

Federalnym odpowiednikiem stanowych przepisów anty-abolicjonistycznych był (popierany przez Abrahama Lincolna) Fugitive Slave Act z 1850 r., który zobowiązywał rząd (czyli w praktyce wszystkie stany) do ścigania niewolników i zwracania ich „prawowitym” właścicielom oraz wymierzania kar wszystkim białym, którzy w takich ucieczkach pomagali. Oczywistym rezultatem tej ustawy, podobnie jak tych wspomnianych wcześniej, było „uspołecznienie” kosztów posiadania niewolników, a więc tym samym sztuczne podwyższenie ich wartości. Jednakże cała ta instytucjonalna fasada poczynając od 1860 r. powoli sama chyliła się ku upadkowi, głównie zresztą z powodów ekonomicznych (rynkowych). Proces ten rozpoczął się w stanach przygranicznych, gdzie niewolnictwo było najmniej opłacalne z powodu relatywnej łatwości ucieczki niewolników na Północ. Nota bene dlatego właśnie secesja Południa była raczej czymś, co prawdziwi abolicjoniści powinni powitać z radością[3], ponieważ zwalniała ona Północ z obowiązku zwracania niewolników stanom południowym, sprawiając, że ich utrzymanie było znacznie bardziej kosztowne. Oczywiście emancypacja nie musiała odbyć się natychmiast we wszystkich stanach Południa naraz. Jednak gdy tylko niewolnictwo zanikałoby w jednym stanie, natychmiast trudniej byłoby je utrzymać w innych, co stopniowo doprowadziłoby do likwidacji anty-abolicjonistycznych przepisów i pokojowego zniesienia niewolnictwa w całej Ameryce Płn.

Skutki wojny

Zamiast rynkowej emancypacji, wybrano jednak inną, pozarynkową drogę – długą, wyniszczającą wojnę, która, choć przyniosła wiele strat, osiągnęła ten jeden cel, który się jej na ogół (nie do końca zresztą słusznie) przypisuje: doprowadziła do zniesienia niewolnictwa i nadania Murzynom praw obywatelskich (przede wszystkim prawa wyborczego). Ze wszech miar zwycięstwo Północy w wojnie secesyjnej było jednak przegraną Ameryki – przegraną tradycji suwerenności stanów, przegraną amerykańskich podatników i przede wszystkim przegraną tych, którzy na wojnie tej mieli rzekomo zyskać najwięcej – czarnych niewolników.

W czasie Wielkiego Kryzysu ktoś wpadł na pomysł wysłania kilku dziennikarzy na Południe, aby spisali wspomnienia ostatnich żyjących jeszcze niewolników, wówczas już osiemdziesięcio- i dziewięćdziesięcioletnich staruszków. Tak powstała skompletowana przez George’a P. Rawicka 19. tomowa „mówiona” historia niewolnictwa opublikowana pod tytułem The American Slave: A Composite Autobiography. Co ciekawe, zdecydowana większość wypytywanych nie czuła nawet cienia wrogości w stosunku do byłych właścicieli. Wręcz przeciwnie, z rozrzewnieniem wspominali oni czasy, kiedy biały człowiek troszczył się o wszystko – o pracę, jedzenie, opiekę medyczną, itd. Choć można oczywiście powiedzieć, że przypomina to współczesną, powszechną w Polsce szczególnie wśród ludzi starszych tęsknotę za PRL, to jednak rzetelność wywiadów zdaje się znajdować potwierdzenie w przeprowadzonych w 1900 r. badaniach całej czarnej populacji Południa, które wykazały, że sytuacja niegdysiejszych niewolników jest pod wieloma względami – pracy, opieki medycznej, stabilności rodzinnej, moralności oraz stopy przestępczości – zdecydowanie gorsza niż była przed wyzwoleniem. Nie powinno to zresztą specjalnie dziwić. Wyzwoleni przez armię Unii niewolnicy zostawali „goli i weseli”. Obiecywano im wprawdzie posiadłości ich byłych panów, ale w praktyce większość ziem w posiadaniu rządu federalnego trafiała do imigrantów, bądź mogących dobrze za nie zapłacić przedsiębiorstw. Nie umiejący czytać ani pisać, nieprzygotowani do życia ani troski o samych siebie i kompletnie bezradni w rzeczywistości splądrowanego i wyniszczonego wojną Południa, Murzyni musieli zapomnieć o obiecanych im mułach i 40 hektarach ziemi i zadowolić się wolnością.

