Jabłecki: Polska w cieniu Wall Street, czyli kulisy kredytowania II RP

28 maja 2006 Filozofia polityki komentarze: 5

Polska w cieniu Wall Street, czyli kulisy kredytowania II RP

Juliusz Jabłecki

Tekst ukazał się pierwotnie w miesięczniku „Opcja na Prawo”.

W latach dwudziestych minionego stulecia Polskę odwiedziła grupa amerykańskich ekspertów finansowych, których zadaniem było ukształtowanie naszego systemu gospodarczego w taki sposób, aby – jak mówiono – przystawał on do nowych amerykańskich standardów i gwarantował bezpieczne włączenie się naszego kraju w sieć międzynarodowych stosunków handlowych. „Nowe standardy” oznaczały przede wszystkim centralizację systemu bankowego i szereg dość zagadkowych reform gospodarczych, za których wprowadzenie nagrodą miał być kredyt, który pomógłby powojennej Polsce stanąć na nogi. Rzecz jednak w tym, że pożyczki zagraniczne – choć powszechnie wychwalane jako wyraz wspaniałomyślności – są na ogół jednak raczej wyrazem pragmatyzmu i służą osiągnięciu określonych celów politycznych. W każdym razie wszystko wskazuje na to, że taki właśnie był cel pożyczek zagranicznych udzielonych Polsce w dwudziestoleciu międzywojennym.

W 1919 roku w Paryżu europejscy przywódcy spotkali się na konferencji celem podpisania układu pokojowego, mającego oficjalnie potwierdzić zakończenie działań wojennych i ustalić nowy ład w Europie. Istotną jego częścią miało być powstanie nowych niepodległych państw, w tym Polski, której po latach nieistnienia społeczność międzynarodowa przyznała „prawo samostanowienia”. Perspektywy przed powstającą jak feniks z popiołów II Rzeczpospolitą nie były jednak świetlane. Doskwierał niedorozwój gospodarczy, na wszystko brakowało środków, a na dodatek trzeba było jeszcze stanąć do walki o granice z wielką, choć osłabioną, Rosją. Na szczęście jeszcze wtedy, tuż po wojnie, nie zdążyły wyraźnie zarysować się nowe podziały i alianse polityczne, a wspólnym wrogiem Francji, Anglii i Stanów Zjednoczonych wydawała się być wówczas prąca na zachód rewolucja bolszewicka, toteż rząd polski otrzymał na poczet wojny z Rosją wsparcie finansowe z zagranicy: Anglia dostarczała nam tekstylia, Francja broń, a USA żywność.

Z czasem jednak doraźny sojusz pomiędzy naszymi dobroczyńcami się rozpadł, a kością niezgody stała się kwestia odbudowy Niemiec, której otwarcie sprzyjała Anglia, a sprzeciwiała się Francja. Taki obrót spraw nie był specjalnie zaskakujący – w Wielkiej Brytanii doskonale zdawano sobie sprawę, że polityczno-gospodarcza nieobecność Niemiec na mapie Europy oznacza dużą, a właściwie, za dużą szansę dla Francji, toteż konsekwentnie popierano program odbudowy i roszczenia terytorialne Niemiec. Francja z kolei dążyła do jak największego osłabienia Republiki Weimarskiej, widząc w odradzających się Niemczech zagrożenie dla swojej pozycji w Europie. Same zaś Niemcy zmuszono na mocy porozumień pokojowych nie tylko do oficjalnego wzięcia na siebie całej odpowiedzialności za wybuch wojny, ale także do zapłacenia reparacji oszacowanych przez Komisję Odszkodowań na 33 miliardy dolarów (plus odsetki). Naturalnie kwota ta, wynosząca rocznie 500 milionów dolarów i stanowiąca równowartość niemal 25% niemieckiego eksportu z 1921 r., znacznie przekraczała wówczas możliwości Niemiec. Sytuacja dodatkowo zaogniła się, kiedy w 1923 r. wojska francusko-belgijskie zajęły Zagłębie Ruhry pod pretekstem zabezpieczenia spłaty kontrybucji, a przyciśnięty do muru rząd niemiecki rozpętał inflację, która pod koniec roku doprowadziła do załamania się reichsmarki. W Stanach Zjednoczonych patrzono na rozwój wypadków w Europie z niemałym niepokojem. Amerykanie byli bowiem głównymi sponsorami zaangażowania wojennego Anglii i Francji, które uzależniały spłatę własnych długów od spłaty reparacji przez Niemcy. Impas w Niemczech dotykał więc bezpośrednio lub pośrednio wszystkich. Chcąc uniknąć zaangażowania oficjalnego, rząd USA postanowił zaangażować się nieoficjalnie i na wieść o kryzysie do Niemiec udała się delegacja złożona m.in. z przyszłego wiceprezydenta i bankiera Charlesa G. Dawesa, Owena D. Younga związanego z jednym z największych banków inwestycyjnych J. P. Morgan & Co (notabene wyłącznego sprzedawcy brytyjskich i francuskich obligacji w Stanach) oraz Edwina Kemmerera, doradcy ekonomicznego, który przez ostatnie 20 lat trudnił się reformowaniem gospodarek krajów Ameryki Łacińskiej etatyzując je i uzależniając od Ameryki. Misja amerykańskich dyplomatów i bankierów zakończyła się pomyślnie i otworzyła drogę do realizacji ogromnego projektu pomocy gospodarczej dla Republiki Weimarskiej zwanego planem Dawesa. Plan ten zakładał przede wszystkim udzielenie Niemcom znacznych pożyczek (w sumie ponad 800 milionów dolarów) w zamian za złożenie w ręce amerykańskiego eksperta bezpośredniego nadzoru nad całą gospodarką. Jako że gwarantem powodzenia całego przedsięwzięcia od strony finansowej miał być jeden z najpotężniejszych wówczas banków inwestycyjnych J. P. Morgan & Co, ekspertem został człowiek Morgana i późniejszy partner w jego banku, S. Patrick Gilbert. Aby obligacje dobrze się sprzedawały w Stanach, szef amerykańskiego banku centralnego Benjamin Strong (były dyrektor należącej do Morgana spółki powierniczej) zadbał o odpowiednie obniżenie krajowych stóp procentowych, czyniąc zagraniczne oprocentowanie zdecydowanie atrakcyjniejszym. Tym sposobem odbudowa Niemiec ruszyła pełną parą.

Tymczasem rząd polski wciąż borykał się z problemami i nie ustawał w staraniach o zagraniczne pożyczki. Ze wspomnianych wcześniej powodów Francja byłaby nawet skłonna do udzielenia nam pomocy finansowej, jednak ona sama także miała trudności i liczyła na zagraniczny kredyt. Rynek brytyjski był dla nas właściwie zamknięty. Pozostawało więc tylko liczyć na Amerykanów. W 1922 r. za pośrednictwem prezesa Baldwin Locomotive Works, Samuela Vauclaina, rząd Witosa usiłował do udzielenia Polsce pożyczki nakłonić bank Dillon, Read & Co. Ten jednak nie był zainteresowany. Zmiana nastawienia Dillona nastąpiła dwa lata później, w listopadzie 1924 r., kiedy to sam zwrócił się do rządu polskiego z propozycją pomocy. Sytuacja w kraju po przeprowadzeniu reformy walutowej Grabskiego była początkowo niezła, jednak już po paru miesiącach, w 1925 r., zaczęły się kłopoty. Stale powiększał się deficyt w handlu zagranicznym i topniało pokrycie dewizowe złotego, a na domiar złego zbliżał się koniec ustępstw handlowych, do których zobowiązane były Niemcy na mocy traktatu wersalskiego. Rząd, chcący zachować twarz wobec piętrzących problemów zewnętrznych i wewnętrznych postanowił za wszelką cenę podjąć się „ratowania” złotego. Oferta Dillona wydawała się spadać prosto z nieba. Bank Dillon, Read & Co obwarował ją jednak niezbyt dla nas korzystnymi warunkami. Z obiecanej całkowitej sumy 50 milionów dolarów początkowo trafiła do nas tylko pierwsza transza w wysokości 35 mln (a tak naprawdę jedynie 27,5, gdyż rząd polski musiał od razu potajemnie wykupić obligacje za 7,5 mln dolarów). Druga transza miała nadejść w przyszłości, jeśli tylko dotrzymamy warunków umowy. Oprocentowanie kredytu (8%) było relatywnie wysokie, ale nie ono stanowiło największy problem. Zasadniczą niedogodnością była klauzula zabraniająca rządowi polskiemu udzielania gwarancji jakimkolwiek pożyczkom emitowanym w dolarach, a także zakaz emitowania na rynku amerykańskim w ogóle jakichkolwiek obligacji polskich w ciągu najbliższych 6 miesięcy. Sytuacja wyglądała zatem tak, że przy zamknięciu dla nas francuskiego i brytyjskiego rynku kredytowego, trudnościach ze stabilizacją waluty i utarczkach handlowych z Niemcami to od Dillona zależał przepływ funduszy zagranicznych do naszego kraju.