Gwałtowna emancypacja oraz polityka władz Unii wpłynęła także na stosunki rasowe między czarnymi i białymi, które wbrew powszechnemu przekonaniu na Północy nie były wcale o wiele lepsze, a jak zauważył wnikliwy badacz amerykańskiego społeczeństwa, Alexis de Tocqueville, nawet gorsze w stanach, które zniosły niewolnictwo niż w tych, gdzie ono jeszcze istniało. W praktyce rzecz sprowadzała się do tego, że na Południu Murzyni byli niewolnikami prywatnymi, a na Północy publicznymi[4]. Armia Unii budziła zresztą taki postrach na Południu, że wielu niewolników zamiast przyłączać się do „wyzwolicieli” stawało w obronie farm i plantacji swoich właścicieli (czy raczej bezbronnych właścicielek, jako że mężczyźni byli zwykle na wojnie), na ogół doskonale zdając sobie sprawę, że to właśnie czarne kobiety pierwsze staną się ofiarami chuci żołnierzy z Północy. Ostatecznie jednak wygrana Unii i polityka „rekonstrukcji” całkowicie zniszczyły tę solidarność. Ogromne pieniądze wyłożono z budżetu celem zarejestrowania czarnych wyborców, odbierając przy tym prawa wyborcze rzeszy białych Południowców zaangażowanych wcześniej w „rebelię” przeciwko Unii. Murzyni rejestrowani byli zazwyczaj jako wyborcy partii republikańskiej, która zabezpieczyła sobie tym sposobem monopol polityczny na plądrowanie Południa, co jak nietrudno zgadnąć nie podobało się samym Południowcom (którzy za niepłacenie podatków tracili nierzadko całe rodzinne włości). Byli niewolnicy stali się narzędziem politycznym republikańskich polityków i to na nich skupiła się cała frustracja ograbianego Dixielandu. Przykładem może tu być niesławny Ku Klux Klan, który początkowo był jedynie organizacją mającą na celu odstraszenie czarnych od głosowania na republikanów, co nie było w tamtych czasach niczym niespotykanym, gdyż np. w stanach Nowej Anglii, w której Murzynom wolno było głosować, w praktyce za wzięcie udziału w wyborach groził lincz. Bliski przyjaciel Lincolna i późniejszy redaktor jednej z waszyngtońskich gazet, generał Donn Piatt, stwierdził trafnie, że „wszelki antagonizm rasowy na Południu zrodził się z cwaniackich prób położenia łap na skarbie państwa przy pomocy murzyńskich głosów”. Nic dodać nic ująć.

Walka o zniesienie niewolnictwa była walką o władzę i pieniądze. I tylko w tym sensie była uzasadniona i konieczna, co być może tłumaczy, dlaczego dzisiaj mówienie o tym jest uznawane za niepoprawne politycznie. Rzecz w tym, że tak jak w przypadku wyzwolenia niewolników z amerykańskiego Południa, tak i w każdej wojnie o wyzwolenie są tylko jedni pewni zwycięzcy – wyzwoliciele. Cała reszta najczęściej w ten czy inny sposób traci (i płaci).


[*] W poprzedniej wersji artykułu popełniłem błąd, za którego spostrzeżenie bardzo dziękuję Panu Piotrowi Makowskiemu z forum internetowego e-UPR. W rzeczywistości liczba ofiar II wojny światowej nie była bowiem dziesięciokrotnie mniejsza niż liczba ofiar wojny secesyjnej, lecz wynosiła ok. 400 000 żołnierzy amerykańskich. Należy przy tym pamiętać, że w połowie XIX wieku populacja USA wynosiła blisko 30 milionów mieszkańców. Prosty rachunek arytmetyczny pokazuje, że przy 130 milionach obywateli amerykańskich sprzed II wojny światowej i dzisiejszych około 280 milionach proporcjonalne straty wynosiłyby odpowiednio 2,7 i 5,7 mln żołnierzy! Raz jeszcze przepraszam za zamieszanie, a Panu Makowskiemu bardzo dziękuję za uważną lekturę i uwagi.

[1] Marek Król, Wina historyczna i współczesna, „Rzeczpospolita”, 21 września 2005. Za zwrócenie mi uwagi na tekst Marka Króla dziękuję bardzo panu Tomaszowi Gabisiowi.

[2] Zob. na ten temat Robin Law, The Slave Coast of West Africa, 1550-1750: The Impact of the Atlantic Slave Trade on an African Society, Oxford, 1991.

[3] Secesję faktycznie poparł William Lloyd Garrison, redaktor gazety The Liberator i najsłynniejszy abolicjonista amerykański.

[4] W wielu północnych stanach Murzynom nie wolno było głosować, zeznawać przeciwko białym w sądzie, a wszelkie umowy zawierane z nimi przez białych mogły być natychmiast unieważnione. Oznaczało to dla nich nie tylko realne niebezpieczeństwo grabieży politycznej, ale i przemocy fizycznej, przed która niemal wcale nie mogli się bronić.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Juliusz Jabłecki

Pozostałe wpisy autora:

4 Komentarze “Jabłecki: Ekonomika niewolnictwa i wyzwolenia

  1. niewolnictwem nie jest praca w supermarkecie, fabryce, ani wjakiejkolwiek innej firmie. niewolnictwem jest to, że państwo zabiera 80% poborów za ta pracę za pomoca róznych wyrafinowanych podatków i danin publicznych. to jest nowa forma niewolnictwa.

  2. „Pani kasjerki nikt nie zmusza do podjęcia pracy w supermarkecie”
    Może też zacząć kraść, albo zostać prostytutką. Ach, no i zawsze może się też zabić.
    Przy tego typu rozważaniach warto się zastanowić jakie są realne, możliwe do przeprowadzenia opcje do wyboru, a tych jest czasami bardzo niewiele.
    „Wolna wola” to też grząski temat, biorąc pod uwagę ilość nieuświadomionych lub mało uświadomionych czynników wpływających na nasze wybory.

    „O niewoli można mówić tylko i wyłącznie wtedy, gdy prawo własności jednego człowieka do jego własnej osoby i ciała zostaje pogwałcone przez innego człowieka.”
    „Masz urodzić to dziecko” ;D

    1. „Przy tego typu rozważaniach warto się zastanowić jakie są realne, możliwe do przeprowadzenia opcje do wyboru, a tych jest czasami bardzo niewiele.”
      Prawda, ale idąc takim tokiem rozumowania musielibyśmy wszystkich nazwać niewolnikami – no bo gdzie postawić granicę? 3 opcje wyboru to za mało ale przy np. 5 jesteśmy już wolni?Jedyny wg mnie sensowny podział to oddzielenie warunków zewnętrznych od bezpośredniej przemocy – zgodnie z treścią artykułu.
      „Masz urodzić to dziecko” – dokładnie:) Choć jestem raczej przeciwnikiem aborcji, to jestem także przeciwnikiem jej zabraniania (mogę czegoś nie akceptować, co nie znaczy, że mam prawo siła wymuszać coś na innych).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Uwolnij
KRS: 0000174572
 
KRS: 0000174572