Zmiana ustosunkowania do polskich pożyczek banku Dillon, Read & Co w ciągu dwóch lat, od 1922 r. do 1924 r., może się z początku wydawać zagadkowa, bowiem ocena naszej gospodarki w oczach międzynarodowej finansjery nie zmieniła się w tym czasie i Polska wciąż uznawana była raczej za państwo sezonowe. Co ciekawe jednak, zmiana nastawienia Dillona pokrywa się z rozpoczęciem prac nad planem Dawesa i pojawieniem się plotek o możliwości wybuchu wojny celnej z Niemcami (o czym zapewne świetnie poinformowany był Dillon, którego doradca ekonomiczny, Edwin Kemmerer, był w bliskich stosunkach z prezesem Reichsbanku, Hjalmarem Schachtem). W zrozumieniu tej intrygującej reorientacji może więc pomóc przyjrzenie się aktywności Dillon, Read & Co poza granicami Polski.

Bank Dillon, Read & Co powstał formalnie w 1921 r. i stosunkowo szybko stał się ważnym graczem na rynku bankowym i jednym z tzw. „przedsiębiorstw satelickich” J. P. Morgana, czyli przedsiębiorstw prowadzących interesy, którymi z różnych względów wolał nie zajmować się bezpośrednio Morgan (swoistą symbiozę przypieczętowywał fakt, że to właśnie Dillon, Read & Co zajmował się dystrybucją poza Nowym Jorkiem pożyczek emitowanych przez Morgana). Dzięki związkom z tym ostatnim Dillon musiał być doskonale poinformowany co do planów gospodarczego wskrzeszenia Niemiec, w którym – zauważmy – wziął czynny udział, pomagając utworzyć molocha stalowego Vereinigte Stahlwerke, a potem udzielając mu pożyczek. Trafiły też one do koncernu Siemensa, grupy Rheinelbe Union, Deutsche Bank, Happener Bergbau, Ruhrgas, Krupp oraz innych przedsiębiorstw i banków. Dillon utworzył też w Niemczech specjalną instytucję, która miała się zajmować kredytowaniem i skupowaniem udziałów w firmach niemieckich, po czym przy jej pomocy wykupił m.in. pakiet akcji Disconto Gesselschaft. W sumie Dillon, Read & Co ulokował w USA rozmaite obligacje niemieckie o łącznej wartości około 326 mln dolarów, co w dosyć istotny sposób wiązało go z niemieckim sektorem przemysłowym i bankowym. Troska o zapewnienie pewnych rynków zbytu Niemcom była więc całkowicie uzasadniona, a okoliczności polityczne w roku 1925 zdawały się wyjątkowo sprzyjać interesom.

W czerwcu 1925 r. kończył się okres bezcłowego eksportu towarów górnośląskich do Rzeszy. Moc traciły też przepisy gwarantujące udzielenie wszystkim krajom klauzuli największego uprzywilejowania w handlu z Niemcami. Dotykało to, ze wspomnianych już wyżej przyczyn, szczególnie Polski, usiłującej za wszelką cenę uchronić przed załamaniem kurs złotówki. Pierwsza transza kredytu, który nam zaoferował Dillon, rozpłynęła się błyskawicznie i starczyła zaledwie na pokrycie ubytków rezerw dewizowych za okres dwóch miesięcy. W marcu 1925 r. rząd polski znalazł się w pułapce. Bank zwlekał z przekazaniem drugiej transzy pożyczki, a wojna celna z Niemcami wisiała już w powietrzu. Aby ją wygrać, wystarczyło uniemożliwić lub utrudnić Polsce eksport z Górnego Śląska, zbojkotować propozycje ugody i nie dopuścić do otrzymania przez Polskę kredytów z zagranicy. Pierwszą część planu mogły zagwarantować Niemcy, o drugą zatroszczył się bank Dillona, który uzależniał udzielenie kredytu od zawarcia ugody z Rzeszą. W takiej sytuacji rząd polski stawał przed koniecznością wyboru pomiędzy dopuszczeniem do kryzysu albo przyjęciem niemieckich warunków umowy handlowej. Była też i trzecia możliwość, którą faktycznie wybrał rząd polski – czekać.

Czekanie przyniosło nietrudny do przewidzenia rezultat. 29 lipca 1925 r. złoty załamał się, a prowadzona przez Grabskiego interwencja na rynku walutowym była tak droga, że rzeczywiście konieczne było pozyskanie środków z zagranicy. Pertraktacje z Dillonem spełzły na niczym (polskie trudności były mu nawet na rękę), ale z pomocą przyszedł nam Federal Reserve Bank, od którego udało się wynegocjować krótkoterminową pożyczkę interwencyjną na 10 mln dolarów. Pożyczka została nam udzielona pod nieobecność szefa Fedu, Benjamina Stronga, bawiącego akurat w Europie na zaproszenie prezesa Bank of England, Montagu Normana. Gdy tylko Strong wrócił do USA wyraził zdecydowane niezadowolenie z faktu udzielenia Polsce kredytu i zapowiedział, że odtąd rynek amerykański będzie zamknięty dla Polski, chyba że ta zgodzi się na jakiś rodzaj kontroli zagranicznej. Jako że sytuacja w kraju dryfowała w stronę kryzysu, rząd przystał na warunki amerykańskie i zdecydował się zaprosić misję ekspertów. Zarówno Strong, jak i Dillon sugerowali, aby na jej czele stanął wspomniany już Edwin Kemmerer (nie ma w tym nic dziwnego, gdyż mimo oficjalnego dementi banku, Kemmerer faktycznie cały czas pracował dla Dillon, Read & Co sporządzając szczegółowe raporty m.in. na temat możliwości inwestycyjnych w Niemczech i Ameryce Łacińskiej). Odwoławszy zaplanowany wcześniej wyjazd do Ekwadoru, Kemmerer dwukrotnie przybył do Polski – raz pod koniec grudnia 1925 r., a potem w lipcu roku następnego z całym sztabem pomocników.

Owocem drugiego, ponad dwumiesięcznego, pobytu był raport zawierający uwagi i „zalecania” co do sposobu reorganizacji polskiej gospodarki. Według komisji przede wszystkim należało znieść „wszystkie ograniczenia ustawowe i inne utrudnienia wywozu monet złotych, złota w sztabach, jak również zagranicznych walut papierowych”. Cokolwiek dziwna to rada, wziąwszy pod uwagę, że rząd polski starał się za wszelką cenę „ustabilizować” walutę. Zniesienie tych przepisów z całą pewnością nie ułatwiłoby mu zadania. Naturalnie z perspektywy wolnorynkowej Kemmerer miał rację – swobodny przepływ złota jest w istocie gwarancją prawidłowego funkcjonowania standardu złota, jednak w tym wypadku nie chodziło raczej o szerzenie wolnego rynku, tylko o umożliwienie działającym w Polsce przedsiębiorstwom zagranicznym (np. holdingowi Silesian-American Corp., kontrolującemu praktycznie cały polski przemysł cynkowy) realizacji zysków i napływ złota do takich krajów jak Wielka Brytania czy USA. Kolejne zalecenie dotyczyło konieczności scentralizowania polskiego systemu bankowego. Raport głosił, że: „Społeczeństwo ma prawo domagania się silnych i dobrze prowadzonych banków i oczekuje od rządu stworzenia warunków umożliwiających istnienie takich instytucji i zapewniających ich trwałość”. Punkt ten dowodzi, że eksperci z całą pewnością nie próbowali szerzyć w Polsce wolnego rynku. Przeciwnie – dojść miało do kartelizacji systemu finansowego, która znacznie ułatwiłaby zagranicznym „inwestorom” przejęcie nad nim kontroli. I tu interes amerykański jest jasno widoczny, bowiem właśnie w tamtym okresie zaczęły się przygotowania amerykańskiego banku Harrimana do wejście na polski rynek.

Dalsze uwagi komisji wprawiają w niemniejsze zdumienie. Kemmerer stwierdził np., że „przemysł polski jest raczej przerośnięty, aniżeli niedorozwinięty w stosunku do rolnictwa i wytwórczości surowców”, i że rząd powinien raczej dążyć do takiego ukształtowania gospodarki, aby mogła ona zapewnić „wytwórczość produktów i surowców rolniczych dla przemysłowych części Europy”. Co więcej, ekspert doradzał, aby rząd polski zaniechał planów wspierania raczkującego jeszcze polskiego eksportu, gdyż nie miało to podobno mieć dla gospodarki żadnego znaczenia. I znów trudno nie przyznać, że z wolnorynkowego punktu widzenia polityka „wspierania eksportu” nie ma zbyt wielkiego sensu i Kemmerer faktycznie miał rację. Logiczne jest, że im większy eksport, tym większy jest także import i w długich okresach muszą się one wyrównywać. Łyżeczki dziegciu do jego sugestii dodaje jednak fakt, że po pierwsze nie namawiał on do zaniechania eksportu w ogóle, lecz do skupienia się na eksporcie produktów rolnych i nierozwijaniu przemysłu, a więc na rozwiązaniu niezmiernie korzystnym dla przemysłu niemieckiego, w którego rozbudowę inwestował jego pracodawca, Dillon. Po drugie, warto dodać, że zniechęcanie do eksportu było wówczas powszechną polityką mocarstw rozdających karty na arenie międzynarodowej, w szczególności zaś Wielkiej Brytanii, która sprzeciwiała się wszelkim rozwiązaniom, mogącym spowodować odpływ złota i osłabienie ustalonego na przeszacowanym przedwojennym parytecie funta.

Patrząc na raport Kemmerera nawet najłaskawszym okiem trudno dojść do wniosku, że miał on w jakikolwiek sposób okazać się pomocny polskiemu rządowi. Przeciwnie, wydaje się jakby wszystkie zawarte w nim uwagi i sugestie były podyktowane interesami mocodawców eksperta. Dość zaskakująca jest na przykład zbieżność rad Kemmerera i postulatów przedstawionych przez Niemcy w 1926 r. w czasie pertraktacji dotyczących zawarcia umowy handlowej z Polską i zakończenia wojny celnej. Rzesza również starała się doprowadzić do ograniczenia polskiego eksportu i zahamowania rozwoju przemysłu. Podobnie trudno też zwykłym zbiegiem okoliczności tłumaczyć spotkanie Kemmerera i dyrektora Reichsbanku Hjalmara Schachta w lutym 1926 r., czyli tuż po pierwszej i przed drugą wizytą Kemmerera w Polsce. Schacht miał wówczas zapewnić swego rozmówcę (i starego znajomego), że Niemcy są gotowe do współpracy w ramach uzdrowienia sytuacji gospodarczej w Polsce i w Europie, lecz tylko pod warunkiem uregulowania sprawy korytarza. Niestety, nie jest znana oficjalna relacja Kemmerera z tej rozmowy ani jego stanowisko wobec propozycji Schachta, gdyż dokumentacja tego zdarzenia zaginęła w Waszyngtonie (kolejny zbieg okoliczności).

Zalecenia komisji Kemmerera, choć formalnie miały charakter niezobowiązujących uwag, w praktyce stanowiły rodzaj ultimatum i jasne było, że bez zastosowania się do nich nowy rząd Piłsudskiego nie doczeka się kolejnej, tak bardzo oczekiwanej pożyczki. Toteż już w kilka tygodni po wyjeździe ekspertów Ministerstwo Skarbu podało do wiadomości, że prace nad wcielaniem zaleceń Kemmerera posuwają się naprzód. Na podstawie sugestii Kemmerera szybko opracowano reformę podatkową i inne drobne rozwiązania, wyraźnie za to zwlekano z ogólną reorganizacją gospodarki. Rząd zgodził się wprawdzie położyć nacisk na rozwój rolnictwa i nierozwijanie przemysłu w kierunku eksportu, jednak nie chciał dopuścić do przestawienia kraju wyłącznie na produkcję surowcowo-rolniczą ani do krępowania przemysłu produkującego na rynek wewnętrzny, co postulowali eksperci. Rozbieżności między programem rządu a zaleceniami sformułowanymi przez doradców wywołały niezadowolenie strony amerykańskiej. Polskim negocjatorom starającym się pozyskać przychylność któregoś z banków dawano do zrozumienia, że reformy podejmowane na własną rękę „mogą sprawić, że bankierzy zwątpią w szczerość polskich intencji”. Na naszą korzyść przemawiało chyba tylko szybkie powołanie specjalnego Komitetu Bankowego o bardzo szerokich kompetencjach, którego zadaniem było nadzorowanie funkcjonowania całego sektora bankowego.

To najwyraźniej wystarczyło, bowiem mimo odmowy Dillona, w październiku 1927 r., udało się wynegocjować pożyczkę stabilizacyjną w wysokości 67 mln dolarów z amerykańskiego baku Bankers Trust and Blair, należącego do konsorcjum Morgana. Jednym z podstawowych warunków kredytu było zatrudnienie wyznaczonego przez bank doradcy amerykańskiego na stanowisku dyrektora Banku Polskiego. Doradcą tym został Charles S. Dewey, były bankier i pracownik Departamentu Skarbu w USA (co ciekawe, choć pożyczka była uzgodniona z bankiem prywatnym, nominację Deweya zaproponował Sekretarz Skarbu w USA, Andrew W. Mellon). Uprawnienia Deweya były dość szerokie, gdyż w praktyce to właśnie w jego rękach spoczywała kontrola nad sposobem wykorzystania pożyczki. Ponadto miał on prawo opiniowania celowości zaciągania dalszych kredytów oraz decydowania o sposobie wykorzystania przez rząd pieniędzy ze sprzedaży akcji Banku Polskiego. Poza tym Dewey miał obowiązek publikowania co kwartał raportu o stanie państwa i gospodarki polskiej, a od tego, co tam napisał w dużej mierze zależał kurs naszych obligacji oraz możliwość nowych emisji na zagranicznych giełdach. W sumie więc miał potencjalnie możliwość narzucenia Polsce wszystkich zaleceń misji Kemmerera, do których rząd był początkowo sceptyczny i z możliwości tej korzystał, np. usiłując nie dopuścić do przeprowadzenia w Polsce jakichkolwiek zmian w rolnictwie.

Pożyczka od banku Dillona, a potem misja Kemmerera i zainstalowanie w Polsce amerykańskiego nadzorcy, mimo wpływu, jaki wywarły na polską sytuację gospodarczo-polityczną, nie osiągnęły zapewne wszystkich celów, które przed nimi stawiano. Razem te trzy kroki miały pomóc niemieckiemu przemysłowi, także czerpiącego tu zyski jedynie pośrednio. Prawdziwym inicjatorem całego przedsięwzięcia kredytowego i głównym jego beneficjentem była grupa skupionych wokół J. P. Morgana banków, które zainwestowały ogromne sumy we wskrzeszenie gospodarcze Niemiec. Trudno powiedzieć, czy ich działania w Polsce i w Niemczech miały wówczas na celu coś więcej niż tylko zrealizowanie potężnych zysków, z całą pewnością jednak – czy było to zamierzone, czy nie – miały one wpływ na stosunki polsko-niemieckie i stanowiły precedens dla podobnych operacji finansowych w przyszłości, przeprowadzanych, mimo nieco zmienionej formy, również i dziś.

Podobał Ci się artykuł?

Wesprzyj nas
Avatar

O Autorze:

Juliusz Jabłecki

Pozostałe wpisy autora:

5 Komentarze “Jabłecki: Polska w cieniu Wall Street, czyli kulisy kredytowania II RP

    1. Dajcie juz spokoj z tam demokracja bezposrednia, nie w tym jest istota problemu. Znaleziono obejscie na demokracje posrednia znajda i bezposrednia. Znowu zmienia tak duzo aby wszystko zostalo po staremu.

      1. Zamiast obywatele wybierać reprezentantów, którzy będą ograbiali mniejszość, żeby finansować „dobra publiczne” dla większości, obywatele będą to robić własnoręcznie. Ot i cała różnica pomiędzy demokracją parlamentarną i bezpośrednią.

  1. Mam pytanie do ludzi biznesu,speców od polityki,gospodarki,ekonomii.. jak mozliwa jest realizacja idei demokratycznych/równość,
    wolność,braterstw(/czyste kpiny)/ tam,gdzie suwerenem jest pieniądz? Poczytajcie sobie G.Sorosa”Sponsorowanie demokracji”,może wówczas dyskusja nie o tym jaka demokracja , ale czy wogóle demokracja,bedzie miała sens.
    Miłej lektury.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nasi darczyńcy